Wiosenne przesilenie

Brak komentarzy

01.05.2016

Czas przerwać to milczenie, bo czytelnicy pytają, czy jeszcze żyję ;-) Żyję, nie samą miłością, ale prawie. Pracy też było więcej w ostatnich dniach, jako wolny strzelec musiałam nieco przysiąść, żeby móc sobie pozwolić na długi weekend majowy. Udało się. 

Pytacie mnie w korespondencji e-mailowej o różne sprawy i tematy, które poruszałam w książkach lub na blogu. Często pojawiają się zapytania o odżywianie, bo kwestie te często pojawiały się dawniej we wpisach i sporo pisałam o nich w „Minimalizmie dla zaawansowanych”. Dopytujecie o to, ile ważę, ile mam wzrostu, jak wyglądają moje posiłki na co dzień, czy liczę kalorie. Wiecie, że schudłam, więc pytacie, jak dużo i w jakim czasie. Z jednej strony rozumiem tę ciekawość, bo prawie każdy szuka skutecznego sposobu na utratę i utrzymanie wagi, z drugiej jednak strony pytania takie wprawiają mnie w pewne zakłopotanie. Z wiekiem i nabywanym doświadczeniem przestałam bowiem wierzyć w uniwersalne metody odchudzania. Jestem absolutnie przekonana, że nie istnieje coś takiego, jak sposób odżywania odpowiedni i zdrowy dla każdego. Wśród moich znajomych są wegetarianie, weganie i „mięsożercy”, osoby jedzące mało i często lub większe porcje w większych odstępach czasu. Różne są ich poziomy aktywności i sposoby uprawiania ruchu. Ich stan zdrowia, waga i samopoczucie są bardzo rozmaite i trudno byłoby sformułować jakieś ogólne prawidło na podstawie ich obserwacji. 

Jednak wierzę w to, że warto dzielić się doświadczeniami i obserwacjami dotyczącymi związku pomiędzy sposobem żywienia i trybem życia a samopoczuciem, zwłaszcza w czasach, gdy tak wielu osobom trudno jest utrzymać wagę czy zrzucić nadmiar zapasów tłuszczu. A że wiosna to taki czas, gdy diety i dbanie o sylwetkę są jednymi z tematów przewodnich, postaram się opowiedzieć Wam więcej o swojej dietetycznej drodze, wzlotach i upadkach. Także o autorytetach i inspiracjach, sposobach na utrzymanie konsekwencji w podjętych wyborach. A przede wszystkim o tym, czy i jak pomaga mi w tym wszystkim upraszczanie i minimalizm. Dzisiejszy wpis to tylko zapowiedź, bo chciałam przełamać rozleniwienie pisarskie, w które zapadłam ostatnio. Pozdrawiam Was majowo i życzę wszystkim miłego, słodkiego wiosennego lenistwa! 

Zdjęcie: Sambazon

Trzy metry ponad ziemią

Brak komentarzy

20.04.2016

Chyba nie da się ukryć, że ostatnio jestem nieco, że tak powiem, oddalona mentalnie od bloga. Nie mam zbyt wiele na swoje wytłumaczenie. Pochłonęło mnie cieszenie się życiem. Poza tym... zakochałam się. Po raz kolejny - w tym samym mężczyźnie, z którym jestem od lat kilkunastu, a przyjaźnimy się od dwudziestu już sześciu. Wiem, że wydaje się to Wam pewnie całkowicie abstrakcyjnym zjawiskiem, ale cóż poradzić, tak właśnie jest. 

Wiosna, radość, miłość... ciężko mi zasiadać do komputera, nawet w celach zarobkowych. W wolnych chwilach chodzę na spacery, ćwiczę, z wiosennym przypływem energii każda forma ruchu sprawia o wiele więcej przyjemności.

Trudno mi na razie napisać coś, co mogłoby być dla Was ciekawym, bo pisanie o tym, że mi dobrze i że chodzę trzy metry ponad ziemią chyba dla nikogo, poza samą zainteresowaną, szczególnie porywające nie jest. Ale to stan przejściowy, kwietniowa euforia z czasem przeminie. Zatem póki wiosenne rozanielenie trwa, cieszę się nim. 

Natomiast w najbliższą sobotę będę gościem radiowej Jedynki, w audycji „Damska torebka” od godz. 11:00 będziemy rozmawiać na temat minimalizmu. 

Na razie życzę Wam równie radosnej wiosny jak moja! 

Foto: Ales Krives

Gdzie mieszka szczęście - podcast

Brak komentarzy

12.04.2016

Dzisiaj proponuję Wam odsłuchanie podcastu pod tytułem Gdzie mieszka szczęście?, który nagraliśmy z Maćkiem Sobolem z bloga narower.com w cyklu „Koło roweru”. Bardzo lubię rozmawiać z Maćkiem, to bystry i dowcipny chłopak, z którym zawsze mamy mnóstwo tematów do omówienia. Posłuchać możecie poniżej lub na blogu Maćka, pod tym łączem. To już drugi podcast nagrany przez nas, ten pierwszy był bardzo długi, prawie dwugodzinny (też go tam znajdziecie), tym razem nie znęcamy się nad słuchaczami i zmieściliśmy się w 40 minutach, co jest świetnym wynikiem, gdy spotykają się takie dwie gaduły jak my. Poza tym było dość zabawnie, jak sami usłyszycie.

A oto pytania, na które odpowiadam w rozmowie:

  • Czy ze względu na długie godziny pracy i tanią rozrywkę dojrzewamy psychicznie coraz później?
  • Kiedy ostatnio się uśmiechnęłaś?
  • Jaki jest twój sposób na indukowanie uśmiechu?
  • Czy wierzysz we wpływ otoczenia?
  • Pewność siebie potrafi zdziałać cuda. Wie o tym każdy, kto choć raz odczuwał pozytywny nastrój i spokój podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dlaczego więc jesteśmy często wychowywani na smutnych, zastraszonych i niepewnych ludzi? Czy to dlatego, że takimi ludźmi łatwiej sterować?
  • Jakie efekty daje wyłamanie się z cudzych oczekiwań ?
  • Czemu wybrałaś taki, a nie inny kierunek studiów i kariery?
  • Jak zmieniło się Twoje życie, gdy zaczęłaś regularnie sypiać?
  • W ostatnich latach bardzo dużo słyszy się o trenerach interpersonalnych oraz wychodzeniu ze strefy komfortu. Co zauważyłaś, gdy zaczęłaś robić nowe rzeczy?
  • Później trzeba o tym pamiętać, czy wchodzi to w krew?
  • Na co kładziesz największy nacisk w życiu?
  • Gdybyś miała udzielić tylko jednej porady osobie, która chce odmienić swoje życie, to jak ona by brzmiała?

Smok minimalista w podróży

Brak komentarzy

04.04.2016

Dzisiaj kolejna historia z konkursowego cyklu, nadesłana przez autorkę bloga Czautari. Podróż z biletem w jedną stronę. A zanim ją przeczytacie, przepraszam za chwilowe zakłócenia w działaniu bloga, trwają prace techniczne nad nowym szablonem, wkrótce dobiegną końca. Tymczasem oddaję głos Smokowi Laurentemu:

Moja historia ma na razie nieco ekstremalne zakończenie i, dzieląc się nią, bynajmniej nie mam zamiaru nikogo namawiać, by szedł w moje ślady. Natomiast mój przykład może pokazać, że w większości przypadków w życiu mamy wiele możliwości, by zmienić to co nam nie odpowiada, przeszkodą jest brak odwagi i szczerości ze samym sobą.
Moje życie jest i było przeciętne, bez wielkich wzlotów ale też bez spektakularnych upadków. Chwile radości mieszały się z chwilami goryczy - banał. Jestem dzieckiem wychowanym jeszcze w PRL, kiedy brak wielu produktów dawał mocno w kość, aczkolwiek uruchamiał nieskończone pokłady kreatywności. Pamiętam zachłyśnięcie się  kolorowymi reklamami RAI UNO - kanale dostępnym w Krakowie pod koniec lat osiemdziesiątych XX w.; nic z tego nie rozumiałam, ale te soczyste kolory, piękni ludzie, widoki - zachwycały w porównaniu z zgrzebnością PRL-owską. Do dzisiaj pamiętam smak pierwszego zagranicznego jogurtu, który można było kupić w sklepach, wiśniowego lub gruszkowego Bauera, mały kubek kosztował jak na studencką kieszeń majątek, a smakował jak ambrozja. 

Słoneczna strona życia

Brak komentarzy

31.03.2016

Blog przeszedł mały wiosenny remont, jak pewnie zauważyliście. Jeszcze wprowadzamy pewne poprawki, ale zasadniczo już wygląda prawie tak, jak sobie zaplanowałam. Chciałam, by jego szata graficzna i kolorystyka bardziej odpowiadały temu, co mi teraz w duszy gra. Poprzednie kolory były zbyt chłodne. Sama jestem znużona minimalistycznymi i niemal pozbawionymi barw blogami, tak do siebie podobnymi, że czasami nie jestem w stanie odnaleźć wpisu, który mnie zaciekawił, bo pamiętam tylko białe tło, a nie mogę przypomnieć sobie, czyj to był blog. Miałam ochotę na odmianę, męczy mnie uniformizacja. 

Podtytuł bloga „Po słonecznej stronie życia” jest wyrazem mojego podejścia do świata. Lubię dostrzegać zarówno jasne, jak i ciemne strony życia, ale staram się w każdej przykrej czy bolesnej sytuacji dostrzegać jej pozytywny wymiar, traktować ją jak cenną lekcję, a w każdym człowieku widzieć dobro. W naszym kraju bywa to czasem trudne, pisałam ostatnio, że ponuractwo i narzekanie bardzo są u nas w modzie, ale przecież każdej modzie można się przeciwstawić albo po prostu ją ignorować.



Podeprę się ulubionym ostatnio cytatem z młodzieńczej lektury, do której wróciłam po latach, by odkryć, że nie tylko nie przestała mnie bawić, ale i dostrzegam w niej treści, których nie mogłam docenić jako nastolatka. Trudno uwierzyć, że książkę tę napisano niemal sto lat temu, widzę w niej wiele obserwacji, które wciąż są aktualne.

Wielkie, wspaniałe przyjemności i rozrywki nie są wcale najważniejsze. Potrafić wykorzystać drobne radości życia, umieć cieszyć się chwilą – oto prawdziwy klucz do szczęścia. Wykryłam wielką tę prawdę niedawno. Nie rozpamiętywać wciąż z żalem przeszłości ani nie myśleć nieustannie o przyszłości, ale umieć wykorzystać w pełni każdą dobrą chwilę. Zupełnie jak przy uprawie roli. Można uprawiać ją ekstensywnie – na wielkich obszarach, i intensywnie – możliwie wyzyskując ograniczoną przestrzeń; otóż ja zamierzam żyć intensywnie. Będę się cieszyła każdą chwilą i będę wiedziała, że się nią cieszę, ciesząc się nią. Większość ludzi nie żyje, tylko goni za czymś przez całe życie. Usiłują osiągnąć cel jakiś, daleko na widnokręgu, i w tej gorączce dążenia tak się zmęczą i zadyszą, że tracą poczucie otaczającego ich spokojnego piękna, obok którego przebiegają pędem.

Potem, kiedy ocknąwszy się, odzyskują nareszcie trzeźwość sądu, pierwszą rzeczą, jaka ich uderza, jest poczucie, że zdążyli się zestarzeć, znużyć życiem i zobojętnieć już nawet na to, czy osiągnęli swój cel, czy nie. 

Ja natomiast postanowiłam, że usiądę przy drodze i gromadzić będę mnóstwo drobnych przyjemności życia.

Tajemniczy opiekun, Jean Webster, przełożyła Róża Centnerszwerowa. 

Witajcie więc po słonecznej stronie, posiedźmy razem przy drodze, by gromadzić drobne i większe radości i przyjemności.

Ograniczam się

Brak komentarzy

20.03.2016

Czas powrócić do historii z cyklu „Porządki w głowie”. Dzisiaj opowiadanie Kasi, autorki bloga Ograniczam się

Wywodzę się z rodziny, która wiele przeszła w życiu. Nasza historia sięga czasów II wojny światowej, kiedy to Tata jako mały chłopiec został zesłany wraz z najbliższymi na Syberię. Okres dojrzewania przeżył w skrajnych warunkach, walcząc każdego dnia o przeżycie. Mimo wielu trudności, wszystkim udało się wrócić już na ziemie odzyskane, natomiast ich rodzinny majątek znajdujący się niegdyś na kresach wschodnich przepadł poza granicami nowo odrodzonej Polski.

Po powrocie rodzina nadal borykała się z niedostatkiem, a jednym z najtrudniejszych wspomnień mojego Taty było noszenie butów po starszej siostrze. To w nich musiał chodzić codziennie do szkoły, w nich czuł się gorzej od innych i bardzo zapadło mu to w pamięć.



Te wydarzenia, dla nas żyjących współcześnie, są niezwykle wstrząsające - dla niego było to po prostu życie, los, na który nie miał wpływu. Przyniosło to dla nas konkretne skutki - Tata miał silny charakter, wyszedł szybko na prostą, a swojej rodzinie nigdy nie pozwalał biedować. Wiązało się to również z czasami nadmiernym kupowaniem pewnych rzeczy, których kiedyś miał w życiu niedostatecznie dużo. Nigdy nie mogłam narzekać na brak butów, ba - było ich w moim domu zawsze za dużo. Podobnie z innymi rzeczami - gromadziliśmy tyle, ile tylko nasz duży dom mógł pomieścić. 

Dopiero usamodzielnienie się dało mi zdrowy dystans do tego, ile powinnam posiadać. Co prawda pierwsze zarobki cieszyły mnie na tyle, że kupowałam zbyt wiele, ale po latach - a dokładnie w zeszłym roku - zdecydowałam, że czas wdrożyć zdrowe nawyki, jeśli chodzi o posiadanie.

Zaczęłam się ograniczać. Zrobiłam czystki w szafie, nadal wymiatam zbędne przedmioty z mojego otoczenia i czuję się z tym fantastycznie. Zauważyłam też, że minimalistyczne podejście do rzeczy materialnych stworzyło u mnie miejsce na coś nowego. Nagle zaczęłam robić rzeczy, o których wcześniej myślałam, ale nigdy nie miałam na nie odwagi. 
Skupiłam się na swojej rodzinie i niepodzielnej uwadze na dzieciach (z wyłączonym telefonem i internetem). 
Zaczęłam integrować moją lokalną społeczność - organizuję wymienianki odzieżowe, mamy grupę na facebooku, spotykamy się wspólnie na ćwiczeniach fitness.
Dostrzegłam wagę zdrowego odżywiania się i wstąpiłam do kooperatywy spożywczej, na której rzecz działam w wolnym czasie.

Widzę, że pogoń za konsumpcją jest próżna i nic wartościowego nam nie daje. Gdy zmieniamy nasze nastawienie do tego, co i jak posiadamy, nagle pojawia się w nas nowy potencjał, energia do działania. Umysł się oczyszcza, a my skupiamy się na tym, co dla nas naprawdę ważne.

Chorzy na kłamstwo i niezadowolenie

Brak komentarzy

12.03.2016

Mała przerwa w pisaniu mi się zrobiła, trzeba było trochę pozarabiać na życie, zasypały mnie zlecenia tłumaczeniowe i nie mogłam się spod nich wygrzebać. Ale udało się wreszcie. 

Pisałam ostatnio o relacjach i ich porządkowaniu, przytaczając opinię Wioletty, która oponuje przeciwko tak zwanemu „usuwaniu z życia toksycznych ludzi” i nawołuje do tego, by zamiast się od nich dystansować, spróbować ich zrozumieć i nauczyć się zachowania psychicznej niezależności w obliczu negatywnych i nieżyczliwych zachowań. 

Dzisiaj za to chciałam się z Wami podzielić swoim osobistym podejściem. Opowiedzieć, co dla mnie oznacza świadome dobieranie sobie znajomości. Często reakcją na to określenie jest protest. Nie wiedzieć czemu wielu osobom świadome wybieranie ludzi, z którymi chcemy spędzać czas, kojarzy się z wykreślaniem numerów telefonów z kalendarza, brutalnym wyrzucaniem z kręgu znajomych tych, którzy wydają się nam nudni czy właśnie „toksyczni”. Jak zawsze królują uproszczenie i stereotyp. 

Gdy czytam różne dywagacje o tym, kto w naszym życiu powinien być obecny, a dla kogo miejsca być nie może, odnoszę wrażenie, że osoby wypowiadające się żyją w jakimś innym świecie niż ten mi znany. W świecie, gdzie każdy dysponuje nieskończoną ilością czasu. Nikt się nie spieszy, nie ma kłopotu ze znalezieniem czasu na sen i odpoczynek. Jakaś utopia slow life. 

Fakt, żyję w mniejszym pośpiechu niż przeciętny obywatel, po części z własnego wyboru, po części z powodu okoliczności życiowych. Nie mam dzieci, przede wszystkim, co bardzo wiele zmienia. Wolny zawód też jest istotnym czynnikiem. Ale i tak często staję przed trudnymi wyborami, bo tak wiele jest spraw, na które chcę i potrzebuję znajdować czas i miejsce, poza pracą i zajmowaniem się domem. Najbliższa rodzina. Zainteresowania, lektury, przyjemności i rozrywka, wypoczynek. Pisanie. I jeszcze moc innych ważnych zajęć. Na przykład bycie sam na sam ze sobą - lubię samotność, tak samo jak i lubię ludzi, potrzebuję równowagi. Gdybym nie mogła od czasu do czasu przebywać w samotności i ciszy, towarzystwo ludzi nie cieszyłoby mnie tak bardzo. Mogłoby nawet męczyć i irytować. 

Mam szczęście: znam mnóstwo ciekawych, dobrych, pełnych życia i energii osób. Chciałabym widywać się regularnie z większością z nich. To spore wyzwanie, bo oprócz konieczności znalezienia miejsca we własnym terminarzu trzeba jeszcze dostosować się do możliwości czasowych tej drugiej strony. Bywa, że bardzo trudno się zgrać. 

Skoro nie zawsze udaje się spotykać tak często, jakby się chciało, z ludźmi dla mnie ważnymi i mi życzliwymi, dlaczego miałabym znajdować czas dla osób, których towarzystwo nie jest mi miłe? Szkoda mi życia na wymuszone, powierzchowne i nieszczere kontakty. 

Nie chcę znajdować miejsca w swoim życiu dla dwóch rodzajów relacji. Po pierwsze z osobami, które są wiecznie ze wszystkiego niezadowolone i wciąż narzekają. Wiem, że w naszym kraju nie wypada być zadowolonym z życia, a nie daj boże uśmiechać się czy zagadywać do nieznajomych w sklepie czy na ulicy, ale przecież nie wszyscy są chorzy na ponurość. Nie wszyscy są też zawistni. Skoro ktoś wie, że: a) nie jestem zawistna, b) potrafię cieszyć się cudzym szczęściem, c) życzę mu jak najlepiej, d) nie poproszę o pożyczenie mi pieniędzy, to czemu, u licha, nie jest w stanie na pytanie „co u Ciebie?” odpowiedzieć, że dziękuję, całkiem dobrze, tylko narzeka nawet na to, że jest zdrowy oraz dostał awans i podwyżkę?

Nie jestem ani szczególnie optymistycznie, ani pesymistycznie nastawiona do życia i świata. Staram się dostrzegać i dobre, i złe strony każdej sytuacji, ale dbam o to, by negatywy nie przesłoniły mi pozytywów. Bo w naszej strefie klimatycznej z powodu niedoborów światła słonecznego raczej nie grozi nam zbytni entuzjazm i nadmiar radości. Dlatego unikam ludzi, którzy lubią tarzać się w poczuciu beznadziei. Albo pytają, co ja znowu taka uśmiechnięta, to przecież nie jest normalne, żeby się ciągle uśmiechać (zdarzyło mi się kilka razy usłyszeć takie pytanie, serio). 


Nie mówię tu oczywiście o sytuacjach życiowych, gdy nikomu do śmiechu nie jest. Choroba, śmierć, nieszczęścia chodzą po ludziach i po to ma się przyjaciół i znajomych, żeby w trudnej chwili wysłuchali, poklepali po plecach, potrzymali za rękę i powiedzieli, że wszystko będzie dobrze. Mówię o tych, którzy z cudzych nieszczęść się cieszą, a radość ich irytuje. 

Druga kategoria zachowań, na które się nie zgadzam, to manipulowanie i szantaże emocjonalne. Jestem prostolinijną osobą, czasem może za bardzo. Cenię sobie szczerość i otwartą komunikację, nie lubię niedomówień, domysłów, krętactwa. Gubię się w cudzych manipulacjach. Nie chcę tracić czasu i energii na zastanawianie się, czy to, co właśnie słyszę, to prawda, czy kolejne kłamstwo obliczone na osiągnięcie korzyści, której nawet nie jestem w stanie się domyślić, albo mające sprowokować jakieś moje określone zachowanie. Czasem nabieram się na takie manewry, więc bezpieczniej mi unikać krętaczy, kłamców i manipulatorów.

Chcę otaczać się ludźmi, którzy tak samo cieszą się z mojej obecności, jak ja z ich bycia obok mnie. Potrafią mówić o tym, co myślą i czują, sygnalizować, że coś im nie pasuje, pracować nad tym, by było nam ze sobą dobrze. Ludzie, którymi się otaczam, mają na mnie wpływ, przez to, co mówią, jak myślą, jak się zachowują. Wybieram więc tych, którzy działają na mnie pozytywnie, nie ciągną mnie w dół, ale zachęcają do bycia kimś lepszym niż jestem. Nie mówią: „mnie by się nie chciało” ani „a po co to robisz, nie szkoda Ci czasu?”. 

Nie wykreślam nikogo ze swojego notesiku z adresami ani nie zrywam definitywnie żadnej znajomości, bo wiem, że ludzie się zmieniają. Ja też. Być może teraz nie jest mi z kimś po drodze, ale za dziesięć lat znajdziemy wspólny język, gdy oboje będziemy już innymi ludźmi. Albo odwrotnie, nie będę dogadywać się z kimś, z kim teraz spędzam mnóstwo czasu. Każdej znajomości warto dać drugą szansę. Odnowiłam w ostatnich latach relację z koleżanką, z którą bardzo lubiłyśmy się na studiach, a potem długo nie widywałyśmy się wcale. Po latach okazało się, że dopiero teraz nasza znajomość rozkwitła. Z kolei długo bolałam nad rozpadem niegdysiejszej przyjaźni, ale nie ma nad czym boleć, skoro niewiele już mamy sobie do powiedzenia z tą osobą. Próby podtrzymania znajomości na siłę zakończyły się niepowodzeniem. To wartościowa kobieta, ale nasze ścieżki mocno się rozeszły, sympatia została, ale radości z bycia razem już nie ma. Nie tracimy się z oczu, ale na razie na nic więcej nie ma szansy. 

Do tej pory życie dało mi ważną lekcję: nie należy traktować obecności żadnej osoby w naszym życiu jako pewnika. Zdarzenia losowe, przeprowadzki, choroby czy wreszcie osobiste decyzje powodują, że ktoś, kto miał być blisko nas do końca życia i świata, nagle znika albo zmienia się i odchodzi w swoją stronę. Trzeba cieszyć się ludźmi póki są blisko, by potem nie żałować, że nie nacieszyliśmy się nimi wtedy, gdy był najlepszy na to czas, Wtedy, gdy było nam dane kroczyć obok siebie tą samą drogą.

Góra