Minimalizm w samą porę, 06.02.2016


Dzisiaj publikuję ostatnią z nagrodzonych w minikonkursie o porządkach w głowie opowieści. W najbliższych tygodniach będę od czasu do czasu oprócz własnych wpisów zamieszczać kolejne teksty spośród nadesłanych.
Poniższą historię opowiedziała siedemnastoletnia Julia. Jej refleksje ujęły mnie szczerością, podoba mi się, że młoda osoba interesuje się tematem prostoty w życiu. Mam nadzieję, że to doświadczenie przyda się Julii w przyszłości, nawet jeśli nie miałaby iść dalej drogą minimalizmu. Zostawiam Was z jej opowiadaniem. 

Mam na imię Julia i mam dopiero [albo aż :)] 17 lat. W samą porę odkryłam minimalizm. Parę miesięcy temu uzależniłam się od filmików beauty na Youtube. Tak pragnęłam tych wszystkich ubrań i kosmetyków, jakie one tam pokazywały, że ciągle chodziłam przygnębiona faktem, że mnie na nie nie stać. Na szczęście trwało to niedługi czas, bo ok. 2 miesięcy. Potem przez przypadek znalazłam filmik o minimalizmie i otworzyłam oczy. Po co mi tyle kosmetyków skoro i tak się mocno nie maluję i w moim życiu nie ma tylu okazji, bym mogła nawet sobie na to pozwolić? Po co mi tyle ubrań, jak i tak większość jest zupełnie nietrafiona (pochodzące najczęściej z impulsowych zakupów rzecz jasna)? Rzeczy w końcu nie przynoszą długotrwałego szczęścia, a właśnie wydarzenia w naszym życiu.

Tak mnie zaintrygował minimalizm, że potrzebowałam więcej informacji, porad na ten temat. Obejrzałam mnóstwo filmików na Youtube, odkryłam polskie blogi i przeczytałam polecane przez minimalistów książki. Taką pierwszą była "Minimalizm po polsku". Świetna. Najbardziej spodobał mi się rozdział o wierze. Co prawda sama jestem niewierząca, ale odkąd pamiętam przeszkadzało mi to bogactwo kościołów katolickich. Wszędzie bogate zdobienia, złoto... To samo tyczy się duchownych. Jeżdżą luksusowymi samochodami, a na kazaniach sami zachęcają do wyzbycia się dóbr. Nie czas jednak na ten temat.

Nadal jestem na drodze do minimalizmu i nie sądzę, żebym kiedyś mogła powiedzieć o sobie, że jestem minimalistką. Jak dla mnie to droga bez końca, jednak nie uważam tego za coś złe. Wręcz przeciwnie.
Nigdy nie byłam bałaganiarą. Czasami tworzył się w moim pokoju bałagan, ale to bardziej przez to, że nie odkładałam przedmiotów na swoje miejsce. Teraz powoli uczę się, by tego błędu już więcej nie popełniać. Jednak kiedy poznałam minimalizm, większą uwagę skupiłam na sprzątaniu - i tak odkryłam, że mam więcej zbędnych przedmiotów, niż sobie wyobrażałam.

Po pozbyciu się rzeczy nadszedł czas na uporządkowanie reszty życia. Coraz rzadziej oglądam telewizję, dzięki czemu nareszcie znalazłam czas, by czytać książki! Jestem pod wrażeniem, ponieważ zawsze twierdziłam, że tego czasu chyba NIGDY nie znajdę... Anulowałam subskrypcję większości kanałów na Youtube, które skłaniały mnie do ciągłego konsumpcjonizmu.  Usunęłam z Facebooka osoby, których nie znam i przestałam obserwować tych, którzy notorycznie spamują na tablicy. Usunęłam konto na Twitterze i Instagramie. Staram się ograniczać korzystanie z internetu, jednak nie mam tego jeszcze opanowanego do perfekcji. 

Zaczęłam więcej rozmawiać z rodzicami. Wcześniej nasze kontakty głównie ograniczały się  do oglądania razem telewizji. Mniej chodzę na zakupy, a jak już chodzę, to planuję, co potrzebuję. Zwracam większą uwagę na jakość kupowanych przeze mnie ubrań. Jeżeli chodzi o kosmetyki, to sprawdzam wcześniej recenzje w Internecie. Uczę się więcej tego, co mnie interesuje. Dłużej trzymam oszczędności - dokładnie się zastanawiam, na co je wydam (à propos, moim postanowieniem noworocznym było prowadzenie zeszytu w którym zapisuje swoje miesięczne wydatki i idzie mi całkiem nieźle). Dzięki minimalizmowi zauważam piękno otaczającego mnie świata i częściej się uśmiecham. Jestem szczęściarą, że mogę wychowywać się w kochającej rodzinie i mam wszystko co jest mi niezbędne do życia. Nie sądziłam też, że kiedykolwiek sprzątanie będzie mi sprawiało radość, a idealnie ułożone ubrania wywołają na mej twarzy uśmiech.

Źródło zdjęcia

Zaczęłam bardziej w siebie wierzyć. Jestem humanistką z powołania i z różnych stron (a to z telewizji, a to z gazet, a to od rodziny, a to nawet ze szkoły!) mi mówiono, że po studiach humanistycznych jedyną czekającą na mnie pracą jest ta w fast foodzie. To wywołało moje obawy. Teraz wiem, że oprócz ukończonego kierunku ważna jest osobowość i zamiłowanie do wykonywanej pracy (poza tym utworzenie własnej firmy też nie jest jakąś trudnością nie do zrealizowania). Najważniejszy jest człowiek i to co sobą reprezentuje, a nie należący do niego papierek.

W sam raz, 01.02.2016

Wracam do publikowania nagrodzonych prac konkursowych, tym razem relacja czytelniczki eyewitness. A jednocześnie zapraszam Was na spotkania autorskie, pojutrze (3 lutego) w Warszawie w Księgarni Czarnego o godz. 18:00 (ul. Marszałkowska 43/1), oraz w Krakowie 10 lutego o godz. 19:00 w kawiarnio-księgarni De Revolutionibus. Books & Cafe przy ul. Brackiej 14. Do zobaczenia!


Przez długi czas mojego życia miałam wrażenie, że coś jest z nim nie tak. Takie uczucie, że życie dzieje się bez mojego udziału, że to nie ja decyduję, jak wygląda, że nic nie jest tak, jakbym chciała.

A jakbym chciała?
Na to pytanie długo nie znałam odpowiedzi. Uważałam, że inni są mądrzejsi i wiedzą lepiej co dla mnie dobre. Skoro ktoś poprosił mnie o rękę, to jak mogłabym odmówić? Skoro rodzice i teściowie czekają na wnuka, to jak mogłabym się nie starać? Skoro w pracy dobrze płacą, to po co coś zmieniać? Skoro coś od kogoś dostałam, to muszę to trzymać. Skoro ktoś mówi, że dobrze mi będzie w jakimś ubraniu, to trzeba je kupić. Skoro reklama namawia do kupienia, to na pewno ma rację. Na każdym kroku ktoś wiedział lepiej ode mnie, a ja nie dawałam sobie prawa do własnych decyzji.
Nie pamiętam dokładnie, co zapoczątkowało zmiany. Co było tym pierwszym bodźcem, który popchnął mnie w inny wymiar życia. Może kilka tragicznych zdarzeń, po których nie umiałam się pozbierać, może opowieści koleżanki o warsztatach komunikacji bez przemocy i empatii, może jakiś blog.... Może wiara, że można inaczej...

Zaczęłam od warsztatów wspierających kobiety, potem odbyłam terapię indywidualną i coś zaskoczyło. Jakby wszystkie klocki wskoczyły na swoje miejsce. Odzyskałam kontrolę nad swoim życiem, a zmiany zaczęły postępować lawinowo. Zakończyłam związek, w którym byłam nieszczęśliwa, otwarcie przyznałam się rodzinie, że nie chcę mieć dzieci, porzuciłam pracę w korporacji. I zrobiło się miejsce na sprawy ważne. Znalazłam miłość swojego życia, kupiliśmy razem mieszkanie, które jest naszą oazą i wyrazem naszego minimalizmu. Śmiejemy się, kiedy ktoś jest u nas po raz pierwszy i, rozglądając się, pyta: „jak długo tu mieszkacie? bo tak jeszcze pusto”. Albo znajomi, którzy już u nas byli pytają: „planujecie coś tu jeszcze robić?” Nie, nie planujemy żadnych zmian. Wszystkiego jest w sam raz. Uwielbiamy nasz blat w kuchni, na którym nic nie stoi. Uwielbiamy to, że każda rzecz w naszym domu ma swoje miejsce. Jesteśmy też zadowoleni z tego, jak szybko sprząta się takie mieszkanie, jak mało kłopotu sprawia impreza na kilkanaście osób, jak przyjemnie i komfortowo się nam mieszka. 
Zmiany w kierunku minimalizmu przetoczyły się też przez stan posiadania i szafę. Nadal ogromną radość sprawia mi łatwość, z jaką ubieram się codziennie. Im mniej mam ubrań, tym mniej kłopotu z podjęciem decyzji co na siebie włożyć i dziwnym trafem wszystko do siebie pasuje. Szybciej też zauważam czego mi brakuje i wiem dokładnie czego szukam, co znacznie skraca zakupy.
Minimalizm i zmiany przeniosły się też do mojej głowy. Kiedyś musiałam wiele rzeczy zrobić. Wiele spraw trzeba było załatwiać. Teraz nic nie muszę i nic nie trzeba, za to wiele rzeczy warto. Ta zmiana myślenia najbardziej ułatwiła mi życie. Bo już nie mam dylematu, co chcę robić. Robię to, co sprzyja mojemu życiu i co jest zgodne z moją hierarchią wartości. Przestałam robić rzeczy nieważne dla mnie jak relacje z ludźmi, z którymi nie chcę się spotykać, jak śledzenie wiadomości, oglądanie telewizji, korzystanie z portali społecznościowych itd. Mam więcej czasu dla męża, przyjaciółki, na rower, jogę i na swoje hobby. Mój świat zmienił się, odkąd myślę inaczej. Zmiany rozciągnęły się na wszystkie obszary życia. Wiem, jaka praca daje mi radość i satysfakcję i inaczej pracuję: z łatwością ustalam priorytety, dokładniej szacuję czas potrzebny na każde zadanie, umiem się zmotywować do mniej lubianych zadań, wyprzedzam zdarzenia i potrzeby klientów, skupiam się na rzeczach ważnych niepilnych, dzięki czemu nigdy nie jestem w sytuacji "gaszenia pożarów".

Zmiany zaszły też w kuchni. Jem zdrowiej i korzystniej dla mojego organizmu. Wiem co mi służy, a co mi szkodzi. Oczyszczony organizm sygnalizuje bardzo szybko, co mu się nie podoba. Jem prosto, korzystam z nieprzetworzonych składników, gotuję nieskomplikowane potrawy i te smakują mi najbardziej. Zaspokajam głód przy pierwszym sygnale z ciała, nie czekam na ssanie w żołądku i ból głowy.
W codziennym życiu na własne potrzeby wymyśliłam zasadę: codziennie jedna rzecz dla domu i jedna dla siebie. Dzięki temu sprawy domowe posuwają się do przodu a ja nie mam poczucia, że dzieją się kosztem czasu dla moich bliskich i dla mnie. Zdarza mi się rezygnować z rzeczy dla domu, ale nie z rzeczy dla siebie, bo już wiem jak ważne jest „ładowanie baterii” i że drobne codzienne działania tworzą szczęście. 

Proces zmian w mojej głowie, przyzwyczajenie się, że nic nie muszę i nic nie trzeba, że można wiele, jak choćby odmówić przyjęcia prezentu lub sprzedać niechciany prezent, jak pozwolenie sobie na leżenie na kanapie, bez myśli, że jestem leniem, jak empatia dla innych, kiedy zupełnie nie rozumiem ich sposobu myślenia czy działania, pozwolenie sobie na akceptację świata, a przede wszystkim na akceptację siebie, trwał kilka lat. W tym czasie przeczytałam wiele książek o minimalizmie, prostocie w życiu, skutecznym działaniu, komunikacji międzyludzkiej, wpływie jedzenia na zdrowie. Śledziłam kilka blogów. Zdobywałam wiedzę na warsztatach. Odbyłam mnóstwo rozmów o rozwoju, o blokadach, o tym, co nie pozwala iść we właściwym kierunku. To wszystko inspirowało mnie do przyglądania się sobie, do zauważania własnych schematów myślenia i działania, do zmian, jeśli uznałam, że będą służyły mojemu życiu. Z każdej książki, z każdego artykułu, szkolenia, z każdej rozmowy brałam coś dla siebie i decydowałam co z tym zrobić. I tak krok po kroku zmieniałam siebie i swój stosunek do świata. To nie jest projekt, który się kończy. To proces, który trwa i w którym trwam ja. Jestem jedyną osobą, od której zależy to, jakie jest moje życie. Ta myśl w tyle głowy, że mogę wszystko, mogę absolutnie wszystko, tylko pytanie po co i czy chcę, to właśnie jest mój minimalizm.

Francuzki też mają łupież i pryszcze, 25.01.2016

Na książkę, o której dzisiaj chciałam Wam napisać (w ramach krótkiej przerwy od opowieści konkursowych), czekałam od dawna, chociaż nie miałam pojęcia, że powstaje. Kilkukrotnie rozmawiałyśmy z autorką bloga minimal plan o tym, że czas najwyższy, aby wreszcie powstała książka rozprawiająca się ze wszystkimi stereotypami na temat Francuzek, do których rozpowszechniania przyczyniają się w znacznym stopniu modne poradniki, chociaż nie tylko one. Temat ten jest doskonale znany osobom, które interesują się kwestiami upraszczania życia, a w szczególności pracą nad komponowaniem garderoby, bo półki księgarni aż uginają się od podręczników francuskiego (a najlepiej - paryskiego) szyku, ale z modnych tytułów dowiemy się również, że Francuzki nie tyją, a paryskie dzieci nie grymaszą. Przyznaję, sama pochłonęłam już sporo takich rewelacji, ze słynnymi „Lekcjami Madame Chic” na czele, i zawsze budziły one we mnie uczucia mieszane. Bowiem z każdej z tych książek wynosiłam dobre wrażenie i kilka przydatnych porad, ale jednocześnie miałam świadomość, że znacznie fałszują one rzeczywistość. Nie trzeba przecież podróżować do Francji, znać języka ani kultury, aby domyślać się, że coś tu nie gra, ktoś nam coś próbuje wmówić (najczęściej egzaltowane Amerykanki, zafascynowane odmiennością życia w Europie). Fakt, że spędziłam w tym kraju sporo czasu, moja droga zawodowa jest ściśle związana z językiem francuskim, a prywatne zainteresowania często kierują mój wzrok w stronę kraju nad Sekwaną, tym bardziej nie pozwalał mi na bezkrytyczne przyjmowanie tych wszystkich rewelacji.

Nie dziwi więc, że gdy Wydawnictwo Kobiece umożliwiło mi przedpremierowe zapoznanie się z pozycją zatytułowaną „Cała prawda o Francuzkach” autorstwa Marie-Morgane Le Moël, nie mogłam doczekać się lektury. Autorka jest Francuzką, ale wyszła za mąż za Australijczyka, mieszkała długo poza Francją, można było spodziewać się, że udało się jej nabrać pewnego dystansu do swoich korzeni, a jednocześnie niejednokrotnie zmierzyć się z trudnym zadaniem stanięcia na wysokości zadania bycia Francuzką zgodną w oczekiwaniami i wyobrażeniami cudzoziemców. 


Przyznaję, że nie spodziewałam się tak rzetelnie przygotowanej książki. Oczekiwałam czegoś równie lekkiego i błahego, jak te pozycje, z którymi mogłaby polemizować „Cała prawda...”. Zdjęcie ładnej pani na okładce też nie sugerowało, że mam do czynienia z czymś poważniejszym. A jednak. 

Szafa jak życie, 24.01.2016

Autorka trzeciej z nagrodzonych prac konkursowych, Justyna Szewczyk, stwierdziła, przesyłając mi ją, że czuje się, jakby już wygrała konkurs. Opisanie swoich doświadczeń, zebranie ich w całość i wyciągnięcie wniosków było ciekawym doświadczeniem dla niej samej. Cieszę się, że mogłam poznać jej historię:

Stojąc po raz kolejny przed wielką szafą z ogromną ilością ubrań, usłyszałam dźwięk telefonu, spojrzałam na wyświetlacz i … odrzuciłam połączenie. Dlaczego? Wiedziałam, że dzwoni osoba, która na wstępie naszej rozmowy zapyta: „Cześć, co robisz?”, ja odpowiem, że sprzątam, a ta osoba ze zdziwieniem i ironią powie: „Znowu??? Przecież dopiero sprzątałaś, kiedy zdążysz nabałaganić?”
Ta na pozór banalna sytuacja ma głębsze dno, dotyka wielu sfer i ujawnia wiele problemów. Po pierwsze sama sobie zadawałam pytanie: no właśnie – dlaczego ciągle sprzątam i dlaczego ciągle mam wrażenie, że wszędzie panuje bałagan? Bo robiąc porządki w szafie, próbowałam zaprowadzić porządek w życiu. Minimalizm to nie jest ograniczenie ilości ubrań w szafie, lecz cały proces układania sobie życia najprościej jak się da. Rezygnacja z czegoś, co i tak nam nie służy na rzecz tego, co nas rozwija.

Dobre życie, 22.01.2016

Przedstawiam Wam kolejną nagrodzoną opowieść konkursową. Autorka prosiła, by nie ujawniać jej personaliów.


CO TO ZNACZY DOBRE ŻYCIE?

Jestem artystą życia. Moim dziełem jest moje życie.
Daisetz Teitaro Suzuki

Jak zacząć? Chyba najprościej jak to możliwe. Jestem człowiekiem. Jestem kobietą. Od czego zaczęła się zmiana? Od „prawie” zespołu wypalenia. Od przeczytanego kiedyś w książce „W domu Madame Chic” Jennifer L. Scott fragmentu „....mamy tak wiele, a potrzebujemy do życia bardzo mało.” Od usłyszanego w „Królewnie Śnieżce” zdania „Wszystkiego zużyłaś za dużo” wypowiedzianego ustami Julii Roberts.

Te słowa jak małe ziarenka musiały trafić na podatny grunt, bo przez parę lat tkwiły w uśpieniu, ale przyszedł moment, kiedy zaczęły kiełkować. Bez mojej zgody :) Nie byłam na to gotowa. Za to coraz bardziej zmęczona pracą po 20 godz. na dobę, nieustającymi podróżami służbowymi. Stresem. Ciśnieniem na wynik. Nadmierną odpowiedzialnością, tempem, które nie dawało mi szansy, żeby czymkolwiek zdążyć się nacieszyć. Wyobcowaniem i tym, kim się przez takie życie stałam – wiecznie marudzącym, niezadowolonym z siebie babskiem, warczącym na wszystkich dookoła, wpadającym w skrajne stany emocjonalne od chandry do euforii, w jakimś niezrozumiałym cyklu. Byłam zmęczona życiem w szklanej bańce o bardzo grubych ścianach, w której zaczęłam się czuć jak w więzieniu. A przecież kiedyś wydawała mi się najbezpieczniejszym, najwspanialszym miejscem.... Włożyłam wiele wysiłku, żeby tę bańkę zbudować, bo wydawało mi się, że będę w niej najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, a stało się dokładnie odwrotnie.

Moja droga do zmiany, której elementem jest minimalizm, jest długa i wyboista. Najbardziej intensywna przez ostatnie pół roku. Podjęłam decyzję o odejściu z pracy. Zdecydowałam się na „wakacje od życia” rozumianego jako nieustający związek z telefonem, komputerem, podróżami służbowymi, hotelami, walizką, niewłaściwym odżywianiem. Rozstałam się z wersją siebie, o której myślałam, że da mi szczęście, a przyniosła tylko frustrację i rozczarowanie. Postanowiłam, że sprawdzę, ile potrzebuję snu, co lubię jeść, jakie aktywności sprawiają mi przyjemność, co daje mi satysfakcję w pracy. Taki był plan. Oczywiście życie go zweryfikowało, pokazując, że ważniejsze zagadnienia są zupełnie gdzie indziej.

Osiołkowi w żłoby dano, 20.01.2016

Konkurs na temat porządków w głowie okazał się owocny. Nadesłaliście ponad dwadzieścia opowieści, wszystkie szczere, życiowe i inspirujące. Nie mogę nagrodzić wszystkich, ale na pewno sporą część tych historii opublikuję na blogu, bo, jak sami się przekonacie, mnóstwo w nich mądrości i ciekawych doświadczeń, szkoda by było pozbawiać Was przyjemności ich poznania, tym bardziej, że mój wybór jest przecież bardzo subiektywny. Być może gdy poznacie nie tylko te prace, które wyróżniłam nagrodami, będziecie mieli innych ulubieńców niż moje typy. Nie podaję tutaj danych osób nagrodzonych, poinformowałam o wynikach e-mailowo, a prawie wszyscy prosili o niepodawanie innych ich danych niż imiona czy pseudonimy. 

Dzisiaj publikuję pierwszą z nagrodzonych prac, tekst, który szczególnie mnie ujął. W pełni zgadzam się z opinią Autorki, Małgorzaty, która ubolewa nad tym, że za mało mówi się o tym, jak wiele się zyskuje, odejmując sobie czegoś. Oddaję głos Gosi:

Zysk to dość trudne słowo na określenie osoby, która (w mniemaniu dużej liczby ludzi) sobie czegoś odejmuje i odmawia.

Bardzo często spotykam się ze zdziwieniem osób, które powinny (wydaje mi się) mnie dobrze znać. A że nie czuję się wyjątkowa, myślę iż jest to problem wielu osób, które chęć posiadania przekierowały poza świat materialny. Lub przynajmniej starają się ją tam przekierować.
Wybitnie należę do tej drugiej grupy.

Ostatnio usłyszałam, że pewne moje decyzje nie wydają się być jednak takie ekstremalne. Oczywiście decyzje o „odjęciu” sobie czegoś.

Przeraża mnie fakt, iż żyję w świecie, w którym dobrowolna rezygnacja z czegoś uważana jest za ekstremum. A przecież to nawet nie jest rezygnacja, ja sobie niczego nie odmawiam. Po prostu pewne rzeczy okazały się być zbędne, to po co mi one. Pewne sprawy okazały się nieistotne,więc po co się nimi zajmować. Pewne osoby nazbyt mnie przytłaczały, po co zatem utrzymywać z nimi kontakty. Zrobiło to miejsce na inne rzeczy, sprawy, na innych ludzi. Na aspekty które mnie cieszą i dają ogrom satysfakcji.

A może to wina tego, że gdy ktoś pierwszy raz konfrontuje się z minimalizmem, prostotą i umiarem, to konfrontuje się z odejmowaniem sobie czegoś. Może za mało jest mówienia o tym, jak wiele się zyskuje, jak wiele człowiek dostaje oraz jak wiele może dać. Wtedy pewne rzeczy i sprawy odchodzą w zapomnienie. Nie ma miejsca na rezygnację. Jest tylko przestrzeń na to, aby brać i dawać tyle, ile się tylko potrafi. Po prostu nie tyczy się to stanu posiadania.

Człowiek ma jakieś konkretne moce przerobowe. Nie da się zrobić wszystkiego, spróbować każdej możliwości, pielęgnować tysiąca przyjaźni. Podjęcie decyzji, dokonanie wyboru wydawało mi się zawsze kwestią rozsądku i dojrzałości, a nie odmawianiem sobie czegokolwiek. Gdzie można dojść, jeśli każda decyzja, a co za nią idzie, niepodjęcie jakiejś innej, uważana jest za stratę, niewykorzystanie możliwości. Przypomina to stare, sprawdzone „Osiołkowi w żłoby dano”. Klasyczna opowiastka z dzieciństwa, każdy wie jak się kończy, i mało kto potrafi w sobie tego osła dostrzec.
Jak mam czerpać ze źródła, skoro nie wiem, z którego.

Zyskuję niepoliczalną ilość pozytywnych emocji, pięknych wspomnień, cudownych znajomości, przestrzeni dla siebie, ochoty do samorozwoju i doskonalenia się. Na inne aspekty pozostaje coraz to mniej czasu. I bez problemu, bez bólu serca, rozterek i żalu poddaję się temu. Mam teraz tyle, ile nigdy w życiu nie miałam. A co najważniejsze, wiem że to dopiero początek.
Będę mieć jeszcze więcej.


Porządki w głowie - konkurs dla czytelników, 08.01.2016

Na dobre rozpoczęcie roku chciałam zaprosić Was do konkursu. Dawno żadnego nie było, prawda? 

W książce „Minimalizm dla zaawansowanych” opowiadam o tym, jak wyglądają mentalne i duchowe porządki. O tym, co się dzieje, gdy za upraszczaniem w sferze materialnej idzie też eliminacja uciążliwych nawyków i przekonań, które blokują rozwój. 

Chciałabym teraz poznać Wasze historie. Dowiedzieć się, jak u Was wyglądało to robienie sobie porządku w głowie. Oczywiście możecie w swojej opowieści zawrzeć też zwięzłą relację z tego „namacalnego” upraszczania, porządków w szafie, kuchni, garażu, na regale z książkami czy gdzie tam chcecie, ale nie ograniczajcie się tylko do tej strefy. Niech to będzie ewentualny punkt wyjścia, wstęp. Bardzo cieszą mnie komentarze typu: „po przeczytaniu twojej pierwszej książki wyrzuciłam dwadzieścia worków z ubraniami, czternaście kartonów nie wiadomo czego”, ale chciałabym wiedzieć, co z tego wynikło. Co było dalej? Czy udało się Wam uprościć też inne sfery swojego życia? Zawodowego, rodzinnego, emocjonalnego? Może uporaliście się z jakimś od dawna dokuczającym problemem, a przyczyniło się do tego właśnie stosowanie minimalizmu, dobrowolne upraszczanie? Temat celowo jest tak otwarty i dowolny, bo wiem, że macie mnóstwo ciekawych opowieści do przekazania, a zanadto zawężając zakres wypowiedzi, zmniejszyłabym liczbę potencjalnie fascynujących historii, które chciałabym przeczytać. 

Mówiąc zwięźle: w czym pomogło Wam stosowanie minimalizmu poza sferą materialną? Co ważnego udało się Wam uporządkować? Jak zmienił się Wasz sposób myślenia? Czego dowiedzieliście się o sobie? 

Odpowiedzi przesyłajcie proszę na adres ajka@prostyblog.com, do niedzieli 17 stycznia włącznie. Powyższe pytania potraktujcie tylko jako sugestię, nie ograniczenie. Przesłanie wypowiedzi konkursowej oznacza zgodę na jej ewentualną publikację na blogu, proszę jedynie podać, czy w przypadku opublikowania mam podać imię i nazwisko autora czy pseudonim, może adres strony lub bloga? Mile widziane, chociaż niekonieczne, są ilustracje fotograficzne (z podaniem autora zdjęcia).

Nagrodami (powiedzmy, że głównymi) są trzy zestawy: „Minimalizm po polsku” i „Minimalizm dla zaawansowanych”, a dwa wyróżnienia to egzemplarze „Minimalizmu dla zaawansowanych”. Oczywiście z osobistą dedykacją (może być dla wskazanej osoby innej niż laureat konkursu). Jeśli ktoś zna moje książki, nie oznacza to przecież wcale, że nie może wziąć udziału w zabawie. Można sprezentować wygrane egzemplarze komuś bliskiemu albo zachować je dla siebie, a wcześniej posiadane podarować.

Z radością przeczytam wszystkie Wasze opowieści i zapewne opublikuję nie tylko te, które najbardziej mi się spodobają, ale też chociaż część z nienagrodzonych. Nagrodzę te, które najbardziej mnie poruszą, zainteresują, rozbawią. Zapraszam do pisania!

Natomiast w poniedziałek 11 stycznia będę gościem Rozmowy Rekomendowanej w ramach XXII Akademii Rekomendacji Grzegorza Turniaka, o wydarzeniu możecie poczytać pod tym adresem, a chętni mogą się zapisać i nabyć bilety. Bardzo jestem ciekawa tego wydarzenia, bo związane jest z tematyką tworzenia sieci kontaktów i skutecznych relacji w biznesie. Biznes to nie mój świat, ale właśnie dlatego cieszę się na to doświadczenie - lubię poznawać inne światy. 

Zdjęcie stąd