Przejdź do głównej zawartości

Tak... minimalnie

Autorką dzisiejszej notki jest Ann, która zgodziła się napisać kilka słów o minimalizmie w swoim życiu. W ten sposób chciałabym zapoczątkować nową świecką tradycję gościnnych wpisów na moim blogu. Chętnych zapraszam do zgłaszania się :) I oddaję głos Ann:

Kiedy zaczęła się moja przyjaźń z minimalizmem? Kiedy poczułam z nim prawdziwą więź? Może było to już wtedy, gdy mama wstawiła do mojego pokoju czerwone mebelki z niebieskimi wstawkami? Może wtedy, gdy otwierałam szafkę, a na głowie lądowały mi zawiniątka z koralikami i innymi drobiazgami? A może wtedy, gdy szuflady latały po całym mieszkaniu, bo ktoś szukał jednej, malutkiej śrubki? Może właśnie wtedy narodziła się we mnie potrzeba przestrzeni, czystości, światła, oddechu i niczym niezakłóconego wypoczynku umysłowego.

Wiem jedno, nie zmieniłam chaotycznego świata, pełnego zbędnych drobiazgów, w minimalizm tak od razu. Taka potrzeba dojrzewa stopniowo, może nawet latami...
Zaczęło się od stopniowego zarządzania najbliższą przestrzenią wokół siebie. Po pewnym czasie zaczęłam zauważać, że nawet będąc w hotelach, już po jednym dniu zaczynałam porządkować wokół siebie przestrzeń i wszystko ogarniać i chować..., no właśnie: chować...

Dzisiaj już wiem, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny, że może czasem warto się z czymś pomęczyć, by potem poczuć prawdziwą ulgę. Cokolwiek jednak robimy, we wszystkim najważniejsza jest konsekwencja i pewien upór. Bo czy gdybym systematycznie nie pozbywała się niepotrzebnych przedmiotów czy ubrań, gdybym pozwalała sobie na trzymanie i przyjmowanie niechcianych upominków, gdybym ulegała namowom koleżanek na zakup ubrań w kolorze i wzorze, zupełnie mi nieodpowiadającym, to udałoby mi się stworzyć wokół siebie tak bardzo upragnioną oazę spokoju, minimalistyczny ład i przestrzeń dla moich myśli?

Odpowiedź jest oczywista - nie.
Na zdjęciach namiastka mojego minimalistycznego świata:













Myślę, że najlepszym komentarzem do zdjęć, przesłanych przez Ann, będą jej własne słowa z jednego z maili:
„Kiedyś w pewnym artykule przeczytałam fragment:
MINIMALIZM
Tak skomponowane wnętrze pozostawia w przebywających w nim osobach poczucie luksusu, ale i głębokiej estetyki.
Wnętrza ograniczające do minimum gromadzone w nim sprzęty może tłumaczyć swoistą japońską filozofię tymczasowości, zgodnie z którą dom nazywany jest kariya (tzn.„wynajęte na noc”)
I chyba coś w tym jest...”

Popularne posty z tego bloga

Ajka Minimalistka - kolejny rozdział

Zgodnie z zapowiedzią rozpoczynam kolejny rozdział. Prosty blog - czyli to miejsce, niestety nie odpowiada już moim potrzebom. To znaczy nie odpowiada mi ta platforma, na której go piszę, blogspot. Jej niedostosowanie do moich obecnych wymagań nie tłumaczy oczywiście rzadkiej publikacji tekstów w ostatnich latach, ale prawdą jest, że na pewno nie pomagało w pisaniu. Nie ma co jednak szukać wymówek czy wytłumaczeń.  Prosty blog pozostaje tutaj, nie znika. Wiem, że są wśród Was osoby, które wciąż lubią wracać do starych wpisów. Jednak od teraz nowe treści będę publikować w nowym miejscu, do którego serdecznie Was zapraszam. Moje nowe blogowe gospodarstwo nazywa się Ajka Minimalistka i znajdziecie go pod tym adresem . Będą się tam pojawiać nie tylko wpisy, ale również w osobnej zakładce można znaleźć wszystkie odcinki podcastu, który nagrywam od kilku miesięcy.  Zapraszam, do poczytania, posłuchania i zobaczenia! 

Uniform minimalistki

Temat osobistego uniformu obracam w głowie już od kilku lat, co najmniej. Jednak jeszcze do niedawna nie czułam się gotowa na to, by ostatecznie zdefiniować go dla siebie. Owszem, wiedziałam, że ciągnie mnie w tym kierunku i że coraz bardziej zbliżam się do wprowadzenia go w życie na co dzień. Jednak jeśli obserwowaliście, być może, moje materiały o kolorowej szafie minimalistki na YouTube , w cyklu, w ramach którego zaprezentowałam całą swoją kapsułową garderobę na wszystkie pory roku, mogliście zauważyć, że wprawdzie mój styl i zestawy ubraniowe były już dość wyraziste i powtarzalne, trudno było by nazwać je uniformem.  Tak jednak się złożyło, że w międzyczasie zmieniłam tryb życia poprzez powrót do oprowadzania po Krakowie (już nie tylko po Wawelu, jak było parę lat temu), więc o wiele częściej wychodzę pracować poza dom. Oczywiście wymusiło to dostosowanie zawartości szafy i pewne jej uzupełnienia. A jednocześnie kilka ubrań z niej wywędrowało. Z powodu zużycia, ale też zmian

Wciąż po słonecznej stronie

Od kilku lat spodziewałam się, że w trakcie naszego życia wydarzy się coś takiego. Dramatyczne zjawisko o światowej skali, które sprawi, że świat się zmieni. Wpłynie na każdego człowieka, w mniejszym lub większym stopniu. To było raczej nieuniknione, bo jest nas, ludzi, stanowczo zbyt dużo, byśmy mogli czuć się względnie bezpiecznie. Można było przewidzieć, że prędzej czy później globalizacja, przeludnienie Ziemi, ludzka beztroska, obciążenie środowiska lub jeszcze inny czynnik doprowadzi do wydarzeń, nad którymi nie będziemy umieli zapanować albo będzie to bardzo trudne i będzie wymagać wielkiego wysiłku i drastycznych środków. Nie można było jednak przewidzieć, co i kiedy się wydarzy. Teraz już wiemy. Nie chcę tutaj roztrząsać przyczyn i natury pandemii, ani tego, czy podejmowane przez władze środki i restrykcje są właściwe i najlepsze. Takich dywagacji znajdziecie mnóstwo wszędzie, w internecie i innych mediach. Podejrzewam zresztą, że niektórzy z Was mają ich na tym etapie se