Przejdź do głównej zawartości

Posty

Najlepszy prezent

Szczerze mówiąc, lubię dostawać prezenty. Małe lub duże, ale dane od serca. Dane nie dlatego, że trzeba i wypada, bo to ten właśnie dzień w roku. Urodziny czy Boże Narodzenie, ale dlatego, że ktoś mnie lubi i chce sprawić mi przyjemność, wywołać uśmiech na mojej twarzy. 
Dawać też lubię. Tak samo jak dostawać, jeśli wiem, że obdarowany jest osobą, która lubi podarunki. Najtrudniej jest z takimi ludźmi, co to wszystko już mają i niczego nie chcą, tzn. chcieliby dostawać prezenty, ale są już tak zmanierowani, że nie wiadomo właściwie, czy jest jeszcze cokolwiek, co mogłoby przynieść im radość. 
Wiele osób mówi, że większą przyjemność sprawia im dawanie niż dostawanie prezentów. Też kiedyś tak odczuwałam, ale teraz uważam, że nauczenie się czerpania takiej samej radości z brania, jak z dawania, bardzo wiele zmienia. Jeśli chce się być naprawdę zadowoloną z życia osobą, to wręcz konieczne. Równowaga musi być, jak zawsze.
Nie cierpię jednak prezentów nieprzemyślanych. Przyznaję, że rzadko…
Najnowsze posty

Wyprzedaże, reniferki i kalendarz dla psa

Zaczęło się. Black Friday, Black Weekend, Cyber Monday, wyprzedaże, przedświąteczne promocje. Coraz bardziej rozpędza się cały ten mechanizm nakręcania zakupów i konsumpcji. Nie czuję się uczestniczką tego zjawiska, ale nie mieszkam na bezludnej wyspie, więc trudno byłoby go nie zauważać. 
Śledzę na YouTube wybrane kanały, także tzw.„lajfstajlowe”. Zazwyczaj dlatego, że lubię osobę prowadzącą kanał, nawet jeśli czasami ludzie ci mają zupełnie odmienny od mojego stosunek do konsumpcji. Nie chcę zamykać się w kręgu minimalistów i antykonsumpcjonistów, bo w ten sposób można łatwo stracić kontakt z rzeczywistością. Oglądanie zwyczajów tak odległych od moich ma bardzo odświeżające działanie. Chociażby pokazywanie wszystkich zdobyczy wyprzedażowych czy „Vlogmasy”, czyli codzienne vlogi w grudniu, aż do Bożego Narodzenia, w ramach których prezentuje się wszelkie przygotowania do świąt, pokazują mi rzeczywistość z zupełnie innego świata. Do zeszłego roku nie miałam na przykład pojęcia o istn…

Kolorowa szafa minimalistki - także na wakacjach

Ostatni wpis z połowy czerwca. Aż trudno uwierzyć. Jednak to prawda. Nie chcę Was zamęczać tłumaczeniami, dlaczego tak długo milczałam. Niedługo minie pół roku od śmierci Taty. Ostatnie miesiące wbrew pozorom były nie tylko czasem smutku, ale przede wszystkim czasem ważnych zmian w życiu naszej rodziny, częściowo wymuszonych przez odejście Taty, a częściowo przez nią sprowokowanych (?), a może tylko przyspieszonych. Kilka z tych zmian jest naprawdę pozytywnych, dotyczą głównie życia mojej Siostry. W skrócie napiszę tylko, dla tych z Was, którzy zawsze trzymali za nią kciuki (wiecie, że Ula jest osobą niesłyszącą), że Sister zmieniła pracę i na razie jest bardzo zadowolona. A my cieszymy się, że jest doceniana i że ma szanse na rozwój i lepszą jakość życia.
Bałam się, że nie będę umiała już pisać tutaj. Jednak z tym jest chyba jak z jazdą na rowerze. Wystarczy usiąść i zacząć, a reszta idzie już sama...
Oprócz tego, że dużo działo się różnych rzeczy, które wymagały mojej uwagi czy wsp…

DDTVN, Dojrzewalnia Liderek i trudny powrót do codzienności

Trudno jest mi wrócić do normalnego rytmu pisania i nagrywania. Nie mogę się przemóc, by znów pisać o zwykłych, codziennych sprawach. 
Zawsze wydawało mi się, że w żałobie po stracie jednej z najbliższych osób będę przede wszystkim płakać. A tymczasem rzadko mam na to ochotę. Smutek dotyka mnie w zupełnie inny sposób. Siedzi gdzieś głęboko i nieszczególnie mam ochotę go uwalniać. Nastrój faluje, czasem więcej we mnie gniewu na to, że Taty już nie ma, czasem więcej czułości i wdzięczności za to, że był z nami tak długo, ile było to możliwe. 
Blog i kanał na YouTube chwilowo zeszły na dalszy plan, bo moje serce i myśli są teraz gdzie indziej. Są inne ważne sprawy do załatwienia i uporządkowania, część dotyczy przeszłości, część jest istotna dla przyszłości niektórych osób z naszej rodziny, skupiam się więc na tych formalnościach, spotkaniach i załatwianiach. 
Wiem, że z czasem będę czuła coraz silniejszą potrzebę komunikowania się z Wami, czytelnikami i widzami. Z czasem też łatwiej bę…

Bez Taty. Pocieszenie.

Minęło trzy tygodnie od śmierci Taty. Przez ten czas nie myślałam nawet o blogowaniu, oprócz krótkiego komunikatu opublikowanego tutaj, zamieściłam jedynie materiał na kanale YT, by również widzom wyjaśnić moje czasowe zniknięcie. 
Tata zmarł nagle i niespodziewanie, na rozległy zawał serca. Źle się poczuł i pogotowie zabrało go bardzo szybko do szpitala, ale nie udało się go odratować. Gdy nas do niego wpuszczono, żegnaliśmy się jedynie z ciałem, za które jeszcze oddychała maszyna, ale życia już w nim nie było. 
Te pierwsze dni były bardzo trudne, bo nie mogliśmy uwierzyć w to, co się stało. Tak to już jest ze śmiercią, nie da się na nią przygotować. Tata miał problemy z sercem od dawna, ale był pod stałą kontrolą kardiologa, wydawało się, że wszystko jest w porządku. Do ostatniej chwili był aktywny, pełen energii i humoru. Tym większym zaskoczeniem było jego odejście.
W kolejnych wpisach wrócę do zapowiadanych tematów, ale pozwólcie, że dzisiaj jeszcze podzielę się z Wami tym, co m…

Nieuniknione

Piszę bardzo krótko, bo nie chcę Was zostawiać w takiej ciszy. Przez moment nie będę publikować. Przedwczoraj nagle zmarł na serce mój Tata. Na razie jestem skupiona na innych sprawach. Wrócę do Was niedługo, bo żałoba, jak i śmierć, jest nieunikniona, ale życie musi toczyć się dalej i trzeba się czymś zająć, chociażby po to, by było choć odrobinę lżej. W tej chwili jednak moje myśli i emocje są zupełnie gdzie indziej.
Dziękuję tym wszystkim osobom, które już przekazały mi bardzo wiele dobrych słów wsparcia i pocieszenia. 

Pięciominutowe małże i kuchenne objawienia

Objawienia tego, co dla mnie w gotowaniu najważniejsze, doznałam dobrych parę lat temu na warsztatach kulinarnych. Wtedy jeszcze wydawało mi się, że gotowanie mogę uważać za swoją pasję, dużo czytałam na ten temat, często oglądałam programy kulinarne i filmy o kulturze gastronomicznej. W warsztatach uczestniczyłam dwa razy, nauczyłam się paru ciekawych rzeczy i poznałam kilka przepisów, z których dwa wykorzystuję do tej pory, ale najlepszy wniosek, jaki wyniosłam, był zupełnie nieoczywisty i niezamierzony przez prowadzącego zajęcia kucharza. 
Otóż na przystawkę mieliśmy przygotować zapiekane mule (małże). Najpierw napociliśmy się straszliwie, bo trzeba je było otworzyć na surowo, a to nie jest proste i trzeba bardzo uważać, żeby się nie pokaleczyć. Potem z wyjętej z muszli i posiekanej zawartości przygotowywaliśmy nadzienie i w pocie czoła wkładaliśmy je z powrotem do muszelek. To małe stworzonka, więc muszle niewielkie. Znów więc dziubdzianie (dziub, dziub) małą łyżeczką. I do pieca…