Przejdź do głównej zawartości

Diety są tuczące

Zapewne podsumujecie ten wpis komentarzem: "zwariowała baba! O dietach pisać przed Świętami?!! Bez sensu". Pozwolę sobie się nie zgodzić.
Dużo pojawia się w ostatnich dniach ciekawych wpisów na różnych „frugalistycznych” blogach na temat wstrzemięźliwości finansowej przed Świętami, o tym, że wydatki grudniowe trzeba planować dużo wcześniej, a nawet już teraz zacząć oszczędzać na przyszłe Boże Narodzenie :) I bardzo słusznie. Zamiast za parę miesięcy zastanawiać się, jak się wydostać z finansowej czarnej dziury, lepiej zawczasu pomyśleć, co zrobić, żeby się w niej nie znaleźć.

Co to ma do diet i odchudzania? Oj, wiele. Moim zdaniem analogicznie, zamiast na wiosnę zastanawiać się jak schudnąć, lepiej w zimie uważać, by za bardzo nie przytyć. Naturalne jest, że w zimie mamy większy apetyt, bo organizm, broniąc się przed zimnem, domaga się paliwa, więc potem na wiosnę zwykle mamy parę kilo na plusie. Można spróbować jednak temu zapobiec.

Od kilku lat sporo darmowej radochy dostarcza mi obserwowanie rozmaitych forów internetowych po Wielkanocy. Naród nagle zaczyna się wtedy gwałtownie interesować wszystkimi możliwymi dietami, od „kopenhadzkiej” (hehe, ileż to interesujących wariantów tego przymiotnika już widziało gazetowe forum, jeśli nie wierzycie to proszę tu link do forum diety KOPENHASKIEJ) począwszy, przez różne tysiąc kalorii i South Beach, Atkinsy i brekekeks, brekekeks. A czemu akurat po Wielkanocy taki trend się pojawia? Bo Wielkanoc to festiwal obżarstwa, a zwykle przypada na początku wiosny, czy też może na przedwiośniu. Nagle w oczach staje wizja plaży (urlop coraz bliżej) i swojego, nie tak znów szczupłego po zimie, ciała. I trzeba jak najszybciej zgubić (bezwysiłkowo najlepiej) co najmniej parę, a czasem więcej, kilogramów.

Szaleństwo objadania się zaczyna się właśnie na Boże Narodzenie. Nie da się ukryć, że jednym z powodów, dla których czekamy z niecierpliwością na Wigilię, jest perspektywa jedzenia pysznych tradycyjnych, przyrządzonych z miłością potraw, w otoczeniu najbliższych. Ucztowanie przy święcie, wspólne jedzenie i picie, to zachowania stare jak świat i człowiek. Czy należy więc z tym walczyć? Czy też poddać się i jeść aż do bólu brzucha?

A może by tak z umiarem podejść do sprawy? Spróbować każdej potrawy, ale nie przejadać się? Nie doprowadzać układu pokarmowego do granic wytrzymałości, a może nawet dać mu chwilę wytchnienia i po świątecznym obiedzie iść z Rodziną na długi spacer?

Wracając do tytułu notki, czy naprawdę i dlaczego diety są tuczące? Tak, są. Diety prowadzą prędzej czy później do zachowań kompulsywnych. Co ja o tym wiem? Sporo. Nie jestem dietetykiem, ale przez pół swojego średniej długości życia byłam na diecie. Dietach, różnych. Z marnym, jak się domyślacie skutkiem. Wrócę jeszcze do tego tematu nieraz, bo sporo można by o tym pisać, a nie chcę Was teraz zanudzić przed Świętami. W skrócie powiem tylko, że jedyne do czego diety mnie doprowadziły, to kłopoty.
I dlatego zamiast diety zalecam umiar. Rozkoszuj się każdym łykiem barszczu z uszkami, grzybowej, każdym kęsem karpia, makowca, kutii czy co tam jeszcze w Twoim domu się na Święta podaje. Wdychaj zapachy, celebruj smaki. Uśmiechaj się do bliskich :) Ale kiedy w pewnym momencie poczujesz ciężar w brzuchu, zastanów się, czy musisz skończyć to, co masz na talerzu? I jeszcze jedna rzecz: już na początku posiłku oszczędzaj miejsce w żołądku, żeby starczyło Ci go do deseru. To trudna sztuka, ale można się tego nauczyć.

Nie chcę nikomu zepsuć przyjemności Świąt. Jeśli lubisz czuć się jak pękający balonik po posiłku, to Twoja sprawa :) Kwestia gustu. Ja nie lubię, dlatego będę uważać. Co nie oznacza, że będę się głodzić. Nie mogę się już doczekać karpia mojej Mamy (mmm, poezja, sami wiecie, każda Mama ma jakąś specjalność), zapewne nawet dołożę sobie drugi kawałek... Na pewno będę się czuć nieco ociężała. Może nawet lekko jęknę, gdy stanę na wadze po Świętach. Lecz zapewniam, że będzie to tylko lekki jęk, a nie „ożesz k...!!!”. Zbyt wiele wysiłku trzeba później włożyć w zrzucenie każdego kilograma, żeby radośnie i beztrosko się objadać.

Święta to nie czas na odchudzanie, to pewne. Ale niech nie będzie też czasem nieumiarkowania. Każdy sam musi określić swoje granice komfortu. Nie mów sobie tylko „a co mi tam, zjem jeszcze ten trzeci kawałek ciasta, odchudzać będę się po Świętach (Nowym Roku, Wielkanocy, na wiosnę - niepotrzebne skreślić)”. „Pomyślę o tym jutro”, jak powiedziałaby Scarlett O'Hara. NIE, pomyśl o tym TU i TERAZ. Nad talerzem z karpiem czy ciastem. I spróbuj zjeść tyle, żeby poczuć smak, ale nie przesadzić z ilością. Trudne, prawda? Ale wykonalne.

Obiecuję, że do kwestii minimalizmu w kuchni i na talerzu jeszcze wrócę. Także napiszę więcej o szkodliwości diet i o skutecznym sposobie na trwałe schudnięcie (z góry ostrzegam, to będzie bardzo banalne...). Ale stanie się to dopiero po Nowym Roku. W międzyczasie chciałabym opowiedzieć o nowym „projekcie”, Szafa Minimalistki. To tak tytułem zapowiedzi.

P.S. W sumie do końca nie wyjaśniłam, dlaczego diety są tuczące, prawda? No i dobrze. Pomyśl o tym sam(-a) drogi(-a) Czytelniku(-czko) i daj znać, co o tym myślisz. Acha, tylko proszę mnie nie przekonywać do żadnej jedynie słusznej metody, nie jestem zainteresowana :)

Komentarze

  1. Diety są tuczące bo doprowadzają do obsesji na punkcie jedzenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz racje, dieta to klopot.
    Stosowalam diety 2 razy I 2 razy wyladowalam w szpitalu.
    Umiar stal sie moi przyjacielem, teraz mam diete w wersji liczenia kalorii I pilnowania sie z zalozonym na poczatku goal.
    Dziala. I to bez umartwiania sie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. pisze się "dieta kopenhaska", nie "kopenhadzka". Jak nie wierzysz, to zajrzyj do słownika języka polskiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poćwicz proszę czytanie ze zrozumieniem, anonimowy.

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…