Black is the new black, 29.01.2015

Jak pisałam niedawno, dużo myślę ostatnio o kolorach, ich działaniu, roli i zastosowaniu. We wnętrzach, w sztuce, w garderobie. Wciąż mocno siedzi mi w głowie wpis Marii ze znanego już wielu Czytelnikom bloga Ubieraj się klasycznie, zatytułowany Garderoba tylko w trzech kolorach. Autorka pisze w nim o decyzji o komponowaniu garderoby tylko w trzech kolorach i pyta czytelników, czy byliby w stanie tak zradykalizować swoje wybory i umieliby wytrwać w tym ograniczeniu. 

W pierwszej chwili ta propozycja wydała mi się bardzo radykalna, skrajnie minimalistyczna. Maria wybrała dla siebie biel, czerń i szarość, jako uzupełnienie srebro i złoto, odcienie cieliste i kolor naturalnej skóry, dżins. Bardzo monochromatycznie. 

Jednak przypomniałam sobie, że przecież przez dobrych parę lat swojego życia chodziłam odziana w tylko jedną barwę: czerń od stóp do głów, w połączeniu ze srebrną biżuterią. Potem doszła biel, jako uzupełnienie stroju do pracy. Rzadkim akcentem był czerwony szal i rękawiczki. Nie było mi z tym źle wcale. Bardzo wygodnie. Zakupy były dziecinnie proste - gdy wchodziłam do sklepu, od razu podążałam do wieszaków i półek z czernią, cała reszta wydawała się niewidzialna. Komponowanie stroju też było igraszką, wszystko pasowało do wszystkiego, bez wyjątku. I bliskie osoby kojarzyły mnie z tym smolistym uniformem, to był taki znak rozpoznawczy. Propozycja Marii przestała wydawać się skrajną. Przerabiałam to przecież. Nie bolało. Inaczej nawet wtedy nie umiałam. 

Tak, to jest czarny prostokąt ;-)
Jednak tamte czasy dawno przeminęły. Nie chcę już wyglądać jak grecka wdowa, przestałam czuć się dobrze w czerni. Potrzebuję więcej koloru. Jednocześnie pamiętam o tym, jak bardzo spójna kolorystyka odzieży ułatwia i decyzje zakupowe, i dobieranie elementów odzieży przed wyjściem. O tym, czym zakończyły się moje poszukiwania kolorystycznego złotego środka w garderobie, opowiem w kolejnym, zapewne weekendowym wpisie, dzisiaj wzywają mnie inne sprawy. Potraktujmy ten wpis jako wstęp do tematu.

Zapraszam Was jednocześnie do przeczytania dwóch rozmów, o które poproszono mnie ostatnio, na blogu minimalplan i w Pracowni Edukreacji

Niedoskonała, 26.01.2015

Chyba nie jestem wyjątkiem. Na pewno nie jestem. Zimą czuję się bardzo niedoskonałą osobą. Od zawsze. Zdecydowanie zbyt okrągła i jakaś taka blada, jak nieświeży kurczak w supermarketowej gablocie. Konieczność zakładania na siebie szeregu ciepłych warstw oraz czapki przed wyjściem z domu bynajmniej nie poprawia samopoczucia. Puchowa kurtka i wspomniane warstwy nieodmiennie przypominają mi Pi i Sigmę, przybyszów z Matplanety. Młodszych czytelników odsyłam na YouTube, możecie nie wiedzieć, kto to Pi i Sigma. Nawiasem mówiąc, właśnie przez skojarzenia z nimi przez długie lata nie mogłam przekonać się do puchowych kurtek. Trauma z dzieciństwa ;-)



Zdjęcie czapki z kolei sprawia, że włosy postanawiają zatańczyć jakiś chocholi taniec i trzeba z nimi negocjować, żeby zachowywały się jak ludzie i nie robiły wstydu. 
Na dodatek zrobiłam sobie sama na złość i poszłam do fryzjera, by po paru latach bez żadnych większych zmian odświeżyć nieco wizerunek. Hehe, nie miała baba kłopotu. Zachciało mi się tzw. klasycznego boba. Zawsze lubiłam to uczesanie, ale wiedziałam, że w przypadku moich włosów, z naturalną tendencją do falowania, wymaga ono czegoś, czego nie cierpię wyjątkowo. Modelowania. Stania ze szczotką i suszarką przed lustrem i gimnastykowania się, by z tyłu nie robiły się takie wicherko-kędziorki. Zapewne niektórzy lubią takie zabawy, ja nie. Strata czasu, niepotrzebne utrudnienie. 

Ikea, Rothko i życie w chłodni, 22.01.2015

Marudziłam niedawno, że w tak zwanych minimalistycznych wnętrzach zazwyczaj brakuje mi koloru, jakiegoś ożywiającego całość akcentu. Monochromatyczne zestawienia, w których królują biel, szarość i czerń, wydają mi się smutne i bezosobowe. Lecz kolor nie tylko z tego powodu jest dla mnie bardzo istotny. 

Kilkukrotnie uczestniczyłam w warsztatach poświęconych urządzaniu wnętrz organizowanych w sklepie Ikei, w Krakowie prowadzonych przez projektantkę wnętrz Olimpię Ajakaiye (nie wiem, czy w innych miastach instruktorami były inne osoby). Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się szczególnie nad rolą barw we wnętrzu. Urządzając nasze mieszkanie, dobieraliśmy elementy wyposażenia według tego, co nam w duszy gra. Zaczynaliśmy od koloru ścian i podłóg, a kolejne wybory były już podyktowane koniecznością dostosowania się do kolorystyki narzuconej przez te duże powierzchnie. 

Podczas warsztatów pani Olimpia poleciła uczestnikom przeanalizować swoje preferencje kolorystyczne. Sporo mówiła o tym, jak poszczególne grupy kolorów oddziałują na człowieka, jakie dają wrażenia, do jakiego rodzaju wnętrz najlepiej się nadają. Podkreślała, że ważne jest, aby otaczać się takimi barwami, które lubimy. 
Niby to dość oczywiste informacje, ale przyznam, że wcześniej nie uświadamiałam sobie, jakie ważne. Chociaż zawsze lubiłam otaczać się intensywnymi kolorami. Jeszcze w podstawówce pomalowałam stare krzesło na czerwono, bardzo go lubiłam zresztą. Używałam barw intuicyjnie, co wcale nie jest złą metodą, ale poznanie odrobiny teorii nie zaszkodziło. 

Poniedziałek, ale nie blue, 19.01.2015

Podobno dzisiaj jest najbardziej depresyjny dzień roku, trzeci poniedziałek stycznia, zwany Blue Monday. Może i tak, ale ja nie przyłączę się do grona przybitych. Humor mi dopisuje, bo mogę z Wami podzielić się bardzo dobrą z mojego punktu widzenia wiadomością. 

Przebąkiwałam co nieco w grudniu, że myślę o napisaniu drugiej książki. Pierwsza miała być wprowadzeniem do minimalizmu i oswojeniem tematu, odczarowaniem i rozprawieniem się ze stereotypami, które zdążyły już powstać w związku z nim. Pisałam ją dla czytelnika, który albo nie wie, czym jest minimalizm, albo ma o nim niejasne lub może nawet fałszywe wyobrażenie. Już kończąc ją, miałam poczucie, że nie jest to ostatnie słowo, które mogłabym napisać o prostym życiu i o zastosowaniach minimalizmu w różnych dziedzinach. Nie sposób zamknąć tyle doświadczeń w jednym tomie. Chciałam móc napisać też pozycję skierowaną do osób, które wiedzą coś więcej i są nadal zainteresowane pogłębianiem tej wiedzy. 

Mogę wreszcie oficjalnie potwierdzić, że kontynuacja Minimalizmu po polsku pisze się i zostanie opublikowana.

W internecie nic nie ginie, 17.01.2015

Wczoraj zrobiłam sobie sama na złość. Napisałam post, opublikowałam, zorientowałam się, że nie nadałam mu tytułu. Skopiowałam więc jego treść, żeby opublikować go jeszcze raz, ale już z dodanym tytułem (żeby tytuł pojawił się w adresie wpisu). Gdy zabrałam się za wklejanie skopiowanej treści w nowy post, okazało się, że skopiowałam tylko część. Za szybko zadziałałam po prostu, zbyt nieuważnie. 
Jednak zawsze można liczyć na pomoc Czytelników - zasypały mnie wiadomości z odzyskaną treścią wpisu, który po opublikowaniu został „zassany” przez czytniki RSS „feedly”. Jeszcze raz dziękuję wszystkim życzliwym duszom, Wasza pomoc oszczędziła mi odtwarzania tekstu z głowy i pozwoli cieszyć się wolną sobotą. Poniżej piątkowy wpis: 

Propozycja estetycznych piątków spotkała się z ciepłym przyjęciem z Waszej strony, więc z radością kontynuuję. 

Zadawałam sobie ostatnio pytanie, dlaczego odczuwam coraz większą potrzebę uproszczenia także w sferze estetycznej. Przez długi czas nie interesowałam się zbytnio tym wymiarem prostoty. Owszem, porządkowałam swoje otoczenie czy garderobę, ale nie byłam w stanie przekroczyć pewnego progu. Jestem bardzo przyzwyczajona do otaczania się bibelotami, rękodziełem, dziełami sztuki, fotografiami, noszenia sporej ilości biżuterii, czasem mocnego makijażu - czyli bardzo przywiązana do wszelkich form dekoracji, zarówno we wnętrzach, jak i na samej sobie. Bez wątpienia w ciągu tych ostatnich paru lat znacznie ograniczyłam ich ilość i stosuję je o wiele oszczędniej, ale do ascetycznej surowości formy wciąż bardzo  mi daleko. 

Życie pozafejsbukowe, 14.01.2015

Właśnie minął miesiąc mojego dobrowolnego odwyku od Facebooka (na profilu prywatnym) oraz postanowienia o czasowym ograniczeniu korzystania z internetu w celach niezwiązanych z życiem zawodowym. Przede mną jeszcze ponad dwa tygodnie, założenie obejmowało bowiem czas do końca stycznia. 

Co chwila ktoś pyta, jak mi idzie. Z nadzieją zapewne, że wyznam, jakie to straszne męki cierpię, albo że nie dałam rady i się poddałam. 

W tym rzecz, że idzie mi dobrze. Nie czuję pokusy, by złamać swoje postanowienie. Byłoby jeszcze ciekawiej, gdybym przez ten czas nie aktualizowała również profilu bloga na FB, ale nie chciałam robić na złość czytelnikom. Profil bloga nie oferuje jednak aż takich możliwości jak profile prywatne, nie zachęca szczególnie do buszowania po portalu. Nie kusi aż tak bardzo. Wchodzę na niego, by poinformować o nowym wpisie i czasem po to, by sprawdzić, czy ktoś nie zamieścił jakiejś wiadomości - nie wszyscy korzystają z mojego adresu mailowego. 

Na ostateczne wnioski z całej akcji jeszcze za wcześnie, ale już pierwsze obserwacje poczyniłam. Co do samego Facebooka, jak i do internetu jako takiego.


 

Granice inspiracji, 12.01.2015

Po tym, jak zaprosiłam Was ostatnio na swój pinterestowy profil, naszła mnie refleksja na temat sposobu, w jaki korzystałam z inspiracji kiedyś, a jak robię to teraz. 

Niegdyś gromadziłam mnóstwo materiałów z różnymi pomysłami, niezależnie od tego, czy miałam szanse je wykorzystać, czy też nie. Kolorowe czasopisma, katalogi, wycinki, przepisy kulinarne, pomysły na stroje, fryzury, kosmetyki, robótki ręczne, wykroje, dekoracje stołu i domu. Zbierałam je masowo, ale niewiele z tego wynikało. Śledziłam liczne strony i blogi wnętrzarskie, modowe, kulinarne. Segregatory i foldery na dysku pękały w szwach. Inspiracji wciąż przybywało. Wprawdzie część ze znalezionych pomysłów wprowadzałam w życie, jednak zbyt wiele ich było, aby sprawdzić każdy. Poza tym, wciąż oglądając się na innych, rzadko dopuszczałam do głosu własną pomysłowość. Wmawiałam sobie, że nie potrafię, bo taką mam odtwórczą naturę, pozostawiona sama sobie niczego ciekawego raczej nie wymyślę. 

Z czasem, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że zbyt wiele się tego dobra zebrało, a za mało z niego korzystam, zaczęłam ograniczać ilość źródeł inspiracji. Przestałam kupować magazyny wnętrzarskie i kulinarne, robótkowe, znosić do domu każdy atrakcyjnie wyglądający nowy tytuł, gromadzić wycinki i dodawać kolejne zakładki do ulubionych w przeglądarce. Przejrzałam zawartość segregatorów i znacznej części się pozbyłam. Podobnie z zasobami cyfrowymi. 

Zaczęłam pozwalać sobie na własne pomysły.