Przejdź do głównej zawartości

Jak schudnąć i więcej nie przytyć


Nieraz wspominałam, że jestem przeciwna dietom odchudzającym. Pisałam też, że pochodzę z rodziny, w której nadwaga lub otyłość stanowią dziedziczne obciążenie, wraz z całym bagażem skłonności do powiązanych chorób, z cukrzycą i nowotworami układu pokarmowego włącznie. Sama walczę ze swoją wagą od czasu, gdy jako dorastająca panienka zaczęłam się zaokrąglać bardziej, niżby mi się to podobało.

Tematy diet, wagi i zdrowego odżywiania były obecne w domu odkąd pamiętam. Po raz pierwszy zaczęłam się odchudzać, mając zaledwie 15 lat. Gdy po latach znalazłam swoje wyniki badań lekarskich z tamtego czasu, ku wielkiemu zaskoczeniu odkryłam, że moja waga była wtedy całkowicie normalna. Chciałabym teraz mieć taką figurę, jaką pokazują zdjęcia z tamtego okresu. Niestety, przez kolejnych kilkanaście lat na przemian chudłam i tyłam, po każdym okresie intensywnego odchudzania następowało klasyczne jojo, z całkiem szczupłej dziewczyny znowu stawałam się kuleczką. W pewnej chwili z osoby z nadwagą zrobił się grubas.

Oprócz tego dorobiłam się także bulimii, męczyłam się z nią dobrych parę lat. Diety i ciągłe esperymenty żywieniowe pogłębiły również problemy z układem trawiennym (przede wszystkim zespół jelita drażliwego). A jedzenie stało się obsesją i nałogiem. Przez pewien czas czułam się jak alkoholik, bo albo wpadałam w ciąg..., albo szłam na odwyk i się głodziłam.
Jak to się skończyło? Nie chcę tutaj wnikać w szczegóły, bo wyszłaby z tego epopeja na miarę trylogii :) Poza tym moje doświadczenia w niczym nie odbiegają od historii tycia i chudnięcia wielu innych osób, opisywanych na stronach gazet, opowiadanych w programach o odchudzaniu i w książkach o dietach.

Dość powiedzieć, że trwało to dobrych parę lat i wymagało olbrzymiej pracy nad sobą. Najwięcej wysiłku kosztowało mnie bynajmniej nie zrzucenie nagromadzonych przez te lata zapasów tłuszczu, lecz posprzątanie w biednej głowie i zmierzenie się z przyczynami problemu. A przede wszystkim zmiana stosunku do jedzenia. I o tym Wam właśnie chcę opowiedzieć. Być może nie zmieszczę się w granicach jednego wpisu, więc znowu będziecie mieć do czytania powieść w odcinkach :)

Dzisiaj jestem pewna, że podstawowym błędem, jaki popełniłam wtedy, jako nastolatka o całkiej normalnej wadze, lecz z całym bagażem kompleksów, było odchudzanie się. Wydawało mi się, że gdy schudnę, będę szczęśliwa, a moje kompleksy znikną. Kompleksy pozostały na miejscu, a oprócz nich pojawiły się inne problemy. Nie umiałam utrzymać niższej wagi, a jedzenie stało się owocem zakazanym. Im bardziej go sobie odmawiałam, tym ważniejsze się stawało. Przestało być paliwem, źródłem energii i składników odżywczych oraz przyjemnych doznań smakowych. Zaczęłam go traktować jak fetysz, jako nagrodę i pocieszenie w chwilach smutku. Obsesyjnie liczyłam kalorie, bałam się każdego grama tłuszczu i cukru. I wpadłam w błędne koło odchudzania.

Przez wiele lat diety były tematem zastępczym. Miałam czym się zająć i mogłam sobie wmawiać, że nadwaga to mój jedyny problem. A tymczasem to była tylko przykrywka i zasłona dymna. Tłuszczyk był też kombinezonem bezpieczeństwa, osłoną przed światem. Przez cały ten czas gdzieś w głębi duszy żywiłam przekonanie, że umyka mi sedno problemu, że zabieram się do niego od niewłaściwej strony, ale nie miałam bladego pojęcia, która to jest ta właściwa strona.

Pewnego dnia przypadkiem trafiłam na francuską stronę Grupy Refleksji na temat Otyłości i Nadwagi i wreszcie znalazłam tam odpowiedzi na moje pytania (osoby nieznające francuskiego też mogą tam zajrzeć, część witryny jest przetłumaczona na angielski). Zupełnie inne podejście. Krytyka diet i bardzo zdroworozsądkowe propozycje alternatywnych rozwiązań. Największe wrażenie zrobiły na mnie artykuły dwóch lekarzy: psychiatry Gérarda Apfeldorfera (w Polsce ukazała się tylko jedna z jego książek, Anoreksja, bulimia, otyłość) oraz lekarza dietetyka Jeana-Philippe'a Zermatiego. Znakomicie opisują oni wszystkie te mechanizmy działania diet, które poznałam na własnej skórze i o których nieraz rozmawiałam z osobami borykającymi się z wagą. Wyjaśniają, w jaki sposób ciągłe ograniczanie jedzenia i diety prowadzą do tycia i dlaczego są ślepą uliczką. Mówią o tym, że dieta w klasycznym rozumieniu tego pojęcia jest rozwiązaniem krótkoterminowym, skutecznym tylko dla osób, które mają do zrzucenia zaledwie parę kilo, natomiast w przypadku osób takich jak ja, które od kilkunastu lat walczą ze sobą, z wagą i z jedzeniem, trzeba podjąć zupełnie inne kroki.

Pod wpływem tej lektury postanowiłam porzucić diety. Podarowałam wszystkie poradniki dietetyczne, łącznie z pełną bibliografią mojego guru Michela Montignaca, jednej z koleżanek. Na forum Diety Zuzla, na którym udzielałam się jako I-fazowa zwolenniczka diety MM, ogłosiłam, że chcę zapomnieć o dietach i pogodzić się z sobą.

Jednak trudno w jednej chwili porzucić nawyki wypracowane przez lata. Nie od razu pogodziłam się z nowymi dla mnie poglądami i z krytką diet, ale powoli moje podejście uległo zmianie. Musiałam zapomnieć o tych wszystkich mądrych zasadach zdrowego i dietetycznego odżywiania, którymi kierowałam się przez lata, i ponownie nauczyć się jeść. Brzmi śmiesznie, prawda? Uczyć się jeść, mając trzydziestkę na liczniku, hehe.
Na początek trzeba przestać walczyć ze sobą i z jedzeniem. Zrozumieć, że jedzenie nie jest moim wrogiem, że poszczególne pokarmy nie są „dobre” ani „złe”. Dietetyczni guru wmawiają nam, że określone grupy pokarmów są dla nas korzystne, a innych każą się nam wystrzegać. Mamy nauczyć się odróżniać węglowodany od tłuszczów i białek, unikać tego czy owego, jeść rano jedne pokarmy, a wieczorem inne. Nie łączyć pokarmu z grupy X z pokarmem z grupy Y. Nie opuszczać posiłków, jeść trzy, pięć razy dziennie, tylko raz... Jeść wszystko, ale nie zapominać o magicznym napoju, który wypłucze z nas tłuszcz... Czy to brzmi logicznie? Czy to jest naturalne? Czy nasi przodkowie planowali swoje posiłki według zestawu skomplikowanych zasad? Oczywiście, że nie, lecz przez wiele lat wierzyłam w te bzdury, jak i wiele innych osób.

Przez wiele lat dietowania oduczyłam się słuchać sygnałów organizmu. Nauczyłam się lekceważyć uczucie głodu i nasycenia. Jadłam według zasad narzuconych z zewnątrz, zarówno co do rodzaju i ilości, jak i czasu i rozkładu posiłków. Stłumiłam swoje prawdziwe pragnienia i upodobania kulinarne. Wmówiłam sobie, że lubię „dietetyczne” potrawy, a tuczące są po prostu obrzydliwe...Nie byłam w tym odosobniona, takie zachowania są dość typowe dla osób na diecie.

Dlaczego więc po kilkunastu latach odchudzania się wróciłam po punktu wyjścia? Przez cały ten okres moja waga wahała się od 48 kilogramów do prawie siedemdziesięciu (nie wiem, ile ważyłam maksymalnie, nie wchodziłam wtedy na wagę...). Dwadzieścia kilo szarpania się, ciągłego odmawiania sobie wszystkiego, ciągłego poczucia winy. Poczucia, że nie panuję nad swoim życiem, przy jednoczesnej ciągłej kontroli i samoograniczaniu się.

Jeśli robisz coś przez kilkanaście lat i wracasz do punktu wyjścia, nie znaczy to, że to Ty jesteś łamagą i pozbawioną silnej woli galaretą, niepotrafiącą wziąć się w garść. Oznacza to tylko, że Twoje metody są nieskuteczne. Diety nie są sposobem na trwałe schudnięcie. Diety mogą powodować tycie. Diety mogą być szkodliwe.

Co zrobić, by schudnąć i więcej nie przytyć? Nauczyć się jeść wszystkiego po trochu. I radzić sobie z przeciwnościami życia w inny sposób niż za pomocą jedzenia.

Brzmi dziecinnie łatwo, nieprawdaż? Zapewniam, że w praktyce nie jest tak cudownie łatwo. Podobnie jak z minimalizmem, który w założeniach jest prosty, a w rzeczywistości często kosztuje wiele potu i wysiłku. W jednym i drugim przypadku jednak gra jest warta świeczki. Co więcej, zmiana stosunku do jedzenia ma bardzo wiele wspólnego ze zmianą podejścia do przedmiotów i posiadania. Wszystko sprowadza się do wyeliminowania tego, co niepotrzebne. I postawienia na jakość, a nie ilość.

W następnym wpisie szerzej opiszę, jak wyglądała moja ponowna edukacja żywieniowa. Jak nauczyłam się odróżniać głód od zachcianki i zostawiać jedzenie na talerzu. Opowiem też, jak oswoić frytkę :) Na zachętę i pocieszenie dodam, że dzięki tym wszystkim zabiegom wreszcie udało mi się schudnąć i opanować demony w mojej głowie. Nadal pracuję nad sobą, ale już nie kręcę się w kółko jak pies w pogoni za swoim ogonem :)
Na razie jako temat do przemyśleń pozostawiam Wam dziesięć przykazań żywieniowych dr Zermatiego:
  1. To, co jemy, gdy jesteśmy głodni, nie tuczy.
  2. Tyjemy, gdy jemy, nie czując głodu.
  3. Równowagę żywieniową osiąga się długoterminowo, a nie w ciągu jednego dnia, ani nawet tygodnia.
  4. Nie jestem odpowiedzialna za fakt bycia grubą, tak samo, jak nie odpowiadam za to, że jestem niska, jestem krótkowidzem lub się jąkam.
  5. Nie stanę się bardziej sympatyczna, jeśli schudnę.
  6. W dziewięciu przypadkach na dziesięć to lęk przed ponownym przytyciem powoduje przytycie.
  7. Moja wartość jako człowieka nie zależy od liczby, którą pokazuje waga.
  8. Jedyne, co należy zrobić po przejedzeniu się, to zaczekać z jedzeniem na ponowne wystąpienie głodu, bez obciążania się winą za przeżytą przyjemność.
  9. Jedzenie, gdy nie jest się głodnym, jest równie idiotyczne, jak ładowanie już naładowanej baterii do telefonu.
  10. Można schudnąć, jedząc codziennie czekoladę lub inny pokarm uważany za „zakazany”.

Komentarze

  1. Dzieki za ten artykol. Myslalam, ze nikt inny nie zmaga sie z podobnymi problemami.

    OdpowiedzUsuń
  2. ja zgadzam się z tobą w zupełności.
    jak widzę w empiku sto tysięcy podręczników - i każda opisująca inny sposób na dietę, to pukam się w głowę.
    zresztą rozwalają mnie diety w stylu, gdzie na obiad trzeba jakieś duszone warzywka, gotowanego na parze łososia...
    żeby mieć takie potrawy, to chyba bym musiała rzucić pracę, zasiąść na stałe w kuchni, żeby się odchudzić.

    najczęściej wbrew pozorom - problem zasadniczy leży właśnie w psychice.
    ja kończąc liceum i przez kilka lat zaraz po- prezentowałam się jak anokrektyczka w zaawansowanym stopniu anoreksji...
    potem właśnie, w pewnym momencie życia zajadałam przez jakiś czas problemy...
    na szczęście zrozumiałam, że pewnych spraw po prostu nie przeskoczę. i już.
    ale jak to złośliwy niekiedy los bywa- jak wróciłam do optymalnego jak dla mnie rozmiaru 38-40 - to dokładnie rok temu musiałam mieć wypadek, ze złamaniem ręki, i innymi cudami...
    tak, że teraz znowu mnie czeka trochę pracy u podstaw.

    hm, to nie jest tak, że szczupłym żyje się lepiej- ale zdecydowanie żyje się lżej...
    w sensie: szczupły nie dźwiga ze sobą tych wszystkich kilogramów...
    bardzo łatwo to sobie zobrazować na podstawie choćby torebki cukru: że nosić ze sobą coś takiego, a nie nosić, to jest różnica.

    i przyznaję ja nigdy żadnych diet nie stosowałam- mimo właśnie swego czasu przeskoczenia z rozmiary 36 do 44...
    ćwiczyłam wtedy przede wszystkim słabą silną wolę, i mobilizowałąm się do większej aktywności fizycznej.
    bo przeczytałam gdzieś czyjąś bardzo mądrą wypowiedź- że to iż celebryci mają prywatnych treneró, to dopiero początek drogi- bo nikt za nich tych kilogramów nie wypoci.a z każdym kg mniej jest nam lżej, i łatwiej idzie gubienie kolejnych...

    i dodam też na koniec: taki mały tip: rację bytu ma tylko regularny trening.
    nieregularny wbrew pozorom bardziej pobudza w nas apetyt, co się zdecydowanie mija z naszym celem.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Anonimowy: nie ma za co. Nawet nie wiesz, jak wiele osób zmaga się z takimi problemami. Być może nawet w Twoim otoczeniu...
    @veronica.szd: z Twoim rozsądnym podejściem na pewno sobie poradzisz, chociaż po wypadku na pewno nie łatwo wrócić do formy.
    Zgadzam się, że szczupłym żyje się lżej, pamiętam, jak zdziwiłam się, o ile mi łatwiej chodzić po górach, gdy parę kilo "sobie poszło".
    Dawniej nie doceniałam zalet treningu, teraz jestem przekonana, że tylko zwiększając aktywność fizyczną i jednocześnie jedząc rozsądnie (bez głodzenia, ale i bez przejadania) można osiągnąć trwałe efekty.
    A rozrzut rozmiarowy mamy podobny - u mnie to było od 34 do 42...

    OdpowiedzUsuń
  4. Dorzuce artykul "Stop Dieting and Start Living:
    http://www.sparkpeople.com/resource/motivation_articles.asp?id=620

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobry artykuł, bardzo rozsądny.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki. Już byłam bliska szaleństwu i tu nagle pojawiła się minimalistka na horyzoncie ;)
    UMIAR... chyba tego mi właśnie brakuje. Ostatnio pojawiła się reklama lodów z napisem: "wszystkiego trochę za dużo - oto nasz sekretny przepis" - mój chłopak w pierwszym odruchu stwierdził z niekłamanym rozbawieniem:
    - O! to coś dla ciebie!
    ...nic dodać, lepiej ująć...
    MK.

    OdpowiedzUsuń
  7. MK: umiar to podstawa, też miewałam z nim poważne problemy. Ale można się go nauczyć :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wszyscy będą w stanie nauczyć się jesc wszytskiego po trochu. Już w 2001 byly badania dotyczące uzależnienia od cukru (sacharozy). Są badania dotyczące opiatopodobnych właściwości źle strawionych białek typu kazeina czy gluten.

    OdpowiedzUsuń
  9. Z uzależnień można się leczyć. A na pewno warto podjąć wysiłek. Znam co najmniej kilka osób, które były uzależnione od słodkiego smaku, sypały po 3 łyżeczki cukru do herbaty, zajadały to batonikiem i nie wyobrażały sobie dnia bez kawałka ciasta (lub dwóch...). A teraz nie słodzą, słodycze jedzą od wielkiego dzwonu, a najchętniej czekoladę gorzką 90% kakao.
    Być może w pojedynczych przypadkach to niemożliwe, by się wyzwolić z takiego uzależnienia, nie wiem, trzeba by zapytać lekarza.
    Myślę, że jednak sporo osób nawet nie podejmuje takiej próby.

    OdpowiedzUsuń
  10. Dobry wpis. (Przepraszam za dorzucanie komentarzy to tu, to tam, ale dziś znalazłam czas, żeby przeczytać Twojego bloga od początku.)

    Moje spostrzeżenie - cukier cholernie uzależnia i zabija naturalne odczucie głodu. Jakiś czas temu rzuciłam słodycze. Nie jakoś ekstremalnie, ale po prostu nie kupuję. A ponieważ do sklepu mam daleko, to po prostu zwykle nie ma nic słodkiego w domu. A jak nie ma, to nie jem. (Akurat chwilowo pracuje w domu, więc ta metoda się sprawdza). Oczywiście jeśli gdzieś idziemy, coś słodkiego się pojawi na stole, to próbuję. Ale prawie nie mam na to ochoty (!!! szok! ja - wielki łasuch), więc jem mały kawałek.

    Wcześniej byłam strasznym łasuchem. Nigdy się nie odchudzałam i nie mam problemów z wagą (sporo trenuję), ale chciałam zobaczyć jak będzie z uczuciem głodu po odstawieniu cukru.

    Jem teraz małe porcje i częściej. I to chyba się sprawdza, bo waga lekko spadła, ale nie z mięśni.

    A tak w ogóle - często mam wrażenie, że osobom chcącym schudnąć przede wszystkim brakuje WIEDZY. Niby te wszystkie poradniki, diety, ale są one bardzo jednostronne. Według mnie najlepiej i najrzetelniej opracowane są książki o żywieniu w sporcie i jeśli komuś zależy na spaleniu tłuszczu, to tam znajdzie najwięcej sensownego info.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. tofalaria, nie ma za co przepraszać, dzięki temu blog żyje :)
    Zgadzam się co do uzależnienia od cukru oraz publikacji o żywieniu w sporcie (jeśli chodzi o kwestie praktyczne), jednak wiele osób notorycznie się odchudzających nie ma problemu z fizjologią jako taką, lecz z "niepoukładaniem w głowie". Moim zdaniem trzeba najpierw przemyśleć sobie, skąd biorą się nasze tendencje do podjadania albo dlaczego nie chcemy podjąć żadnej aktywności fizycznej, bo inaczej takie wieczne dietowiczki nigdy nie wyjdą z błędnego koła diet.

    OdpowiedzUsuń
  12. Nawet do jedzenia można podejść minimalistycznie.
    Po co zapychać się 2 tabliczkami pospolitej Milki, która w większości składa się z emulgatorów.
    Więcej doznań smakowych przyniosą dwie praliny z prawdziwej czekolady z delikatnym nadzieniem które miękko rozleje się po podniebieniu.
    Największą sztuką i wysiłkiem jest ograniczenie się do tych 2 pralin.
    Więcej da Ci tylko uczucie przesytu.

    Ja nadal się uczę.

    OdpowiedzUsuń
  13. Aube, tego nie da się nauczyć w 5 minut, wręcz przeciwnie, ale gdy już dojdziesz do etapu delektowania się tymi pralinami, nigdy już nie tkniesz się tego, co nazywam "czekoladą o smaku mydła" :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja od 18 roku życia zmagam się z bulimią. Raz jest lepiej, raz gorzej. Byłam zawsze szczupła, potem kiedy pojawiły się biodra (nadal 38 rozmiar przy wzroscie 177), zaczęłam panikować, wyjechałam na studia za granicę, nikt mnie nie kontrolowal, nikt nie widział. Bulimia zniszczyła 5 lat mojej młodośći. Moje humory z nią związane, frustracje kiedy się najadłam w knajpie na randce i musiałam to strawić, dieta kopenhaska po maratonie 'oczyszczania', wydana fortuna na bezsensowne jedzenie, które lądowało wiadomo gdzie. Byłam mistrzem zatajania tego, tak żeby nikt nie zauważył. Waga ciągle była inna, z 10kg różnicy, prawie bez diet, po prostu totalnie wyniszczając własne ciało. Bóle głowy, zepsuta cera, połamane paznokcie i matowe włosy frustrowały mnie jeszcze bardziej i te huśtawki nastrojów doszczętnie zniszczyły moje związki, nie tylko z mężczyznami. To ma podłoże na tle nerwowym, związek z dzieciństwem, rodzicami - jasne. Ale znam osoby, którym też było cięzko a nie miały takich historii. Długo nie mogłam dojść do wniosku, że po prostu jestem słaba, że nie ogarniam rzeczywistości i muszę mieć tą sztuczną kontrolę. Chodziłam po 2 ray dziennie na siłownię, serce wariowało, przemiana materii również. Jeśli przeczyta to jakaś dziewczyna o podobnym problemie to jedyne co mogę napisać, że powyższy blog opisuje dokładnie jak powinnien wyglądać zdrowy stosunek do jedzenia. Dietetycy mówią bzdury, naprawdę slyszałam już takie farmazony, że wychodząc z gabinetu się śmiałam. Mam zepsute zęby, serce bije nierówno i mam blizny po wypryskach i drapaniu się. Nic, absolutnie nic nie jest tego warte. Jeśli ktoś nie robi tego z prózności, dla płaskiego brzucha (tu psycholog behawioralny), a z nerwów albo tak jak ja i autorka Prostego Bloga, jako sposób na coś, na problemy, na zło świata, na niepowodzenia, niemoc... to dobry psychoterapeuta może uratowac zdrowie i psychikę. Ja dostałam antydepresanty, nie potrafiłam tego przezwyciężyć, mimo że jestem niegłupia, że zawsze miała wokół mądrzejszych ode mnie, że wiedziałam od zawsze że to autodestrukcja, to jest jak narkotyk. Brałam meridię żeby nie najadać się, to w tej chwili już nielegalny lek, pomogło na 2 tygodnie. Mam dopiero 23 lata i koszmar z tą chorobą związany. Dziękuję Przekrojowi, że nakierował mnie na ten blog, bo jest mi dużo raźniej.

    OdpowiedzUsuń
  15. oczywiście nie tylko ze względu na wpisy o odżywianiu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że moje pisanie może komuś przynieść otuchę. Wiesz, kiedyś wydawało mi się, że nigdy nie wyjdę z bulimii, że będzie coraz gorzej. A jednak się udało. Za parę lat skończę czterdzieści lat, a od dawna już nie mam napadów. Zdrowie niezłe, nad wagą (prawie) panuję, regularnie uprawiam sport, ale bez katowania się, jem wszystkiego po trochu. Przyznaję, zdarza mi się jeść nieco za dużo, ale tylko okazjonalnie i nie prowadzi to do żadnych szaleństw, wymiotów czy stosowania środków na przeczyszczenie. Bulimia już na zawsze będzie siedzieć mi w jakimś kącie głowy, ale nie wraca. Piszę to po to, żebyś wiedziała, że jest nadzieja. To nie wyrok śmierci.
      Cieszę się, że masz dobrego terapeutę.
      Opanowanie bulimii i wyjście z niej wymaga sporej pracy, przemyślenia sobie wielu spraw. Tym lepiej, gdy ma się wsparcie. Bez wsparcia też można, ale na pewno jest trudniej.
      Trzymam kciuki za Ciebie, wierzę, że dasz radę!

      Usuń
  16. Przeglądam sobie cały blog i z zaciekawieniem śledzę ewolucję twoich poglądów na jedzenie. Wprawdzie z większością zasad dr Zermatiego, przytaczanych jako ilustracja całego tego procesu, trudno mi się zgodzić, tak trudno nie podziwiać za długą i zapewne owocną drogę do akceptacji i życia w zgodzie z samą sobą. Gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…