Przejdź do głównej zawartości

Coś na ząb


Bardzo lubię jeść i gotować. A jeszcze bardziej piec, ale z pieczeniem mam malutki problem, bo słodycze jadamy w umiarkowanych ilościach, więc ewentualne wypieki muszę wynosić do pracy, żeby się nie zmarnowały. Za to gotuję regularnie, nawet wtedy, gdy Mąż wyjeżdża i zostaję sama na parę tygodni. Dość regularnie jadamy na mieście, ale największą wartość ma dla mnie domowe jedzenie, przyrządzone z sercem i pasją.

W poszukiwaniu inspiracji przeglądam więc kulinarne blogi, książki kucharskie, oglądam Kuchnię.tv, a jedyne czasopismo, które czytuję regularnie w wersji papierowej, to magazyn „Kuchnia”.

Takie zafiksowanie na temacie jedzenia zapewne zostało wywołane wieloletnim katowaniem się dietami, ale dobrze mi z tym (zafiksowaniem). Obserwacja zwyczajów kulinarnych jest też dla mnie najlepszą drogą do poznania obcej kultury, przecież jedzenie to jedna z najbardziej podstawowych potrzeb. Nieodłącznym składnikiem naszych podróży, po kraju i po świecie, są więc wizyty w rozmaitych lokalach gastronomicznych. Nie muszę więc chyba pisać, że jednym z moich idoli jest Anthony Bourdain?
W związku z takimi zainteresowaniami gromadzę znaczną ilość książek kucharskich oraz kartek z wydrukowanymi przepisami. Co począć, żeby kolekcja kulinarnej wiedzy nie przygniotła swoim ciężarem?
Podobnie jak w każdej dziedzinie życia od czasu do czasu trzeba dokonywać przeglądu zasobów i poddawać je krytycznej ocenie.

Książki kucharskie: używam ich coraz rzadziej, chociaż ich przeglądanie sprawia mi niezmiennie wielką przyjemność. Jednak w Internecie można znaleźć tak wiele wspaniałych kulinarnych blogów (ostatnio ulubione to Eat after reading, Trufla oraz White Plate), a w nich mnóstwo apetycznie wyglądających dań do wypróbowania, że żołądka i czasu nie starcza na gotowanie (i jedzenie) wszystkiego, co do głowy przyjdzie. Na półeczce z dziełami kulinarnymi pozostało kilka szacownych i ciekawych pozycji, lecz za to pozbyłam się wszystkich ładnie i kolorowo wydanych książek-gadżetów, z których nie skorzystałam nigdy od czasu zakupu, albo straciłam do nich zaufanie po pierwszym niezbyt udanym podejściu.
Przepisy wzięte z sieci oraz od rodziny i znajomych: po wydrukowaniu lądują w segregatorze, podzielonym zakładkami według kategorii. Okresowo przeglądane, te, które z takich czy innych względów nie weszły do stałego repertuaru, mają swoją drugą szansę jako makulatura.

No i wreszcie wspomniany magazyn „Kuchnia”. Rzadko wykorzystuję przepisy z niego, ale uważam go za niezłe źródło wiedzy o gotowaniu dla laika. I kocham go za fotografie. Nie mogę jednak pozwolić sobie na to, żeby po kątach zalegały mi sterty jakiegokolwiek, nawet najpiękniej wydanego, czasopisma. Jak sobie z tym radzę? Na początku roku przeglądam po raz kolejny wszystkie numery z zeszłego rocznika i bezlitośnie wyrywam z nich strony z artykułami, do których zamierzam jeszcze wrócić (osobny segregator). Reszta odbywa ekscytującą podróż do kosza na śmieci. Właściwie można by robić to zaraz po przeczytaniu danego numeru, lecz ja takiej selekcji dokonuję tylko raz w roku, ponieważ często wracam do starszych numerów. Po roku wiem już, których części nie potrzebuję. Myślę, że prędzej czy później trzeba będzie także przejrzeć ten segregator, w którym trzymam wyrwane artykuły, bo przecież nie wszystkie są naprawdę potrzebne.

A Wy, jak tam u Was z gotowaniem? I porządkiem na półeczce z przepisami?
Do tematu minimalizmu w kuchni i gotowaniu w najbliższym czasie wrócę jeszcze kilka razy (taki minicykl się szykuje). 

Komentarze

  1. rzadko zbieram przepisy.
    i wtedy po prostu trafiają do segregatora.

    miałam kiedyś pomysł na przygotowanie takiego specjalnego segregatora poświęconego kuchni polskiej, z podziałem na regiony- inaczej się jada na śląsku, inaczej na podlasiu, ale jak na razie to tylko plany. czasu brak.

    ale mam inne zainteresowania, w których co jakiś czas robię przegląd- i rzeczy, dop których nie wrócę- wtedy awansują do śmietnika.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam, pierwszy raz komentuję, choć od jakiegoś czasu czytam bloga z zainteresowaniem. Daleko mi do minimalistycznych ideałów, raczej staram się rezygnować z zakupów nowych rzeczy. Ale nie o tym :)

    Jeśli chodzi o kuchnię, to głównie gotuję z głowy, proste wegetariańskie przepisy. Czasem podpatrzę coś na jakimś blogu (a to nie zajmuje w ogóle miejsca!), czasem sama coś wymyślę i opisuję. Mam kilka niedużych, sprawdzonych książek, niekoniecznie z obrazkami. Powiem nawet, że te najlepsze właśnie nie mają obrazków. Mam też kilka książek o ziołach i przyprawach, bo uważam je za ciekawe do poczytania. Mam też zeszyt, w którym wpisuję przepisy od innych - tu głównie jakieś ciasta o skomplikowanych recepturach lub wyjątkowo udane sałatki :)

    Ale powyższy wpis natchnął mnie do tego, że być może sprzedam lub oddam kilka książek typu "albumowego", które nie dość, że zajmują najwięcej miejsca, to oferują najmniej przydatną treść.

    OdpowiedzUsuń
  3. tofalaria, sama wiesz, nikogo na siłę na minimalizm nie nawracam, bo to żadnego sensu nie ma, moim zdaniem zupełnie wystarczy zastanawianie się nad zakupami. Oraz pozbywanie się takich rzeczy, co to miejsce zajmują, a pożytek z nich niewielki (pomijając dzieła sztuki, ale z nich pożytek jest!). Więc Ty jak najbardziej się wpisujesz w ten nurt :) I cieszę się, że mogłam być źródłem natchnienia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziekuje za dobre slowo ;))Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Roczny post zakupowy

Bardzo potrzebowałam tak długiej przerwy w blogowaniu. Rozwijanie kanału na YouTube pochłania dużo wysiłku i uwagi, a wciąż wielu rzeczy muszę się nauczyć i nie wszystko jeszcze wychodzi mi tak, jakbym chciała. Jednak uczę się, a oglądających przybywa, od maja uzbierało się już ponad 600 subskrybentów i odbiór materiałów, które publikuję, jest pozytywny, co zachęca do dalszej pracy w tym kierunku.
Dałam sobie czas, by zdecydować, czy chcę nadal pisać bloga, a jeśli tak, jak to pisanie ma w przyszłości wyglądać. Wiem, że aby Wam czytało się dobrze to, co tworzę, nie mogę traktować blogowania jako obowiązku. Tylko wtedy, gdy będę pisać z wewnętrznej potrzeby i z przyjemnością, będzie to miało sens. 
Minęło kilka miesięcy. Wystarczająco dużo czasu, bym mogła spojrzeć z dystansem na to, w jaki sposób chcę kontynuować swoją internetową działalność. Doszłam do wniosku, że najlepiej będzie połączyć jej dwa rodzaje, tak, by się wzajemnie uzupełniały. Blog daje możliwość dokładniejszego wyjaś…

Sprzątanie zaczyna się w głowie

Nie jestem odkrywcza, twierdząc, że sprzątanie zaczyna się w głowie. Jak wiele innych procesów. Odchudzanie, wypoczywanie, zmiany.

Zacznijmy od jego postrzegania. Często przedstawia się sprzątanie jako czynności nielubiane i nużące. Niektórzy wręcz nim pogardzają i uważają za zajęcie niegodne. To chyba spuścizna czasów, gdy porządki były domeną kobiet oraz osób ubogich lub nisko urodzonych. Nadal zdarza się, że nie szanuje się osób, które zajmują się sprzątaniem zawodowo. Znam osobę, która zatrudnia panią do sprzątania domu wcale nie dlatego, że nie ma czasu, siły czy możliwości, ale dlatego właśnie, że uważa to zajęcie za poniżające, niegodne. 


Wielu ludzi nie lubi sprzątać, bo to ich zdaniem strata czasu, syzyfowa praca, którą trzeba zaczynać od nowa, gdy tylko się skończy. Jednak naturalnym jest, że próbuje się unikać tego,  czego się nie lubi. Opóźnia, robi byle jak, byle było. Szuka wymówek, by usprawiedliwić to, że znów miało się coś innego do zrobienia. 
Czym to grozi?  Tym, że …

Moje pierwsze 500+ i prezent dla czytelników

W listopadzie 2009 r. powstał pierwszy wpis na blogu, który wówczas nazwałam Minimalistka (w serwisie blox). Nosił tytuł Trudne początkii zaczynał się tak: Tytuł blogu jest nieco na wyrost. Nie jestem minimalistką. Może kiedyś będę. Staram się ograniczać liczbę posiadanych rzeczy, upraszczać swoje życie i otaczającą mnie przestrzeń, uczę się świadomie kupować. Dążę do wyeliminowania tego, co zbędne. Walczę z tendencją do gromadzenia przedmiotów i kupowania wciąż nowych rzeczy.  Minęło nieco ponad 8 lat i w tym czasie napisałam w sumie 500 wpisów, łącznie z dzisiejszym.
Gdy zaczynałam, nie miałam najmniejszego pojęcia, dokąd mnie to zaprowadzi. Czułam potrzebę dzielenia się swoim doświadczeniem, wrażeniami z przygody, jaką okazało się stosowanie minimalizmu w praktyce. Z czasem blog stał się zapisem różnych moich przeżyć i przemyśleń, a także relacją z procesu zmian w wielu dziedzinach życia.