Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wolny strzelec całodobowo

W ostatnim wpisie na temat pracy na własny rachunek pytałam Was, czy chcielibyście, bym napisała o jakichś konkretnych aspektach takiej działalności. Ola, autorka bloga Miej klasę, zadała kilka dobrych pytań, odpowiedź na które w pełni zasługuje na osobny post.  Ola pyta:
Ciekawi mnie, jak jest w Twoim przypadku z samodyscypliną i systematycznością (praktyczne sposoby), jak wygląda Twój przeciętny dzień/tydzień pracy? Trzymasz się narzuconej sobie rutyny czy raczej pracujesz zrywami? Czy Twoja praca w charakterze tłumacza różni się w tej kwestii od pisania książek? Jakie korekty wprowadziłaś na przestrzeni lat w tym systemie pracy? Wiele przykładów z książki "Codzienne rytuały. Jak pracują wielkie umysły" pokazuje, że właśnie praca nieograniczona biurowymi godzinami i sztywnymi zasadami powoduje, że trzeba samemu narzucić sobie jakieś ramy, np. wstaję o 8:00, o 9:00 siadam do komputera, pracuję cztery godziny, potem obiad itd. Oraz druga sprawa: jak radzisz sobie z różnym na…
Najnowsze posty

Moja szefowa to wredna zołza

Wiecie, że właśnie mija siedem lat od momentu, gdy podjęłam decyzję o odejściu z etatu i rozpoczęciu pracy na własny rachunek? Doskonale pamiętam dzień, w którym odbyłam ostateczną rozmowę z szefem, bo zaraz po niej wyszłam wcześniej z pracy, by pojechać na pogrzeb ojca mojej dobrej koleżanki. Było mroźno i jechałam przez całe miasto autobusem, rozmyślając o tym, czy na pewno dobrze zrobiłam i czy nie będę kiedyś żałować zrezygnowania z przyzwoicie płatnej pracy w ulubionym zawodzie i wśród sympatycznych ludzi. 
Stali czytelnicy znają tę historię i wiedzą zapewne, że nie żałuję tej decyzji. Mniej więcej raz na rok pisuję o tym, jak mi się żyje jako wolnemu strzelcowi. W zeszłym roku obiecywałam zresztą, że będę więcej pisać o realiach pracy na własny rachunek w tym wpisie i nie wywiązałam się do tej pory z obietnicy. Zeszły rok był przełomowy, jeśli chodzi o moją obecność w sieci. Był zastój, było ciężko, ale udało się odwrócić kartę i rozpocząć nowy rozdział. Nie będę więc tłumaczyć…

Moje plany na 2018

Nie raz wspominałam, że od kilku lat nie podejmuję już noworocznych postanowień. Zmiany wprowadzam wtedy, gdy czuję się do nich gotowa. Czyli na przykład 15 października. Nie jestem przeciwna podejmowaniu prób doskonalenia siebie od 1 stycznia, ale wiem, że w większości przypadków są one nieskuteczne. Jeśli wynikają z kalendarza, a nie z wewnętrznej gotowości i dojrzałości do przemiany, zwykle nie przynoszą trwałych skutków, a po miesiącu już mało kto o nich pamięta. Jednakże życzę powodzenia i kibicuję wszystkim, którzy je czynią, bo każdy wysiłek mający na celu poprawę jakości życia i pracę nad sobą jest godny pochwały i wsparcia.


Jednak nadal planuję, a raczej wyznaczam sobie kierunki zmian i doskonalenia, zadania do wykonania. Te, które realizuję obecnie, są kontynuacją i pogłębieniem procesów trwających już od dawna. A tak konkretnie? Z chęcią Wam o tym opowiem.

Dobry rok, dobre Święta

Mijający rok był naprawdę dobry, pod każdym względem. Nie wszystko udało się zrealizować (książka...), ale wiele się nauczyłam i dużo pozytywnych rzeczy mi się przytrafiło. Wiele bezinteresownej życzliwości, serdeczności, ciepła otrzymałam od bliskich i dalszych osób. Sporo przydatnej wiedzy udało się zgromadzić. Dużo było też śmiechu i uśmiechu. 
Na razie cieszę się bardzo z tego, że powróciła mi radość blogowania. Pomysł nagrywania wideo na Youtube okazał się zbawiennym, bo właśnie dzięki temu zobaczyłam nowe możliwości dla mojej obecności w internecie. Chyba po prostu potrzebowałam nowych wyzwań. Niektórzy tak mają. 
Wierzę, że kolejny rok będzie podobny, a może jeszcze lepszy i ciekawszy. Zobaczymy. 
Dzisiaj dziękuję Wam za to, że jesteście ze mną, niezależnie od tego, co robię. Za to, że przychodzicie na spotkania, dzielicie się swoimi historiami. Piszecie e-maile i komentarze. Bez Was to, co robię, nie miałoby sensu.
Życzę Wam, tak jak lubię: światła i radości. By Święta były d…

Esencja Świąt

Gdybym 10 lat temu wzięła udział w ankiecie na temat: bez czego nie wyobrażasz sobie Świąt Bożego Narodzenia, miałabym całkiem sporo do wymieniania: bez choinki, bez światełek i dekoracji, kolęd i świątecznych melodii, bez co najmniej kilku potraw na wigilijną kolację, kompotu z suszonych owoców, kilku ciast na deser, dobrych czekoladek i cukierków na choince, bez prezentów (im więcej tym lepiej!), bez przedświątecznej bieganiny i gruntownych porządków w domu. Nie celebrowaliśmy Świąt z przesadnym rozmachem, ale też nie wprowadzaliśmy dużych ograniczeń. Grudzień był więc czasem wzmożonej aktywności, zakupów, przygotowań i planowania. Właściwie do ostatniej chwili coś się załatwiało lub przygotowywało. Za każdym razem i tak czegoś się nie udało zrealizować, chociaż później okazywało się, że nikt jakoś nie poczuł różnicy. A to nie zdążyło się czegoś upiec albo ugotować, a to znowu nie było czasu na wyczyszczenie mieszkania na połysk. 

Względność porażki i anioły w Lanckoronie

Miałam w planie kolejny wpis o ograniczaniu odpadów. I on powstanie, ale nie dzisiaj. Ostatnio coraz częściej tęsknię za pisaniem do Was, ale nie takim według planów i rozpiski tematów, lecz spontanicznym, jak na początku pisania bloga. Wtedy, gdy po prostu siadałam i pisałam, co mi w duszy grało, relacjonując na bieżąco różne wydarzenia i procesy z mojego życia. 
Wiecie, że pierwsze wpisy na blogu napisałam 8 lat temu, późną jesienią 2009 r.? Na samym początku nazywał się „Minimalistka” i prowadziłam go na platformie blox, ale szybko zorientowałam się, że nie jest ona wystarczająco funkcjonalna, jak na moje potrzeby, i przeniosłam się tutaj, na blogspot, czyli w objęcia wujka Gugla. To była dobra decyzja, bo do tej pory jest mi tu wygodnie i nie kusi mnie, by szukać innych rozwiązań. 
Wiele się wydarzyło od tamtego czasu, i w moim życiu, i tutaj, na łamach bloga. Było parę momentów zwątpienia, ostatni w tym roku, kiedy na pewien czas zawiesiłam publikowanie, nie będąc pewną, czy jes…

Jednorazowy świat. Życie „Zero waste”

Zawrotne nieraz tempo, w jakim zapełniają się nasze kosze na śmieci, od dawna mnie irytuje. Mamy dwa, jeden w łazience, w którym lądują odpady nadające się do recyklingu, a ten mniejszy w kuchni przyjmuje pozostałe śmieci oraz resztki organiczne. Poza tym przy naszym bloku jest też osobny kontener na szkło, do którego na bieżąco wynosimy butelki po winie i stłuczkę.
Jednak gdy po raz pierwszy usłyszałam o koncepcji „zero waste”, czyli życia bezodpadowego, jeszcze nie wiedząc, o co tak naprawdę chodzi, zrazu nastawiłam się do niej negatywnie. Jakie zero odpadów?! Przecież to niemożliwe, na pewno nie w obecnych warunkach. Tym bardziej, że z dzieciństwa pamiętam, jak wyglądało ówczesne życie bezodpadowe (wychowywałam się na wsi, w naszym domu właściwie nie istniało coś takiego, jak śmieci, tzn. niemal wszystkie odpady w jakiś sposób się wykorzystywało), jakie były tamte realia i z czym wiązało się takie życie (ale o tym powiem szerzej przy innej okazji). Do kompletu przyszła informacja …