Przejdź do głównej zawartości

Jak schudnąć i więcej nie przytyć


Nieraz wspominałam, że jestem przeciwna dietom odchudzającym. Pisałam też, że pochodzę z rodziny, w której nadwaga lub otyłość stanowią dziedziczne obciążenie, wraz z całym bagażem skłonności do powiązanych chorób, z cukrzycą i nowotworami układu pokarmowego włącznie. Sama walczę ze swoją wagą od czasu, gdy jako dorastająca panienka zaczęłam się zaokrąglać bardziej, niżby mi się to podobało.

Tematy diet, wagi i zdrowego odżywiania były obecne w domu odkąd pamiętam. Po raz pierwszy zaczęłam się odchudzać, mając zaledwie 15 lat. Gdy po latach znalazłam swoje wyniki badań lekarskich z tamtego czasu, ku wielkiemu zaskoczeniu odkryłam, że moja waga była wtedy całkowicie normalna. Chciałabym teraz mieć taką figurę, jaką pokazują zdjęcia z tamtego okresu. Niestety, przez kolejnych kilkanaście lat na przemian chudłam i tyłam, po każdym okresie intensywnego odchudzania następowało klasyczne jojo, z całkiem szczupłej dziewczyny znowu stawałam się kuleczką. W pewnej chwili z osoby z nadwagą zrobił się grubas.

Oprócz tego dorobiłam się także bulimii, męczyłam się z nią dobrych parę lat. Diety i ciągłe esperymenty żywieniowe pogłębiły również problemy z układem trawiennym (przede wszystkim zespół jelita drażliwego). A jedzenie stało się obsesją i nałogiem. Przez pewien czas czułam się jak alkoholik, bo albo wpadałam w ciąg..., albo szłam na odwyk i się głodziłam.
Jak to się skończyło? Nie chcę tutaj wnikać w szczegóły, bo wyszłaby z tego epopeja na miarę trylogii :) Poza tym moje doświadczenia w niczym nie odbiegają od historii tycia i chudnięcia wielu innych osób, opisywanych na stronach gazet, opowiadanych w programach o odchudzaniu i w książkach o dietach.

Dość powiedzieć, że trwało to dobrych parę lat i wymagało olbrzymiej pracy nad sobą. Najwięcej wysiłku kosztowało mnie bynajmniej nie zrzucenie nagromadzonych przez te lata zapasów tłuszczu, lecz posprzątanie w biednej głowie i zmierzenie się z przyczynami problemu. A przede wszystkim zmiana stosunku do jedzenia. I o tym Wam właśnie chcę opowiedzieć. Być może nie zmieszczę się w granicach jednego wpisu, więc znowu będziecie mieć do czytania powieść w odcinkach :)

Dzisiaj jestem pewna, że podstawowym błędem, jaki popełniłam wtedy, jako nastolatka o całkiej normalnej wadze, lecz z całym bagażem kompleksów, było odchudzanie się. Wydawało mi się, że gdy schudnę, będę szczęśliwa, a moje kompleksy znikną. Kompleksy pozostały na miejscu, a oprócz nich pojawiły się inne problemy. Nie umiałam utrzymać niższej wagi, a jedzenie stało się owocem zakazanym. Im bardziej go sobie odmawiałam, tym ważniejsze się stawało. Przestało być paliwem, źródłem energii i składników odżywczych oraz przyjemnych doznań smakowych. Zaczęłam go traktować jak fetysz, jako nagrodę i pocieszenie w chwilach smutku. Obsesyjnie liczyłam kalorie, bałam się każdego grama tłuszczu i cukru. I wpadłam w błędne koło odchudzania.

Przez wiele lat diety były tematem zastępczym. Miałam czym się zająć i mogłam sobie wmawiać, że nadwaga to mój jedyny problem. A tymczasem to była tylko przykrywka i zasłona dymna. Tłuszczyk był też kombinezonem bezpieczeństwa, osłoną przed światem. Przez cały ten czas gdzieś w głębi duszy żywiłam przekonanie, że umyka mi sedno problemu, że zabieram się do niego od niewłaściwej strony, ale nie miałam bladego pojęcia, która to jest ta właściwa strona.

Pewnego dnia przypadkiem trafiłam na francuską stronę Grupy Refleksji na temat Otyłości i Nadwagi i wreszcie znalazłam tam odpowiedzi na moje pytania (osoby nieznające francuskiego też mogą tam zajrzeć, część witryny jest przetłumaczona na angielski). Zupełnie inne podejście. Krytyka diet i bardzo zdroworozsądkowe propozycje alternatywnych rozwiązań. Największe wrażenie zrobiły na mnie artykuły dwóch lekarzy: psychiatry Gérarda Apfeldorfera (w Polsce ukazała się tylko jedna z jego książek, Anoreksja, bulimia, otyłość) oraz lekarza dietetyka Jeana-Philippe'a Zermatiego. Znakomicie opisują oni wszystkie te mechanizmy działania diet, które poznałam na własnej skórze i o których nieraz rozmawiałam z osobami borykającymi się z wagą. Wyjaśniają, w jaki sposób ciągłe ograniczanie jedzenia i diety prowadzą do tycia i dlaczego są ślepą uliczką. Mówią o tym, że dieta w klasycznym rozumieniu tego pojęcia jest rozwiązaniem krótkoterminowym, skutecznym tylko dla osób, które mają do zrzucenia zaledwie parę kilo, natomiast w przypadku osób takich jak ja, które od kilkunastu lat walczą ze sobą, z wagą i z jedzeniem, trzeba podjąć zupełnie inne kroki.

Pod wpływem tej lektury postanowiłam porzucić diety. Podarowałam wszystkie poradniki dietetyczne, łącznie z pełną bibliografią mojego guru Michela Montignaca, jednej z koleżanek. Na forum Diety Zuzla, na którym udzielałam się jako I-fazowa zwolenniczka diety MM, ogłosiłam, że chcę zapomnieć o dietach i pogodzić się z sobą.

Jednak trudno w jednej chwili porzucić nawyki wypracowane przez lata. Nie od razu pogodziłam się z nowymi dla mnie poglądami i z krytką diet, ale powoli moje podejście uległo zmianie. Musiałam zapomnieć o tych wszystkich mądrych zasadach zdrowego i dietetycznego odżywiania, którymi kierowałam się przez lata, i ponownie nauczyć się jeść. Brzmi śmiesznie, prawda? Uczyć się jeść, mając trzydziestkę na liczniku, hehe.
Na początek trzeba przestać walczyć ze sobą i z jedzeniem. Zrozumieć, że jedzenie nie jest moim wrogiem, że poszczególne pokarmy nie są „dobre” ani „złe”. Dietetyczni guru wmawiają nam, że określone grupy pokarmów są dla nas korzystne, a innych każą się nam wystrzegać. Mamy nauczyć się odróżniać węglowodany od tłuszczów i białek, unikać tego czy owego, jeść rano jedne pokarmy, a wieczorem inne. Nie łączyć pokarmu z grupy X z pokarmem z grupy Y. Nie opuszczać posiłków, jeść trzy, pięć razy dziennie, tylko raz... Jeść wszystko, ale nie zapominać o magicznym napoju, który wypłucze z nas tłuszcz... Czy to brzmi logicznie? Czy to jest naturalne? Czy nasi przodkowie planowali swoje posiłki według zestawu skomplikowanych zasad? Oczywiście, że nie, lecz przez wiele lat wierzyłam w te bzdury, jak i wiele innych osób.

Przez wiele lat dietowania oduczyłam się słuchać sygnałów organizmu. Nauczyłam się lekceważyć uczucie głodu i nasycenia. Jadłam według zasad narzuconych z zewnątrz, zarówno co do rodzaju i ilości, jak i czasu i rozkładu posiłków. Stłumiłam swoje prawdziwe pragnienia i upodobania kulinarne. Wmówiłam sobie, że lubię „dietetyczne” potrawy, a tuczące są po prostu obrzydliwe...Nie byłam w tym odosobniona, takie zachowania są dość typowe dla osób na diecie.

Dlaczego więc po kilkunastu latach odchudzania się wróciłam po punktu wyjścia? Przez cały ten okres moja waga wahała się od 48 kilogramów do prawie siedemdziesięciu (nie wiem, ile ważyłam maksymalnie, nie wchodziłam wtedy na wagę...). Dwadzieścia kilo szarpania się, ciągłego odmawiania sobie wszystkiego, ciągłego poczucia winy. Poczucia, że nie panuję nad swoim życiem, przy jednoczesnej ciągłej kontroli i samoograniczaniu się.

Jeśli robisz coś przez kilkanaście lat i wracasz do punktu wyjścia, nie znaczy to, że to Ty jesteś łamagą i pozbawioną silnej woli galaretą, niepotrafiącą wziąć się w garść. Oznacza to tylko, że Twoje metody są nieskuteczne. Diety nie są sposobem na trwałe schudnięcie. Diety mogą powodować tycie. Diety mogą być szkodliwe.

Co zrobić, by schudnąć i więcej nie przytyć? Nauczyć się jeść wszystkiego po trochu. I radzić sobie z przeciwnościami życia w inny sposób niż za pomocą jedzenia.

Brzmi dziecinnie łatwo, nieprawdaż? Zapewniam, że w praktyce nie jest tak cudownie łatwo. Podobnie jak z minimalizmem, który w założeniach jest prosty, a w rzeczywistości często kosztuje wiele potu i wysiłku. W jednym i drugim przypadku jednak gra jest warta świeczki. Co więcej, zmiana stosunku do jedzenia ma bardzo wiele wspólnego ze zmianą podejścia do przedmiotów i posiadania. Wszystko sprowadza się do wyeliminowania tego, co niepotrzebne. I postawienia na jakość, a nie ilość.

W następnym wpisie szerzej opiszę, jak wyglądała moja ponowna edukacja żywieniowa. Jak nauczyłam się odróżniać głód od zachcianki i zostawiać jedzenie na talerzu. Opowiem też, jak oswoić frytkę :) Na zachętę i pocieszenie dodam, że dzięki tym wszystkim zabiegom wreszcie udało mi się schudnąć i opanować demony w mojej głowie. Nadal pracuję nad sobą, ale już nie kręcę się w kółko jak pies w pogoni za swoim ogonem :)
Na razie jako temat do przemyśleń pozostawiam Wam dziesięć przykazań żywieniowych dr Zermatiego:
  1. To, co jemy, gdy jesteśmy głodni, nie tuczy.
  2. Tyjemy, gdy jemy, nie czując głodu.
  3. Równowagę żywieniową osiąga się długoterminowo, a nie w ciągu jednego dnia, ani nawet tygodnia.
  4. Nie jestem odpowiedzialna za fakt bycia grubą, tak samo, jak nie odpowiadam za to, że jestem niska, jestem krótkowidzem lub się jąkam.
  5. Nie stanę się bardziej sympatyczna, jeśli schudnę.
  6. W dziewięciu przypadkach na dziesięć to lęk przed ponownym przytyciem powoduje przytycie.
  7. Moja wartość jako człowieka nie zależy od liczby, którą pokazuje waga.
  8. Jedyne, co należy zrobić po przejedzeniu się, to zaczekać z jedzeniem na ponowne wystąpienie głodu, bez obciążania się winą za przeżytą przyjemność.
  9. Jedzenie, gdy nie jest się głodnym, jest równie idiotyczne, jak ładowanie już naładowanej baterii do telefonu.
  10. Można schudnąć, jedząc codziennie czekoladę lub inny pokarm uważany za „zakazany”.

Popularne posty z tego bloga

Generalne porządki metodą minimalistki

Chciałabym, żeby blog i kanał na YouTube przestały być odrębnymi bytami i zaczęły wzajemnie się uzupełniać. Będę starać się, by każdemu opublikowanemu materiałowi wideo towarzyszył tekst, który będzie jego dopełnieniem. 
Dzisiejszy wpis jest dodatkiem do materiału pod tym samym tytułem, który możecie obejrzeć tutaj:

Opowiadam w nim o moim pomyśle na uproszczenie generalnych porządków. Uważam, że raz na jakiś czas dobrze jest zrobić taki pełen przegląd domu lub mieszkania, zajrzeć w każdy zakamarek, sprawdzić stan posiadania. Jednak trudno byłoby mi wygospodarować cały weekend czy kilka dni, a przecież takie bardzo dokładne porządki wymagają sporo czasu. Są też dość wymagającym procesem pod względem psychicznym, emocjonalnym, bo porządkując, trzeba podejmować szereg mniejszych i większych decyzji. Czego się pozbyć, w jaki sposób, co zostawić, jak zorganizować i poukładać te rzeczy, które zdecydowaliśmy się zatrzymać. 
Pomyślałam więc, że najłatwiej będzie to duże zadanie podzielić na …

Metoda Konmari to nie minimalizm

Wpis jest uzupełnieniem materiału wideo zamieszczonego w serwisie YouTube, który można obejrzeć tutaj: 

Książkę Magia sprzątania Marie Kondo przeczytałam cztery lata temu, o moich wrażeniach możecie przeczytać we wpisie pod tym samym tytułem. Odebrałam ją pozytywnie, ale samej metody nigdy nie stosowałam, bo nie miałam takiej potrzeby, o czym zresztą pisałam w tamtej recenzji. Na dobre w głowie z tej lektury pozostała mi jej myśl przewodnia: poszukiwanie radości w rzeczach i eliminowanie zbędnych przedmiotów w oparciu o kryterium: co chcę zostawić, zamiast stosowanego zwykle przez minimalistów: czego nie potrzebuję i czego chcę się pozbyć. Książki szybko się pozbyłam i nie myślałam o niej więcej.
Dopiero niedawno, gdy coraz częściej docierały do mnie opinie na temat wyprodukowanego przez Netflix serialu Sprzątanie z Marie Kondo(dostępny z polskimi napisami), pomyślałam, że warto byłoby sobie wyrobić własne zdanie na temat tej serii programów, nawet jeśli sama metoda sprzątania Konmari…

Kolorowa szafa minimalistki - także na wakacjach

Ostatni wpis z połowy czerwca. Aż trudno uwierzyć. Jednak to prawda. Nie chcę Was zamęczać tłumaczeniami, dlaczego tak długo milczałam. Niedługo minie pół roku od śmierci Taty. Ostatnie miesiące wbrew pozorom były nie tylko czasem smutku, ale przede wszystkim czasem ważnych zmian w życiu naszej rodziny, częściowo wymuszonych przez odejście Taty, a częściowo przez nią sprowokowanych (?), a może tylko przyspieszonych. Kilka z tych zmian jest naprawdę pozytywnych, dotyczą głównie życia mojej Siostry. W skrócie napiszę tylko, dla tych z Was, którzy zawsze trzymali za nią kciuki (wiecie, że Ula jest osobą niesłyszącą), że Sister zmieniła pracę i na razie jest bardzo zadowolona. A my cieszymy się, że jest doceniana i że ma szanse na rozwój i lepszą jakość życia.
Bałam się, że nie będę umiała już pisać tutaj. Jednak z tym jest chyba jak z jazdą na rowerze. Wystarczy usiąść i zacząć, a reszta idzie już sama...
Oprócz tego, że dużo działo się różnych rzeczy, które wymagały mojej uwagi czy wsp…