26.09.2016

Miesiąc wakacji

Piszę dzisiaj do Was, siedząc w autobusie toczącym się z Kordoby do Granady, w Andaluzji, krętą drogą przez gaje oliwne i przykurzone, rozgrzane upałem miasteczka. Nie zapowiadałam wcześniej wyjazdu, bo nie byłam pewna, czy uda mi się zrealizować plan blogowania mobilnego. Pomyślałam sobie, że skoro w ostatnich miesiącach pisywałam nieregularnie, nie będę zaniedbywać bloga w czasie urlopu. Tym bardziej, że będzie on dość długi.

Zwykle wyjeżdżam na dłużej dwa razy w roku, na ciut krócej z siostrą, a na zasadniczy urlop z mężem. Tak też miało być tym razem, lecz niespodziewanie okazało się, że z przyczyn niezależnych oba te wyjazdy będą oddzielone od siebie zaledwie kilkudniową przerwą. Co oznacza, że mam miesiąc wakacji. Przyznaję, że nieco jestem tym zaskoczona, ale oczywiście zadowolona.

Zdałam sobie sprawę, że skoro jest to możliwe, oznacza to, że doszłam do takiego miejsca w życiu, o którym marzyłam. Miejsca, w którym praca jest dla mnie bardzo ważna, ale oprócz niej jestem w stanie realizować wiele innych planów i pomysłów. Rzecz jasna, również dla mnie, jak i dla wielu innych osób, oderwanie się od codziennych spraw na cały miesiąc nie jest czymś zwykłym. Pracując na własny rachunek, mogę mieć tyle wolnego, ile zechcę, ale muszę na ten luksus zarobić i wziąć pod uwagę, że przez miesiąc nie będę zarabiać, a jedynie wydawać pieniądze. Nie wiem, czy i jak często w przyszłości będę mogła to powtarzać. Być może po tym miesiącu jednak stwierdzę, że wolę sobie dawkować wolne w mniejszych porcjach. Nie wiem, na razie cieszę się tym, co jest.

Podróżuję po Andaluzji z siostrą, na własną rękę, pociągami lub autobusami. Minął już tydzień naszej wędrówki. Odwiedziłyśmy Malagę, Sewillę, Kadyks i Kordobę, a teraz zmierzamy do ostatniego miasta na naszej drodze, do Granady. Korzystamy z noclegów rezerwowowanych przez portal airbnb, o którym pisałam już kilkakrotnie. Zadowalamy się skromnymi warunkami pobytu i korzystamy z komunikacji publicznej, by zachować środki na zwiedzanie i przyjemności, takie jak próbowanie lokalnej kuchni i wino.

Lubię takie jesienne wakacje. To sposób na przedłużenie lata, zażycie słońca i ciepła, gdy w Polsce już pachnie jesienią. Turystów mniej, temperatura bardziej znośna, chociaż nadal popołudniami dobija do trzydziestu paru stopni. Można plażować, kąpać się w morzu, a zwiedzanie mniej męczy. Na plaży nie bawiłyśmy jednak długo. Dużo maszerujemy. Na szczęście mamy podobne upodobania. Interesują nas zabytki, ale również podglądanie codzienności, nie tylko typowo turystycznych atrakcji.

Wstajemy skoro świt i ruszamy w miasto, by włóczyć się do późnego wieczora. Dla mnie ten pobyt ma dodatkowy wymiar. Jak wiecie, z wykształcenia jestem filologiem hiszpańskim, więc dobrze mi robi całkowite zanurzenie się w języku, bezpośredni kontakt z jego żywą i barwną postacią. Zawsze dobrze czułam się w Hiszpanii, nawet myślałam o przeprowadzce tutaj, do której ostatecznie nie doszło, ale sentyment do kraju pozostał. Lubię tutejszą kuchnię, podejście do życia i ludzi, a język uwielbiam.

Za parę dni wracam na chwilę do domu, by się przepakować i ogarnąć bieżące sprawy. Za tydzień znów będę w drodze, tym razem do Grecji, gdzie będę wypoczywać w nieco bardziej leniwym trybie z mężem.

Tyle na razie, to mają być tylko migawki z podróży, a nie jej dziennik. Pozdrawiam Was serdecznie i wracam do wypoczywania.

Miałam Wam zamieścić kilka zdjęć, ale mobilna aplikacja Bloggera jest dość oporna w obsłudze. Zdjęcia zamieszczę więc po powrocie do domu.

15.09.2016

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 

Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niepytana ani niezachęcana. Po prostu uznała to za stosowne, by przywołać mnie do porządku. Może intencje miała dobre, ale forma była co najmniej niemiła. 

A przecież gdyby ktoś zapytał, miast besztać, odpowiedziałabym grzecznie i wyjaśniła swoje pobudki, przynajmniej te najważniejsze. Doprawdy nie widzę powodu, by tego tematu unikać czy odburkiwać, że to „nie twój interes”. Skoro rozmawiamy o motywach innych ważnych decyzji życiowych, czemu mielibyśmy nie mówić o tak istotnej sprawie? 

Od dawna wiedziałam, że raczej dzieci mieć nie będę, ale brałam pod uwagę, że z czasem coś może się zmienić. Tym bardziej, że słyszałam takie zapowiedzi za każdym razem, gdy mówiłam, że nie mam rodzicielskich planów. Z wiekiem rzekomo miało mi się zmienić. Miałam poczuć zew macierzyństwa, usłyszeć słynne tykanie biologicznego zegara i nagle zapałać pragnieniem poczęcia dzidziusia. Nie zarzekałam się, że na pewno nigdy nie zmienię zdania. Ale wiedziałam też, że nie będę zwlekać z decyzją w nieskończoność, bo nie chciałam ryzykować późnej ciąży (dla mnie mentalną granicą była czterdziestka). 

I stało się, usłyszałam to nieszczęsne tykanie. Jakieś osiem-siedem lat temu, nieco przed tym, jak założyłam bloga. To ogółem był przełomowy okres w moim życiu, gdy zaczęłam zadawać sobie różne istotne pytania. Okolice 35-tego roku życia. Wiele kobiet z mojego otoczenia zaszło wtedy w ciążę. Przyjaciółki, koleżanki z pracy, różne osoby w rodzinie. Nagle zaczęłam widzieć kobiety ciężarne na każdym kroku, wydawało mi się, że połowa miasta jest w stanie błogosławionym. A do tego te pytania, a kiedy my się zdecydujemy, a czemu jeszcze nie. 

Obudziło się we mnie zupełnie nowe pragnienie. Zaczęłam snuć plany, wyobrażać sobie, jak to będzie, gdy sama zostanę matką. Zaglądałam na fora, czytałam artykuły o przygotowaniu do ciąży. Poczułam, że to już czas. Podjęliśmy temat z moim partnerem. Wiedzieliśmy jednak oboje, że nie chcemy podejmować tej decyzji pochopnie, więc nie spieszyliśmy się. Daliśmy sobie czas na zastanowienie i oswojenie z sytuacją. Trwało to dość długo, chyba około roku.

Przez ten rok czułam się jak na huśtawce. Balansowałam między przemożnym pragnieniem urodzenia dziecka a całkowitą niechęcią do tego tematu. Raz chciałam tego całą sobą, a niedługo potem przechodziło mi jak ręką odjął. 

Zaznaczam, że nigdy nie bałam się ciąży ani porodu. Owszem, obawiałam się pierwszych miesięcy i lat życia dziecka, bo wiedziałam, że to wymagający okres pod każdym względem, gdy właściwie wszystko podporządkowuje się potrzebom malucha. Jednak tłumaczyłam sobie, że skoro tyle milionów kobiet urodziło dzieci, a potem je wychowało, same lub z pomocą partnera i rodziny, to znaczy, że natura dała nam do tego odpowiednie narzędzia i dam radę, gdy będzie trzeba. 

Szarpałam się jednak w różne strony. Myślałam, że niepewność jest spowodowana obawami przed podjęciem poważnej i nieodwracalnej decyzji. Jednak z czasem zauważyłam pewną prawidłowość czasową. Bardzo pragnęłam ciąży przez pierwszą połowę cyklu, mniej więcej do czasu owulacji. W drugiej połowie wracała znana niechęć do dzieci, a myśli o urodzeniu dziecka wydawały się wręcz absurdalne. Uderzyło mnie to jak młot. Poczułam się manipulowana przez  naturę, która próbowała mnie skłonić do podjęcia decyzji niebędącej moją własną. Dochodziły do tego wspomniane oczekiwania społeczne i presja otoczenia oraz podsycany przez nie lęk, czy nie będę kiedyś żałować, że zrezygnowałam z czegoś tak ważnego, jak macierzyństwo.

Pomyślałam wtedy, że nie chcę, by decydowały za mnie hormony i inni ludzie. Ta decyzja zmieni moje życie, ale nie wynika z prawdziwego i głębokiego pragnienia. Przecież przez większą część dorosłego życia nie myślałam o byciu matką. Marzyłam o byciu tłumaczem, podróżach, oglądaniu z bliska ukochanych zabytków i dzieł sztuki, pisaniu książek, a nie o niemowlętach. Miałam też jeszcze inne powody, które pomogły podjąć decyzję, ale są zbyt osobiste, by o nich pisać. Najważniejszym było jednak to, że nie pragnęłam bycia matką, pozostałe tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziły. Wiedziałam, że to nie moja droga. 

Nie wartościowałam tej decyzji, nie oceniałam żadnej możliwości jako lepszej. Nadal uważam, że nie można mówić o tym, czy życie z dziećmi lub bez nich jest dobre lub niedobre. To zależy od osoby i od związku, który dokonuje wyboru ze wszystkimi jego konsekwencjami, Te dwie osoby muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ten wybór jest zgodny z ich pragnieniami, czy są gotowe na to, by pójść w jedną lub drugą stronę. Ważne, by zadecydować samodzielnie, w zgodzie z samym sobą, głosem swojego serca. 

Foto  Léa Dubedout
Jestem przekonana, że nie każdy dzieci mieć musi. Co więcej, nie każdy mieć je powinien. Spotkałam wiele osób, które są fatalnymi i sfrustrowanymi rodzicami, a na dodatek wydają się nimi być wbrew własnej woli. Bo tak trzeba, bo przecież kobieta = matka, bo co to za małżeństwo bez dzieci, bo dzieci nadają życiu sens... Co gorsza, spotykam dorosłych, którzy mówią: „moi rodzice nigdy nie powinni mieć dzieci”, bo zostali przez nich skrzywdzeni, nie czuli się kochani, byli zaniedbywani i pozostawiani sami sobie. Wydaje mi się, że zbyt często decyzja o rodzicielstwie właściwie nie jest podejmowana, lecz podejmuje się sama. Pozostawia się ją przypadkowi albo poddaje naciskom otoczenia. 

Wiecie, sam moment zadecydowania, w którą stronę pójdziemy, nie był łatwy. Każda rezygnacja niesie ze sobą pewien smutek. Świadomość, że nigdy nie poznam smaku tego, z czego zrezygnowałam, rodzi lekką melancholię. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak by to było, a wyobrażenie nijak ma się do doświadczenia. Jednak gdy przekroczyliśmy ten próg, poczułam ulgę. Nie muszę więcej tego roztrząsać. 

Z czasem, gdy opadły emocje, hormony przestały szaleć, a otoczenie natrętnie nagabywać, z dystansu jeszcze lepiej widać, że to był dobry dla nas wybór. Dla mnie na pewno. O tym, jak to jest być kobietą bezdzietną i szczęśliwą, oraz o tym, co nadaje życiu sens, opowiem Wam jednak innym razem. 

30.08.2016

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 

W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 

Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sieci. 

Jednak temat wracał, od czasu do czasu pojawiał się w mailach od czytelniczek. Najbardziej poruszył mnie list, który napisała do mnie dziewczyna obawiająca się wyników badań, mających ostatecznie potwierdzić, czy mogą, czy też nie mogą mieć dzieci z jej partnerem. Zastanawiała się, czy można być szczęśliwą i spełnioną kobietą (oraz parą), dzieci nie mając. Prosiła, bym napisała jej o swoich spostrzeżeniach, jako osoby, która matką nie jest i być nie zamierza. Uświadomiłam sobie wtedy, że nie warto przed tematem bezdzietności uciekać. Przypomniało mi się, że na etapie, gdy podejmowaliśmy ostateczną decyzję o tym, czy chcemy, czy nie chcemy mieć dzieci, bardzo brakowało mi zapoznania się z opiniami lub doświadczeniami osób, a zwłaszcza kobiet, które dzieci nie mają z własnej woli. Zapytałam więc R,, czy mogę jednak o tym na blogu napisać, ale nie poruszając kwestii jego osobistych motywacji, a jedynie o tym, czym ja się w tej decyzji kierowałam i jak mi samej z jej konsekwencjami się żyje. 

O blaskach i cieniach macierzyństwa/rodzicielstwa można przeczytać w wielu miejscach, a o byciu bezdzietnym i szczęśliwym słyszy się bardzo rzadko. Raczej nie dlatego, że takie pary się nie zdarzają. Po prostu to jest temat tabu. Niewygodny, wstydliwy, budzący gorące emocje. Pamiętam zażarte dyskusje z jakiegoś forum dla bezdzietnych, gdzie „dzieciaci” i bezdzietni obrzucali się nawzajem ciężkiego kalibru amunicją, tak, jakby każda ze stron miała monopol na prawdę i słuszność wyboru. 

09.08.2016

Kryształki z utrwaloną treścią

Uświadomiłam sobie niedawno, że mija około pięciu lat od zakupienia przeze mnie czytnika e-booków. To dobra okazja do podsumowania moich doświadczeń związanych z korzystaniem z tego urządzenia. 

Stali czytelnicy wiedzą, że pozbywanie się nadmiaru książek było ważnym etapem upraszczania naszego życia. Wielki i przeładowany regał był przez długi czas centralnym (i nieco przytłaczającym swoim ogromem) elementem naszego pokoju dziennego. Gdy wreszcie udało się go opróżnić i wyekspediować w dalszą podróż, znacząco przybyło nam przestrzeni życiowej (w zakładce „O mnie” na zdjęciu widać go w tle, już pusty, ale jeszcze nie wywieziony). 

Czytać lubię bardzo. Lubię również wracać do niektórych z przeczytanych pozycji nawet wielokrotnie. Ale nie chcę robić z domu biblioteki. Wiem, że dla wielu osób książki jako element estetyczny są bardzo ważne, bo ich zdaniem dodają przytulności pomieszczeniu. Kwestia gustu i przyzwyczajeń. Kiedyś też tak myślałam, ale teraz ważniejsze jest dla mnie, by nie przechowywać rzeczy, z których nie korzystam. Dotyczy to również książek. Nasz regał to obecnie raczej regalik. Mieści głównie słowniki, którym używam do pracy, cracoviana, trochę beletrystyki, jakieś moje poradniki robótkowe i dotyczące przetworów. 

Lubię i cenię technologię. Nie nazwałabym siebie gadżeciarą, ale cieszą mnie urządzenia elektroniczne i doceniam to, jak mogą ułatwiać życie, jeśli umiejętnie się z nich korzysta. Śmieszą mnie ludzie, którzy np. nienawidzą swoich telefonów komórkowych, twierdząc, że czują się przez nie uwiązani jak na smyczy, śledzeni, prześladowani. Niewolnikiem technologii staje się człowiek zawsze z własnej winy, nie ma co winić skądinąd zmyślnego wynalazku za własne błędy. 

O czytnikach czytałam na długo przed pojawieniem się amazonowych Kindli i marzyło mi się, by doczekać chwili, gdy urządzenia tego rodzaju będą łatwo dostępne i przyjazne dla użytkownika, także pod względem ceny. Nic dziwnego, że na to czekałam. Jestem miłośniczką prozy Stanisława Lema, który w swojej twórczości przewidział istnienie takich urządzeń na długo przed ich wynalezieniem. Bardzo lubię to zdjęcie: 


02.08.2016

Rozstrzygnięcie konkursu „Jakość codzienności" - tołpa:off

Wyniki konkursu „Jakość codzienności” znajdziecie we wpisie ogłaszającym konkurs, na końcu tekstu. Tam też napisałam, jakimi drogami można zgłaszać mi dane do wysyłki nagród. Bardzo dziękuję wszystkim komentującym, bardzo przyjemnie czytało się Wasze wypowiedzi. Wydaje się, że moi Czytelnicy to wyciszeni i zadowoleni z życia ludzie, z czego bardzo się cieszę.

20.07.2016

Jakość codzienności - konkurs

Wracam do Was po krótkim odpoczynku w Tatrach. Było deszczowo, ale za to w górach bardzo cicho i spokojnie. Turyści wystraszyli się pogody, tym lepiej dla takich wariatów jak ja, co się deszczu nie boją. Wracam konkretnie, bo z konkursem dla Was. O sposobach na jakość życia codziennego.

Minimalizm i jakość to pojęcia właściwie nierozłączne. Gdy mówi się o tym, by mieć mniej i mniej robić, naturalnym dopełnieniem jest „ale za to lepiej”. Używać ładniejszych, trwalszych przedmiotów i bardziej skutecznych produktów, kupować mniej, ale w sposób bardziej przemyślany. Mieć mniej zajęć, ale poświęcać im więcej uwagi i czerpać z nich więcej satysfakcji. Upraszczanie życia i eliminowanie nadmiaru z otoczenia bardzo wzmacniają przywiązanie do jakości w każdym aspekcie, od garderoby i toaletki poczynając, na śnie i wypoczynku kończąc. Bo inaczej się nie da. Im mniej chcesz posiadać, tym bardziej zależy Ci na niezawodności, trwałości i skuteczności tego, co w swojej przestrzeni pozostawiasz.

Jak wiecie od paru lat współpracuję z marką tołpa, z którą dzielę podejście do konsumpcji, kupowania i nie tylko, o czym możecie przeczytać np. w cyklu felietonów „Poradnik prostego myślenia”, które napisałam do działu Kupuj mniej witryny internetowej tolpa.pl, oraz w manifeście marki tołpa. Gdy tołpa zaproponowała mi przyłączenie się do kampanii tołpa:off, w ramach której chcą mówić o tym, by powiedzieć off”: „presji i oczekiwaniom innych, nieprzemyślanym decyzjom i pośpiechowi, zadowalaniu się byle czym, utrudnianiu codzienności, i temu, że wygląd zewnętrzny jest najważniejszą rzeczą na świecie, z radością przyjęłam tę propozycję. Bo nigdy za wiele mówienia o tym, by nie dać się zwariować, by zachować swoje rozsądne tempo życia i mieć odwagę podejmować własne, świadome decyzje. O kampanii tołpa:off możecie przeczytać tutaj, w witrynie regularnie pojawiają się informacje i materiały związane tematycznie ze wspomnianymi kwestiami.

I pomyślałam, a może by opowiedzieć o tym, czym dla mnie jest dbanie o jakość codzienności, o te wszystkie małe rzeczy, które sumują się w dobre, radosne i spokojne życie?

Zdjęcie: Robert Meyer

07.07.2016

Narzędzie tylko i aż


Wkrótce szykuje się dla Was kolejny konkurs na blogu, chciałabym więc zamieścić jeszcze jedną opowieść nadesłaną na konkurs „Porządki w głowie”, by zamknąć już ten rozdział. Dzisiaj historia Stelli:
Minimalizm to dla mnie narzędzie do życia zgodnie ze swoimi wartościami. Brzmi to trochę jak slogan, wiem, a jednak właśnie takie podejście jest mi najbliższe.
Jestem z tego pokolenia, co Ty, Ajko. Miałam okazję obserwować puste półki, stać w kolejce po kawę, watę i podpaski i potem mogłam zachłysnąć się pieniędzmi zarobionymi w zachodniej korporacji.
Kiedy spadły na mnie nieprzewidziane wydarzenia losowe, nie umiałam się z nimi zmierzyć. Ciągle chciałam mieć więcej, a jednocześnie już nie mogłam. Więc jakiż był tego skutek? Miałam więcej, ale bylejakości, rzeczy do wyrzucenia po jednym praniu, książek do przeczytania na kiedyś, bo gdzieś przeczytałam, że i bez jej znajomości ani rusz, nieprzeczytane modne gazety i gadżety na każda okazję. Z domu wyniosłam niechęć do wyrzucania, więc do tego cała masa przydasiów, kawałki szmat i szmateczek, rur i rureczek, bo coś może się zepsuć, trzeba będzie załatać w czasie, który nigdy-nie-nastąpi.
Zakopałam się pod każdym możliwym względem. Zamiast finansowej stabilności długi, które odziedziczyłam, i te, które musiałam zrobić, by utrzymać swój status quo. Zamiast dobrej jakości ubrań nic wartościowego, nie od pary, nic co tworzyłoby całość i mało tego, nic, co tworzyłoby mój styl. Zamiast relacji ucieczka w seriale. Zamiast nauki angielskiego, tańca czy pisania tylko gadanie, że kiedyś, jak to wszystko minie. Zamiast szczupłej, zdrowej osoby gruba astmatyczka.