Przekarmiony umysł, 19.12.2014

W miniony poniedziałek rozpoczęłam odwyk od Facebooka na prywatnym profilu, zakładany czas trwania do końca stycznia. Nie chciałam dezaktywować konta, bo uniemożliwiłoby mi to prowadzenie profilu bloga. Jednak również na blogowym profilu ogłosiłam w końcu ograniczenie korzystania z serwisu, postanowiłam logować się tylko w celu zamieszczenia informacji o opublikowaniu nowego wpisu. 

Ciekawe jest to, że docierają do mnie od różnych osób sygnały o podobnych działaniach lub potrzebie samoograniczenia korzystania z serwisów społecznościowych czy stron internetowych, blogów itp. Minimal plan pisze o tygodniu bez FB, a ojciec Krzysztof Pałys o potrzebie ochrony przed nadmiarem informacji. Pod moim wpisem na FB informującym o czasowym ograniczeniu korzystania z serwisu również pojawiły się komentarze świadczące o tym, że nie jestem jedyną, której takie pomysły chodzą po głowie. 

Osoby potrafiące korzystać powściągliwie z dobrodziejstw internetu mają czasami oparte na stereotypie przekonanie, że ci, którzy w sieci spędzają dużo czasu albo nawet czują się uzależnieni, muszą mieć poza tym bardzo puste, a może wręcz żałosne życie. Nie mają pewnie znajomych w realu, nie potrafią cieszyć się światem. Są bierni, prowadzą siedzący tryb życia, zamknięci w czterech ścianach. Bądź ich rzeczywistość jest okropna, smętna i uboga pod każdym względem, rekompensując więc swoje niewydarzenie i niepowodzenia, kreując w internecie alter ego, które jest królem świata, błyszczącym pasmem nieustannych sukcesów. 

Nienakręcona, 17.12.2014

Chyba jeszcze nigdy nie czułam takiego braku podekscytowania z powodu nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. Cieszę się, że nadchodzą, nie przestałam przecież ich lubić. Jednak fakt, że w przestrzeni obecnej są obecne już od listopada, skutecznie zabija ich magię. Po raz kolejny w pełni podpisuję się pod słowami Marzeny, że magia Świąt podpalona już na koniec listopada jest jakimś nieporozumieniem. Ten falstart jest bezlitosny. Przy okazji polecam Wam cały jej wpis na temat adwentu, jeśli nie znacie jeszcze tego bloga.

Ba, jakie tam od listopada, pierwsze dekoracje świąteczne widziałam w sklepach już pod koniec października. Jakoś to nie dziwi. Skoro okres przedświąteczny jest czasem zwielokrotnionej do absurdu konsumpcji (oraz przygotowania do jeszcze większej i szaleńczo przesadzonej konsumpcji), trudno się dziwić, że handlowcy i marketingowcy starają się ten okres maksymalnie wydłużyć i wykorzystać aż do bólu, wycisnąć z konsumenta ostatnie złotówki, wiedząc, że przez te ostatnie kilka tygodni roku szczególnie ochoczo ich praktykom się poddaje. Czemu by więc nie zacząć żniw już w listopadzie albo nawet w październiku.

OMC* pisarka, 14.12.2014

Muszę się Wam wytłumaczyć z kilku kwestii związanych z blogiem i książką. 
Kwestia pierwsza: wśród mnóstwa ciepłych słów i pozytywnych opinii na temat popełnionej przeze mnie książki Minimalizm po polsku pojawia się jeden, nazwijmy to tak, zarzut: książka dobra, ale za krótka. Za szybko się czyta, za szybko kończy. 

Tak, wiem. Sama też nie lubię za krótkich książek. Pierwotnie była znacznie dłuższa, co nie znaczy, że lepsza. Sporo z niej wykreśliłam na etapie redakcji. Mimo wszystko lepiej, by była krótsza, a z sensem, niż nudna i przegadana. A skoro to debiut, miałam obawy, z jakim przyjęciem się spotka. W najśmielszych marzeniach nie spodziewałam się, że jej odbiór będzie tak pozytywny. Myślałam sobie jednak, że jeśli spodoba się Czytelnikom, przecież zawsze mogę napisać kolejną, w której będzie można pogłębić rozważania, rozszerzyć tematykę. Poza tym, widzę, że na drodze prostoty wciąż mam jeszcze sporo do nauczenia, podejście do tematu z czasem i z doświadczeniem ewoluuje. 

Bez planu i przewodnika. Odcinek pierwszy - Cortona, 06.12.2014

Nieco na przekór mikołajkowej dacie i zimowej aurze (za oknem śliczny szron) trochę słońca dzisiaj chciałam Wam podesłać, przy okazji dalszych opowiadań o naszych toskańskich włóczęgach. Cofam się do wyjazdu w drugiej połowie października 2010 r., który zapadł nam bardzo w pamięć. Bezpośrednio po powrocie pisałam o nim tutaj.

Naszą bazą była wtedy Florencja, z której zrobiliśmy kilka jednodniowych wypadów, m.in. do Cortony, najczęściej kojarzonej z cyklem autobiograficznych książek Frances Mayes, zaczynającym się od słynnego Pod słońcem Toskanii. Nie lubię ich, chociaż oczywiście, jak na toskanofilkę przystało, przeczytałam jej swego czasu wszystkie, lecz bez szczególnej przyjemności. O wiele bardziej przypadły mi do gustu te napisane przez Ferenca Mátégo (pełne barwnych opisów i humoru) czy Za dużo słońca Toskanii, której autorem jest  Dario Castagno. 

Sama nie wiem, dlaczego pojechaliśmy do tego miasteczka. Zapewne po to, aby porównać obraz przedstawiony w książkach pani Mayes i ekranizacji Pod słońcem... z rzeczywistością. Zaiste słoneczną i jesienną:


Jednak gdy przybyliśmy na miejsce, wszystko to, co mogliśmy sobie wyobrażać na temat Cortony okazało się zupełnie nieistotne. Miasteczko oczarowało nas całkowicie, głównie dlatego, że było to jedno z pierwszych miejsc, do których poznawania podeszliśmy bardzo swobodnie. 

Galeryjny smutek, 29.11.2014

Wybrałam się wczoraj do kina. Najbliższe mam w galerii handlowej, więc po wyjściu z seansu zajrzałam do paru sklepów, z planem kilku drobnych sprawunków. 

Coraz więcej zakupów robię przez internet, jednak od czasu do czasu  z różnych powodów chadzam do galerii handlowych. Nadal je lubię, chociaż wolałabym, by miały inną nazwę (np. dom towarowy - co było z nim nie tak?). Są praktyczne i wygodne, aczkolwiek na pewno robią złą konkurencję małym sklepom i powodują, że w centrach miast królują banki, hostele i całodobowe sklepy z alkoholem. Przykre to zjawisko, ale zapewne nie ma jak mu zaradzić. 

Jednak wczorajsze wyjście spowodowało, że poczułam wielki smutek. Chyba najsilniej zadziałał empik, który już od wejścia atakuje tzw. świątecznym szaleństwem, milionem propozycji prezentów, wśród których książki stanowią zaledwie ułamek. Nastał czas handlowych żniw, najlepszy moment w całym roku, gdy każdy lub prawie każdy sięga po portfel lub kartę. Bo Mikołaj, bo święta, bo prezenty. Dzieci, krewni, mikołajki w pracy. Choinkę trzeba będzie stroić. I Sylwester też już na horyzoncie. Więc handlowcy usłużnie przygotowują szeroką, co roku coraz szerszą i coraz bardziej ponętną, ofertę. 

Po dziesięciu minutach wyszłam z księgarni (??? nie wiem, czy ta nazwa jest jeszcze adekwatna w tym przypadku), przybita. Nie ofertą, lecz wspomnieniami, jakie te okoliczności przywołały. 

Kanał lewy, kanał prawy, 23.11.2014

Robię ciągle przerywniki w opowiadaniu o wolnym podróżowaniu, bo nie chciałabym, by blog sprawiał wrażenie podróżniczego. Dzisiaj czas na kanały (bynajmniej nie weneckie). 

Ostatni czas obfituje w spotkania z czytelnikami bloga i książki. Wielka to radość - taka rozmowa twarzą w twarz z prawdziwymi ludźmi. Kocham internet miłością od pierwszego kliknięcia, ale część tej miłości wynika z faktu, że dzięki sieci udało mi się zawrzeć wiele świetnych znajomości, które dopiero w tzw. realu pokazały pełnię swojego potencjału. 
Rozmowy te przynoszą wiele obserwacji, inspiracji, pokazują mi, o czym warto pisać więcej. I jeden z wciąż powracających motywów to stwierdzenie: „byłoby mi łatwiej rozstawać się z niepotrzebnymi rzeczami, gdybym wiedział(-a), co mam z nimi robić. A ponieważ nie mam pomysłu, nie mam też siły się z nimi zmierzyć”. 

W pełni to rozumiem. Dopóki nie mam pomysłu, co zrobić z daną rzeczą lub grupą przedmiotów, ciężko zabrać mi się do porządków czy segregacji. A przecież okresowe przeglądy stanu posiadania są konieczne. Nawet jeśli jest się osobą zakupowo i konsumpcyjnie zdyscyplinowaną i nie kupuje się lub przyjmuje do swojego życia przedmiotów w sposób zbyt pochopny i nieprzewidujący, to przecież nasze potrzeby i okoliczności życiowe wciąż się zmieniają, co wymaga nieustannego dostosowywania się. Jedne przedmioty przestają być potrzebne, za to pojawiają się inne. Jeśli nie panuje się nad tymi zmianami, prędzej czy później doprowadzi to do jakiegoś dyskomfortu. Nadmiaru i nieporządku. 

Wszystko płynie.

Chodźże na pole (zwane Campo), 16.11.2014

Opowieści o toskańskich wędrówkach i wolnym podróżowaniu odcinek kolejny, nie ostatni. Ostatnio było o Pizie, ale to nie ona była naszym głównym celem podczas wrześniowego wyjazdu. Tym razem postanowiliśmy dłużej zatrzymać się w Sienie. 

Byliśmy tam wcześniej dwa razy - raz na cały dzień, raz pół dnia (bez noclegów), przyjeżdżaliśmy do niej z Florencji. Być może wyda się więc dziwne, że postanowiliśmy wybrać się ponownie do miasta, które według normalnych standardów turystycznych zdążyliśmy już zwiedzić całkiem dobrze: i wspięliśmy się po stromych i klaustrofobicznie wąskich schodach na wieżę Palazzo Publico, by podziwiać panoramę miasta i okolicy, i zwiedziliśmy dwukrotnie katedrę. I na głównym placu wypiliśmy niejedną kawę. Właściwie można by sobie darować ten kolejny wyjazd, wykorzystać ten czas i pieniądze na poznanie jakiegoś zupełnie nowego miejsca, a może nawet kilku.