Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z październik, 2010

Efekt halo

Będzie bardzo krótko, ale treściwie.
Przedstawiam Wam nowy blog o minimalizmie, założony poniekąd w odpowiedzi na moje zaproszenie.
Zgodnie z obietnicą przekazuję Autorce mój egzemplarz Waldena.

Jednocześnie zapowiadam, że przez parę dni nie będzie mnie w sieci. Do zobaczenia w pierwszych dniach listopada.
Trzymajcie się ciepło :)

Ja wysiadam

Dzięki jednemu z komentarzy do poprzedniego wpisu uświadomiłam sobie, że skupiając się na opisywaniu różnych praktycznych aspektów upraszczania życia, zapomniałam napisać, dlaczego tak bardzo mi na tym zależy. Nie chciałabym żebyście nabrali przekonania, że minimalizuję dla samego minimalizowania, że ważne jest dla mnie tylko to, żeby posiadać jak najmniej. Jedną z najważniejszych przyczyn, dla których weszłam na tę ścieżkę, był brak czasu. Żyłam w ciągłym pośpiechu, zobowiązań i zajęć przybywało, a ja byłam coraz bardziej sfrustrowana. I dlatego posłuchałam rady Leo Babauty i wypisałam sobie na kartce kilka osobistych priorytetów i stopniowo eliminowałam wszystkie sprawy i zobowiązania, które z tymi priorytetami nie miały nic wspólnego.

Minimalizm czy po prostu umiar i zdrowy rozsądek?

Jeśli trafiłeś/-aś tu po raz pierwszy, powiem tak: nie bój się minimalizmu. Jeśli się go boisz, może dzieje się tak dlatego, że kojarzy Ci się z ascezą lub abnegacją?
Tak sobie myślę, że dla wielu osób, które nie zetknęły się wcześniej z minimalizmem, sama nazwa może być odstraszająca. Mam wrażenie, że w języku polskim to pojęcie może wywoływać negatywne skojarzenia. Czasem nawet powiedzenie o kimś, że „taki z niego minimalista” może oznaczać, że ta osoba jest po prostu abnegatem.
Pojęcie minimalizmu ma swoje korzenie w kulturze starożytnej, był wtedy zasadą w teorii poznania. Później istniał także minimalizm w sztuce, literaturze, muzyce i architekturze. Nie o takim minimalizmie jednak tutaj mowa. Chodzi nam o postawę życiową.

Coś na ząb

Bardzo lubię jeść i gotować. A jeszcze bardziej piec, ale z pieczeniem mam malutki problem, bo słodycze jadamy w umiarkowanych ilościach, więc ewentualne wypieki muszę wynosić do pracy, żeby się nie zmarnowały. Za to gotuję regularnie, nawet wtedy, gdy Mąż wyjeżdża i zostaję sama na parę tygodni. Dość regularnie jadamy na mieście, ale największą wartość ma dla mnie domowe jedzenie, przyrządzone z sercem i pasją.
W poszukiwaniu inspiracji przeglądam więc kulinarne blogi, książki kucharskie, oglądam Kuchnię.tv, a jedyne czasopismo, które czytuję regularnie w wersji papierowej, to magazyn „Kuchnia”.
Takie zafiksowanie na temacie jedzenia zapewne zostało wywołane wieloletnim katowaniem się dietami, ale dobrze mi z tym (zafiksowaniem). Obserwacja zwyczajów kulinarnych jest też dla mnie najlepszą drogą do poznania obcej kultury, przecież jedzenie to jedna z najbardziej podstawowych potrzeb. Nieodłącznym składnikiem naszych podróży, po kraju i po świecie, są więc wizyty w rozmaitych lokalac…