Przejdź do głównej zawartości

Rok bez zakupów

Zaczęło się od blogu kulinarnego White Plate. Autorka Liska zachęcała do przeżycia tygodnia bez zakupów spożywczych, co miało służyć zużywaniu zapasów oraz bardziej kreatywnemu ich wykorzystywaniu. Pomysł to bardzo dobry, bo przecież czasem zdarza się, że zamiast zużywać zawartość lodówki, szafek i zamrażarki, z rozpędu wciąż coś dokupujemy. Akcja spotkała się z zainteresowaniem czytelników, kilku blogerów i blogerek nawet do niej się przyłączyło.
Zużywanie domowych zasobów spożywczych i racjonalne planowanie zakupów weszło mi już w krew, jeśli nawet chwilo lodówka wydaje się zbyt pełna, przeczekuję z dokupywaniem czegokolwiek aż trochę opustoszeje. Czyli takie tygodnie bez zakupów zdarzają mi się spontanicznie od czasu do czasu. Lecz pomyślałam: a może by tak pójść dalej? Gdyby nie kupować przez rok? Taki konsumpcyjny post?
Oczywiście nie chodzi mi o artykuły spożywcze ani wszelkie inne produkty naprawdę potrzebne na co dzień do życia. Wiązałoby się to ze zrobieniem niewyobrażalnie wielkich zapasów wszystkiego, a to ani nie jest wykonalne w normalnych warunkach, ani też nie ma nic wspólnego z minimalizmem. Myślę o niekupowaniu ubrań, butów, książek, płyt CD i DVD i całej reszty rzeczy, które wydają się czasem bardzo potrzebne, ale może jednak można wytrzymać przez rok bez nabywania nowych?

Od dobrze ponad roku kupuję niewiele. Ciuchów prawie wcale, pojedyncze książki, wybrane płyty. Nie chodzę na tzw. szoping, nie zwiedzam sklepów. Częściej pozbywam się rzeczy niż nabywam nowe. Dzięki temu oduczyłam się kompulsywnych i nieprzemyślanych zakupów. W miarę jak pozbywam się nagromadzonych dóbr, widzę coraz wyraźniej, czego naprawdę potrzebuję, a co jest tylko balastem. Czyli dobrze mi z tym.

Czy jestem więc gotowa na to, by wystawić się na większą próbę? Rozpocząć konsumpcyjny post? Jeszcze nie w tej chwili. Na razie jeszcze się boję. Chcę spróbować, ale muszę to sobie przemyśleć, poukładać, oswoić się z tą myślą. Wiem, że to zrobię, nie wiem tylko kiedy. W ciągu najbliższych miesięcy, a najpóźniej z początkiem przyszłego roku (symbolicznie od 1 stycznia). Trzeba ustalić sobie zasady, pogodzić się z myślą, że jednak może się nie udać. Jak mawia Adam Savage z „Pogromców mitów”: „Failure is always an option”, czyli w wolnym tłumaczeniu: „Porażka to też rozwiązanie“. A jeśli jednak się uda? Na pewno na podstawie tego doświadczenia wiele się nauczę.

Na koniec zaznaczę tylko, że nie będę pierwszą osobą, która wpadła na taki pomysł. Amerykanka Judith Levine napisała nawet o swoim doświadczeniu książkę Not Buying it: My Year Without Shopping, także  brytyjska dziennikarka Samantha Weinberg jakoś przetrwała rok bez kupowania. Czytanie o ich doświadczeniach potwierdziło tylko moje wcześniejsze przypuszczenia: to jest wykonalne, ale łatwo nie będzie. Cóż, przekonam się na własnej skórze...

Komentarze

  1. Wow! Niesamowity pomysł. Dla mnie w tej chwili nie do zrealizowania. Potrzeby konsumpcyjne mam małe (nawet bardzo), ale są takie rzeczy na tym świecie, których zakupu na ponad rok bym nie odłożył (*khem* iphone4 *khem*) ;-) Jeżeli się podejmiesz, w mojej osobie masz kibica :D

    OdpowiedzUsuń
  2. A mnie się wydaje, że dla Ciebie Ajka to żadne wyzwanie;)
    Nie wiem co chciałabyś sobie udowodnić takim eksperymentem?
    Ja nie przepadam za alkoholem, piję kilka razy w roku drinka. Więc wyzwanie: nie sięgam po alkohol przez rok byłoby dla mnie jak bułka z masłem, zwłaszcza jeśli znalazłabym jakiś powód, żeby się temu poddać.
    Natomiast inaczej wygląda roczna abstynencja tytoniowa w momencie gdy się tego podejmuje nałogowiec. Właśnie mija rok odkąd nie palę, więc mogę się na ten temat wypowiadać;)

    Dla mnie również taki rok bez zakupów nie byłby jakimś szczególnym wyrzeczeniem, ponieważ generalnie mało kupuję, oprócz książek - tu znacznie przesadzam.
    Zastanawiam się czemu to miałoby służyć w takim razie? Co chciałabym sprawdzić i czego o sobie się dowiedzieć...? Że potrafię nie kupować? Ależ ja bez tego wiem, że potrafię:D
    Że można obyć się bez wielu rzeczy? Też wiem!
    Moim zdaniem takie eksperymenty to dla uzależnionych, a nie dla wstrzemięźliwych;)
    A Ty Ajka zdecydowanie nie należysz do tej pierwszej kategorii, przynajmniej w kwestii zakupów:)
    Tak samo dotyczy Pawła, przecież to sztuka dla sztuki by była w najlepszym razie;)
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. do minimalizmu w zakupach spożywczych doszłam dawno.

    ale taki roczny post całkowity- to chyba jednak nie dla mnie...
    zawsze przecież coś się może wydarzyć.
    o tak jak u mnie ostatnio- zgubenie kabla usb, czy zdecydowane zużycie sandałków...
    kabel rzecz niezbędna, bo czymś palma muszę ładować, podobnie w jakichś butach chodzić...
    a z letnich zostały mi teraz basenowe klapeczki...
    (co oznacza, że i tak mam zdecydowanie ekstremalnie minimalną szafę ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się z sową, rezygancja jakichkolwiek zakupów na rok to wg taka sztuka dla sztuki, owszem można, ale po co ? Przy okazji - skoro ma obejmować rok, to jak planujesz rozwiązać kwestię prezentów na Gwiazdkę ? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wydaje mi się, że większą sztuką jest umiejętność zrównoważenia tego wszystkiego. Nadmiar kupowania jak i całkowite zaprzestanie chyba nie są zbyt dobre. Hmmm, jakoś nie potrafię sobie wyobrazić takiej całkowitej rezygnacji z konsumpcji...Z drugiej strony to nachodziły mnie czasem myśli jakby to było.. pewnie straszna walka samej ze sobą. Może warto rzucić sobie czasem takie wyzwanie dla sprawdzenia granic własnych możliwości.Czemu nie:) Ann

    OdpowiedzUsuń
  6. Macie wszyscy sporo racji, taka akcja to faktycznie trochę sztuka dla sztuki. Czemu miałoby to służyć? Sprawdzeniu siły charakteru, po pierwsze. Twórczemu wykorzystaniu posiadanych zasobów, w kwestii ubrań na przykład. Wzmocnionej motywacji do prac ręcznych, bo przecież zamiast kupować bluzkę, mogę ją sobie uszyć. Z drugiej strony, twórczo wykorzystywać zasoby można i bez takich akcji...
    Gdy głębiej się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że ten pomysł ma wiele wspólnego z 100 things challenge, sztucznym ograniczaniem liczby posiadanych rzeczy do 100 przedmiotów, czy nawet mniej. Nigdy nie byłam wielką zwolenniczką takiego odgórnego narzucania sobie ograniczeń.
    Najtrudniejszy jest właśnie temat prezentów: nie lubię wręczać gotówki, a nie każdemu musi sprawić przyjemność prezent własnoręcznie przeze mnie zrobiony, niezależnie od tego, jaki piękny będzie. Nie chciałabym, żeby bliscy ponosili konsekwencje mojej decyzji.
    Wciąż jeszcze nie nie wiem, czy się tego podejmę, czy nie, chociaż im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem przekonana, że mogę lepiej wykorzystać swoją energię. Ale samo zastanawianie się nad tym, z czego mogłabym jeszcze zrezygnować albo z czego najtrudniej byłoby zrezygnować jest już bardzo cenne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ajko, warto choćby ze względu na sprawdzenie samej siebie. Po takim teście człowiek ma tą świadomość, że nie jest zależny od niczego z zewnątrz.Możemy kupować ale nie musimy. Dla tej właśnie świadomości warto to zrobić. Najważniejsze co Ty czujesz. A jak tak się nad czymś zaczynamy dłużej zastanawiać, dochodzą do tego głosy z zewnątrz to zaczyna nam wiele umykać. Miałam tak wiele razy. Ann

    OdpowiedzUsuń
  8. hm:) mój mąż rok temu stracił pracę i postanowił rozkręcić firmę i jakby mu to nie wyszło... postanowiliśmy żyć tylko z mojej wypłaty i był (jest) to swoisty eksperyment:) (niestety trwa nadal, mąż szuka teraz pracy)... z wydawania w jeden weekend tysiąca- dwóch zł tylko na siebie i ciuszki przeszłam do etapu w życiu, że za te pieniądze można przeżyć przez miesiąc... od roku nie kupiłam nowego ciucha, butów, zapisałam się do biblioteki miejskiej, jeżdżę rowerem, mąż piecze chleb... nasz wiązek mimo całkowitego braku kasy kwitnie:) kasa jest jedynie na opłaty i kredyty:)

    niedawno skończyły mi się kosmetyki, których zawsze miałam nadmiar, i za 30 zł (zaplanowane z wyprzedzeniem) kupiłam farbę do włosów i krem na dzień polskiej firmy i dobrej jakości... a jeszcze rok temu na krem potrzebowałam 300 zł i drugie tyle na fryzjera... naprawdę da się żyć bez zakupów przez rok... aczkolwiek chyba wygodniej gdy to jest eksperyment a nie przymus...

    gorąco polecam przeprowadzić taki eksperyment:) rok bez kupowania nowych ciuchów i nowych gadżetów do domu:) można nabrać dystansu do swoich przyzwyczajeń:)

    aha, zrobiłam ostatnio porządek w szafie, w której nie przybyło nic nowego a było sporo rzeczy do wywalenia:) nie mówiąc o tych których nigdy nie ubrałam...

    OdpowiedzUsuń
  9. Ruda.kazika: właśnie dlatego uważam, że taki eksperyment może przynieść bardzo dużo osobom, które żyją na dobrym poziomie a wydaje im się, że już niżej się nie da (uzależnionym od konsumpcji). Czyli np. nie da się przeżyć weekendu bez wydania 1-2 tys., nie da się żyć używając polskich kosmetyków albo nie mając 2 samochodów (bo komunikacją miejską nie da się jeździć) albo nie wyjeżdżając przynajmniej raz w roku za granicę.
    Żyjąc tak przez rok można się przekonać, że jednak się da. I taka wiedza może okazać się bezcenna, bo zmienia kierunek naszego nawykowego i ograniczającego nas myślenia. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że nie jest Twoim marzeniem przeżycie następnych lat z koniecznością aż takiego ograniczania się;)

    Ajka, Twoje przemyślenia są bardzo cenne i mnie się bardzo podobają. Świadczą o tym, że nie trzymasz się kurczowo swoich pomysłów, że umiesz podejść z dystansem do życia i do siebie i umiesz dokonywać wyborów, które Ci służą. I o to chyba w życiu chodzi:)

    Umiarkowanie i równowaga (tak jak wspomniała Ann) a niepotrzebne będą żadne eksperymenty czy jestem w stanie przeżyć bez kupowania ciuchów przez rok;)
    Po prostu świadomy wybór, na tyle, na ile jest możliwy we współczesnym świecie, bo życie to również przyjemności, a nie tylko konieczności...

    OdpowiedzUsuń
  10. sowa nie jest moim marzeniem przeżycie kolejnego takiego roku:) było to dla nas swoistym doświadczeniem i tak do tego podeszliśmy, wiedzieliśmy na co się rzucamy i odbyło się to z pełną świadomością... po roku mój mąż miał mieć kwitnącą firmę, nie wyszło, trudno... trzeba żyć dalej, o dziwo oprócz kredytów zaciągniętych dużo wcześniej nie mamy dodatkowych długów:) mąż teraz jest w trakcie negocjowania warunków pracy więc wrócimy do zarobków do jakich się przyzwyczailiśmy (mam nadzieję), ale chciałam tylko napisać, że naprawdę można wiele znieść i obejść się bez wielu rzeczy... teraz będziemy w stanie szybciej spłacić kredyty:)

    po tym roku łatwiej zauważyć rzeczy istotne, bardzo nas ten rok zbliżył, wiemy czego pragniemy i wspólne życie nabrało większego sensu...

    jedno co nie uległo zmianie:) brak kasy i tak mnie nie zagiął w kwestii kosmetyków:) skończył mi się krem i kupiłam Polski za 11 zł i powiem tak: MASAKRA... wazelina z zapachem.. to było najgorzej wydane 11 zł przez ten rok.. znalazłam na sieci mój krem za 130 zł (to bardzo tanio jak na niego) i jak uda mi się uzbierać to go kupię traktując jako inwestycję w swój wygląd i samopoczucie:)

    OdpowiedzUsuń
  11. chciałam dodać, że ciężko tak po prostu stać się oszczędnym... łatwo pisać o równowadze i umiarkowaniu ale trudniej realizować...wcześniej dużo rozmawialiśmy na ten temat i ciągle się zbieraliśmy do oszczędzania... nie za bardzo to szło, niektórzy chyba potrzebują terapii szokowej:)

    osobiście polecam taki roczek bez zakupów, albo chociaż 3 miesiące, człowiek się staje kreatywny.. i uwierzcie - robi to dobrze na związek:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Tak po prostu stać się oszczędnym nie jest na pewno łatwe; o tym mówi prawo Parkinsona: wydatki zawsze dorównują zarobkom czyli ile zarobisz, tyle wydasz;)
    Wraz ze wzrostem zarobków pojawiają się coraz to nowe pokusy i coraz więcej przyjemności tego świata staje się dostępne, a w końcu po to się ciężko pracuje żeby coś z tego życia mieć, no nie?;)
    Fajnie Ruda, że takie macie dobre doświadczenia po tym roku, wierzę, że potraficie cokolwiek z tego zatrzymać i nie wpaść ponownie w schemat: co zarobię, to wydaję;)
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  13. @Ruda: widzisz, Ciebie do zmiany podejścia zmusiły tzw. okoliczności życiowe i jak widać, jest to bardzo cenne, chociaż zapewne chwilami niełatwe doświadczenie. Na pewno taka sytuacja w przypadku mądrych i kochających się ludzi może przynieść wiele dobrego. Znam też przypadki, gdy trudne warunki materialne i konieczność gwałtownego zaciśnięcia pasa prowadziły do rozpadu związku, zamiast do jego wzmocnienia. Lecz to zależy od podstaw, na których ten związek został zbudowany...
    Widzisz, ja jestem w trochę innej sytuacji - stopnionego ograniczenia konsumpcji i stanu posiadania dokonałam z wyboru, bo miałam po prostu dość nadmiaru i przekonałam się, że dużo nie zawsze znaczy dobrze. I taki częściowy post zakupowy mam już od ponad roku, częściej pozbywam się rzeczy niż kupuję nowe, w ostatecznym rozrachunku bilans wciąż jest ujemny.
    Kosmetyków używam niewielu, często bardzo prostych i zwyczajnych, ciuchów mam mało i wciąż się ich pozbywam (dopracowując tzw. garderobę w pigułce), kilka par butów na sezon, bo chodzenie w jednej zbyt szybko prowadzi do jej zniszczenia. Z każdym zakupem do domu lub dla siebie odczekuję co najmniej kilka miesięcy, aż jestem całkowicie przekonana, że nie jest to przelotna zachcianka.
    Chleb też piekę, chociaż nie codziennie, bagietki również :) Włosów nie farbuję, do fryzjera chodzę tylko podcinać końcówki. Jeżdżę komunikacją miejską, dużo chodzę na piechotę. Do biblioteki jeszcze się nie zapisuję, bo na razie wyczytuję zawartość własnych półek.
    Im dłużej się zastanawiam nad tematem niekupowania, tym wyraźniej dostrzegam, że nie mam już niewłaściwych nawyków konsumpcyjnych do wytrzebienia. I wreszcie nauczyłam się odkładać pieniądze, a nie tylko je wydawać...
    Na pewno przez rok niekupowania mogłabym jeszcze odkryć jakieś obszary do zreformowania/ograniczenia, przekonać się, że jednak czegoś tam nie potrzebuję aż tak bardzo.
    @Sowo: umiarkowanie i równowaga to kluczowe słowa :) Tego staram się trzymać, z natury miewam tendencje do skrajności, więc nauka umiaru nie przychodzi mi łatwo, ale jednak coraz częściej się udaje.
    Pozdrawiam Was wszystkich :)

    OdpowiedzUsuń
  14. sowa mam nadzieję, że uda nam się coś z tego zatrzymać:) gwoli ścisłości były ciężkie chwile, i myślałam, że męża zaciukam tępym nożem... ale 80% rzeczy, które kupowaliśmy wcześniej nie były nam potrzebne... nie były mi potrzebne następne bluzki, które miałam tylko raz i to w sklepie... następne książki, których nie miałam czasu czytać (ale byłam uzależniona od nabywania) ....szokiem okazało się, że na zakupy nie trzeba jechać do marketu na drugi koniec miasta, a można zrobić w Biedronce za rogiem:) w momencie gdy nasze potrzeby zakupowe zmalały to nawet zużycie paliwa zmalało 4-krotnie:) rok temu cała sobota to były zakupy ciuchowe:) teraz posprzątamy i od 12 mamy czas tylko dla siebie, można wyskoczyć na rower czy jacht ( da się zorganizować za zimowe naprawy za darmo)....
    pozdrawiam:) aż się zastanawiam czy nie założyć bloga o minimalistycznym życiu:)

    Ajka podziwiam Cię, że mając pieniądze jesteś w stanie dojść do takiego momentu jak umiarkowanie:) ja musiałam iść inną drogą, żeby do tego dojść:) co do nieodkrytych obszarów, myślę, że przez rok jeszcze coś nowego byś odkryła:) my doceniliśmy weki, które wcześniej robiliśmy hobbystycznie i w sumie nie wiadomo co z nimi zrobić jak się je zrobi:) zima nam pokazała jakie są pyszne i ile można oszczędzić... to samo wakacje:) da się tak wykombinować, że są pojechane i w naszym stylu:)

    OdpowiedzUsuń
  15. hm, ja nie wiem czy bym się takiego rocznego wyzwania podjęła.

    zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ja nigdy nie byłam aż taką zakupomaniaczką, a teraz jestem jeszcze mniej.

    po prostu dzięki minimalizmowi uporządkowałam swoje podejście do wielu rzeczy, i jak jeszcze kiedyś dawałam się namówić na zakup czegoś po to tylko, żeby mieć, to teraz umiem ograniczyć się do rzeczy koniecznych.
    i kupować tylko w sytuacji potrzeby i konieczności: w stylu: podarły mi się moje stare spodenki, to dopiero teraz być może zacznę szukać nowych.
    być może: bo nie odczuwam w tej chwili aż tak wielkiej potrzeby ich posiadania, więc po prostu kupię je jak będą naprawde konieczne.

    o kosmetykach już było wcześniej.
    staram się wybierać przede wszystkim naturalne.
    a nigdy nie miałam czegoś na punkcie szałowych marek kosmetycznych. w douglasie byłam słownie raz kupić tylko prezent dla babci...

    OdpowiedzUsuń
  16. Zrobiłam taki eksperyment dwa lata temu. W założeniu miał trwać kilka miesięcy ( o tej idei przeczytałam gdzieś pod koniec stycznia i postanowiłam nic nie kupować do końca czerwca). Z założenia mogłam kupować jedynie jedzenie oraz środki czystości. Eksperyment w pewnym sensie nieudany, bo nie dotrwałam do końca.Z drugiej strony jest to ciekawy soób, żeby przetestować swoja zależność/niezależnośc od przedmiotów.
    Sowa-nie-sowa mądrze napisała, że taki eksperyment ma sens dla ludzi uzależnionych od konsumpcji, nie natomiast dla ludzi, którzy już świadomie ograniczają swoje potrzeby/wydatki. Dla mnie w pewnym momencie stracił sens bo okazało się,że muszę na to poświęcać zbyt dużo czasu, który jest dla mnie cenniejszy. Na przykład : byłam zaproszona na imprezę karnawałową ale okazało się że nie mam żadnych, odpowiednich butów.Najpierw wpadłam na pomysł że pożyczę od kolegi złotą farbę i popryskam swoje stare,letnie białe buty.(to miałam być wersja ekstrawagancka :))- niestety -nieudana) W końcu przy okazji wizyty u brata (100 km ) pożyczyłam od bratowej odpowiednie buty ,które później musiałam w szybkim terminie zwrócić.Po drodze było jeszcze kilka innych pomysłów :))
    Na rozwiązanie problemu z butami straciłam kilkadziesiąt godzin - najtańsze, odpowiednie buty kupiłabym za 50.
    Ale przyznaję, zabawa była przednia :))
    pozdrawiam. eska18.live

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo fajny blog Ajko :) Jednak zgadzam się z przedmówcami- jestem pewna, jak i wszyscy tu zebrani, że wytrwałabyś w tym postanowieniu, ale w sumie po co, skoro i tak masz bardzo minimalistyczne podejście do życia? Chyba, że chcesz sobie samej udowodnić :)

    OdpowiedzUsuń
  18. z prowadzonych pokątnie dyskusji na temat minimalizmu - wyłonił się wniosek, że wszystko zależy od tego czy minimalizm traktuje się jako cel, czy jako drogę.

    jako cel: może się okazać cokolwiek niebezpieczny- bo np. ograniczymy stan posiadania skarpetek do 3 par, to zawsze jest jeszcze cel, że można dojść do tylko 1 pary.

    mnie to wyzwanie roku bez zakupów kojarzy się w chwili obecnej ze sztuką dla sztuki.
    bo chyba najpierw pewne rzeczy trzeba by było kupić trochę zapobiegawczo na zapas.

    teoretycznie mogłabym się w to zabawić- bo i płaszcz na zimę mam, bo nadal zostały mi ostatnie 2 pary dobrych klapek na tę końcówkę lata.

    wolę nieco inne postanowienie- kupuję wtedy, jak naprawdę jest niezbędne.

    np. podczas wyjazdu wakacyjnego podarły mi się moje ulubione spodenki- i teraz wbrew pozorom wcale nie zamierzam kupić kolejnych, bo i pogoda przestała zachęcać, a po drugie nie mam na razie w planach żadnych takich luźnych łikendowych wyjazdów- więc póki co zupełnie nie są potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
  19. @ruda.kazika: załóż blog, załóż :)
    @Verónica: trafiłaś w sedno, taki projekt to jest trochę sztuka dla sztuki (jak 100 things challange). Po zastanowieniu doszłam do podobnych wniosków jak Ty: że teoretycznie można, ale lepiej skupić się na drodze, a nie na celu. I kupować tylko wtedy, gdy naprawdę trzeba, a nie zakładać niczego z góry. Życie bywa mocno nieprzewidywalne...
    Przeczekiwałam zakup nowych sandałów turystycznych, bo stare mi się zaużywały, a nowe nie były pilnie potrzebne. Wytrzymałam do połowy lata, ale parę dni temu inne butki rozpadły mi się na stopach (dostałam je w prezencie...), i żeby jakoś dotrzeć do domu musiałam coś nowego nabyć. I wtedy właśnie kupiłam nowe sandały (na dodatek są fajne, dobrej jakości i z przeceny :) Gdybym była w trakcie roku bez zakupów, wracałabym przez pół miasta boso jak Cejrowski :)
    @eska18.live: bardzo cenna jest Twoja relacja, bo pokazuje mi, jak bardzo taki eksperyment może utrudnić życie. A tego bym nie chciała... Ale wierzę, że zabawa może być pierwsza klasa :) Dziękuję za podzielenie się doświadczeniem!
    @agtab: dziękuję za miłe słowa i witaj na blogu :)

    OdpowiedzUsuń
  20. @ajka
    bo mi się ten rok bez zakupów kojarzy z koniecznością przygotowań.

    jak kupię 3 pary butów, to nie jest żaden minimalizm, a mogę nawet wtedy uprawiać 2 lata bez zakupów.

    wolę kierować się koniecznością i potrzebą.

    a taki rok bez zakupów, to teŻ trochę pozbawianie się przyjemności- czasem trzeba coś kupić sobie, ot tak, bez żadnych sZczególnych wytycznych.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…