04.12.2016

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 

Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 

Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dziwne, gdy już go zobaczycie. Zresztą, zróbmy to od razu. Osoba, która mi towarzyszy, to ówczesny chłopak mojej przyjaciółki, nie ma znaczenia dla tej historii. 


Zdjęcie zrobiono, gdy miałam 27 lat. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że mając lat 42, będę czuła się o wiele lepiej niż wówczas, nie uwierzyłabym. Nie byłam wtedy z siebie zadowolona pod żadnym względem, ale nie wierzyłam, że z wiekiem może coś zmienić się na lepsze. 

21.11.2016

Equilibrium

Zastanawiałam się ostatnio, czy mogę powiedzieć, że żyję w wolnym tempie. Tyle tego gadania o slow life naokoło, a czasem mam wrażenie, że powolne życie jest jak Yeti. Wielu o nim słyszało, ale nikt wiarygodny go nie widział...

Gdybym miała ocenić to samodzielnie, powiedziałabym, że żyję nadal za szybko. Za wiele robię, zbyt często się spieszę. Jednak gdy przyglądam się swojej codzienności przez pryzmat opinii innych ludzi, wygląda na to, że niezły ze mnie ślimak. Bo mam czas na przyjemności, zabawę, rozrywki, życie rodzinne i towarzyskie. Na uczenie się nowych rzeczy. Na dbanie o siebie, zarówno o głowę i ducha, jak i ciało. Na ćwiczenia i ruch. Na długie i relaksujące wakacje. Na rozwijanie zainteresowań. Na słuchanie muzyki, czytanie książek, rozwijające rozmowy z mądrymi ludźmi. Na gotowanie i inne ważne rzeczy.

Nieraz pisałam, że moim ideałem nie jest życie powoli, lecz we własnym tempie. I wygląda na to, że udało się uzyskać ten stan. Czasem owo tempo jest szaleńczo szybkie, a czasem zwalniam, niemal do zatrzymania, ale to ja o tym decyduję.

Foto: Sandis Helvigs
Ale gdy tak sobie patrzę na ten mój mikroświat, widzę, że nie jest teraz najistotniejszą sprawą, czy żyję powoli, szybko czy w sam raz. Najważniejsza dla mnie w tym punkcie jest równowaga. Bo to ona daje mi poczucie, że jest dobrze. Nie zaniedbuję ważnych spraw i ważnych ludzi. Nie przejmuję się głupstwami, nie stwarzam sama sobie problemów. Pracuję, bawię się, kocham, w różnych proporcjach w zależności od momentu. 

Zbliżający się powoli do końca rok był dla mnie czasem porządkowania spraw wewnętrznych i ostatnim etapem osobistej przemiany. Nie czułam potrzeby pisania o tym, a przynajmniej nie o wszystkich jej aspektach, musiałabym zbytnio się obnażyć. Starałam się jedynie, byście widzieli, że żyję i nie zapomniałam całkowicie o blogu. Nadal jest dla mnie ważnym miejscem, dlatego nie chciałam go porzucać. Za dużo siebie w niego włożyłam, by stał się tylko archiwum pewnego etapu, który chyba najlepiej można by określić jako dążenie do osiągnięcia wewnętrznej dojrzałości. 

Ciekawe, chociaż czuję się teraz o wiele dojrzalsza, mam też wrażenie, że ubyło mi lat. Pod każdym względem, i fizycznym, i psychicznym. Może więc i o tym będę Wam pisać: jak to jest, czuć się coraz młodszą pomimo upływu lat...

09.11.2016

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 

Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.

Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będzie. Bywa też, że w głębi duszy wcale nie jest się przekonanym do wybranej opcji, ale za żadne skarby świata nie można się do tego przyznać i trzeba nieustannie próbować przeciągnąć innych na swoją stronę, bo im więcej ludzi wybiera tak samo jak my, tym lepiej się z tym czujemy. 

Zapewne mi samej nieraz też zdarzało się próbować przekonać innych do tego, że moje osobiste wybory są najlepsze na świecie. Ludzka sprawa. Jednak staram się teraz unikać takich wypowiedzi. 

24.10.2016

Moje wielkie greckie leniuchowanie

Nie jest łatwo wrócić do codziennego rytmu życia po miesięcznym urlopie, jak pewnie się domyślacie. Celowo nie piszę „do szarej codzienności”, bo moja codzienność na pewno szara nie jest, wręcz przeciwnie, mieni się barwami i radością. Lubię ją bardzo. Jednak wiadomo, przyjemniej jest wypoczywać i leniuchować niż pracować, nawet jeśli swoją pracę się lubi i daje ona człowiekowi wiele satysfakcji. 

Tym trudniej wrócić do swoich zwykłych spraw, że wakacje okazały się bardzo udanymi. Zarówno część andaluzyjska, spędzona z moją siostrą, jak i ta dłuższa, grecka, z mężem. Pierwsza była bardzo aktywna pod każdym względem, także fizycznym, wstawałyśmy bardzo wcześnie, dużo maszerowałyśmy. Wróciłam z niej zadowolona i pełna wrażeń, ale nie całkiem jeszcze zrelaksowana. 

Wyjazd do Grecji upłynął w znacznie spokojniejszym tempie. Wprawdzie pokonaliśmy długą trasę, ale niespiesznie. Najpierw do Aten samolotem, potem rejs promem na Santorini (osiem godzin, z zawijaniem do kilku portów na Cykladach, zapewniam, że to była dłuuuga podróż). Na wyspie spędziliśmy pięć dni, a następnie wróciliśmy na statek, tym razem ekspresowy, na Kretę. Tam dwa przystanki pośrednie, Iraklion i Elunda, i wreszcie ukochana miejscowość na południu Krety, do której jeździmy już od dziewięciu lat (a na Krecie byliśmy już w sumie kilkanaście razy). 

Nie będę Was zanudzać szczegółowymi opisami wyjazdu, bo czytanie o cudzych wakacjach w słońcu, gdy za oknem już jesień, chyba nie należy do szczególnych przyjemności. Więcej o atmosferze tej podróży powiedzą zapewne zdjęcia. Wspomnę tylko o jednym. Często dziwią się nam znajomi, czemu wciąż od lat jeździmy w te same miejsca. W tym czasie i za te same pieniądze moglibyśmy już pewnie zwiedzić parę kontynentów, a nie tylko kilka wybranych regionów południowej Europy.

01.10.2016

Migawki z Andaluzji

Wróciłam na chwilę, przepakowuję się właśnie i jutro ruszam znów w drogę. Cieszę się, że to jeszcze nie koniec moich wakacji, nie wypoczęłam jeszcze dostatecznie. Nie rozpisuję się, bo wracam do pakowania, jedynie zamieszczam nieco zdjęć z wyjazdu do Andaluzji. Nie mam ambicji fotograficznych, zwykle moi towarzysze podróży znajdują w fotografii więcej przyjemności niż ja. Tym razem nawet nie zabierałam mojego aparatu, chociaż jest niewielki. Wystarcza mi telefon komórkowy, którym cykam zdjęcia, gdy coś mnie szczególnie zafrapuje, zachwyci lub rozbawi, ale ogółem przywożę ich niewiele. Tym razem w ciągu 11 dni zrobiłam 150 zdjęć. I to mi wystarcza. Wolę skupiać się na doświadczaniu podróży w pełni, robienie zdjęć jest dla mnie zbytnio absorbujące. Ale lubię oglądać później zdjęcia zrobione przez moich kompanów, zobaczyć, jak oni odebrali te same miejsca i chwile.


26.09.2016

Miesiąc wakacji

Piszę dzisiaj do Was, siedząc w autobusie toczącym się z Kordoby do Granady, w Andaluzji, krętą drogą przez gaje oliwne i przykurzone, rozgrzane upałem miasteczka. Nie zapowiadałam wcześniej wyjazdu, bo nie byłam pewna, czy uda mi się zrealizować plan blogowania mobilnego. Pomyślałam sobie, że skoro w ostatnich miesiącach pisywałam nieregularnie, nie będę zaniedbywać bloga w czasie urlopu. Tym bardziej, że będzie on dość długi.

Zwykle wyjeżdżam na dłużej dwa razy w roku, na ciut krócej z siostrą, a na zasadniczy urlop z mężem. Tak też miało być tym razem, lecz niespodziewanie okazało się, że z przyczyn niezależnych oba te wyjazdy będą oddzielone od siebie zaledwie kilkudniową przerwą. Co oznacza, że mam miesiąc wakacji. Przyznaję, że nieco jestem tym zaskoczona, ale oczywiście zadowolona.

Zdałam sobie sprawę, że skoro jest to możliwe, oznacza to, że doszłam do takiego miejsca w życiu, o którym marzyłam. Miejsca, w którym praca jest dla mnie bardzo ważna, ale oprócz niej jestem w stanie realizować wiele innych planów i pomysłów. Rzecz jasna, również dla mnie, jak i dla wielu innych osób, oderwanie się od codziennych spraw na cały miesiąc nie jest czymś zwykłym. Pracując na własny rachunek, mogę mieć tyle wolnego, ile zechcę, ale muszę na ten luksus zarobić i wziąć pod uwagę, że przez miesiąc nie będę zarabiać, a jedynie wydawać pieniądze. Nie wiem, czy i jak często w przyszłości będę mogła to powtarzać. Być może po tym miesiącu jednak stwierdzę, że wolę sobie dawkować wolne w mniejszych porcjach. Nie wiem, na razie cieszę się tym, co jest.

Podróżuję po Andaluzji z siostrą, na własną rękę, pociągami lub autobusami. Minął już tydzień naszej wędrówki. Odwiedziłyśmy Malagę, Sewillę, Kadyks i Kordobę, a teraz zmierzamy do ostatniego miasta na naszej drodze, do Granady. Korzystamy z noclegów rezerwowowanych przez portal airbnb, o którym pisałam już kilkakrotnie. Zadowalamy się skromnymi warunkami pobytu i korzystamy z komunikacji publicznej, by zachować środki na zwiedzanie i przyjemności, takie jak próbowanie lokalnej kuchni i wino.

Lubię takie jesienne wakacje. To sposób na przedłużenie lata, zażycie słońca i ciepła, gdy w Polsce już pachnie jesienią. Turystów mniej, temperatura bardziej znośna, chociaż nadal popołudniami dobija do trzydziestu paru stopni. Można plażować, kąpać się w morzu, a zwiedzanie mniej męczy. Na plaży nie bawiłyśmy jednak długo. Dużo maszerujemy. Na szczęście mamy podobne upodobania. Interesują nas zabytki, ale również podglądanie codzienności, nie tylko typowo turystycznych atrakcji.

Wstajemy skoro świt i ruszamy w miasto, by włóczyć się do późnego wieczora. Dla mnie ten pobyt ma dodatkowy wymiar. Jak wiecie, z wykształcenia jestem filologiem hiszpańskim, więc dobrze mi robi całkowite zanurzenie się w języku, bezpośredni kontakt z jego żywą i barwną postacią. Zawsze dobrze czułam się w Hiszpanii, nawet myślałam o przeprowadzce tutaj, do której ostatecznie nie doszło, ale sentyment do kraju pozostał. Lubię tutejszą kuchnię, podejście do życia i ludzi, a język uwielbiam.

Za parę dni wracam na chwilę do domu, by się przepakować i ogarnąć bieżące sprawy. Za tydzień znów będę w drodze, tym razem do Grecji, gdzie będę wypoczywać w nieco bardziej leniwym trybie z mężem.

Tyle na razie, to mają być tylko migawki z podróży, a nie jej dziennik. Pozdrawiam Was serdecznie i wracam do wypoczywania.

Miałam Wam zamieścić kilka zdjęć, ale mobilna aplikacja Bloggera jest dość oporna w obsłudze. Zdjęcia zamieszczę więc po powrocie do domu.

15.09.2016

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 

Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niepytana ani niezachęcana. Po prostu uznała to za stosowne, by przywołać mnie do porządku. Może intencje miała dobre, ale forma była co najmniej niemiła. 

A przecież gdyby ktoś zapytał, miast besztać, odpowiedziałabym grzecznie i wyjaśniła swoje pobudki, przynajmniej te najważniejsze. Doprawdy nie widzę powodu, by tego tematu unikać czy odburkiwać, że to „nie twój interes”. Skoro rozmawiamy o motywach innych ważnych decyzji życiowych, czemu mielibyśmy nie mówić o tak istotnej sprawie? 

Od dawna wiedziałam, że raczej dzieci mieć nie będę, ale brałam pod uwagę, że z czasem coś może się zmienić. Tym bardziej, że słyszałam takie zapowiedzi za każdym razem, gdy mówiłam, że nie mam rodzicielskich planów. Z wiekiem rzekomo miało mi się zmienić. Miałam poczuć zew macierzyństwa, usłyszeć słynne tykanie biologicznego zegara i nagle zapałać pragnieniem poczęcia dzidziusia. Nie zarzekałam się, że na pewno nigdy nie zmienię zdania. Ale wiedziałam też, że nie będę zwlekać z decyzją w nieskończoność, bo nie chciałam ryzykować późnej ciąży (dla mnie mentalną granicą była czterdziestka). 

I stało się, usłyszałam to nieszczęsne tykanie. Jakieś osiem-siedem lat temu, nieco przed tym, jak założyłam bloga. To ogółem był przełomowy okres w moim życiu, gdy zaczęłam zadawać sobie różne istotne pytania. Okolice 35-tego roku życia. Wiele kobiet z mojego otoczenia zaszło wtedy w ciążę. Przyjaciółki, koleżanki z pracy, różne osoby w rodzinie. Nagle zaczęłam widzieć kobiety ciężarne na każdym kroku, wydawało mi się, że połowa miasta jest w stanie błogosławionym. A do tego te pytania, a kiedy my się zdecydujemy, a czemu jeszcze nie. 

Obudziło się we mnie zupełnie nowe pragnienie. Zaczęłam snuć plany, wyobrażać sobie, jak to będzie, gdy sama zostanę matką. Zaglądałam na fora, czytałam artykuły o przygotowaniu do ciąży. Poczułam, że to już czas. Podjęliśmy temat z moim partnerem. Wiedzieliśmy jednak oboje, że nie chcemy podejmować tej decyzji pochopnie, więc nie spieszyliśmy się. Daliśmy sobie czas na zastanowienie i oswojenie z sytuacją. Trwało to dość długo, chyba około roku.

Przez ten rok czułam się jak na huśtawce. Balansowałam między przemożnym pragnieniem urodzenia dziecka a całkowitą niechęcią do tego tematu. Raz chciałam tego całą sobą, a niedługo potem przechodziło mi jak ręką odjął. 

Zaznaczam, że nigdy nie bałam się ciąży ani porodu. Owszem, obawiałam się pierwszych miesięcy i lat życia dziecka, bo wiedziałam, że to wymagający okres pod każdym względem, gdy właściwie wszystko podporządkowuje się potrzebom malucha. Jednak tłumaczyłam sobie, że skoro tyle milionów kobiet urodziło dzieci, a potem je wychowało, same lub z pomocą partnera i rodziny, to znaczy, że natura dała nam do tego odpowiednie narzędzia i dam radę, gdy będzie trzeba. 

Szarpałam się jednak w różne strony. Myślałam, że niepewność jest spowodowana obawami przed podjęciem poważnej i nieodwracalnej decyzji. Jednak z czasem zauważyłam pewną prawidłowość czasową. Bardzo pragnęłam ciąży przez pierwszą połowę cyklu, mniej więcej do czasu owulacji. W drugiej połowie wracała znana niechęć do dzieci, a myśli o urodzeniu dziecka wydawały się wręcz absurdalne. Uderzyło mnie to jak młot. Poczułam się manipulowana przez  naturę, która próbowała mnie skłonić do podjęcia decyzji niebędącej moją własną. Dochodziły do tego wspomniane oczekiwania społeczne i presja otoczenia oraz podsycany przez nie lęk, czy nie będę kiedyś żałować, że zrezygnowałam z czegoś tak ważnego, jak macierzyństwo.

Pomyślałam wtedy, że nie chcę, by decydowały za mnie hormony i inni ludzie. Ta decyzja zmieni moje życie, ale nie wynika z prawdziwego i głębokiego pragnienia. Przecież przez większą część dorosłego życia nie myślałam o byciu matką. Marzyłam o byciu tłumaczem, podróżach, oglądaniu z bliska ukochanych zabytków i dzieł sztuki, pisaniu książek, a nie o niemowlętach. Miałam też jeszcze inne powody, które pomogły podjąć decyzję, ale są zbyt osobiste, by o nich pisać. Najważniejszym było jednak to, że nie pragnęłam bycia matką, pozostałe tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziły. Wiedziałam, że to nie moja droga. 

Nie wartościowałam tej decyzji, nie oceniałam żadnej możliwości jako lepszej. Nadal uważam, że nie można mówić o tym, czy życie z dziećmi lub bez nich jest dobre lub niedobre. To zależy od osoby i od związku, który dokonuje wyboru ze wszystkimi jego konsekwencjami, Te dwie osoby muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ten wybór jest zgodny z ich pragnieniami, czy są gotowe na to, by pójść w jedną lub drugą stronę. Ważne, by zadecydować samodzielnie, w zgodzie z samym sobą, głosem swojego serca. 

Foto  Léa Dubedout
Jestem przekonana, że nie każdy dzieci mieć musi. Co więcej, nie każdy mieć je powinien. Spotkałam wiele osób, które są fatalnymi i sfrustrowanymi rodzicami, a na dodatek wydają się nimi być wbrew własnej woli. Bo tak trzeba, bo przecież kobieta = matka, bo co to za małżeństwo bez dzieci, bo dzieci nadają życiu sens... Co gorsza, spotykam dorosłych, którzy mówią: „moi rodzice nigdy nie powinni mieć dzieci”, bo zostali przez nich skrzywdzeni, nie czuli się kochani, byli zaniedbywani i pozostawiani sami sobie. Wydaje mi się, że zbyt często decyzja o rodzicielstwie właściwie nie jest podejmowana, lecz podejmuje się sama. Pozostawia się ją przypadkowi albo poddaje naciskom otoczenia. 

Wiecie, sam moment zadecydowania, w którą stronę pójdziemy, nie był łatwy. Każda rezygnacja niesie ze sobą pewien smutek. Świadomość, że nigdy nie poznam smaku tego, z czego zrezygnowałam, rodzi lekką melancholię. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak by to było, a wyobrażenie nijak ma się do doświadczenia. Jednak gdy przekroczyliśmy ten próg, poczułam ulgę. Nie muszę więcej tego roztrząsać. 

Z czasem, gdy opadły emocje, hormony przestały szaleć, a otoczenie natrętnie nagabywać, z dystansu jeszcze lepiej widać, że to był dobry dla nas wybór. Dla mnie na pewno. O tym, jak to jest być kobietą bezdzietną i szczęśliwą, oraz o tym, co nadaje życiu sens, opowiem Wam jednak innym razem.