Lepszy model, 03.03.2015

Jak wiecie, mam telewizor i nie zamierzam przestać oglądać telewizji. Lubię ją i traktuję jako źródło rozrywki, a czasem nawet wiedzy (chociaż z wiedzą z TV lepiej uważać). Mam swoje ulubione kanały i audycje, zwykle oglądanie łączę z dzierganiem na drutach, tak, by ręce nie próżnowały, gdy głowa zajmuje się patrzeniem na ruchome obrazki. 

Regularnie oglądam reklamy. Nie w celach edukacyjnych, lecz w ramach obserwacji socjologicznych. Ciekawa jestem, jak aktualnie mąci się widzom w głowach. Nigdy nie byłam szczególnie podatna na przesłanie w nich zawarte, zawsze śmieszyły mnie i zastanawiałam się nieraz, kto się na to nabiera. Trudno było mi uwierzyć, że ludzie kupują produkty czy usługi tylko dlatego, że zobaczyli je w telewizyjnej reklamie oraz że może im nie przeszkadzać świadomość olbrzymich kosztów tego rodzaju promocji i tego, jak bardzo podnosi ona cenę produktu. Skoro jednak nadal miliony złotych są w ten sposób wydawane, znaczy, że ma to sens i jednak się opłaca. 

Bo to przecież systematyczne i wytrwałe pranie mózgów. Wdrukowywanie przekazu, który ma skłonić człowieka do określonych zachowań. Oczywiście, nie każdy widz się tej manipulacji poddaje. Świadomy konsument na pewno nie. Jednak ze świadomą konsumpcją u nas wciąż jeszcze różnie bywa. 

Dni czterdzieści, 26.02.2015

Chrześcijanie przechodzą teraz okres wielkiego postu, czas pokuty, modlitwy i rezygnacji. Jak wiecie, nie jestem związana z żadnym kościołem, ale uważam umiejętność wyznaczania sobie granic za bardzo istotną dla rozwoju człowieka. Ćwiczę samoograniczanie w różnych dziedzinach życia przez cały rok, nie tylko w poście. Uważam, że bardzo pomaga ono w poznaniu siebie i we wzmocnieniu ducha. Hartuje. Uczy dystansu, do siebie i do świata. 

Chciałam Was podpytać o to, czy Wy, jeśli wierzycie i praktykujecie, wyznaczacie sobie na ten czas jakieś szczególne zadania wymagające rezygnacji z jakiegoś przyzwyczajenia lub udogodnienia? Czy ci z Was, którzy nie są osobami wierzącymi, stosują jakieś formy samoograniczania w tym czy w innym czasie? Podejrzewam, że tak, bo skoro blog skupia osoby zainteresowane tematyką prostoty i minimalizmu, zapewne nie brakuje wśród Czytelników osób, które doceniają znaczenie takich praktyk. Minimalizm uczy dobrowolnej rezygnacji z tego, co nieistotne, a czasem nawet i z tego, co ważne, ale nie aż tak bardzo.

Zrezygnować na stałe lub czasowo można z bardzo wielu spraw i rzeczy. Z jedzenia słodyczy, używek, przyjemności i rozrywek, zakupów, korzystania z internetu... To chyba najbardziej znane i najczęstsze formy wyrzeczenia. Ciekawa jestem Waszych doświadczeń. Czego łatwo się Wam wyrzec, a co wydaje się wyzwaniem niemożliwym? 

Instrukcja obsługi do świata, 23.02.2015

Czasem w internetowych dyskusjach pojawiają się sarkastyczne uwagi, gdy ktoś poleca jakąś konkretną lekturę na temat minimalizmu. Zwykle typu: czy koniecznie, aby zostać minimalistą, trzeba kupić (i - w domyśle - przeczytać) nieskończoną liczbę książek o minimalizmie? 

Może nieco zaskoczy niektórych moja opinia, jako osoby, która sama taką pozycję popełniła i nie da się ukryć, że ma w tym pewien interes, by jej książkę kupowano, czytano i polecano. Otóż, moim zdaniem, wcale nie trzeba czytać ani książek na ten temat, ani blogów, aby nauczyć się żyć prosto. 

Można do tego dojść zupełnie samodzielnie. Niektórym osobom takie podejście do życia przychodzi naturalnie, bez szczególnych starań. Inaczej nie potrafią, takie są od zawsze. Na przykład blogerka The Adamant Wanderer, która tak pisze we wpisie Living like a minimalist (blog jest dwujęzyczny):
Minimalizm jest mi bliski, a jednocześnie jest to kwestia, którą nigdy się głębiej nie interesowałam. Nie przeczytałam na ten temat żadnej książki, nie śledzę blogów, nie dlatego, że nie uważam ich za godne uwagi, ale chyba dlatego, że minimalizm nie wziął się w moim życiu z chęci/potrzeby zmiany, był raczej naturalną koleją rzeczy, wynikającą ze stylu życia jaki prowadzę.
Jednak nie wszyscy mają taką zdolność. Inni potrzebują impulsu i inspiracji. Wiedzą, że coś w życiu chciałyby zmienić, ale nie wiedzą, co i jak. Tak, jak na przykład kiedyś ja. Nie umiałam sama znaleźć przyczyny niezadowolenia z siebie i z życia i gdyby nie pewne lektury, pewnie jeszcze długo kręciłabym się w kółko, frustrując się coraz bardziej. Książki i blogi wiele mi dały. Pokazały mi narzędzia, którymi posługiwać musiałam nauczyć się sama, ale nie musiałam tych narzędzi ani wymyślać, ani konstruować.  

Zawracanie głowy, 19.02.2015

Od czasu, gdy zmieniłam fryzurę, nie raz zdarza mi się myśleć o tym, na jakie czynności szkoda mi czasu, a na jakie zupełnie nie. To w ujęciu ogólnym temat na osobny wpis, ale dzisiaj ograniczę się tylko do kwestii związanych z wyglądem (garderobą, fryzurą, dbaniem o siebie). 

Uważam estetyczny i schludny wygląd za bardzo istotną sprawę. W końcu nie raz jesteśmy oceniani błyskawicznie wyłącznie na podstawie pierwszego wrażenia. Człowiek powinien czuć się dobrze w swojej skórze, wygląd nie powinien w niczym przeszkadzać. Ideałem byłoby, aby nie musieć zastanawiać się nad tym, jak się wygląda, od momentu porannych ablucji i ubrania się do wieczornego przygotowania do spania, pomijając kontrolny rzut oka do lustra przy okazji wizyt w toalecie. 

W krainie zachcianek i pokus, 16.02.2015

Przesłała mi jedna z Czytelniczek zapytanie o to, jak nauczyć się dyscypliny, by radzić sobie z zakupowymi zachciankami. Pomyślałam, że warto odpowiedzieć na blogu, bo to kwestia dotycząca zapewne wielu osób i nie tylko tych, którzy dopiero zaczynają stawiać swoje kroki na minimalistycznej drodze. 

Owa Czytelniczka założyła na przykład, że mnie już ten problem nie dotyczy. Można by zapewne tak pomyśleć, przecież spore mam już doświadczenie w tej dziedzinie, zakupoholizm dawno opanowałam i nieraz pisałam, że rozważnie robię zakupy i potrafię nie ulegać słabości. Nie oznacza to jednak wcale, że nie miewam zachcianek, pokus i pragnienia, by wyjąć kartę kredytową i zaszaleć pod wpływem nastroju chwili.


Pokusy rzecz ludzka. Nawet ascetom się zdarzają. Rzecz jednak nie w tym, by ich nie mieć, lecz by sobie z nimi radzić. O rozmaitych technikach nieulegania zachciankom pisałam już wielokrotnie i tutaj, i w książce, nie chciałabym się powtarzać.

Rzeczy policzalne, 12.02.2015

Myślę sobie ostatnio o policzeniu rzeczy, jak wspominałam w niedawnym wpisie. Nie zmieniłam jednak zdania co do wyzwania 100 czy 50 rzeczy, czyli do narzucania sobie z góry jakiejś określonej liczby posiadanych przedmiotów. Moim zdaniem nie ma to sensu, to tylko zabawa liczbami. Liczący dokonują różnych śmiesznych zabiegów, nie liczą przedmiotów czy sprzętów, z którymi dzielą się z innymi osobami, pozbywają się przedmiotów tylko po to, by zmniejszyć ilość pozycji na liście. 

Na znanym zapewne anglojęzycznym czytelnikom blogu The Minimalists jeden z autorów, Joshua Fields Millburn, zamieścił wpis Everything I own: My 288 things, w którym opisuje, jak policzył wszystko co posiada i doliczył się 288 sztuk. Nie wiem kiedy, być może to już jakaś prehistoryczna staroć, nie śledzę tego bloga na bieżąco. Mieszka sam, policzył nie tylko tzw. rzeczy osobiste, ale także wyposażenie domu, materiały zużywalne, meble, elektronikę. We wpisie zamieścił listę, ale by nie zamęczyć czytelników, pogrupował rzeczy i podzielił na kategorie. Joshua pisze tak:
However, it is not about “counting your stuff.” Essentially it’s just a parody. But it’s also about being conscious about what you own, it’s about having only things you frequently use, and, ultimately, it’s about appreciating what you have because you have less stuff.
(W wolnym tłumaczeniu: Jednak nie chodzi o policzenie swoich rzeczy”. W istocie to tylko parodia. Ale chodzi też o to, by być świadomym wszystkiego, co się posiada, o to, by posiadać tylko rzeczy, których często się używa, a także o to, by doceniać to, co się ma, ponieważ ma się mniej.)

Wylogowana/zalogowana, 09.02.2015

Na czas od połowy grudnia do końca stycznia zrezygnowałam z korzystania z Facebooka do celów prywatnych, w ograniczonym zakresie używałam go w ramach profilu bloga. Na początku nie byłam pewna, czy po tym okresie wrócę na dobre, czy też całkowicie zniknę z tego serwisu. Potrzebowałam od niego odpocząć i nabrać dystansu. Czułam, że korzystanie z FB źle wpływa na moją zdolność utrzymania koncentracji, bardziej niż inne formy aktywności w sieci. 

Te około 6 tygodni wylogowania upłynęło zaskakująco łatwo. Zdarzały się momenty, gdy odruchowo chciałam wejść na FB, by podzielić się ze znajomymi ciekawym czy zabawnym znaleziskiem, komicznym rysunkiem czy ładnym zdjęciem, interesującym artykułem. Czasem ktoś z rodziny pytał: jak to, nie widziałaś tych zdjęć, które zamieściłem? Albo znajomi rozmawiali o  śmiesznym filmie, o którym nie miałam pojęcia. W takich przypadkach pokazywano mi na miejscu wspomniany materiał, więc nic naprawdę wartego zobaczenia mnie nie ominęło. 

Fejsbukowy odwyk w żaden sposób nie wpłynął na moje życie towarzyskie, bo z zasadniczą większością znajomych utrzymuję żywy kontakt także poza siecią i FB. Jedyną różnicą było to, że zamiast umawiać się na spotkanie przez „fejsa”, umawialiśmy się za pośrednictwem telefonu lub poczty elektronicznej. 

Ostatnie dwa tygodnie były szczególnie interesujące. Poczułam bowiem, że zaczyna mi Facebooka brakować. Ten czas pomógł mi zrozumieć, do czego tak naprawdę jest mi on potrzebny, a do czego na pewno nie jest. Na pewno nie potrzebuję go, by być na bieżąco z czymkolwiek, bo ogółem nie przeszkadza mi, że nie zawsze jestem na bieżąco. Nie potrzebuję go do utrzymywania kontaktu z ludźmi, bliskimi i mniej bliższymi, bo jest tylko jedną z możliwych i dość opcjonalną ścieżką komunikacji. Nie zastępuje mi żadnego ważnego aspektu życia.