Przejdź do głównej zawartości

Jak kocica kanapowa została fitnesską, część I

Ostatnie lata przyniosły wiele pozytywnych zmian w moim życiu. Kosztowały mnie one mnóstwo pracy nad sobą, czasem było mi bardzo ciężko, ale efekty tych zmagań dają mi mnóstwo radości i satysfakcji. Najbardziej dumna jestem z ograniczenia stanu posiadanych rzeczy oraz z faktu, że z tytułowej kocicy kanapowej stałam się osobą aktywną fizycznie.
Najpierw rys historyczny: od dziecka byłam taką małą ofermą. Rozwijałam się poprawnie, ale jeśli chodzi o sprawność fizyczną odstawałam trochę od rówieśników. Jak okazało się na lekcjach wychowania fizycznego, biegałam wolniej niż inni, skakałam niżej i bliżej, refleks miałam raczej żółwi, w grach zespołowych zawadzałam na boisku i właziłam innym pod nogi, a piłka wpadała mi na głowę, co prowadziło do tego, że byłam jedną z tych osób, których podczas wybierania składów drużyn nikt nie chciał mieć u siebie.

Źle było mi z tym bardzo, tym bardziej, że starałam się zawsze z całych sił wypaść jak najlepiej, niestety bez sukcesów. Tylko tym staraniom zawdzięczałam jakie takie pozytywne oceny z WF, zresztą były to jedyne słabsze oceny na moich świadectwach. Zawsze pocieszano mnie więc, że przecież mam wiele innych zdolności, nie można mieć wszystkiego. Któż martwiłby się czwórką z WF na świadectwie z wyróżnieniem? No kto?

Szkoła wreszcie się skończyła, a z nią wuefowe stresy. Kompleksy pozostały. Próbowałam nauczyć się jeździć na nartach - bez sukcesów, za to stłukłam sobie tyłek na najkwaśniejsze jabłko i mało nie rozbiłam się na drzewie. Chodziłam na badmintona przez parę miesięcy, nie było najgorzej, ale też bez rewelacji. Ogółem doszłam do wniosku, że sport nie jest dla mnie, a za ruch wystarczą mi spacery i od czasu do czasu kółko hula hop. Poza tym umiem pływać (żabką), nie topię się, ale przed wodą odczuwam pewien lęk i respekt, na basenie pływam, ale w morzu i innych naturalnych zbiornikach wodnych zaledwie się taplam w bezpiecznej odległości od brzegu, a w międzyczasie zalegam na plaży.

Jak każdy miewałam zrywy, na przykład zapisywałam się na siłownię, która niestety szybko mnie nudziła. Nie mogłam znaleźć formy ruchu, która sprawiałaby mi na tyle przyjemności i satysfakcji, by uprawiać ją systematycznie (poza seksem oczywiście...). Pewnego razu pod wpływem lektury jakiegoś forum nabyłam sobie nawet zestaw trzech płyt DVD z ćwiczeniami. Wykorzystałam go tylko raz, bardzo się spociłam, ledwo dobrnęłam do połowy każdego programu, przez trzy dni miałam zakwasy, więc uznałam, że to wyższa szkoła jazdy i odłożyłam płyty na półkę. Zresztą prowadząca była okropnie irytująca.

Dodam jeszcze, że wbrew temu stanowi rzeczy zawsze byłam przekonana, że ruch jest niezbędny do zachowania zdrowia i sprawności. W rodzinie było wiele przykładów osób, które poprzez lenistwo, brak aktywności i nieumiarkowanie w jedzeniu doprowadziły się do cukrzycy, nowotworów układu pokarmowego, chorób układu krążenia, a w końcu do przedwczesnej śmierci. Było też (mniej niestety) kilka przykładów osób, które zachowały sprawność fizyczną i psychiczną do późnej starości. Udało im się to dzięki różnego rodzaju ruchowi. Wiem, że nie da się uniknąć starości, ale jest jednak znaczna różnica pomiędzy zachowaniem sprawności do dziewięćdziesiątki, a zniedołężnieniem tuż zaraz po pięćdziesiątce, czyli w kwiecie wieku. Co do tego nie miałam wątpliwości.

Mój Małżonek jest także bardzo aktywnym, sprawnym i wysportowanym mężczyzną. I do tego intelignenta bestia, ja to mam szczęście :) Nieraz próbował mnie łagodnie przekonać do zmiany trybu życia, zachęcał, podrzucał takie czy inne patenty, towarzyszył na siłowni. Bezskutecznie.

Trwałam w głębokim przekonaniu, że taka już się urodziłam, typem sportswomanki  nie jestem i nie będę, jaką mnie Panie Boże stworzyłeś, taką mnie masz. Ruchu mam dosyć, bo dużo chodzę (jasssne...). Zaczęłam mieć pewne wątpliwości, gdy zakupiłam sobie takie małe ustrojstwo, krokomierz. Przypięłam go sobie do paska i zmierzyłam, ile kroków średnio robię dziennie. Okazało się, że średnio mniej więcej tyle, co przeciętny Amerykanin, czyli mało. Pocieszyłam się jednak tym, że przecież od czasu do czasu zdarzają się jednak dni, kiedy udaje mi się wypracować zdrowe 10 tysięcy kroków dziennie.

Nieco niepokoił mnie fakt, że spędzam dziennie co najmniej osiem godzin przykuta do komputera (praca) i czasem jeszcze trochę w domu. I kręgosłup często bolał, oj bolał. Z nadwagą walczyłam od wielu już lat, jednak uważałam, że podstawa to dieta. A ruch  to tylko dodatek, żeby za bardzo nie sflaczeć. A, jeszcze był stary znajomy cellulit, który próbowałam zwalczyć pracowicie (chociaż akcyjnie) wcierając w swe szlachetne tylne rejony rozmaite wymyślne smarowidła.

Tak się sprawy miały mniej więcej do początku lutego zeszłego roku. Ale o tym, co takiego się wtedy wydarzyło, dowiecie się w następnym odcinku. Ciąg dalszy nastąpi... 

Komentarze

  1. Z niecierpliwością czekam na dalsze części tej historii. Sam miałem epizody z ćwiczeniem, ale teraz zrobił się ze mnie pod tym względem leń.

    P.S. Słowo "małżon" stało się moim najbardziej debeściackim hasłem tego tygodnia. Śmieję się za każdym razem, gdy je widzę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapowiada się bardzo ciekawie. Ja również czekam na kolejne części.

    PS Czy Twój "małżon" mówi o Tobie "małżowina"?

    OdpowiedzUsuń
  3. Hehe, cieszę się, że udało mi się Was rozbawić. Nie, Małżon nie nazywa mnie Małżowiną, ale to by nieźle pasowało. Mógłby też mówić do mnie per "Małża" ;)
    A swoją drogą jak się przyzwyczaić do określenia "Małżon", to już taki zwykły "Małżonek" wydaje się być jakimś śmiesznym zdrobnieniem :)

    OdpowiedzUsuń
  4. nie wiem czy się śmiać czy płakać, ale ten wpis to jakby o mnie :)(: WF to była katorga, zwłaszcza gry zespołowe, nie daj Boże koszykówka, Pływam tylko wtedy, gdy mogę stanąc czyli w basenie i to w części dla dzieci. czekam więc niecierpliwie na nast odcinek, bo może i mnie oświeci? :)
    PS ale musze Cię zmartwić, bo Twój Małżon nie jest jedynym w sieci;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. @miss: mój przypadek jest chyba niestety dość typowy, mam nadzieję, że może jednak komuś moja historia posłuży za inspirację, dlatego się nią dzielę, obnażając jak by nie było swoje słabości :)
    A z określenia "Małżon" jednak zrezygnuję, bo Ukochany trochę protestuje, jakoś nie odczytał tej czułości :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Sprzątanie zaczyna się w głowie

Nie jestem odkrywcza, twierdząc, że sprzątanie zaczyna się w głowie. Jak wiele innych procesów. Odchudzanie, wypoczywanie, zmiany.

Zacznijmy od jego postrzegania. Często przedstawia się sprzątanie jako czynności nielubiane i nużące. Niektórzy wręcz nim pogardzają i uważają za zajęcie niegodne. To chyba spuścizna czasów, gdy porządki były domeną kobiet oraz osób ubogich lub nisko urodzonych. Nadal zdarza się, że nie szanuje się osób, które zajmują się sprzątaniem zawodowo. Znam osobę, która zatrudnia panią do sprzątania domu wcale nie dlatego, że nie ma czasu, siły czy możliwości, ale dlatego właśnie, że uważa to zajęcie za poniżające, niegodne. 


Wielu ludzi nie lubi sprzątać, bo to ich zdaniem strata czasu, syzyfowa praca, którą trzeba zaczynać od nowa, gdy tylko się skończy. Jednak naturalnym jest, że próbuje się unikać tego,  czego się nie lubi. Opóźnia, robi byle jak, byle było. Szuka wymówek, by usprawiedliwić to, że znów miało się coś innego do zrobienia. 
Czym to grozi?  Tym, że …

Moje pierwsze 500+ i prezent dla czytelników

W listopadzie 2009 r. powstał pierwszy wpis na blogu, który wówczas nazwałam Minimalistka (w serwisie blox). Nosił tytuł Trudne początkii zaczynał się tak: Tytuł blogu jest nieco na wyrost. Nie jestem minimalistką. Może kiedyś będę. Staram się ograniczać liczbę posiadanych rzeczy, upraszczać swoje życie i otaczającą mnie przestrzeń, uczę się świadomie kupować. Dążę do wyeliminowania tego, co zbędne. Walczę z tendencją do gromadzenia przedmiotów i kupowania wciąż nowych rzeczy.  Minęło nieco ponad 8 lat i w tym czasie napisałam w sumie 500 wpisów, łącznie z dzisiejszym.
Gdy zaczynałam, nie miałam najmniejszego pojęcia, dokąd mnie to zaprowadzi. Czułam potrzebę dzielenia się swoim doświadczeniem, wrażeniami z przygody, jaką okazało się stosowanie minimalizmu w praktyce. Z czasem blog stał się zapisem różnych moich przeżyć i przemyśleń, a także relacją z procesu zmian w wielu dziedzinach życia.

DDTVN, Dojrzewalnia Liderek i trudny powrót do codzienności

Trudno jest mi wrócić do normalnego rytmu pisania i nagrywania. Nie mogę się przemóc, by znów pisać o zwykłych, codziennych sprawach. 
Zawsze wydawało mi się, że w żałobie po stracie jednej z najbliższych osób będę przede wszystkim płakać. A tymczasem rzadko mam na to ochotę. Smutek dotyka mnie w zupełnie inny sposób. Siedzi gdzieś głęboko i nieszczególnie mam ochotę go uwalniać. Nastrój faluje, czasem więcej we mnie gniewu na to, że Taty już nie ma, czasem więcej czułości i wdzięczności za to, że był z nami tak długo, ile było to możliwe. 
Blog i kanał na YouTube chwilowo zeszły na dalszy plan, bo moje serce i myśli są teraz gdzie indziej. Są inne ważne sprawy do załatwienia i uporządkowania, część dotyczy przeszłości, część jest istotna dla przyszłości niektórych osób z naszej rodziny, skupiam się więc na tych formalnościach, spotkaniach i załatwianiach. 
Wiem, że z czasem będę czuła coraz silniejszą potrzebę komunikowania się z Wami, czytelnikami i widzami. Z czasem też łatwiej bę…