Przejdź do głównej zawartości

Niekończąca się historia

Dotychczas zaobserwowałam istnienie dwóch rodzajów minimalistów. Pierwsza grupa to minimaliści od urodzenia, osoby, które nigdy nie odczuwały pragnienia posiadania wielu rzeczy, poprzestają na małym i prostym i dzielnie opierają się pokusom konsumpcji. Nawet jeśli gdzieś na swojej drodze życiowej zdarzyło się im obrosnąć w dobra, to przy pierwszej lepszej stosownej okazji, typu przeprowadzka, pozbywają się czego tylko mogą. Jednak zwykle na tyle dobrze znają swoje potrzeby, że po prostu nie pozwalają na to, żeby mieć więcej, niż im potrzeba. I dlatego nie muszą przeprowadzać wielkich rewolucji w swoich domach i szafach, akcji redukowania garderoby, biblioteki, kolekcji, zapasów, kosmetyków itd.
Drugi rodzaj to „nawróceni na minimalizm” (sama do nich się zaliczam). Ludzie, którzy wprawdzie zawsze mieli upodobanie do prostoty i skromności, jednak nie zdołali w sobie wykształcić odpowiednich umiejętności ani stopnia świadomości, które uniemożliwiłyby im zgromadzenie nadmiaru rzeczy, zobowiązań, przyzwyczajeń, znajomości. Dopiero gdy w ich życiu i mikroświecie zrobiło się zbyt tłoczno, zaczęli zastanawiać się, gdzie tkwi błąd. I wtedy, sami lub z niewielką pomocą z zewnątrz, zaczęli upraszczać, sprzątać, porządkować, minimalizować, żeby uzyskać wreszcie taki poziom prostoty, z jakim im wygodnie. Zwykle od tego stanu dzieli ich długa droga, a wkraczając na nią, tak naprawdę nie mają pojęcia, jaki jest ten ich wspomniany osobisty poziom minimalistycznego komfortu.

Gdy zaczynałam wielką kampanię sprzątania w domu i życiu, nie wiedziałam, jak bardzo chcę ograniczyć swój stan posiadania. Co więcej, zapewne gdyby ktoś wtedy powiedział mi, ilu rzeczy pozbędę się po drodze, nie dość, że nie uwierzyłabym, lecz może wręcz byłabym przerażona. Jednak na szczęście nie miałam o tym żadnego wyobrażenia, a swojego idealnego poziomu stanu posiadania na pewno jeszcze nie osiągnęłam. Rzecz w tym, że dopóki go nie osiągnę, a może nawet przekroczę jego granicę, nie będę wiedzieć, że to już. Przychodzi taki moment, gdy orientujesz się, że wprawdzie możesz funkcjonować z X ilością rzeczy danego rodzaju, jednak jest to trochę niewygodne, kosztuje za dużo czasu lub wysiłku, w tej sprawie nie warto aż tak się poświęcać. Ujmę to brutalnie: można mieć tylko dwie pary skarpetek i co wieczór prać je w rękach (jedną nie, bo do rana może nie wyschnąć). Jednak to niezbyt ekonomiczne i wygodne, tym bardziej, że pranie w rękach zużywa sporo wody, więc też niekoniecznie ekologiczne. Dokupujesz więc kolejnych kilka par, tyle, by móc wytrwać od prania do prania bez stresów i niedogodności. I tak właśnie określasz swój osobisty próg wygody.

Kiedyś naiwnie sądziłam, że wystarczy kilka miesięcy porządkowania i minimalizowania, by osiągnąć ten stan, z którym będzie mi dobrze. Jednak okazało się, że gdy już te parę miesięcy pracy, przeglądania i podejmowania decyzji „to zostaje, tego nie potrzebuję” minęło, właściwie trzeba zacząć cały cykl od początku. Dlaczego? Z wielu przyczyn. Po pierwsze, bo wszystko płynie. Zarówno my sami, jak i świat wokół nas nieustannie się zmienia, więc zmieniają się też nasze potrzeby, przyzwyczajenia, pojawiają się nowe okoliczności, znikają stare. I trzeba się do nich wciąż dostosowywać na nowo. Dlatego nie da się ustalić jednej listy przedmiotów, których będziesz potrzebować przez całe życie. Zbyt wielu zmianom podlegamy po drodze, by móc się tak ograniczyć.

Poza tym ciężko jest powstrzymać napływ rzeczy do domu. Można go znacznie ograniczyć, ale całkowicie zatrzymać chyba się nie da. Obecnie przybywa mi niewiele, ale jednak po troszku jest więcej. Gdy z jednej strony przedmioty napływają, z drugiej strony czegoś trzeba się pozbyć.

Oprócz tego, jako minimalistka od nie tak znowu dawna, nie mam jeszcze dostatecznie silnych nawyków, zwłaszcza jeśli chodzi o usuwanie zbędnych elementów na bieżąco. Czasem jeszcze pozwalam narosnąć jakiemuś zbiorowi i zabieram się za jego trzebienie dopiero wtedy, gdy jest odpowiednio duży, by z nim zawalczyć.

No i taka ciekawostka przyrodnicza, że dostrzegam nadmiar tam, gdzie wcześniej go nie widziałam. Umiem spojrzeć z dystansem na półkę z książkami, szufladę z papierami lub do swojej torebki i widzę rzeczy, które są zupełnie zbędne. A dawniej wydawały mi się świętościami nie do ruszenia.

Jestem teraz bardzo wyczulona na ten głosik, który szepcze do ucha: ale to Ci się przecież przyda!! Wiem, że to straszny kłamca jest.

Minimalizowanie przypomina mi pracowite usuwanie jakiegoś osadu, warstwa po warstwie. Jak restauracja malowidła na ścianie. Nie można od razu zedrzeć brutalnie szczotką całego narosłego brudu, bo przez przypadek można by uszkodzić samo dzieło, trzeba pracowicie zdejmować poszczególne warstewki, by wreszcie spod spodu ukazały się nam pierwotne barwy i kształty.
Bardzo jestem ciekawa, czy dużo mi zostało jeszcze tych warstw do zdjęcia? Wydaje się, że niewiele, coś już tam całkiem ładnego spod spodu prześwituje...

Popularne posty z tego bloga

Uniform minimalistki

Temat osobistego uniformu obracam w głowie już od kilku lat, co najmniej. Jednak jeszcze do niedawna nie czułam się gotowa na to, by ostatecznie zdefiniować go dla siebie. Owszem, wiedziałam, że ciągnie mnie w tym kierunku i że coraz bardziej zbliżam się do wprowadzenia go w życie na co dzień. Jednak jeśli obserwowaliście, być może, moje materiały o kolorowej szafie minimalistki na YouTube, w cyklu, w ramach którego zaprezentowałam całą swoją kapsułową garderobę na wszystkie pory roku, mogliście zauważyć, że wprawdzie mój styl i zestawy ubraniowe były już dość wyraziste i powtarzalne, trudno było by nazwać je uniformem. 
Tak jednak się złożyło, że w międzyczasie zmieniłam tryb życia poprzez powrót do oprowadzania po Krakowie (już nie tylko po Wawelu, jak było parę lat temu), więc o wiele częściej wychodzę pracować poza dom. Oczywiście wymusiło to dostosowanie zawartości szafy i pewne jej uzupełnienia. A jednocześnie kilka ubrań z niej wywędrowało. Z powodu zużycia, ale też zmian w mo…

Minimalizm na Nowy Rok - postanowienia

Nie podejmuję noworocznych postanowień, mówiłam już o tym wielokrotnie. Wolę wprowadzać zmiany wtedy, gdy czuję się do nich gotowa, w dowolnym momencie roku. Nie czekam ze swoimi osobistymi zobowiązaniami do poniedziałku czy pierwszego dnia miesiąca. Od dawna uważam, że początek stycznia jest nienajlepszym momentem na takie działania, bo to czas zimowej ciemnicy, często depresyjnej aury i innych nieprzyjemnych okoliczności. Nie znaczy to jednak, że nie kibicuję osobom, które podejmują noworoczne próby zmiany nawyków. Zawsze warto pracować nad sobą i ulepszaniem swojej codzienności. 
Oto więc kilka moich propozycji na plan zmian/postanowienia noworoczne. Oczywiście można je wykorzystać także w innym czasie, ale można też wdrożyć je, czyniąc użytek z energii, jaką daje ten symboliczny nowy początek, jakim jest pierwszy dzień roku. 
Ważna uwaga na początek: moim zdaniem lepiej jest nie stawiać sobie zbyt ambitnych celów i wprowadzać jednocześnie ostrych restrykcji w wielu dziedzinach ży…

Dziesięć lat z minimalizmem

Za długo mnie tutaj, na blogu, nie było. Powodów ku temu było wiele, nie będę po raz kolejny się tłumaczyć. Jeśli czytasz te słowa, prawdopodobnie chociaż trochę mnie lubisz, więc po prostu przepraszam cię za tę ciszę. Trudno wrócić po tak długiej przerwie, ale jest tylko jeden sposób, by tę trudność przełamać. Usiąść i napisać. 
Mija 10 lat od mojego pierwszego zetknięcia się z koncepcją minimalizmu. Nie sądziłam wtedy, że dekadę później będę go nadal stosować. Co więcej, nawet nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek poczuję się minimalistką. Od tamtego czasu bardzo wiele w moim życiu się zmieniło. Właściwie pod każdym względem na lepsze. Jeśli śledzisz mojego bloga lub kanał, znasz już dobrze historię tych zmian, nie będę więc tym razem opowiadać tej historii po raz kolejny. 
Nie zastanawiam się, co będzie za kolejne 10 lat. Jaka będę, gdzie i jak będę żyć? Tego nie wie nikt. Być może nie będzie mnie już wśród żywych. Tego też nie wiadomo. Nie ma to zresztą żadnego znaczenia dla teg…