Przejdź do głównej zawartości

Po zastanowieniu - jednak nie

W ostatnim wpisie zastanawiałam się nad ewentualnością podjęcia rocznego postu konsumpcyjnego. Po głębszym przemyśleniu tej kwestii, a także dzięki cennym uwagom PT Czytelników :), doszłam do wniosku, że jednak tego wyzwania nie podejmę.
Po pierwsze i najważniejsze, wprawdzie takie doświadczenie jest wykonalne i wiem, że mogłabym mu podołać, wiele by ono w moich zwyczajach konsumpcyjnych nie zmieniło. Już od dawna nie jestem zakupoholiczką, teraz czasem nawet zdarza mi się przesadzać w drugą stronę, zwlekać z zakupem potrzebnych rzeczy, by mieć pewność, że są naprawdę potrzebne. Na pewno mogłabym przekonać się, że są jeszcze w moim życiu obszary, które można uprościć, a potrzeby ograniczyć. O tym mogę jednak przekonać się bez uciekania się do tak radykalnych rozwiązań.

Samo zastanawianie się nad takim wyzwaniem bardzo wiele mi dało, tak samo jak czytanie o doświadczeniach osób, które czasowo rezygnowały z konsumpcji, w ramach eksperymentu lub pod wpływem okoliczności życiowych. Uświadomiłam sobie, że nie byłoby mi trudno zrezygnować z kupowania rzeczy dla siebie, ubrań, książek czy płyt, przez rok wytrzymałabym na pewno. Najtrudniej byłoby mi zrezygnować z kupowania rzeczy dla innych, z prezentów, zwłaszcza na Gwiazdkę. Po prostu nie każdy lubi dostawać własnoręcznie zrobione przez ofiarodawcę prezenty (ja lubię!), a kupowanie np. biletów na koncert czy wręczanie gotówki to też jakaś zaowalowana forma konsumpcji. Nie chcę, żeby moje decyzje czy eksperymenty sprawiały przykrość innym, np. dzieciakom z rodziny.

Wniosek jest taki: funkcjonujemy w systemie. Można przez pewien czas próbować funkcjonować nieco poza tym systemem, ale trudno byłoby zupełnie się z niego wypisać. Chyba, że ma się jakąś bezludną wyspę w zanadrzu...

A poza tym, jak słusznie zauważyła w jednym z komentarzy Verónica, rezygnacja z zakupów to też wyrzekanie się pewnych przyjemności. Za bardzo kocham życie, żeby się umartwiać :)

Dziękuję Wam, moi drodzy Czytelnicy, za wszystkie ciekawe komentarze, bardzo dały mi do myślenia.
Minimalizować i upraszczać będę nadal, lecz bez stawiania sobie sztucznych ograniczeń. Minimalizm jest drogą i ciągłym procesem, a nie konkursem na to, kto ma mniej i kto dłużej wytrzyma bez zakupów.

Komentarze

  1. Popieram Cię w rezygnacji z tego podejścia do tematu zakupów. Byłoby to trochę, powiedzmy, ortodoksyjne podejście do minimalizmu. Owszem, fajnie wytrwać w takim postanowieniu, ale jakie na dłuższą metę byłyby z tego dla Ciebie korzyści? IMHO co najwyżej oszczędność pieniędzy i ewentualnie dalsze zmniejszenie stanu posiadania. Kłopotów byłoby za to na pewno więcej (choćby z prezentami, jak wspominasz).

    P.S. Ostatnie zdanie -- kwintesencja.

    OdpowiedzUsuń
  2. zgadzam się z przedmówcą.
    pomysł roku bez zakupów jest ciekawy- ale moim zdaniem bardziej by pasował dla osób, które wkraczają na drogę minimalizmu.
    taka próba- chociaż pewnie to w efekcie by wyszło- rok ograniczania zakupów.

    ja skłaniam się w stronę rozwagi, odpowiedniego wyważenia potrzeb, tego słynnego złotego środka.

    rok bez zakupów wymagałby jako takich przygotowań- nabycia kilku zapasowych rzeczy, które w efekcie końcowym mogłyby się okazać niepotrzebne.

    OdpowiedzUsuń
  3. popieram! Jestem co prawda zwolenniczką osobistego doświadczenia i eksperymentów życiowych:) ale na własnej "minimalistycznej" drodze doszłam do wniosku, że najważniejszą kwestią nie jest ilość posiadanych przedmiotów ale stosunek do nich. Nie zakładam z góry,że osoba,która posiada trzy pary skarpetek i trzy koszule jest minimalistą a miliarder minimalistą być nie może, bo ma za dużo. Wszystko dzieje się w głowie.Takie eksperymenty jak "rok bez zakupów" mogą być przydatnym doświadczeniem dla osób,które mają problemy z właściwym umiejscowieniem "posiadania" i "kupowania" w skali wartości życiowych.
    eska18.live

    OdpowiedzUsuń
  4. Moim zdaniem jest to bardzo trudna sprawa: kupujac - jestem zniewolony systemem i konsumpcjonizmem, wyrzekajac sie kupowania - jestem ograniczony ideologia. Chyba, jak pisze Grzes, rozsadek i to w kazdym tego slowa znaczeniu musi wziac gore nad tym.
    Pozdrawiam,
    Dzieki ze piszesz.

    OdpowiedzUsuń
  5. myślę, że można minimalizm porównać do diety, albo się ktoś zdrowo odżywia i jest szczupły, albo potrzebuje restrykcyjnej diety, żeby mu kg spadły....

    jednym wystarczy wzięcie się w garść, inni potrzebują terapii szokowej jak podwiązanie żołądka czy roku bez zakupów...

    jeśli ktoś już jest minimalistą to chyba rok bez zakupów jest bez sensu... dobre to dla ludzi uzależnionych...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ruda, jest jeszcze jedna opcja: można się nie odżywiać zdrowo, a być szczupłym;)

    OdpowiedzUsuń
  7. sowa dokładnie:) są to wyjątki od reguły, zazdroszczę takim:)

    OdpowiedzUsuń
  8. no właśnie! bo minimalizm to nie umartwianie! :)
    myślę, że wystarczy samo ograniczenie zakupów i rozsądne podejści do konsumpcji, nie tzrba od razu zamykac się w zakonie;-) dobra decyzja!

    OdpowiedzUsuń
  9. @Paweł: no właśnie, boję się ortodoksji. Wolę rozsądek.
    @Verónica: też doszłam do takiego wniosku, bez pewnych zapasów nie dałoby rady, a to bez sensu raczej.
    @eska18.live: bardzo ładnie to ujęłaś, właśnie o odpowiednie podejście chodzi, a nie o ilość.
    @Grześ: miło Cię widzieć :)
    @Rodys: to ja dziękuję, że czytasz.
    @ruda i sowa: też kiedyś o tym myślałam, fajne porównanie.
    @miss: zakony i asceza zdecydowanie nie są dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Taki projekt niekupowania przez rok jest dobry, wg mnie, na zasadzie konkursu, turnieju, czy wyzwania samego w sobie. Można go przyrównać do maratonu. Przebiegnięcie maratonu nie służy szczególnie zdrowiu, bo jest to zbyt duże obciążenie do organizmu, dlatego ew. korzyści z ukończenia to satysfakcja, z tego, że się sumiennie trenowało i z tego, że potrafi się zmobilizować do większych osiągnięć.

    Zgadzam się, że najtrudniej byłoby nie robić zakupów dla bliskich na okazje świąt i uroczystości.

    OdpowiedzUsuń
  11. Marcinie, myślę, że masz rację, takie eksperymenty służą głównie do sprawdzenia samego siebie, porównianie z maratonem jest bardzo trafne. Wychodzi na to, że wolę trenować na co dzień, ale do zawodów nie podejdę :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Roczny post zakupowy

Bardzo potrzebowałam tak długiej przerwy w blogowaniu. Rozwijanie kanału na YouTube pochłania dużo wysiłku i uwagi, a wciąż wielu rzeczy muszę się nauczyć i nie wszystko jeszcze wychodzi mi tak, jakbym chciała. Jednak uczę się, a oglądających przybywa, od maja uzbierało się już ponad 600 subskrybentów i odbiór materiałów, które publikuję, jest pozytywny, co zachęca do dalszej pracy w tym kierunku.
Dałam sobie czas, by zdecydować, czy chcę nadal pisać bloga, a jeśli tak, jak to pisanie ma w przyszłości wyglądać. Wiem, że aby Wam czytało się dobrze to, co tworzę, nie mogę traktować blogowania jako obowiązku. Tylko wtedy, gdy będę pisać z wewnętrznej potrzeby i z przyjemnością, będzie to miało sens. 
Minęło kilka miesięcy. Wystarczająco dużo czasu, bym mogła spojrzeć z dystansem na to, w jaki sposób chcę kontynuować swoją internetową działalność. Doszłam do wniosku, że najlepiej będzie połączyć jej dwa rodzaje, tak, by się wzajemnie uzupełniały. Blog daje możliwość dokładniejszego wyjaś…

Sprzątanie zaczyna się w głowie

Nie jestem odkrywcza, twierdząc, że sprzątanie zaczyna się w głowie. Jak wiele innych procesów. Odchudzanie, wypoczywanie, zmiany.

Zacznijmy od jego postrzegania. Często przedstawia się sprzątanie jako czynności nielubiane i nużące. Niektórzy wręcz nim pogardzają i uważają za zajęcie niegodne. To chyba spuścizna czasów, gdy porządki były domeną kobiet oraz osób ubogich lub nisko urodzonych. Nadal zdarza się, że nie szanuje się osób, które zajmują się sprzątaniem zawodowo. Znam osobę, która zatrudnia panią do sprzątania domu wcale nie dlatego, że nie ma czasu, siły czy możliwości, ale dlatego właśnie, że uważa to zajęcie za poniżające, niegodne. 


Wielu ludzi nie lubi sprzątać, bo to ich zdaniem strata czasu, syzyfowa praca, którą trzeba zaczynać od nowa, gdy tylko się skończy. Jednak naturalnym jest, że próbuje się unikać tego,  czego się nie lubi. Opóźnia, robi byle jak, byle było. Szuka wymówek, by usprawiedliwić to, że znów miało się coś innego do zrobienia. 
Czym to grozi?  Tym, że …

Moje pierwsze 500+ i prezent dla czytelników

W listopadzie 2009 r. powstał pierwszy wpis na blogu, który wówczas nazwałam Minimalistka (w serwisie blox). Nosił tytuł Trudne początkii zaczynał się tak: Tytuł blogu jest nieco na wyrost. Nie jestem minimalistką. Może kiedyś będę. Staram się ograniczać liczbę posiadanych rzeczy, upraszczać swoje życie i otaczającą mnie przestrzeń, uczę się świadomie kupować. Dążę do wyeliminowania tego, co zbędne. Walczę z tendencją do gromadzenia przedmiotów i kupowania wciąż nowych rzeczy.  Minęło nieco ponad 8 lat i w tym czasie napisałam w sumie 500 wpisów, łącznie z dzisiejszym.
Gdy zaczynałam, nie miałam najmniejszego pojęcia, dokąd mnie to zaprowadzi. Czułam potrzebę dzielenia się swoim doświadczeniem, wrażeniami z przygody, jaką okazało się stosowanie minimalizmu w praktyce. Z czasem blog stał się zapisem różnych moich przeżyć i przemyśleń, a także relacją z procesu zmian w wielu dziedzinach życia.