Kanał lewy, kanał prawy, 23.11.2014

Robię ciągle przerywniki w opowiadaniu o wolnym podróżowaniu, bo nie chciałabym, by blog sprawiał wrażenie podróżniczego. Dzisiaj czas na kanały (bynajmniej nie weneckie). 

Ostatni czas obfituje w spotkania z czytelnikami bloga i książki. Wielka to radość - taka rozmowa twarzą w twarz z prawdziwymi ludźmi. Kocham internet miłością od pierwszego kliknięcia, ale część tej miłości wynika z faktu, że dzięki sieci udało mi się zawrzeć wiele świetnych znajomości, które dopiero w tzw. realu pokazały pełnię swojego potencjału. 
Rozmowy te przynoszą wiele obserwacji, inspiracji, pokazują mi, o czym warto pisać więcej. I jeden z wciąż powracających motywów to stwierdzenie: „byłoby mi łatwiej rozstawać się z niepotrzebnymi rzeczami, gdybym wiedział(-a), co mam z nimi robić. A ponieważ nie mam pomysłu, nie mam też siły się z nimi zmierzyć”. 

W pełni to rozumiem. Dopóki nie mam pomysłu, co zrobić z daną rzeczą lub grupą przedmiotów, ciężko zabrać mi się do porządków czy segregacji. A przecież okresowe przeglądy stanu posiadania są konieczne. Nawet jeśli jest się osobą zakupowo i konsumpcyjnie zdyscyplinowaną i nie kupuje się lub przyjmuje do swojego życia przedmiotów w sposób zbyt pochopny i nieprzewidujący, to przecież nasze potrzeby i okoliczności życiowe wciąż się zmieniają, co wymaga nieustannego dostosowywania się. Jedne przedmioty przestają być potrzebne, za to pojawiają się inne. Jeśli nie panuje się nad tymi zmianami, prędzej czy później doprowadzi to do jakiegoś dyskomfortu. Nadmiaru i nieporządku. 

Wszystko płynie.

Chodźże na pole (zwane Campo), 16.11.2014

Opowieści o toskańskich wędrówkach i wolnym podróżowaniu odcinek kolejny, nie ostatni. Ostatnio było o Pizie, ale to nie ona była naszym głównym celem podczas wrześniowego wyjazdu. Tym razem postanowiliśmy dłużej zatrzymać się w Sienie. 

Byliśmy tam wcześniej dwa razy - raz na cały dzień, raz pół dnia (bez noclegów), przyjeżdżaliśmy do niej z Florencji. Być może wyda się więc dziwne, że postanowiliśmy wybrać się ponownie do miasta, które według normalnych standardów turystycznych zdążyliśmy już zwiedzić całkiem dobrze: i wspięliśmy się po stromych i klaustrofobicznie wąskich schodach na wieżę Palazzo Publico, by podziwiać panoramę miasta i okolicy, i zwiedziliśmy dwukrotnie katedrę. I na głównym placu wypiliśmy niejedną kawę. Właściwie można by sobie darować ten kolejny wyjazd, wykorzystać ten czas i pieniądze na poznanie jakiegoś zupełnie nowego miejsca, a może nawet kilku. 

Zamiatam liście pod dywan, 11.11.2014

W antrakcie opowieści o wolnym podróżowaniu i Toskanii mały wtręt o porządkach. Dawno nie pisałam na „rzeczowe tematy”, bo, jak wiadomo, minimalizm to nie tylko przedmioty. Jednak całkiem od tych kwestii uciec się nie da, a rozmawianie o nich jest przecież przyjemne i interesujące. 

Wspominałam już nie raz, że lubię wykorzystywać naturalny rytm pór roku i związane z nim odruchy, nastroje, przypływy energii. Najoczywistsze i najłatwiejsze do zauważenia jest wiosenne ożywienie, dążenie do odnowy, wymiatanie kurzu z kątów, trzepanie dywanów i detoksy. Wtedy łatwo wprowadza się zmiany, gdy na drzewach pojawiają się pierwsze zielone pąki, a słońce znów delikatnie rozgrzewa. Porządkowanie otoczenia przychodzi wtedy szczególnie łatwo, niejako samo. Chce się zrzucić pozimowy balast, przygotować się na nową odsłonę życia. 

Dla mnie drugim takim ważnym momentem roku jest jesień. Może z porządkami kojarzy się głównie ogrodnikom, ale chociaż nie mam ogrodu, też lubię przedzimowe przygotowania. 

Jedźmy do Pizy na pizzę i pyzy, 02.11.2014

Tłumaczyłam się już we wpisie tymczasowym z przyczyn przedłużającego się blogowego milczenia, więc przejdźmy od razu do rzeczy. Tylko winny się tłumaczy, a winna się czuję, więc czas na rehabilitację. 

Obiecywałam, że na przykładzie relacji z różnych naszych wyjazdów postaram się pokazać, jak w praktyce wygląda wolniejsze podróżowanie (w naszym wydaniu). Nie w wolnym, tylko wolniejszym niż powszechnie przyjęte tempie. Raczej krokiem marszowym niż tak zwanym kurcgalopkiem. Na slow travelling składa się wiele czynników, nie będę próbować opisać ich w jednym wpisie, lecz opowiem o nich, używając jako ilustracji doświadczeń z różnych miejsc, z niedawnych i wcześniejszych podróży.

Piza była dla mnie jednym z tych miejsc, w odniesieniu do których od dawna miałam niedosyt. Wielokrotnie odwiedzałam ją z grupami turystycznymi, ale tylko raz udało mi się przelotnie zobaczyć odrobinę więcej niż Campo dei Miracoli (czyli Pole cudów, kompleks zabytków, którego częścią jest słynna Krzywa Wieża). Plac ten leży ciut na uboczu, do rzeki Arno jest od niego kawałek drogi, a przecież miasto ciągnie się jeszcze pod drugiej jej stronie. Autokary turystyczne przyjeżdżają na parking leżący jeszcze dalej od centrum miasta, więc większość zorganizowanych wycieczek poznaje w Pizie tylko okolice parkingu, plac z wieżą, stoiska z suwenirami oraz kilka pizzerii i lodziarni w bezpośrednim sąsiedztwie Campo. Zawsze chciałam zobaczyć coś więcej, wydawało mi się to krzywdzące, że sprowadza się całkiem spore miasto z bogatą i ciekawą historią do „najbardziej znanej porażki architektonicznej” (cytat z blogu Dzienniki Pisanodo którego wrócę jeszcze parę razy), nie poświęcając nawet odrobiny uwagi całej reszcie tego miejsca. Ktoś kiedyś zapewne uznał, że reszta Pizy nie jest warta zainteresowania. Nie lubię jednak przyjmować takich opinii od innych, wolę sama wyrobić sobie zdanie na ten temat. Może faktycznie jest tak, jak pisze Agata na wspomnianym blogu Dzienniki Pisano we wpisie pt. Co się liczy w Pizie:

Poza krzywą wieżą jest tu sporo do oglądania, ale sza!, żeby się turyści nie dowiedzieli. Plac cudów i katedra stoją za wielkim murem, zajeżdżają tam autobusy pełne aparatów fotograficznych i turystów gotowych pozować, „podpierając” wieżę. Cała zawartość autokarów jest w grupach wprowadzana na plac i zaraz potem z powrotem do autobusu. Dzięki temu wszyscy na świecie uważają, że w Pizie jest tylko krzywa wieża, a tubylcy mają miasto dla siebie, święty spokój i po 21 euro od każdej pary aparat+turysta.

Wpis tymczasowy, 31.10.2014

Wiem, że niewiele tu się dzieje ostatnio. Przepraszam Was za to przydługie milczenie. Promowanie książki jest zajęciem bardzo przyjemnym, ale też absorbującym (nie narzekam jednak! Ani mi to w głowie). Nowy wpis już lada moment, muszę wcześniej zamknąć kilka spraw. 

Spotkania autorskie - Warszawa, Kraków, Bochnia, 20.10.2014

Zgodnie z zapowiedziami - nadchodzi czas spotkań promujących Minimalizm po polsku

W pierwszej kolejności Warszawa. W miejscu, które bardzo lubię, z prowadzącą, którą lubię jeszcze bardziej, więc zapowiada się bardzo sympatycznie. W siedzibie Stacji Muranów, 27 października 2014 r., o godz. 19:00. Spotkanie poprowadzi Beata Chomątowska. 

Następnie Kraków, czyli moje ukochane miasto. W Księgarni Pod Globusem, 6 listopada 2014 r., o godz. 18:00. Prowadzący to Łukasz Wojtusik z Radia Tok FM. 

I Bochnia - z którą związany był mój dziadek, Józef Mularczyk, więc stąd pojawiła się propozycja spotkania tam właśnie, w Bibliotece Publicznej, o godz. 18:00 w dniu 18 listopada. 

Zapraszam i do zobaczenia, mam nadzieję!

Wolne podróżowanie, 13.10.2014

Jedna z czytelniczek podesłała mi niedawno informację o książce: O wolnym podróżowaniu, której autorem jest Dan Kieran. Podtytuł brzmi Droga jest celem. Zaciekawiła mnie ta pozycja, ale na razie po nią nie sięgam, mam kilka innych lektur w kolejce do przeczytania. Przejrzałam recenzje, między innymi tę na blogu Niebiańskie pióro. Przeczytałam ją z przyjemnością, ale też z rozbawieniem - bo dzięki niej dowiedziałam się, że sposób, w jaki podróżujemy, ma swoją specjalną nazwę. To „wolne podróżowanie”, czyli w j. ang. slow travel. 

Mniejsza o nazwę. Ze wspomnianej recenzji wynika, że autor książki pragnie pokazać, jak można odzyskać radość z podróżowania. O tyle więc nie czuję szczególnej potrzeby jej przeczytania, że nigdy tej przyjemności nie utraciłam, podróże, niezależnie od zasięgu czy środka lokomocji, zawsze sprawiają mi wielką frajdę. Nieważne, czy to wycieczka samochodem z rodzicami i siostrą do Sanoka (prześliczne miasto!), czy też samolotowy wypad do Toskanii. Wszędzie widzę cudne miejsca, i daleko, i zupełnie blisko, tuż obok domu. A spieszyć się w podróży nie cierpię. 

Dan Kieran namawia do rezygnacji z podróży samolotem i zachęca, by podróżować wolniej. Pociągiem lub pieszo. I z jednej strony rozumiem jego argumentację, z drugiej zaś nie całkiem podzielam. Nie skreślam samolotu, wręcz przeciwnie, niewiele znam większych przyjemności niż latanie. Gdyby tylko nie miało ono fatalnego wpływu na środowisko naturalne i gdyby transport samolotowy nie był tak bardzo nadużywany w obecnych czasach, moje niecałkiem czyste ekologiczne sumienie czułoby się znacznie lepiej.