30.08.2016

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 

W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 

Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sieci. 

Jednak temat wracał, od czasu do czasu pojawiał się w mailach od czytelniczek. Najbardziej poruszył mnie list, który napisała do mnie dziewczyna obawiająca się wyników badań, mających ostatecznie potwierdzić, czy mogą, czy też nie mogą mieć dzieci z jej partnerem. Zastanawiała się, czy można być szczęśliwą i spełnioną kobietą (oraz parą), dzieci nie mając. Prosiła, bym napisała jej o swoich spostrzeżeniach, jako osoby, która matką nie jest i być nie zamierza. Uświadomiłam sobie wtedy, że nie warto przed tematem bezdzietności uciekać. Przypomniało mi się, że na etapie, gdy podejmowaliśmy ostateczną decyzję o tym, czy chcemy, czy nie chcemy mieć dzieci, bardzo brakowało mi zapoznania się z opiniami lub doświadczeniami osób, a zwłaszcza kobiet, które dzieci nie mają z własnej woli. Zapytałam więc R,, czy mogę jednak o tym na blogu napisać, ale nie poruszając kwestii jego osobistych motywacji, a jedynie o tym, czym ja się w tej decyzji kierowałam i jak mi samej z jej konsekwencjami się żyje. 

O blaskach i cieniach macierzyństwa/rodzicielstwa można przeczytać w wielu miejscach, a o byciu bezdzietnym i szczęśliwym słyszy się bardzo rzadko. Raczej nie dlatego, że takie pary się nie zdarzają. Po prostu to jest temat tabu. Niewygodny, wstydliwy, budzący gorące emocje. Pamiętam zażarte dyskusje z jakiegoś forum dla bezdzietnych, gdzie „dzieciaci” i bezdzietni obrzucali się nawzajem ciężkiego kalibru amunicją, tak, jakby każda ze stron miała monopol na prawdę i słuszność wyboru. 

09.08.2016

Kryształki z utrwaloną treścią

Uświadomiłam sobie niedawno, że mija około pięciu lat od zakupienia przeze mnie czytnika e-booków. To dobra okazja do podsumowania moich doświadczeń związanych z korzystaniem z tego urządzenia. 

Stali czytelnicy wiedzą, że pozbywanie się nadmiaru książek było ważnym etapem upraszczania naszego życia. Wielki i przeładowany regał był przez długi czas centralnym (i nieco przytłaczającym swoim ogromem) elementem naszego pokoju dziennego. Gdy wreszcie udało się go opróżnić i wyekspediować w dalszą podróż, znacząco przybyło nam przestrzeni życiowej (w zakładce „O mnie” na zdjęciu widać go w tle, już pusty, ale jeszcze nie wywieziony). 

Czytać lubię bardzo. Lubię również wracać do niektórych z przeczytanych pozycji nawet wielokrotnie. Ale nie chcę robić z domu biblioteki. Wiem, że dla wielu osób książki jako element estetyczny są bardzo ważne, bo ich zdaniem dodają przytulności pomieszczeniu. Kwestia gustu i przyzwyczajeń. Kiedyś też tak myślałam, ale teraz ważniejsze jest dla mnie, by nie przechowywać rzeczy, z których nie korzystam. Dotyczy to również książek. Nasz regał to obecnie raczej regalik. Mieści głównie słowniki, którym używam do pracy, cracoviana, trochę beletrystyki, jakieś moje poradniki robótkowe i dotyczące przetworów. 

Lubię i cenię technologię. Nie nazwałabym siebie gadżeciarą, ale cieszą mnie urządzenia elektroniczne i doceniam to, jak mogą ułatwiać życie, jeśli umiejętnie się z nich korzysta. Śmieszą mnie ludzie, którzy np. nienawidzą swoich telefonów komórkowych, twierdząc, że czują się przez nie uwiązani jak na smyczy, śledzeni, prześladowani. Niewolnikiem technologii staje się człowiek zawsze z własnej winy, nie ma co winić skądinąd zmyślnego wynalazku za własne błędy. 

O czytnikach czytałam na długo przed pojawieniem się amazonowych Kindli i marzyło mi się, by doczekać chwili, gdy urządzenia tego rodzaju będą łatwo dostępne i przyjazne dla użytkownika, także pod względem ceny. Nic dziwnego, że na to czekałam. Jestem miłośniczką prozy Stanisława Lema, który w swojej twórczości przewidział istnienie takich urządzeń na długo przed ich wynalezieniem. Bardzo lubię to zdjęcie: 


02.08.2016

Rozstrzygnięcie konkursu „Jakość codzienności" - tołpa:off

Wyniki konkursu „Jakość codzienności” znajdziecie we wpisie ogłaszającym konkurs, na końcu tekstu. Tam też napisałam, jakimi drogami można zgłaszać mi dane do wysyłki nagród. Bardzo dziękuję wszystkim komentującym, bardzo przyjemnie czytało się Wasze wypowiedzi. Wydaje się, że moi Czytelnicy to wyciszeni i zadowoleni z życia ludzie, z czego bardzo się cieszę.

20.07.2016

Jakość codzienności - konkurs

Wracam do Was po krótkim odpoczynku w Tatrach. Było deszczowo, ale za to w górach bardzo cicho i spokojnie. Turyści wystraszyli się pogody, tym lepiej dla takich wariatów jak ja, co się deszczu nie boją. Wracam konkretnie, bo z konkursem dla Was. O sposobach na jakość życia codziennego.

Minimalizm i jakość to pojęcia właściwie nierozłączne. Gdy mówi się o tym, by mieć mniej i mniej robić, naturalnym dopełnieniem jest „ale za to lepiej”. Używać ładniejszych, trwalszych przedmiotów i bardziej skutecznych produktów, kupować mniej, ale w sposób bardziej przemyślany. Mieć mniej zajęć, ale poświęcać im więcej uwagi i czerpać z nich więcej satysfakcji. Upraszczanie życia i eliminowanie nadmiaru z otoczenia bardzo wzmacniają przywiązanie do jakości w każdym aspekcie, od garderoby i toaletki poczynając, na śnie i wypoczynku kończąc. Bo inaczej się nie da. Im mniej chcesz posiadać, tym bardziej zależy Ci na niezawodności, trwałości i skuteczności tego, co w swojej przestrzeni pozostawiasz.

Jak wiecie od paru lat współpracuję z marką tołpa, z którą dzielę podejście do konsumpcji, kupowania i nie tylko, o czym możecie przeczytać np. w cyklu felietonów „Poradnik prostego myślenia”, które napisałam do działu Kupuj mniej witryny internetowej tolpa.pl, oraz w manifeście marki tołpa. Gdy tołpa zaproponowała mi przyłączenie się do kampanii tołpa:off, w ramach której chcą mówić o tym, by powiedzieć off”: „presji i oczekiwaniom innych, nieprzemyślanym decyzjom i pośpiechowi, zadowalaniu się byle czym, utrudnianiu codzienności, i temu, że wygląd zewnętrzny jest najważniejszą rzeczą na świecie, z radością przyjęłam tę propozycję. Bo nigdy za wiele mówienia o tym, by nie dać się zwariować, by zachować swoje rozsądne tempo życia i mieć odwagę podejmować własne, świadome decyzje. O kampanii tołpa:off możecie przeczytać tutaj, w witrynie regularnie pojawiają się informacje i materiały związane tematycznie ze wspomnianymi kwestiami.

I pomyślałam, a może by opowiedzieć o tym, czym dla mnie jest dbanie o jakość codzienności, o te wszystkie małe rzeczy, które sumują się w dobre, radosne i spokojne życie?

Zdjęcie: Robert Meyer

07.07.2016

Narzędzie tylko i aż


Wkrótce szykuje się dla Was kolejny konkurs na blogu, chciałabym więc zamieścić jeszcze jedną opowieść nadesłaną na konkurs „Porządki w głowie”, by zamknąć już ten rozdział. Dzisiaj historia Stelli:
Minimalizm to dla mnie narzędzie do życia zgodnie ze swoimi wartościami. Brzmi to trochę jak slogan, wiem, a jednak właśnie takie podejście jest mi najbliższe.
Jestem z tego pokolenia, co Ty, Ajko. Miałam okazję obserwować puste półki, stać w kolejce po kawę, watę i podpaski i potem mogłam zachłysnąć się pieniędzmi zarobionymi w zachodniej korporacji.
Kiedy spadły na mnie nieprzewidziane wydarzenia losowe, nie umiałam się z nimi zmierzyć. Ciągle chciałam mieć więcej, a jednocześnie już nie mogłam. Więc jakiż był tego skutek? Miałam więcej, ale bylejakości, rzeczy do wyrzucenia po jednym praniu, książek do przeczytania na kiedyś, bo gdzieś przeczytałam, że i bez jej znajomości ani rusz, nieprzeczytane modne gazety i gadżety na każda okazję. Z domu wyniosłam niechęć do wyrzucania, więc do tego cała masa przydasiów, kawałki szmat i szmateczek, rur i rureczek, bo coś może się zepsuć, trzeba będzie załatać w czasie, który nigdy-nie-nastąpi.
Zakopałam się pod każdym możliwym względem. Zamiast finansowej stabilności długi, które odziedziczyłam, i te, które musiałam zrobić, by utrzymać swój status quo. Zamiast dobrej jakości ubrań nic wartościowego, nie od pary, nic co tworzyłoby całość i mało tego, nic, co tworzyłoby mój styl. Zamiast relacji ucieczka w seriale. Zamiast nauki angielskiego, tańca czy pisania tylko gadanie, że kiedyś, jak to wszystko minie. Zamiast szczupłej, zdrowej osoby gruba astmatyczka.

26.06.2016

Kilka naprawdę ważnych rzeczy

Dzisiaj wracam do Waszych opowieści nadesłanych na konkurs „Porządki w głowie”, bo zostało wśród nich jeszcze wiele inspirujących historii i przemyśleń. Poniżej historia przesłana przez Pawła Wojciechowskiego.

Moja historia jest dosyć typowa dla ludzi pracujących w korporacjach.
Pewnego dnia po prostu przekroczyłem granicę … granicę dzielącą dużo od za dużo. Tematów, zobowiązań, otwartych projektów było zbyt wiele jak na jedną osobę. Robiłem listy spraw do załatwienia i skrupulatnie odhaczałem co już zrobione. Sprawy oczywiście miały priorytety itd., itp.
Jeszcze jakiś czas siłą rozpędu dawałem radę, ale już czułem, że coś jest nie tak jak powinno być. Denerwowały mnie proste rzeczy. Brakowało mi czasu na zabawę z dziećmi. Nawet jak miałem chwilę to mentalnie byłem gdzieś w excelu czy kolejnej check-liście.

Wtedy trafiłem na książkę Dominique Loreau – Sztuka prostoty. To była odpowiedź. Zacząłem szukać dodatkowej literatury na ten temat. Tak trafiłem na Leo Babautę, a finalnie na Twoją książkę „Minimalizm po polsku”. Ta ostatnia pozycja najbardziej przypadła mi do gustu ze względu na świetny opis naszego polskiego konsumpcjonizmu będącego wynikiem nie tak odległych czasów niedoboru.
Urodziłem się w 1979 roku czyli mam to szczęście i nieszczęście pamiętać jak było, gdy nic nie było. Mogę to też porównać do obecnych czasów kiedy jest wszystko … poza wolnym czasem.
Ale wróćmy do mnie. Zacząłem od porządków. Przejrzałem księgozbiór i wszystkie książki, do których nie zamierzałem wracać, trafiły na aukcje internetowe. Następne były ubrania i zabawki. Część znalazło nowego właściciela; część trafiła na aukcje lub po prostu do śmietnika (tam było ich miejsce, ale zamiast tego leżały w mojej szafie).
Fizyczne porządki sprawiły, że poczułem się lepiej. Łatwiej było utrzymać ład, więc lepiej czułem się w takim otoczeniu. Chciałem więcej. Chciałem pozbyć się wszystkiego, co kradnie mój czas, a nie daje nic wartościowego w zamian.
Wylogowałem się z Facebooka. Skasowałem znajomych, a kasując wyjaśniłem, że znikam, ale serdecznie zapraszam do spotkań w realu.
Wypisałem się z wszelkich newsletterów (zajęło mi to dwa miesiące!). Obecnie otrzymuję kilka maili dziennie. Otrzymywałem około 30.
Przeciąłem wszystkie karty lojalnościowe poza 2 czy 3, których z żoną naprawdę używamy, i które dają nam wymierne korzyści.
Skasowałem wszelkie płatności, które mogłem skasować. Dla części zobowiązań ustawiłem stałe zlecenia, a dla części zadbałem, abym nie musiał o nich myśleć częściej niż np. raz na 3-6 miesięcy. Po prostu wpłaciłem odpowiednią kwotę i płatności co miesiąc robią się same. Ustawione przypomnienie da mi znać, gdy trzeba będzie ponownie zająć się tematem.
Zrezygnowałem z wszelkiej papierowej korespondencji, która przychodziła do skrzynki pocztowej lub która mogła skutkować odnalezieniem awizo w skrzynce. Część korespondencji zamieniłem na korespondencję elektroniczną.
Ustawiłem dodatkowe reguły w poczcie elektronicznej, aby widzieć i czytać tylko to, co ważne. Staram się stosować tzw. zasadę Inbox Zero, czyli kończąc dzień nie mieć nic w skrzynce odbiorczej. Wszystkie sprawy są załatwione (lub oddelegowane) lub przeniesione gdzieś gdzie mi nie zawracają głowy - np. do folderu „przeczytać jak będzie potrzebne”. Takie foldery trzymam zwinięte czyli po prostu ich nie widzę, a tym samym nie widzę nieprzeczytanych wiadomości. To daje super uczucie braku zaległości.
Czerpiąc inspiracje z książki „Esencjalista” Grega MacKeowna, staram się ponadto oceniać sprawy w następujący sposób: „tak, na 100% chcę/powinienem to zrobić” i wtedy angażuję się w dany temat. W każdym innym przypadku odpuszczam.

Jaki efekt?
Mam mniej spraw. Zostały tylko te naprawdę ważne.

Mam więcej czasu dla żony i dzieci. A to świetne uczucie. Mam czas pograć w monopol, więc dzieci nie muszą siedzieć przed TV. Nie do przecenienia taka zmiana.
Mam czas dla siebie. Biegam 2-3 razy w tygodniu. Wróciłem do nauki języka włoskiego.
Ale najważniejsze: każdego dnia zasypiając, wiem, że zrobiłem tylko kilka, ale naprawdę ważnych rzeczy. Rzeczy, które przybliżają mnie do realizacji MOICH celów, które spisane wiszą na żółtej karteczce przypiętej do lodówki ...


Foto Danielle MacInnes








15.06.2016

Właściwe paliwo

Opowiadałam Wam ostatnio o różnych wątkach mojego dochodzenia do akceptacji ciała, fizyczności. O tym, jak doceniłam znaczenie ruchu i o tym, jak uczyłam się przyzwolenia na odczuwanie przyjemności, na rozpieszczanie siebie. Na początku tej historii opisałam, jak bardzo zagubiona byłam również w dziedzinie odżywiania, całkowicie opierając się na wiedzy i doświadczeniach innych, nie mając zaufania do własnego ciała, smaku i upodobań. Narzucałam sobie różne systemy żywieniowe, przetestowałam na swojej skórze nieskończoną liczbę metod i diet, suplementów, wspomagaczy odchudzania. Bez trwałych oczekiwanych efektów, za to ze szkodą dla kieszeni i zdrowia. 

Długa i skomplikowana to historia, ten powrót do siebie, nauka zaufania do własnego organizmu, do naturalnej mądrości, którą on ma w sobie zakodowaną, a ciężko do niej dotrzeć, gdy jest się typowym współczesnym człowiekiem, zabieganym, zestresowanym, żyjącym daleko od natury. Opisałam ją dość szczegółowo w „Minimalizmie dla zaawansowanych” i tam także piszę, w jaki sposób pomógł mi w tym procesie minimalizm oraz porządkowanie przestrzeni i głowy. Przytoczę Wam więc fragmenty rozdziału „Na talerzu”:
Zaczęłam od sporządzenia dwóch list: listy tego, co lubię, oraz listy tego, czego nie lubię. Chociaż wcześniej utrzymywałam, że lubię absolutnie wszystko, chwila szczerości nad kartką papieru wykazała zupełnie co innego. Nie lubię wielu produktów, które wmuszałam w siebie w ramach odchudzania, na przykład piersi kurczaka i indyka, odtłuszczonego nabiału czy brązowego ryżu, lubię zaś te, których sobie odmawiałam jako niedietetycznych: miód, czekoladę, jaja, boczek, śmietanę, tłuste sery i wieprzowinę.

Powiedziałam sobie, że mogę jeść wszystko. Na jakiś czas odrzuciłam wszelkie zasady, by się dowiedzieć, co naprawdę mi służy i smakuje. Pozwalałam sobie na zakazane smaki, jadłam pizzę, słodycze i fast foody. Zaczęłam odwiedzać restauracje serwujące hamburgery z frytkami i napojami gazowanymi, które dawniej omijałam szerokim łukiem. Nieczęsto, zwykle raz w miesiącu. Traktowałam to jako ćwiczenie. (...)
Chciałam na własnej skórze sprawdzić, czy fast foody naprawdę są dla mnie niewskazane. (...) Oprócz uczucia sytości nie dawały mi nic pozytywnego. Po każdym takim posiłku czułam się fatalnie. (...) Zakazany owoc stracił atrakcyjność. Zrezygnowałam ze śmieciowego jedzenia, ale tym razem na podstawie osobiście przeprowadzonego eksperymentu i własnych obserwacji, a nie ze względu na odgórne zakazy. Bez żalu.