Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2010

Moje pudełko czekoladek

Ostatni dzień roku, wszyscy robią podsumowania i postanowienia, to całkowicie naturalne. Dobrze jest od czasu do czasu popatrzeć na swoje życie i sprawdzić, w jakim punkcie drogi jesteśmy. Czytałam sobie dzisiaj wpis z początku stycznia tego roku. Takie były moje postanowienia: „Moje postanowienia na Nowy Rok, poza kontynuacją wszystkich fajnych, pożytecznych i ciekawych działań, które podjęłam w roku 2009?
Oto i one:
1. Więcej spać (bo zdrowo i korzystnie dla cery).
2. Wykorzystywać zdobytą w zeszłym roku wiedzę i umiejętności, by doprowadzić cerę do perfekcji.
3. Ostatecznie wyrzeźbić sylwetkę i zrzucić kilka ostatnich kilogramów (przez Święta nie ćwiczyłam i ciutkę jednak ciaśniej w spodniach..., a tak się wymądrzałam na temat umiaru, hihi).
4. Zrealizować projekt Szafa Minimalistki (opiszę wkrótce, jak obiecałam).
5. Cieszyć się każdą chwilą życia.” Co mi z tego wyszło? W zasadzie wszystko, ale najlepiej punkt 5 :)

Poświątecznie

Święta minęły, wraz z całą swoją magią, i jak zawsze pozostał mi pewien niedosyt, żal, że znów trzeba czekać cały rok. „Lubię święta, choć są tylko raz do roku”. Jeden z nagrodzonych uczestników świątecznego konkursu, Bartosz, zgodnie z obietnicą nadesłał krótkie podsumowanie jego pierwszych Świąt „w duchu minimalizmu”, dzięki jego wypowiedzi jeszcze przez chwilę można pooddychać świąteczną atmosferą. Zanim przeczytacie poniższą relację, warto wrócić do konkursowej opowieści Bartosza, żeby porównać, jak wyglądały jego plany na Święta i co z tego wynikło. Dzięki konkursowi wyręczyłam się nieco Czytelnikami w pisaniu na blogu, muszę przyznać, że to świetne i bardzo dla mnie wzbogacające doświadczenie. Zawsze byłam przekonana, że gościnne wpisy od czasu do czasu są powiewem życia i świeżego powietrza dla blogu, dodają mu energii. Dlatego od czasu do czasu na pewno będą się tu jeszcze pojawiać goście. Jeśli ktoś z czytających te słowa poczuje wenę i pragnienie napisania czegoś dla mnie, …

Sol Invictus i Zbawiciel Świata

Wyciągnęłam z Was wspaniałe świąteczne historie, jestem więc Wam też winna kilka słów o tym, co dla mnie w Świętach najważniejsze. Cóż, nasze Boże Narodzenie nie różni się zbytnio atmosferą od tych, które opisywali uczestnicy świątecznego konkursu. Nie będę tu więc rozpisywać się ani o zredukowanym jadłospisie (nie lubimy się przejadać), ani o skromnie i prosto ubranej choince (ozdoby z drewna i słomy, trochę bombek, czasem czekoladki w barwnych papierkach), niewielkiej ilości ozdób w domu. Sporo myślałam ostatnio o symbolice związanej ze Świętami i o tym, że zapominamy o pogańskich korzeniach wielu z tych obrzędów. Bardzo dawno temu, w czasach przedchrześcijańskich nasi praprzodkowie także świętowali o tej porze roku. Dla nich okazją do świętowania było przesilenie zimowe, „odradzanie się Słońca”. U Słowian było to Godowe Święto, Szczodre Gody, Święto Zimowego Stania Słońca. Cieszono się wtedy ze zwycięstwa światła nad ciemnością, kończył się czas nocy i śmierci i powracała nadzieja…

Nic nadzwyczajnego... a jednak nadzwyczajnie

Dzisiaj ostatnia z konkursowych wypowiedzi. Autorka, Monika, zastanawia się, co ma oznaczać „mądre” spędzanie Świąt. Hmm, to dla mnie oczywiste - w spokoju i z radością. Podoba mi się to, co widać w Waszych opowieściach: umiejętność zachowania zdrowego rozsądku w tym szalonym i tak ostatnio skomercjalizowanym okresie, dostosowanie tradycji do siebie, a nie na odwrót. Brak przymusu, stresu, spięcia, pośpiechu. Dbałość o poszanowanie „ducha Bożego Narodzenia”, radość z dawania. Ciepło, miłość, rodzina, życzliwi ludzie na około. Czy nie o to właśnie w tym chodzi już od setek lat? Zostawiam Was z pełną ciepła opowieścią Moniki:
Zaciekawił mnie Twój wpis o tym jak "mądrze" spędzić święta.., celowo piszę w cudzysłowiu ponieważ nie jestem przekonana, czy moje spędzanie czasu świątecznego jest mądre.  Zawsze jednocześnie bawi mnie i przeraża zarazem głośne nawoływanie w gazetach, które przeglądam u fryzjera, do "porządków" przedświątecznych. Tak, jakby wcześniej nie dbało s…

Święta na luzie

Dzisiaj oddaję głos Tofalarii, której sposób na święta jest dla mnie doskonałym przykładem, że można cieszyć się nimi, nawet jeśli nie do końca nam „po drodze” z tradycją. W tym opowiadaniu widać rozsądek, spokój i brak tzw. spięcia, które niestety towarzyszy Świętom Bożego Narodzenia (i innym okazjom) w wielu domach. Dołączam się więc do życzeń Tofalarii, czyli „dużo luzu” " :)
Moją "opowieść wigilijną" zacznę może od tego, że dla mojego męża i dla mnie nie są to święta w religijnym znaczeniu. Być może dlatego jest nam łatwiej wyłamywać się z tradycji, które nie zawsze są dobre. Dla nas jest to po prostu spotkanie z bliskimi.

Nie zadręczamy się sterczeniem w kuchni godzinami (bo są potrawy, które można zrobić szybko) ani polowaniem na jakieś niesamowite prezenty. Ani tym bardziej porządkami. Wskakujemy w jakieś w miarę przyzwoite ciuszki i idziemy w gości.

Makiełki i kradzieje cukierków

Dzisiaj z cyklu naszych opowieści wigilijnych Boże Narodzenie u Veroniki Sz-D. Opis, który jest tak barwny i radosny, że poczytuję go sobie w wolnych chwilach w ramach wprowadzania się w nastrój świąteczny. Pozwoliłam sobie wytłuścić zakończenie, bo dla mnie to wspaniałe podsumowanie ducha minimalistycznych świąt, zachowam je w pamięci jako motto.

zastanawiam się od czego by tu zacząć opowiadanie o świętach w wykonaniu minimalisty - a na myśl od razy przychodzą prezenty, 12 potraw i choinka.

właściwie święta w moim domu zaczynają się dość wcześnie - bo pierwszym etapem jest przygotowanie ciasta na pierniczki, które to ciasto musi poleżeć w lodówce ok. 3-4 tygodni, zanim odpowiednio ostygnie i będzie gotowe do użycia.
ale tak naprawdę pierniczki są jedną z niewielu rzeczy, które trafiają u nas na świąteczny stół. w pewnym momencie dość radykalnie i zasadniczo trzeba było podejść do kwestii tradycji i zwyczajów na stole - wśród potraw.

Minimalistyczne święta - opowieść eski18

Opowiada eska18: Ja w zasadzie nie lubię i nie lubiłam Świat Bożego Narodzenia. Patrząc wstecz, chyba raziło mnie to, że są zbyt konsumpcyjne. Osiem lat temu postanowiłam osobiście organizować Święta dla całej rodziny - ale na swoich zasadach ( minimalistycznych oczywiście :)). O podstawowych zasadach tj. choinka "odnawialna" tj. mała, w doniczce do zasadzenia, jedzenia tyle ile faktycznie możemy zjeść itd. nie będę się rozpisywać. Ważniejsze jest dla mnie coś, co nazywam "Duchem Bożego Narodzenia " a co uosabia idea wzajemnego obdarowywania się i dzielenia ( specjalnie nie używam słowa prezenty ).

Minimalistyczne święta - opowieść Dzierzby

Opowiada Dzierzba:  Punktem centralnym, istotą i esencją świąt jest dla mnie choinka :)
Zbliżające się święta to niesamowity konglomerat wielu tradycji, zwyczajów i wierzeń, z których najbardziej przemawia do mnie żywe, zielone na przekór zimie drzewko. Święta zaczynają się dla mnie od ubierania choinki (chociaż od kilku lat doszło pieczenie pierniczków jako miła zapowiedź Że To Już Niedługo) a kończą jej rozbieraniem i wyniesieniem z domu. Czyli trwają dużo dłużej, niż te regulaminowe 2 dni + Wigilia. I, jak nietrudno się domyślić, moim ulubionym zajęciem jest kontemplacja choinki. Najpiękniejsza jest wieczorami, kiedy już pogasną wszystkie światła w domu oprócz choinkowych lampek. Bombki delikatnie się kołyszą, szklane sople lśnią się wśród gęstwiny igieł, a puchate łańcuchy skrzą się niczym śnieg. Patrzę i myślę, co przyniósł mijający rok, a czym mnie zaskoczy nadchodzący. Przygarniam bliżej dobre wspomnienia, odstawiam dalej nienajlepsze. Pomału, nieśpiesznie, przegryzając pierniczkiem lub makowc…

Minimalistyczne święta - opowieść Bartosza

Oto pierwsza z konkursowych wypowiedzi. Miłej lektury! Opowiada Bartosz:  Gdy czytałem wpis na twoim blogu, zasiałaś we mnie ziarenko niepewności. Czy jako osoba starająca się praktykować minimalistyczne podejście, jestem w stanie spędzić Święta minimalistycznie?
Napisać chciałem od razu, że nie, gdzie tam, święta to czas, w którym możemy zaszaleć zarówno z jedzeniem, zakupami, jak i odwiedzaniem znajomych. Odczekałem parę dni i przemyślałem temat. Wnioski, jakie spostrzegłem, są zdumiewające.

Opowieści wigilijne - podsumowanie konkursu

Oj, trudne zadanie sobie wyznaczyłam przez ten konkurs. Wprawdzie wpłynęło tylko sześć wypowiedzi, ale za to jakich! Jak pisałam wcześniej, najchętniej nagrodziłabym wszystkich, ale nie na tym konkursy przecież polegają... Bardzo gorąco dziękuję Uczestnikom, sprawiliście mi wielką przyjemność Waszymi relacjami. Dzięki nim poczułam się bliżej Świąt. Miło było też zobaczyć, jak różne osoby (a właściwie rodziny) znajdują własny sposób na świętowanie w zgodzie ze swoimi przekonaniami i upodobaniami. Każdy kładzie akcent w nieco innym miejscu, lecz i tak wszystkie te opowieści ułożyły się w jeden obraz: spotkania z rodziną i przyjaciółmi, mniej lub bardziej skromne, lecz przemyślane prezenty, jadłospis dostosowany do gustów i wielkości żołądków biesiadników, spokój, radość, miłość. Czyli cała to komercjalizacja, o której wspomniała jedna z Autorek, nie przeszkadza nam wcale w przeżywaniu Świąt w taki sposób, jaki nam właśnie odpowiada, a żadne, nawet najbardziej nachalne marketingowe chwy…

Świąteczny konkurs - przypomnienie i dodatkowe nagrody

Przypomniam, że na konkursowe wypowiedzi czekam do jutra włącznie, czyli w praktyce do poniedziałku, kiedy to jako szacowne jednooosobowe jury wybiorę zwycięski tekst. Ponieważ do tej pory wpłynęło zaledwie parę odpowiedzi, ale za to bardzo interesujących, na pewno zamieszczę je wszystkie w blogu.

Tytułem zachęty dla tych osób, które na przykład nie zdecydowały się wziąć udziału w konkursie, bo już czytały „Sztukę prostoty”, a także w celu ułatwienia sobie zadania (bo na razie najchętniej nagrodziłabym wszystkich autorów...), dodaję dodatkowe nagrody: audiobook „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” Stiega Larssona (czyta Krzysztof Gosztyła) oraz komplet książek Anny Ciesielskiej o kuchni (i filozofii) Pięciu Przemian „Filozofia zdrowia” i „Filozofia życia”.

Oderwijcie się na chwilę od przedświątecznych zajęć i podzielcie się swoimi myślami!

DIY. Nie święci garnki lepią.

Nastały czasy gotowców. Jeśli tylko dysponuje się odpowiednią ilością pieniędzy, kupić można sobie właściwie wszystko, nie jest już konieczne posiadanie umiejętności gotowania, pieczenia, szycia, szydełkowania, stolarstwa, uprawy roślin czy hodowli zwierząt, budowy domu, naprawy samochodu czy roweru. W każdym z tych przypadków możemy liczyć na to, że zrobią to za nas inni albo sprzedadzą nam efekt własnej pracy.
Z jednej strony to bardzo wygodne. Można wyspecjalizować się w jednej, dwóch dziedzinach i nie męczyć się zdobywaniem nieskończonej liczby umiejętności. Wszyscy cierpimy na notoryczny brak czasu, gdybyśmy mieli wszystko robić sami, nie mielibyśmy tego czasu już naprawdę na nic. Logiczne jest, że nie staramy się być mistrzami we wszystkim i w ten sposób pozwalamy innym zarabiać na tym, w czym są najlepsi. Z drugiej jednak strony wydaje się, że wiele przez to tracimy.

Idą święta, idą święta, każda buzia uśmiechnięta... Konkurs.

Mikołaja mamy już za sobą, a do Świąt Bożego Narodzenia coraz bliżej. Miałam zamiar napisać trochę o moim wyobrażeniu o świętach w duchu prostoty, lecz pomyślałam, że tym razem oddam głos Wam, moi drodzy Czytelnicy. Ogłaszam więc minikonkurs. Czekam na Wasze przemyślenia na temat sposobu spędzania Świąt Bożego Narodzenia w duchu „mniej znaczy więcej”.
Podzielcie się proszę pomysłami i patentami na to, jak mądrze spędzić Święta, jak nie dać się zwariować w tym okresie komercyjnej gorączki, jak poradzić sobie z kwestią prezentów, dekoracji, odwiedzin, gotowania, jedzenia (a czasem przejedzenia).
Nie musicie poruszać wszystkich tematów, które zaproponowałam, napiszcie po prostu o tym, co dla Was jest ważne w tym czasie. Albo z czym nie dajecie sobie rady. Albo co Was w kontekście Świąt drażni. Bez czego Święta nie byłyby dla Was prawdziwymi Świętami, a z czego z łatwością możecie zrezygnować. Pełna dowolność. Mile widziane ewentualne zdjęcia. Autor lub autorka najciekawszej wypowiedzi z…

Minimalista i chomik w jednym stali domu

Często spotykam się z pytaniem: jak poradzić sobie, gdy nasz życiowy partner nie jest przekonany do minimalizmu, nie chce upraszczać swojego życia ani pozbywać się zbędnych rzeczy, lubi gromadzić przedmioty? Czy możliwe jest szczęśliwe życie w takim układzie? Powiem krótko: zdecydowanie tak. Co jest kluczem do rozwiązania tego problemu? Odpowiedź może wydać się banalnie prosta: to samo, co decyduje o powodzeniu związku w innych przypadkach ewentualnych różnic czy konfliktów: wzajemny szacunek, tolerancja, komunikacja, sztuka kompromisu, cierpliwość. Z drugiej strony, sprawa jest prosta tylko w teorii, w rzeczywistości wymaga sporo pracy i dobrej woli z obu stron.

Strach i poczucie winy

Dzisiejszy wpis powstał niejako na zamówienie, w odpowiedzi na jeden z komentarzy pod wczorajszą notatką o Waldenie. Uznałam, że temat jest zbyt obszerny na to, by poruszyć go tylko w komentarzu, tym bardziej, że jak wiem, takie wątpliwości trawią nie tylko Kasię. Wprawdzie taka tematyka już się tu i ówdzie w blogu pojawiała, chociaż nie w obrębie jednego wpisu, ale myślę, że warto bliżej przyjrzeć się tej kwestii. Chodzi o to, jak poradzić sobie z wewnętrznymi oporami przed wyrzucaniem i pozbywaniem się rzeczy.

Walden czyli życie w lesie. Recenzja bardzo subiektywna.

Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie Leo Babauta, który polecał ją jako lekturę obowiązkową dla minimalisty. Wprawdzie „Walden czyli życie w lesie” autorstwa Henry'ego Davida Thoreau to jedno z ważniejszych dzieł literatury amerykańskiej XIX wieku, lecz wcześniej nie słyszałam o jej istnieniu ani nie zdawałam sobie sprawy z tego, że była ona źródłem inspiracji dla przedstawicieli wielu pokoleń Amerykanów. Nigdy jednak nie jest za późno na naukę, postanowiłam zmierzyć się z tym liczącym już sobie półtora wieku zbiorem tekstów.

Chianti, espresso i spełnione marzenie (a nawet dwa)

Chwilę mnie tu nie było. Jestem Wam winna wyjaśnienie, co zajmowało mnie w międzyczasie, a dobrze się składa, bo przecież obiecywałam, że będę pisać więcej o tych rzeczach, które zaprzątają mnie poza nieustannym upraszczaniem.Czyli o tych wszystkich sprawach, dla których robię sobie miejsce w życiu, bo są dla mnie ważne. Znikłam, ponieważ pojechałam do Florencji spełniać jedno z największych marzeń mojego życia. O tym, co to za marzenie, powiem na koniec.

Efekt halo

Będzie bardzo krótko, ale treściwie.
Przedstawiam Wam nowy blog o minimalizmie, założony poniekąd w odpowiedzi na moje zaproszenie.
Zgodnie z obietnicą przekazuję Autorce mój egzemplarz Waldena.

Jednocześnie zapowiadam, że przez parę dni nie będzie mnie w sieci. Do zobaczenia w pierwszych dniach listopada.
Trzymajcie się ciepło :)

Ja wysiadam

Dzięki jednemu z komentarzy do poprzedniego wpisu uświadomiłam sobie, że skupiając się na opisywaniu różnych praktycznych aspektów upraszczania życia, zapomniałam napisać, dlaczego tak bardzo mi na tym zależy. Nie chciałabym żebyście nabrali przekonania, że minimalizuję dla samego minimalizowania, że ważne jest dla mnie tylko to, żeby posiadać jak najmniej. Jedną z najważniejszych przyczyn, dla których weszłam na tę ścieżkę, był brak czasu. Żyłam w ciągłym pośpiechu, zobowiązań i zajęć przybywało, a ja byłam coraz bardziej sfrustrowana. I dlatego posłuchałam rady Leo Babauty i wypisałam sobie na kartce kilka osobistych priorytetów i stopniowo eliminowałam wszystkie sprawy i zobowiązania, które z tymi priorytetami nie miały nic wspólnego.

Minimalizm czy po prostu umiar i zdrowy rozsądek?

Jeśli trafiłeś/-aś tu po raz pierwszy, powiem tak: nie bój się minimalizmu. Jeśli się go boisz, może dzieje się tak dlatego, że kojarzy Ci się z ascezą lub abnegacją?
Tak sobie myślę, że dla wielu osób, które nie zetknęły się wcześniej z minimalizmem, sama nazwa może być odstraszająca. Mam wrażenie, że w języku polskim to pojęcie może wywoływać negatywne skojarzenia. Czasem nawet powiedzenie o kimś, że „taki z niego minimalista” może oznaczać, że ta osoba jest po prostu abnegatem.
Pojęcie minimalizmu ma swoje korzenie w kulturze starożytnej, był wtedy zasadą w teorii poznania. Później istniał także minimalizm w sztuce, literaturze, muzyce i architekturze. Nie o takim minimalizmie jednak tutaj mowa. Chodzi nam o postawę życiową.

Coś na ząb

Bardzo lubię jeść i gotować. A jeszcze bardziej piec, ale z pieczeniem mam malutki problem, bo słodycze jadamy w umiarkowanych ilościach, więc ewentualne wypieki muszę wynosić do pracy, żeby się nie zmarnowały. Za to gotuję regularnie, nawet wtedy, gdy Mąż wyjeżdża i zostaję sama na parę tygodni. Dość regularnie jadamy na mieście, ale największą wartość ma dla mnie domowe jedzenie, przyrządzone z sercem i pasją.
W poszukiwaniu inspiracji przeglądam więc kulinarne blogi, książki kucharskie, oglądam Kuchnię.tv, a jedyne czasopismo, które czytuję regularnie w wersji papierowej, to magazyn „Kuchnia”.
Takie zafiksowanie na temacie jedzenia zapewne zostało wywołane wieloletnim katowaniem się dietami, ale dobrze mi z tym (zafiksowaniem). Obserwacja zwyczajów kulinarnych jest też dla mnie najlepszą drogą do poznania obcej kultury, przecież jedzenie to jedna z najbardziej podstawowych potrzeb. Nieodłącznym składnikiem naszych podróży, po kraju i po świecie, są więc wizyty w rozmaitych lokalac…

Cyfrowe szaleństwo

Nikogo do zalet fotografii cyfrowej przekonywać chyba nie trzeba. Z mojego minimalistycznego punktu widzenia ma jednak jedną sporą wadę: ilość powstających fotografii. Nie wnikam tu w kwestię ewentualnych innych wad i zalet technicznych, sama zdjęcia robię rzadko i moje fotki mają zwykle charakter czysto dokumentacyjny.
Z każdego dłuższego wyjazdu, a czasem i ze spaceru po mieście, wraca się z pokaźną porcją nowych obrazków. Sami wiecie, teraz nikogo już nie dziwi, że niektórym osobom zdarza się wracać z wakacji z kilkoma tysiącami (!!!) fotografii. Nam nigdy taki wynik się nie zdarzył, ale znam takie przypadki z otoczenia. Potem następuje wstępna selekcja, często zapraszanie znajomych „na oglądanie”. Różne formy publikacji w sieci, na serwisach społecznościowych. Wszystko to na pewno jest bardzo przyjemne, czasem pouczające, jednak prędzej czy później okazuje się, że zamiast kilku czy kilkunastu albumów ze zdjęciami, jak to drzewiej bywało, mamy jakieś tysiące fotek.

Niekończąca się historia

Dotychczas zaobserwowałam istnienie dwóch rodzajów minimalistów. Pierwsza grupa to minimaliści od urodzenia, osoby, które nigdy nie odczuwały pragnienia posiadania wielu rzeczy, poprzestają na małym i prostym i dzielnie opierają się pokusom konsumpcji. Nawet jeśli gdzieś na swojej drodze życiowej zdarzyło się im obrosnąć w dobra, to przy pierwszej lepszej stosownej okazji, typu przeprowadzka, pozbywają się czego tylko mogą. Jednak zwykle na tyle dobrze znają swoje potrzeby, że po prostu nie pozwalają na to, żeby mieć więcej, niż im potrzeba. I dlatego nie muszą przeprowadzać wielkich rewolucji w swoich domach i szafach, akcji redukowania garderoby, biblioteki, kolekcji, zapasów, kosmetyków itd.

Le relookage. Podstawy szafy.

Jak pisałam wcześniej, pracuję nad koncepcją własnej „garderoby w pigułce”. Potrzebuję szafy składającej się z rozsądnej ilości doskonale dobranych do siebie ubrań, które będzie można z łatwością i szybko komponować w eleganckie zestawy. Pozbyłam się już wszystkich nienoszonych ubrań, źle dobranych, za małych, za dużych, różnych szalonych i nieprzemyślanych do końca zakupów, zajmujących jedynie cenne miejsce na wieszaku. Teraz czeka mnie praca u podstaw.
Kilka części mojej garderoby ma się bardzo dobrze: dział sportowo-turystyczny jest świetnie zaopatrzony, głównie dlatego, że zakupy do niego robiłam w ciągu kilku ostatnich lat, czyli już  w czasach po zmianie filozofii zakupów. Sekcja bielizny wręcz modelowa (z tych samych powodów). Odzież wierzchnia też całkiem sensowna, być może dlatego, że to zwykle bardziej kosztowne zakupy, wymagają więc dłuższego zastanowienia. Pozostała do uzupełnienia sekcja ubrań na co dzień (do pracy) i od święta.

Le relookage. Metamorfoza domowej roboty.

Poison. by [George's Secret Dreamworld] featuring a silk shawl
Francuzi mają taki neologizm, relookage albo relooking (o angielskim pochodzeniu, od „look”, wygląd), czyli po polsku według tej samej logiki przelookowanie. Można również „se faire relooker” czyli „poddać się przelookowaniu”. Bardzo to zabawne zważywszy na ich rzekomą dbałość o czystość języka... Jednak nie o stronę lingwistyczną mi chodzi, lecz o praktyczną. Relooking to angielski „makeover”, czyli metamorfoza.
Fascynują mnie wszelkie programy i akcje medialne pokazujące, jak z Kopciuszka można stać się Księżniczką. Wzrusza mnie głęboko, gdy niepozorna, zakompleksiona i lekko lub bardzo zaniedbana kobieta pod wpływem działań fachowców, stylistów, kosmetyczki i fryzjera, rozkwita jak kwiat. Wiele kobiet nie potrzebuje pomocy fachowców, bo same potrafią znaleźć swój styl, wyeksponować walory swojej urody, mają dobrego fryzjera, umieją dobrze się umalować i wiedzą, co powinno znaleźć się w ich szafie. A co z tymi, które…

Reset

I oto jestem z powrotem. Wypoczęta, wręcz jak nowa. W tym roku postanowiliśmy przełamać dotychczasowy schemat wakacyjny i zamiast na plażę na ukochanej Wyspie wybraliśmy się w Tatry. Pogoda trochę nas zaskoczyła, bo spadło dość sporo śniegu i dostęp do wyższych partii gór był nieco utrudniony, a miejscami prawie niemożliwy, więc trzeba było zmodyfikować ambitne plany i dostosować je do warunków, ale za to...

Nareszcie wakacje

Minimalistka udaje się na zasłużone wakacje. Przez jakieś dwa tygodnie będę unikać kontaktu z komputerami i Internetem, siłą rzeczy nie będę też pojawiać się na blogu. Za to będę leniuchować, wypoczywać i zachwycać się światem. Zamierzam wrócić z zapasem nowych sił :), także do pisania. Pozdrawiam wszystkich Czytelników. Do zobaczenia wkrótce!

Dno szafy i nowy początek

Po raz ostatni na zakupach odzieżowych byłam w lipcu zeszłego roku. Czyli trzynaście miesięcy temu. Potem zdarzyło mi się parę razy kupić coś przez internet (allegro), ze względu na zwiększoną aktywność fizyczną uzupełniałam też stroje treningowe, z przyczyn praktycznych musiałam kupić sobie parę razy buty, ale takiego normalnego „szopingu” nie uprawiałam. Myślałam o tym nie raz, planowałam, ale nie było czasu albo środków, a czasem jednego i drugiego. Za to w międzyczasie coraz bardziej przewietrzałam swoją garderobę, pozbywając się wszystkiego, co było za małe, za duże, nieprzemyślane, niepasujące do reszty, czego z bliżej nie określonych przyczyn nie nosiłam, rzeczy, które kojarzyły mi się z przykrymi wydarzeniami w życiu, albo takich, które kupiłam, bo chciałam udawać kogoś, kim nie jestem. I tym sposobem dobiłam do dna szafy......

Dom z widokiem na morze

Wbrew powszechnym trendom i zwyczajom spędzania czasu w wakacje, lato upływa mi na pracy po kilkanaście godzin dziennie, z małymi przerwami na sen i jedzenie. Sama chciałam, nikt mnie nie zmuszał, jednak nie ukrywam, że mam już dość i z wielkim utęsknieniem wyczekuję końca tego szaleństwa, czyli przyszłego tygodnia, a potem (wreszcie, tak, tak!!) urlopu. Pieszczę też nadzieję, że to ostatni taki maraton w tym roku. Zapewne z powodu przepracowania i tęsknoty za wypoczynkiem wróciło do mnie ze szczególną siłą wielkie marzenie, od dawna zagnieżdżone, chociaż ostatnio nie odkurzane. Marzenie o domu nad morzem.

Po zastanowieniu - jednak nie

W ostatnim wpisie zastanawiałam się nad ewentualnością podjęcia rocznego postu konsumpcyjnego. Po głębszym przemyśleniu tej kwestii, a także dzięki cennym uwagom PT Czytelników :), doszłam do wniosku, że jednak tego wyzwania nie podejmę. Po pierwsze i najważniejsze, wprawdzie takie doświadczenie jest wykonalne i wiem, że mogłabym mu podołać, wiele by ono w moich zwyczajach konsumpcyjnych nie zmieniło. Już od dawna nie jestem zakupoholiczką, teraz czasem nawet zdarza mi się przesadzać w drugą stronę, zwlekać z zakupem potrzebnych rzeczy, by mieć pewność, że są naprawdę potrzebne. Na pewno mogłabym przekonać się, że są jeszcze w moim życiu obszary, które można uprościć, a potrzeby ograniczyć. O tym mogę jednak przekonać się bez uciekania się do tak radykalnych rozwiązań.

Rok bez zakupów

Zaczęło się od blogu kulinarnego White Plate. Autorka Liska zachęcała do przeżycia tygodnia bez zakupów spożywczych, co miało służyć zużywaniu zapasów oraz bardziej kreatywnemu ich wykorzystywaniu. Pomysł to bardzo dobry, bo przecież czasem zdarza się, że zamiast zużywać zawartość lodówki, szafek i zamrażarki, z rozpędu wciąż coś dokupujemy. Akcja spotkała się z zainteresowaniem czytelników, kilku blogerów i blogerek nawet do niej się przyłączyło.
Zużywanie domowych zasobów spożywczych i racjonalne planowanie zakupów weszło mi już w krew, jeśli nawet chwilo lodówka wydaje się zbyt pełna, przeczekuję z dokupywaniem czegokolwiek aż trochę opustoszeje. Czyli takie tygodnie bez zakupów zdarzają mi się spontanicznie od czasu do czasu. Lecz pomyślałam: a może by tak pójść dalej? Gdyby nie kupować przez rok? Taki konsumpcyjny post?

Woda i szare mydło

Prawdopodobnie pierwsze skojarzenie z hasłem „minimalizm w kosmetyce” to właśnie taka zgrzebna wizja: pielęgnacja ograniczona do wody i mydła oraz brak makijażu. Cóż, to raczej skrajne podejście, możliwe do zastosowania, ale niezbyt kuszące. 
Jak wiadomo, w minimalizmie nie chodzi o to, żeby nie mieć nic, tylko o to, żeby mieć tyle, ile potrzeba. Ani więcej, ani mniej. Co w praktyce oznacza, że w przypadku każdej kobiety ilość zabiegów i produktów kosmetycznych koniecznych do uzyskania zadowalającego efektu higieniczno-estetycznego będzie inna.

Lato w mieście

Przerwa w blogowaniu nieco się przedłużyła. Ostatnie tygodnie upływają mi pod znakiem bardzo intensywnej pracy, musiałam więc zrezygnować z wielu innych ważnych spraw (między innymi z ćwiczeń oraz blogowania). Największą część zadania mam już za sobą, powoli więc będę wracać do normalnego trybu zajęć. Jednak lato, niedosyć, że w mieście, to jeszcze na dodatek będzie pracowite. Powyższe okoliczności przyniosą jedną korzyść: są nieustannym ćwiczeniem z efektywnego zarządzania czasem.

Mała przerwa

Jak zauważyliście zapewne, chwilowo nie mam niestety czasu na blogowanie, tak będzie jeszcze do końca przyszłego tygodnia. Wracam wkrótce.
I mała zmiana wyglądu blogu, nieostateczna. Drażnił mnie układ (posty z prawej, łącza z lewej), a na razie nie mam czasu na większe zmiany.

Dieta? Nie, dziękuję.

Żyjemy w czasach obfitości pożywienia. Jedzenie w naszej części świata jest łatwo dostępne, a na dodatek tańsze niż kiedykolwiek w historii. Otaczają nas reklamy apetycznych produktów, czasopisma, Internet i telewizja są wypełnione przepisami na pyszne potrawy, a w sklepy zachęcają rozmaitymi promocjami do kupowania coraz większych ilości coraz bardziej wymyślnych artykułów spożywczych. Nic, tylko kupować, gotować i jeść. Zresztą często nawet gotować nie trzeba... Wystarczy podgrzać. Z drugiej strony nikt nie chce być otyły. Szczupłość oznacza urodę i zdrowie. Nikogo, kto choć raz w życiu przytył, a potem schudł, nie trzeba przekonywać, że szczupłemu żyje się lżej, łatwiej i przyjemniej. Co więc począć wobec obfitości jedzenia i pragnienia zachowania szczupłej sylwetki, czy wręcz schudnięcia (jeśli już padliśmy ofiarą owej obfitości...)?

Eksperyment z Minnesoty

Zanim napiszę więcej o zrywaniu z dietą i powrocie do normalnego odżywiania, zachęcam do lektury opisu przeprowadzonego w czasie II wojny eksperymentu. Był on punktem wyjścia do wielu późniejszych badań psychologii zaburzeń odżywiania. I znakomicie pokazał, jak dziwne rzeczy dzieją się w głowie osoby, która przez dłuższy czas je o wiele mniej, niż potrzebuje...

Jak schudnąć i więcej nie przytyć

Nieraz wspominałam, że jestem przeciwna dietom odchudzającym. Pisałam też, że pochodzę z rodziny, w której nadwaga lub otyłość stanowią dziedziczne obciążenie, wraz z całym bagażem skłonności do powiązanych chorób, z cukrzycą i nowotworami układu pokarmowego włącznie. Sama walczę ze swoją wagą od czasu, gdy jako dorastająca panienka zaczęłam się zaokrąglać bardziej, niżby mi się to podobało.
Tematy diet, wagi i zdrowego odżywiania były obecne w domu odkąd pamiętam. Po raz pierwszy zaczęłam się odchudzać, mając zaledwie 15 lat. Gdy po latach znalazłam swoje wyniki badań lekarskich z tamtego czasu, ku wielkiemu zaskoczeniu odkryłam, że moja waga była wtedy całkowicie normalna. Chciałabym teraz mieć taką figurę, jaką pokazują zdjęcia z tamtego okresu. Niestety, przez kolejnych kilkanaście lat na przemian chudłam i tyłam, po każdym okresie intensywnego odchudzania następowało klasyczne jojo, z całkiem szczupłej dziewczyny znowu stawałam się kuleczką. W pewnej chwili z osoby z nadwagą zr…

W obronie telewizji

Ostatnio modne jest nieposiadanie telewizora, a co za tym idzie, również nieoglądanie telewizji. Zauważam tę tendencję nie tylko wśród znajomych, ale też na minimalistycznych blogach. Jednym z pierwszych zaleceń, jakie pragnie przekazać każdy minimalista reszcie światu jest: zrezygnuj z kablówki, a najlepiej pozbądź się telewizora! Będziesz mieć więcej czasu, więcej pieniędzy i nie będziesz wystawiony na zgubny wpływ tych niedobrych i ogłupiających reklam! A dzięki temu łatwiej Ci będzie ograniczyć konsumpcję i zakupy.
No dobrze, sporo w tym racji. Telewizja ma wiele wad, to prawda. Może być strasznym ogłupiaczem, odmóżdżaczem, czasozapychaczem i reklamozasypywaczem. Spora część rozmaitych produkcji zapełniających fale eteru wydaje się być przeznaczona dla widzów o poziomie inteligencji ameby czy innego pierwotniaczka. Pozwolę sobie też stwierdzić, że moim zdaniem bezmyślne wgapianie się w ekran wydatnie przyczynia się do coraz bardziej zauważalnego zmatolenia części naszego społecze…

Prezent na Komunię - różaniec czy quad?

Przyznaję, że nie byłam na bieżąco z komunijnymi zwyczajami prezentowymi. Większość dzieci w rodzinie i wśród znajomych to jeszcze drobnica. Dwa lata temu mieliśmy taką uroczystość w bliskiej rodzinie, było miło i skromnie, prezentem dla dziewczynki był komputer, na który po prostu się złożyliśmy (zależnie od możliwości, nie było ustalonej stawki). Docierały do mnie wprawdzie anegdotyczne historie o quadach i laptopach, jednak byłam przekonana, że to raczej wyolbrzymione i przerysowane historie, niemające oparcia w rzeczywistości. Tymczasem pewna znajoma opowiedziała mi o planowanej komunii w rodzinie jej męża. I wciąż nie mogę dojść do siebie po tej opowieści.

Jak ruszyć się z kanapy - podsumowanie

Powoli zbliżamy się do konca tej przydługawej historii. Jak się domyślacie, po powrocie z wakacji wróciłam do regularnych ćwiczeń. Teraz już po prostu dlatego, że mi tego brakowało. Przez te parę miesięcy polubiłam ruch i doceniłam jego zalety. I tak już zostało. Niegdysiejszy leniwiec ćwiczy regularnie i z radością. Co więcej, po roku z Tamilee Webb uznałam, że to za mało, że nie dość się męczę (a rok wcześniej nie byłam w stanie dotrwać do końca zestawu...). Teraz rozpoczęłam program treningowy (także na DVD), który ma w nazwie Extreme i wymaga ćwiczenia co najmniej godzinę dziennie przez sześć dni w tygodniu. Napiszę o nim więcej za parę tygodni, gdy będę widzieć efekty. Faktem jest, że jestem teraz zdolna do wykonywania ćwiczeń, które rok temu uważałam za niewykonalne. Nigdy, przenigdy nie sądziłam, że będę w stanie uprawiać jakąkolwiek formę ruchu, która miałaby cokolwiek wspólnego ze słowem „ekstremalny”. A teraz wiem, że jeśli wytrwam do końca tego programu, mam wielkie szanse…

Jak kocica kanapowa została fitnesską, część II

Natura ludzka taka już jest, że czasem wiemy doskonale, co robimy źle oraz co powinniśmy robić, żeby było dobrze, ale lenistwo i niechęć do wysiłku powstrzymują nas od wprowadzenia zmian w życie. Tak jest z ruchem, z dietą, nałogami, złymi nawykami i wieloma innymi naszymi słabościami. Czasem nawet już podejmujemy decyzję o zmianie, przez pewien czas walczymy ze starymi przyzwyczajeniami, lecz potem wewnętrzny leń zwycięża, męczymy się, nudzimy i znowu zapadamy w słodki bezwład. Najtrudniej pokonać tę bezwładność i nabrać takiego rozpędu, by już nie móc się cofnąć.

Jak kocica kanapowa została fitnesską, część I

Ostatnie lata przyniosły wiele pozytywnych zmian w moim życiu. Kosztowały mnie one mnóstwo pracy nad sobą, czasem było mi bardzo ciężko, ale efekty tych zmagań dają mi mnóstwo radości i satysfakcji. Najbardziej dumna jestem z ograniczenia stanu posiadanych rzeczy oraz z faktu, że z tytułowej kocicy kanapowej stałam się osobą aktywną fizycznie.

Vanitas

Miałam dzisiaj pisać na zupełnie inny temat, ale trudno w takich okolicznościach mówić o głupstwach. Katastrofa prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem wstrząsnęła nami wszystkimi. Mną także. Jako człowiekiem i jako Polką. Tragedia ta ma dwa wymiary, narodowy i ludzki. Zginęło wiele bardzo ważnych dla życia publicznego osób, z Prezydentem i jego Małżonką na czele. Ale przecież każda z tych osób, które leciały tym samolotem, jest też czyimś mężem, synem, żoną, siostrą, córką, przyjacielem. Ponieśliśmy wielką stratę jako naród, ale przede wszystkim za tym dramatem kryje się cierpienie bliskich zmarłym osobom.
W najbliższych dniach wszyscy będziemy zastanawiali się nad tym, co się stało. Często będą padać pytania o przyczyny tej tragedii i o jej sens. Każdy z nas, Polaków, niezależnie od przekonań i sympatii politycznych, będzie zmuszony do refleksji, bo przez tydzień żałoby narodowej po prostu od tego tematu nie będzie można uciec.

Jajecznie

Życzę Wam moi Czytelnicy spokojnych i radosnych Świąt Wielkanocnych, przede wszystkimi miłości i zdrowia. Życzę Wam także, by rozpoczynająca się wiosna przyniosła Wam wiele sił i chęci do upraszczania, minimalizowania i poszukiwania tego, co dla Was naprawdę ważne. Wiosna to dobry czas na odnowę i porządki: w domu, w szafie, w życiu, w głowie, tam, gdzie trzeba.

Zdjęcie dzięki uprzejmości firmy Mad Multimedia I pamiętajcie, żeby w Święta skupić się na odpoczywaniu i cieszeniu byciem z najbliższymi, a nie tylko na pysznościach na talerzu :) Święta spędzę z Rodziną i Przyjaciółmi, więc na nową notkę zapraszam w przyszłym tygodniu.

Omnia mea mecum porto

Oglądałam ostatnio ciekawy film dokumentalny o nomadach i muzyce. Autorzy, dwaj muzycy z baskijskiej grupy Oreka TX, postanowili wyruszyć w podróż do różnych społeczności koczowniczych, spotkać się z nimi, a zarazem zaprezentować instrument o wdzięcznej nazwie txalaparta. Podczas tej podróży odwiedzili Saharę, Laponię, Mongolię i Indie. Nie będę opowiadać całego filmu, może kiedyś uda się Wam go zobaczyć, a o samym projekcie i txalaparcie można poczytać na ich stronie.
Dzieło pokazuje spotkania muzyków z koczownikami, niewielu ich pozostało w naszym świecie, ale wciąż jeszcze są. Zaczęłam się zastanawiać nad praktyczną stroną życia człowieka, który nie ma stałego domu, a właściwie ma dom, ale podróżuje razem z nim. Może być nim namiot, jurta, prowizoryczna chatka. Zadałam sobie pytanie, jak to jest, kiedy cały dobytek musi zmieścić się na paru wielbłądach, końskim grzbiecie, saniach, czy w wersji nowoczesnej w samochodzie? Takie życie dopiero wymaga dyscypliny. Nie ma miejsca na zbę…

O parapetach i pożegnaniu z hobby

W zeszłą niedzielę pożegnałam dawne hobby. Korzystając z ładnej pogody, zrobiłam czystkę na parapetach. Cała historia w skrócie wygląda tak: gdy byłam nastolatką, zachwyciły mnie kaktusy. Zaczęłam je kolekcjonować, warunki w domu u Rodziców były znakomite, ponieważ było jasno, przestronnie i słonecznie. Kolekcja rosła, kaktusów było coraz więcej, rozrastały się i były coraz piękniejsze. Sporą część roku spędzały na tarasie, kąpiąc się w słońcu, wiele z nich wspaniale kwitło. Potem z biegiem lat czasu miałam dla nich coraz mniej, wyprowadziłam się do wynajętego pokoju, potem sporo podróżowałam. Nie poświęcałam im więc wiele uwagi. Jakoś sobie dawały radę, ale w końcu brak systematycznej należytej opieki zaczął się mścić. I kolekcja stopniowo podupadała.

Minimalistyczne wnętrza - inspiracje. Część II.

Na zakończenie minicyklu wnętrzarskiego jeszcze jedna obrazkowa notka. Ciąg dalszy wybranych przez mnie ze strony http://freshome.com/ zdjęć minimalistycznie urządzonych mieszkań i domów. Tym razem pokoje dzienne, kuchnie, sypialnie i łazienki. Zdaję sobie sprawę, że przedstawione na zdjęciach wnętrza są luksusowe i trudno mówić o przeniesieniu takich pomysłów do naszych niejednokrotnie o wiele ciaśniejszych i skromniejszych M-ileś. Lecz nie o to chodzi, by cokolwiek kopiować, bardziej o inspirację.

Ja osobiście nie chcę osiągać takiego efektu we własnym mieszkaniu, ponieważ przede wszystkim zbytnio lubię mocne, nasycone barwy, a po drugie dekoracje na ścianach (obrazy, zdjęcia). I wprawdzie staram się ograniczać ich ilość, jednak nie widzę powodu, by z nich rezygnować. Pod względem estetycznym nie jestem taką zupełną minimalistką :)
Z nadejściem wiosny przychodzi jednak ochota na wprowadzanie zmian i wielkie porządki. Na pewno znajdę jeszcze sporo miejsc w moim otoczeniu, w których …