Przejdź do głównej zawartości

Jak kocica kanapowa została fitnesską, część II

Natura ludzka taka już jest, że czasem wiemy doskonale, co robimy źle oraz co powinniśmy robić, żeby było dobrze, ale lenistwo i niechęć do wysiłku powstrzymują nas od wprowadzenia zmian w życie. Tak jest z ruchem, z dietą, nałogami, złymi nawykami i wieloma innymi naszymi słabościami. Czasem nawet już podejmujemy decyzję o zmianie, przez pewien czas walczymy ze starymi przyzwyczajeniami, lecz potem wewnętrzny leń zwycięża, męczymy się, nudzimy i znowu zapadamy w słodki bezwład. Najtrudniej pokonać tę bezwładność i nabrać takiego rozpędu, by już nie móc się cofnąć.
Oto ciąg dalszy mojej historyjki. Na początku lutego zeszłego roku trafiłam na zajęcia taneczno-ruchowe, specjalnie dla kobiet. Bardzo ciekawe, nakierowane na budowanie pewności siebie, skupione na podkreślaniu zmysłowości i pracy nad estetycznym poruszaniem się. Odbywały się raz w tygodniu, oprócz tańca obejmowały też elementy ćwiczeń gimnastycznych na „strategiczne rejony” czyli brzuch, pośladki i uda. Byłam na tych zajęciach najstarsza, pozostałe uczestniczki były jeszcze studentkami. Z przerażeniem odkryłam dwie rzeczy: jak kiepska jest moja forma i sprawność oraz że niestety i tak jestem o wiele sprawniejsza od tych młodziutkich, o kilkanaście lat ode mnie młodszych dziewcząt. Nie chcę wyjść na emerytkę, która narzeka na dzisiejszą młodzież, ale naprawdę przeraził mnie widok tak młodych osób, które nie są w stanie dosięgnąć swoich kostek, ani stojąc, ani siedząc na podłodze. Albo niemal umierają po kilku brzuszkach. To dygresja taka.

Cóż, wprawdzie byłam w lepszej formie niż one, ale i tak byłam zszokowana swoim brakiem sprawności, elastyczności, problemami z zachowaniem równowagi czy koordynacją ruchów. Było o wiele gorzej niż w czasach regularnego uczestniczenia w znienawidzonych zajęciach WF. Najbardziej przeraził mnie fakt, że spory odcinek mojego kręgosłupa w międzyczasie zesztywniał tak, że wydawało się, że mam w środku kawałek pręta zamiast rdzenia kręgowego. Lata niskiej aktywności i przesiadywania plackiem na tyłku przed komputerem, z książką w ręku na kanapie lub przed telewizorem przyniosły wymierne efekty. To było jak zimny prysznic: mam trzydzieści parę lat i nie umiem już zrobić mostka, ani nawet mocniej wygiąć się do tyłu, bo zamiast kręgosłupa mam bolący i sztywny pręt. A poza tym zamiast poruszać się z wdziękiem w takt muzyki jak na kobietę przystało, bardziej przypominam paralityka, który walczy o każdy ruch oraz utrzymanie równowagi. Nie koloryzuję, tak było. Na co dzień nie dostrzegałam tego, jak ze mną kiepsko. Nawet gdy chodziliśmy w góry z MLP (Moją Lepszą Połową) wydawało mi się, że jestem całkiem sprawna... Fakt, jestem silna i kondycję jako taką mam niezłą, ale siła i wytrzymałość to nie wszystko. Na nic przyjdzie siła, gdy kręgosłup się nie zgina.

Mimo wszystko nie myślałam jeszcze o wprowadzeniu zmian. Po kilku tygodniach chodzenia na te zajęcia trochę się rozruszałam, w domu czasem powtarzałam układy taneczne czy proste ćwiczenia. Wydawało mi się, to wystarczy. Jednak nieświadomie wykonałam pierwszy ważny krok: odkryłam, że wprawdzie po zajęciach jestem zmęczona, a czasem nawet rano bolą mnie mięśnie, ale to zmęczenie daje też zadowolenie. Nie wiedziałam jeszcze, że tak działają endorfiny, dopiero mój domowy Ekspert mi to wyjaśnił.

Na horyzoncie zamajaczyły wakacje i plany wyjazdowe. Plaża, hmmm.... W głowie zamajaczył plan. A może bym tak po raz piewszy w życiu spróbowała wypracować tak zwane „bikini body”? Płaski brzuch, żadnych obwisłości ani sflaczenia? Dobrze wyglądać w kostiumie kąpielowym i nie wstydzić się żadnych rejonów ciała. Przede wszystkim jednak chciałam, żeby MLP był ze mnie dumny. Wyobrażałam sobie, jak będzie mu przyjemnie, gdy inni faceci będą na mnie patrzeć pożądliwym wzrokiem, a spasione Brytyjki nad hotelowym basenem wręcz przeciwnie, takim spojrzeniem, które może utopić.

Brzmiało to wielce kusząco. A ponieważ parę lat temu ostatecznie zerwałam z dietami (z przyczyn, do których jeszcze wrócę w którejś notce), więc jako sposób osiągnięcia tego celu pozostał mi jedynie ruch plus pewne ograniczenia żywieniowe, nie dieta, lecz po prostu umiar, nieprzejadanie się.

Sięgnełam po owe wcześniej wzgardzone DVD z ćwiczeniami (wspomniana wcześniej irytująca prowadząca to Tamilee Webb). Z lektury forum na Wizażu wiedziałam, że przy regularnych ćwiczeniach dziewczyny osiągały widoczne efekty, postanowiłam więc dać im szansę. Oprócz obietnicy rezultatów przekonywały mnie dwie inne kwestie: każdy z zestawów trwa około 30 minut, dwa razy po piętnaście, teoretycznie, gdybym nie dawała rady, mogłabym nawet wykonywać na początku tylko pierwszą część. Co załatwiało sprawę pierwszej standardowej wymówki: bo ja przecież nie mam czasu. Pół godziny dziennie jakoś da się wygospodarować. Argument drugi: ćwicząc w domu, przed telewizorem, nie muszę przejmować się tym wszystkim, co zamieniało WF w mękę. Nie obchodzi mnie, że inni zobaczą, jaka kiepska jestem, nikt nię będzie patrzył, jak się pocę, męczę, niezgrabnie wypinam i czerwienię na twarzy. Nikt nie usłyszy mojego sapania. Nikt nie skomentuje pogardliwie moich wysiłków. Nie będę musiała patrzeć na inne dziewczyny, które nie dość, że mają piękną figurę, to jeszcze wspaniale się poruszają (cierpię na tzw. syndrom najlepszej uczennicy, źle znoszę sytuacje, gdy okazuje się, że coś mi nie wychodzi, a innym owszem tak). Moja duma nijak nie ucierpi. No i będę ćwiczyć wtedy, kiedy będę chciała, a nie wtedy, gdy ktoś mi każe. W swoim tempie.

Na początek wybrałam dwa zestawy, na brzuch i na pośladki. Postanowiłam każdy z programów robić dwa, trzy razy w tygodniu, na przemian. Nie miałam odwagi zabrać się za ćwiczenia na ramiona (trzeci zestaw), ponieważ jak wiele kobiet, które nigdy nie ćwiczyły, wyobrażałam sobie, że jeśli będę regularnie trenować mięśnie, to rozrosną się one od razu w jakiś magiczny i tajemniczy sposób i zamienię się górę mięśni, jak jakaś kulturystka czy damska wersja Pudziana.

Oczywiście jak każdy neofita założyłam od razu bardzo ambitny plan. Jak najwięcej ćwiczeń, jeszcze do tego orbitrek lub basen, najlepiej bez dnia odpoczynku. Dopiero głos rozsądku, czyli MLP, zaczął przekonywać, że to nie ma sensu, bo jak się na początku przetrenuję, to po pierwsze mogę nabawić się kontuzji, a po drugie początkowy zapał szybko mi przejdzie. Nakazał też, bym raz w tygodniu wyznaczyła sobie dzień odpoczynku.
Miał rację, po tygodniu domowych treningów zmieniłam zdanie, dotarło do mnie, że nie mogę narzucać sobie zbyt szybkiego tempa, bo nie da się przejść od nicnierobienia do regularnych ćwiczeń bez bólu i łez. Zakwasy miałam modelowe, wszystko mnie bolało. Po ćwiczeniach na pośladki schodziłam ze schodów na sztywno. A po tych na brzuch miałam problemy ze wstawaniem z krzesła. Ojoj, bolało. W trakcie ćwiczeń było też trochę strasznie. Szczerze nienawidziłam tej Baby (Tamilee), która nie dość, że się nie poci (ściema, dobry montaż), przez cały czas gada jak najęta, to jeszcze bez zmrużenia oka robi ćwiczenia, o których istnieniu nie miałam wcześniej bladego pojęcia. Owszem, byłam w stanie jakoś przebrnąć przez oba zestawy, ale końcówka drugiej części obu programów była prawie nie do przejścia. Nie marzyłam nawet, że któregoś dnia będę mogła wykonywać te ćwiczenia równo z prowadzącą.

Wiedziałam jednak, że muszę wytrzymać pierwszy miesiąc. Stara zasada wprowadzania zmian nawyków. Wytrwaj przez 30 dni. W międzyczasie Twój umysł zacznie się przyzwyczajać do zmiany i przestanie nieustannie podrzucać Ci wymówki, dlaczego miałbyś porzucić swoje starania i powrócić do dawnego, znanego i bezpiecznego stanu rzeczy. W ciągu tego pierwszego miesiąca ani razu nie zrezygnowałam z ćwiczeń. Żadnego „nie mam czasu”, „boli mnie głowa” itd. Nie raz, gdy męczyłam się i pociłam, złorzecząc tej wyszczerzonej jak reklama pasty do zębów Amerykance, miałam szczerą ochotę rzucić to w diabły.
Jednak trzymałam się dzięki psychicznemu wsparciu MLP. Odpowiadał cierpliwie na głupie pytania, wyjaśniał wątpliwości, jeśli nie byłam pewna, czy poprawnie wykonuję ćwiczenia. Był zdziwiony zmianą w moim zachowaniu, może nawet trochę wątpił, czy wytrwam, przecież nieraz już był świadkiem różnych moich „słomianych zapałów”. Nie okazywał jednak tego zwątpienia, lecz podkreślał, że we mnie wierzy i że jest dumny, że staram się pokonać własną słabość.

Oczywiście nieraz marudziłam, że mam za mało czasu. Wciąż uważałam, że czas poświęcony na ruch jest w pewien sposób czasem ukradzionym, zmarnowanym, bo przecież mogłabym robić w tym czasie inne, nie tak męczące rzeczy.

Niby pół godziny dziennie to tak niewiele. Wydaje się też, że taka porcja ruchu nie może przynieść  efektów. Jednak pół godziny gimnastyki dziennie, plus półtorej godziny tańca raz w tygodniu oraz raz lub dwa razy w tygodniu godzina na orbitreku były i tak dla mnie prawdziwą rewolucją. Po trzech tygodniach ze zdumieniem zobaczyłam, jak spłaszcza się mój brzuszek. Nie spodziewałam się tak szybkich i widocznych efektów.

Zaskoczył mnie fakt, że nie rosną mi jakieś nienaturalnie wyglądające mięśnie, lecz tłuszcz i fałdki znikają, a na tym miejscu pojawia się po prostu tkanka mięśniowa. Pierwsze widoczne rezultaty dodały mi animuszu, więc z łatwością dotrwałam do wyjazdu na urlop. I po raz pierwszy od czasu, gdy miałam szesnaście lat, zobaczyłam w lustrze „bikini body”. A dumne i zachwycone spojrzenie Męża było wspaniałą nagrodą za hektolitry wylanego potu.

A o tym, co było po powrocie z wakacji, czy wróciłam do ćwiczeń, czy na kanapę, opowiem w kolejnym odcinku :)
Cdn...

Komentarze

  1. no dobrze... przekonałas mnie! to od czego mam zacząć??? chcę spróbować! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O, to świetnie! Na początek popracuj nad dobrą motywacją, czymś, co będzie Cię napędzać przez pierwsze tygodnie. "Chcę być sprawna i zdrowa" raczej na początku nie wystarcza, kiedy trzeba jednak trochę z sobą powalczyć. Może to być coś zupełnie przyziemnego, typu: chcę lepiej wyglądać w dżinsach (kostiumie kąpielowym, bieliźnie...). Mieć płaski brzuch, pozbyć się "uchywtów miłości" (czyli tzw. boczków).
    Jutro zamieszczę notkę podsumowującą, postaram się podrzucić parę prostych pomysłów, jak zacząć, oraz co zrobić, żeby się nie zniechęcić. Powodzenia w pracy nad motywacją :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Razem z zona sledzimy Twoj blog. Nadal wahamy sie w kwestii minimalizmu. Skoro jednak szukalismy infrormacji na ten temat, to raczej jestesmy na 'Tak'. A Twoj post n/t ruchu i dobra z niego plynacego bardzo do nas trafil. Dziekujemy.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Anonimowy: bardzo miło mi to czytać. Co do minimalizmu, cóż, jest tak jak piszesz. Nie zapominaj, że każdy ma swoją definicję minimalizmu, więc możecie pomysły dotyczące upraszczania i ograniczania dostosować do siebie, a nie przejmować się tym, co robią inni (tzn. czy są bardziej czy mniej minimalistyczni). Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. fju fju! muszę przyznać, że Twój plan dojścia do formy bynajmniej nie przypominał mi minimalistycznego podejścia ;) konkretny wysiłek prawie codziennie to całkiem ambitny plan. Ale może w tym przypadku tak trzeba ;) ja zaczynam od pazdziernika ;] mam nadzieje, że też nie zabraknie mi motywacji :) Pozdrawiam. MK

    OdpowiedzUsuń
  6. MK: póki nie wyrobisz sobie trwałego nawyku, konieczne jest narzucenie sobie pewnego reżimu. Potem już ruch staje się potrzebą i przyjemnością, a nie przymusem. Trzymam kciuki za motywację!

    OdpowiedzUsuń
  7. Nadal swietnie wyglądasz? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisano- Daria

      Usuń
    2. Dario - w tej chwili wyglądam średnio. Bez rewelacji, zachwytu nie ma. Ale wciąż regularnie się ruszam, z przyjemnością zresztą. Niedługo napiszę o tym, czemu nie wyglądam świetnie i co z tym robię ;-) Pozdrawiam.

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…