Przejdź do głównej zawartości

Strach i poczucie winy

Dzisiejszy wpis powstał niejako na zamówienie, w odpowiedzi na jeden z komentarzy pod wczorajszą notatką o Waldenie. Uznałam, że temat jest zbyt obszerny na to, by poruszyć go tylko w komentarzu, tym bardziej, że jak wiem, takie wątpliwości trawią nie tylko Kasię. Wprawdzie taka tematyka już się tu i ówdzie w blogu pojawiała, chociaż nie w obrębie jednego wpisu, ale myślę, że warto bliżej przyjrzeć się tej kwestii. Chodzi o to, jak poradzić sobie z wewnętrznymi oporami przed wyrzucaniem i pozbywaniem się rzeczy.
Otóż Kasia, pisząc, że zaczyna wprowadzać zmiany w swoim życiu, dzieli się takimi spostrzeżeniami:
Pierwsza rzecz, którą trzeba zmienić, to powyrzucać zbędne rzeczy...i już na tym etapie mam problem... mam emocjonalną blokadę przed wyrzucaniem. Jak chcę coś wyrzucić, to słyszę głosy: nie wyrzucaj:
- to może to się jeszcze przydać,
- schowaj, niech leży, jeść nie woła,
- tyle to kosztowało,
- inni żyją w ubóstwie, a Ty wyrzucasz.
Jak się pozbyć poczucia winy, że wyrzucam coś, co jest dobre, ale mi się po prostu nie podoba? Jak się pozbyć lęku, że wyrzucę coś, co mi się za np. 3 mies. faktycznie przyda i będę musiała kupić. 
Nie mam zbędnych rzeczy komu oddać:
- ubrania próbowałam sprzedać na allegro, bez efektu,
- nie mam nikogo, komu mogłabym je oddać,
- szkoda mi działającą prostownicę, lokówkę, toster i inne rzeczy, których nie używam, wyrzucić na śmietnik.
Napisz proszę, jak sobie radzić emocjonalnie w wyrzucaniem i jak wyrzucać bez poczucia winy, bo tkwię w martwym punkcie. Zazdroszczę innym umiejętności wyrzucania... mi wpojono, że wyrzucanie to "grzech"..
Mnóstwo pytań i wątpliwości. Należy zacząć od tego, że wiele osób spotyka się z takimi problemami, nie tylko Kasia. Odważyłabym się wręcz stwierdzić, że to są właśnie powody, dla których większość z nas obrasta w przedmioty, a potem nie ma siły się ich pozbyć. Sama przez to przeszłam i na początku naprawdę nie było łatwo.
Mnie również wpojono, że wyrzucanie to grzech. W mojej rodzinie jest sporo osób o tendencjach do bycia chomikiem, do zachowywania wszystkiego na potem, bo się przyda, bo szkoda, bo fajne, bo tyle kosztowało. I pozbywają się przedmiotów tylko w ostateczności. Też taka byłam. Też słyszałam te wszystkie głosy i musiałam stawić czoła poczuciu winy.

Po pierwsze i najważniejsze: jestem przeciwna wyrzucaniu rzeczy (na śmietnik), zbyt wiele przedmiotów, które mogłyby jeszcze komuś posłużyć, ląduje tam przedwcześnie, co jest marnotrawstwem. Wyrzucanie to ostateczność. Uważam, że jesteśmy odpowiedzialni za rzeczy, które zaprosiliśmy do naszego życia, nie wolno nam ich tak po prostu wyrzucać, tylko dlatego, że nie mamy pomysłu, co z nimi zrobić.

Trzeba jednak odróżnić wyrzucanie (marnowanie) od pozbywania się przedmiotów. Pozbywanie się to znajdowanie nowego właściciela dla rzeczy. W ostateczności może to być instytucja, która wprawdzie zniszczy tę rzecz (np. przerobi stare ubranie na czyściwo do maszyn), ale nie zostawi jej, bezużytecznej, gdzieś na wysypisku. Przekazanie odpowiedzialności. Mogę pozbyć się przedmiotu, którego już nie używam, nie lubię, nie jest mi potrzebny. Co więcej, nawet powinnam się go pozbyć, bo jeśli leży u mnie nieużywany, marnuje się, a przecież mógłby jeszcze przydać się i sprawiać radość komuś innemu. Tym bardziej, że często te przedmioty, które dla nas nie mają większej wartości (z różnych powodów), mogą być dla innych bardzo przydatne i pożądane. To rodzaj recyklingu, darowanie przedmiotom kolejnego życia. A czasem nawet jeszcze kilku, jeśli osoba, którą obdarowaliśmy, sama z kolei przekaże przedmiot komuś innemu.

Rzeczy, które sama posłałam w świat, książki, ubrania, agd, drobne meble, służą nadal innym osobom i pewnie jeszcze długo będą służyć. Dostały drugą szansę. Nie czuję się więc winna, że się ich pozbyłam, bo są użyteczne i sprawiają innym przyjemność, której mnie sprawić nie miały już szansy.

Jak poradzić sobie z przekonaniem, że „to jeszcze może się przydać” oraz lękiem, że za parę miesięcy będziemy zmuszeni do kupienia sobie takiej rzeczy, którą wcześniej oddaliśmy czy sprzedali? Trzeba sobie uświadomić, że to co nami kieruje, to strach. Ludzie lubią być przygotowani na każdą ewentualność, potrzebują poczucia bezpieczeństwa. Lubią myśleć, że mają ubranie na każdą okazję i pogodę, narzędzie do naprawienia każdej usterki, książkę czy plik tekstowy na każdy potrzebny temat, odpowiednio duży samochód, żeby w razie czego dowieźć nim do szpitala rodzącą sąsiadkę, mieszkanie czy dom, który pomieści wszystkich potencjalnych krewnych i gości oraz wszystkie rzeczy potrzebne nam na każdą możliwą okazję. Potrzebujemy czuć się zabezpieczeni na wszystkich frontach, nie chcemy zostać nagle zaskoczeni przez nieprzewidziane okoliczności.

Lecz nie jesteśmy (nikt nie jest) w stanie przewidzieć wszystkich możliwych sytuacji, które mogą nas zaskoczyć. Nie ma jednak sensu zamęczać się zastanawianiem się, co może nam się przydarzyć ani zamartwiać się tym. Trzeba żyć teraźniejszością, tu i teraz, bo nie wiemy, czy jutro w ogóle nadejdzie. Dlatego przechowywanie przedmiotów, których już od dawna nie używamy, w obawie, że jeszcze kiedyś będą potrzebne, nie ma najmniejszego sensu. Jeśli nieprzewidziane okoliczności nadejdą, wtedy będziemy się zastanawiać, jak reagować.

Jeśli jednak mamy takie podejrzenie, że dana rzecz może jednak naprawdę nam się jeszcze przydać, jest sposób, by poradzić sobie z tym lękiem. Metoda „przechowalni”. Pakujemy wszystkie te rzeczy, co do których mamy wątpliwości, do pudła czy też worka (lub pudeł i worków...) i oznaczamy je datą odległą o, dajmy na to, sześć miesięcy. Maksymalnie dwanaście. A następnie chowamy te pudła/worki w jakimś stosownym miejscu (nie „pod ręką”), w piwnicy, na strychu, na pawlaczu. Jeśli nie mamy miejsca, wywozimy do rodziny z dużym garażem. Rzecz w tym, żeby dostęp do nich był możliwy, ale utrudniony. Po upływie wyznaczonego czasu, jeśli w międzyczasie żaden z ukrytych w ten sposób skarbów nie okazał się jednak potrzebny, pozbywamy się całej zawartości rzeczonego pudła lub worka.

Idźmy dalej: „niech leży, jeść nie woła”. Często mamy złudne przekonanie, że przechowywanie rzeczy we własnej szafie nic nas nie kosztuje, więc mogą sobie leżeć, bo przecież w niczym nie przeszkadzają. Ale przecież naszej przestrzeni życiowej nie mamy za darmo (poza nielicznymi wyjątkami, przychodzą mi do głowy tylko bezdomni). Płacimy czynsz, kredyty za mieszkanie, rachunki za energię, gaz, wodę. Musimy sprzątać, dbać o tę przestrzeń. Ona nie jest darmowa! Za miejsce na półkach też płacimy, tylko tego nie zauważamy. Przestrzeń „magazynowa” naszych piwnic i garaży też ma swoją wartość. A najcenniejszym skarbem jest czas, który poświęcamy  na sprzątanie, układanie, segregowanie, czyszczenie rzeczy. One „wołają jeść”, bo wymagają naszej uwagi, zajmują nasze myśli i czas. Każda z osobna niewiele, ale razem? O wiele, wiele więcej.

Argument „tyle to kosztowało” potrafi boleć. Bardzo szkoda pozbyć się rzeczy, za którą sporo zapłaciliśmy. Lecz czy zatrzymując ją, w jakiś sposób unikamy straty? Strata już nastąpiła, bo zapłaciliśmy dużo za coś, co nie jest nam potrzebne albo nigdy potrzebne nie było. Tego nie da się odwrócić. Trzeba sobie powiedzieć „trudno”, ale nie ma co się tym dręczyć. Co się stało, to się nie odstanie. Teraz czas zastanowić się, co zrobić, żeby jednak komuś te wydane pięniądze posłużyły...

I tak dochodzimy do ostatniego argumentu: tyle osób żyje w ubóstwie, a Ty pozbywasz się rzeczy! Między tymi dwoma sprawami brak logicznego powiązania i jedyne, do czego takie rozumowanie prowadzi, to poczucie winy. Tak samo jak: zostawiasz jedzenie na talerzu, a przecież biedne dzieci w Afryce umierają z głodu. W jednym i w drugim przypadku nie odpowiadam ani za ubóstwo innych, ani za głód na innym kontynencie. I w obu przypadkach, jeśli odczuwam taki przymus moralny, mogę starać się w jakiś sposób pomagać potrzebującym. Lecz nie mogę nieszczęścia innych traktować jako pretekstu do tego, by nie porządkować swojego życia i nie podejmować odpowiedzialności za swoje wybory. Jeśli mam za dużo rzeczy, to znaczy, że muszę nauczyć się rozsądnie kupować. Jeśli nie mogę zjeść tego, co mam na talerzu, to znaczy, że muszę nauczyć się nakładać sobie mniej, tyle, ile potrzebuję do zaspokojenia głodu.

Co począć z nadwyżkami? Jedzenie możemy zapakować do pudełka i zjeść potem, gdy będziemy głodni. Z rzeczami jest nieco inaczej, zostawianie na potem nie rozwiązuje sprawy.
Cóż, to akurat nie jest łatwe, nieraz wymaga sporo wysiłku. Jeśli nie udaje się danego przedmiotu sprzedać, co bywa trudne, trzeba znaleźć kogoś, kto zechce wziąć go za darmo. I tutaj właśnie zachodzi ciekawe zjawisko: na hasło:  ZA DARMO wiele osób reaguje bardzo pozytywnie. Trzeba więc pytać znajomych, krewnych, koleżanki i kolegów w pracy, ale od razu podkreślać, że ZA DARMO chcemy pozbyć się takiej czy innej rzeczy, bo nie jest nam już potrzebna, bo nie mamy miejsca itp. Prędzej czy później znajdzie się chętny. I jeszcze będzie zadowolony.

Nauka pozbywania się niepotrzebnych rzeczy jest trudna tylko na samym początku. Trzeba zracjonalizować nasze lęki, zobaczyć je we właściwym świetle. Potem łatwiej poradzić sobie z emocjami, gdy wiemy już, że nic strasznego się nie stało po wielkiej czystce w garażu. Z czasem nabieramy też wprawy w szybkim ocenianiu rzeczywistej przydatności otaczających nas przedmiotów.

Cała ta gimnastyka z pozbywaniem się rzeczy ma jednak swoje dobre strony: im trudniej przychodzi nam pozbywanie się przedmiotów, tym ostrożniejsi jesteśmy potem przy kolejnych zakupach. Nie będziemy już tak lekkomyślnie nabywać nowych skarbów, gdy przekonamy się, ile czasu i wysiłku kosztuje pozbycie się tych, które nie są nam już potrzebne.

Trzymam kciuki za Kasię i za inne osoby, które borykają się z takimi problemami. Jeśli macie jakiekolwiek pytania, zawsze chętnie na nie odpowiem. Miło mi, że mogę dzielić się swoimi doświadczeniami z innymi.

Komentarze

  1. Trochę przydługi, to fakt, ale temat moim zdaniem jest naprawdę ważny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciągle jestem na początku tej drogi. Zaczęłam od nie kupowania. Kupuję tylko to, co niezbędne i 10 razy się zastanowię, czy mi to naprawdę jest potrzebne...

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam Ponownie. Wpisy mi się strasznie podobają i dają wiele do myślenia. Przyznam się że z niecierpliwością czekam na każdy nowy wpis by go przeczytać po kilka razy.
    Dość ciekawe spostrzeżenie pojawia się w tym wpisie. Czystka w plikach. Swego czasu byłem osobą, która miała masę zainstalowanych programów, pełno plików. Ostatnimi czasy zrobiłem taki remanent w plikach, że zostały mi tylko zdjęcia i jakieś tam pozostałości. Na każdym kroku staram się wprowadzać w życie minimalizm.
    Lecz czasem pojawia się problem. Oprócz mojej drugiej połowy, która nie przepada za wyrzucaniem starych rzeczy itp. Sam łapię się na tym, że u mnie czasem zakup nowej rzeczy mnie tak omami że jestem jak w letargu.
    Podam przykład z życia ostatnich dni. Oprócz minimalizmu staram się być oszczędny, lecz nie powiem lubię czasem zobaczyć dobry film i coś dobrego zjeść. A na to pieniędzy ani czasu mi nie szkoda.
    Co do przykładu, posiadam duży telewizor który był zawsze moim marzeniem, do tego tv sat z dużą ilością kanałów HD (a i nie siedzę non stop przed tv) chcę mieć zawsze możliwość wyboru dobrego programu np. Discovery. I teraz czytający pomyśli ten się chwali-a właśnie że nie, chcę tylko pokazać co lubię w życiu. Te dwie sprawy sprawiają mi przyjemność.
    Lecz ostatnio zostałem totalnie zmanipulowany przez wszechogarniające media-kupiłem konsolę PS3. I po dosłownie dwóch dniach mi się znudziła. Leży i mnie denerwuje.
    Cały mój minimalizm i spokój ducha oraz oszczędność wzięły w łeb.
    To wszystko czasem sprawia że człowiek się zniechęca.
    Sam nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje.

    Mam nadzieje że tobie to idzie lepiej i nie masz takich głupich zachcianek z którymi czasem nie wiadomo co zrobić. Szkoda wyrzucić a sprzedam ze stratą. ale jak to mówią za błędy się płaci.
    Dla porównania moja druga połowa wychodzi z założenia że jak już coś się kopiło to może stać, jeść nie woła. Nie ważne że zaczyna zbierać kurz.
    Dziękuję za tak dobre wpisy.
    Przepraszam za troszkę przydługawy i nieskładny wpis, lecz mam nadzieje że zrozumiałaś o co mi chodzi.

    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo treściwie wszystko opisałaś. Ja jeszcze dodam przykład z mojego życia który pokazuje ile warte jest gromadzenie. Moja babcia była typową zbieraczką, wszystkiego miała po kilka sztuk, stosy rzeczy leżały poupychane w szafkach i schowkach. Po jej śmierci mieszkanie zmieniło właściciela i trzeba było opróżnić je w krótkim czasie. Co się wtedy okazało? W szafkach leżały rzeczy owszem sprawne, ale przestarzałe, np radyjka, lokówki. Wszystko to było teraz nieprzydatne, a za życia nigdy nie zostało wykorzystane, choć powinno! Teraz nie było to już nic warte.

    Jeśli są opory z wyrzucaniem rzeczy, a nie mamy czasu na znalezienie innego sposobu, wystarczy zapakować je w pudełka i postawić obok śmietnika, ktoś na pewno się nimi zajmie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ajko, serdecznie dziękuję za wpis :) Nie sądziłam, że tak szybko się pojawi :)

    1. Przeczytałam go uważnie, myślę, że teraz sprzątając przywołam powyższe logiczne argumenty.
    Będę sobie powtarzać np. stratę poniosłam gdy kupiłam prostownicę i jej nie używam, a nie teraz gdy ją teraz komuś oddam.

    2. Chyba masz rację, że problem u mnie polega też na tym, że chciałabym wszystko oddać, wyrzucić od razu. Wpadam w błędne koło: 1. wyrzucić toster - szkoda, 2. poszukać kogoś kto go weźmie/kupi - zajmie czas 3. Finał lenistwa i poczucia winy - toster leży w szafie.
    Ale dosyć z tym - na trojmiasto.pl przejrzałam ogłoszenia przyjmę - faktycznie łatwo znaleźć nabywców na niepotrzebne rzeczy.

    3. Szukałam na innych blogach wpisów o tej tematyce, ale żaden nie traktuje tej tematyki tak wyczerpująco jak powyższy. Trochę mnie to dziwi, bo tak jak Ty "Uważam, że jesteśmy odpowiedzialni za rzeczy, które zaprosiliśmy do naszego życia, nie wolno nam ich tak po prostu wyrzucać, tylko dlatego, że nie mamy pomysłu, co z nimi zrobić."

    4. Mam też podobny problem jak Bartosz - co zrobić gdy druga połówka nie chce wyrzucać starych rzeczy? Czy minimalista i chomik mogą znaleźć kompromis i "żyć długo i szczęśliwie"

    Pozdrawiam serdecznie
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeśli chodzi o oddawanie rzeczy to jeśli znajomi nie chcą wystawiam ogłoszenie w necie na lokalnej stronie (w moim przypadku trojmiasto.pl), że oddam coś za darmo lub np. tabliczkę czekolady. W ciągu kilku godzin ktoś się odzywa, przyjeżdża i na następny dzień już mam tą rzecz z głowy. Dla mnie to najwygodniejszy z możliwych sposobów. Poza tym miło jest widzieć, że to co dla mnie było śmieciem, dla kogoś jest skarbem.

    OdpowiedzUsuń
  7. myślę, że strach ma wielkie oczy ;-)

    fakt, że właśnie chwilami aż strach zacząć- bo się za coś zapłaciło kupę kasy...
    ale jeżeli my z tego nie skorzystamy- to można znaleźć kogoś kto skorzysta.

    np. ja nadmiar książek oddałam osobie, która absolutnie nie zamierza uprawiać minimalizmu książkowego ;-)

    co do ubrań- czy rzeczy innych.
    część poszła do dziewczyn szafiarek, a część bezpośrednio do caritasu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ajka ja bym chętnie poczytała o przywiązaniu do rzeczy tzn. rozwinięciu tego "zapraszamy rzeczy do naszego życia". Dla mnie sam fakt tego że coś dla mnie ważnego miałam przez jakiś czas oznacza, ze to jest moje na zasze nawet jeśli to oddam. Nigdy nie mam z oddawaniem i wyrzucaniem kłopotu. Ale chciałabym poznać Twój punkt widzenia bo zupełnie go nie rozumiem, natomiast często spotykam ludzi z takim podejściem i chciałabym umieć z nimi rozmawiać.

    OdpowiedzUsuń
  9. JA też miałam kiedyś problem z wyrzucaniem lub oddawaniem przedmiotów.Byłam pewna, że chcę się części z nich pozbyć, ale wydawało mi się, że brak mi czasu, żeby się zastanowić, które są mi naprawdę potrzebne a które nie. W końcu zdesperowana postanowiłam wyrzucać po jednej rzeczy dziennie. Zaczęłam, z tego co pamiętam od błahostek- przedterminowych kosmetyków lub coś podobnego ! Żadna rewolucja ! Ale potem nastąpił efekt kuli śnieżniej :)!

    OdpowiedzUsuń
  10. Moja babcia także uwielbiała zbierać..zbierała przez całe życie komplety ręczników, pościeli itp.Jak wielkie zdziwienie jej było kiedy decydując się przekazać dobytek usłyszała, że nikt nie jest zainteresowany...
    Już kiedyś pisałam, że minimalizm wymaga pewnej konsekwencji ale i umiejętności bycia głuchym na głosy z zewnątrz. Najczęściej oprócz głosów w naszej głowie dochodzą te od innych osób, które ciężej przezwyciężyć. Chyba najlepiej uświadomić sobie po co to robimy, po co wyrzucamy, co nam to daje.Pewność tego do czego dążymy pozwoli nam mniej zwracać uwagę na te właśnie głosy zaś bardziej skupić się na celu. Ann

    OdpowiedzUsuń
  11. Cieszę się, że trafiłam na Twojego bloga. Uświadomiłam sobie dzięki niemu że też jestem minimalistką, tylko rodzina, media i otoczenie zagłuszyły to we mnie. Mój mąż też skłania się ku minimalizmowi. Zdecydowalismy, ze a takim duchu chcemy wychować naszego syna. I bardzo podoba mi się ,etoda "przechowalni" bo z domu rodzinnego wyniosłam przekonanie, że (dosłownie) wszystko może się kiedyś przydać;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Biurowa, najważniejsze są pierwsze kroki, później jest z górki. Więc najtrudniejsze masz już za sobą :)
    Bartosz, po raz kolejny dziękuję za miłe słowa, bardzo mnie to cieszy, że moje pisanie jest innym potrzebne. I dziękuję za tak obszerne komentarze, dzięki temu wiem, o czym warto pisać i jakie tematy są Wam potrzebne. Bardzo jasno się wyrażasz, wiem, o co Ci chodzi.
    Zapewniam Cię, że głupie zachcianki też mi się zdarzają, przy tej ilości reklam, które nas otaczają oraz przy rozlicznych modach na coraz to nowe gadżety, w ogóle przy całej tej obfitości nowych i pięknych rzeczy naokoło wciąż mam jakieś pokusy. Wszyscy chyba mamy. Rzecz w tym, żeby się od razu tym pokusom nie poddawać, tylko dać sobie czas na zastanowienie, żeby ocenić, czy dana rzecz naprawdę nam się przyda, czy jest tylko przelotną zachcianką, kaprysem, który szybko przeminie. Dlatego warto wszystkie plany zakupowe wpisywać sobie na listę i wprowadzić zasadę odczekiwania odpowiedniego czasu, zanim podejmnie się decyzję o zakupie (np. miesiąc). Zapewniam, że to działa, gdy upłynie parę tygodni, zachcianki idą w zapommnienie, a rzeczy naprawdę potrzebne nadal są potrzebne. Spróbuj następnym razem tej metody :) Bo zachcianki można mieć, nie należy im tylko ulegać tak łatwo...
    Doświadczenie z zakupem konsoli możesz potraktować jako nauczkę, pouczające doświadczenie na przyszłość, ostrzeżenie przed pochopnymi zakupami.

    OdpowiedzUsuń
  13. Haeffect, stawianie przy śmietniku to też dobra metoda, czasem przyczepiam też karteczkę "sprawny, do zabrania" itp., żeby było wiadomo, że to nie śmieć :)
    Natomiast co do przywiązania do rzeczy, nie wiem, czy dobrze Cię zrozumiałam i czy jestem właściwą osobą. Ja nie mam i nie miałam nigdy problemu z dawaniem, wręcz przeciwnie, sprawia mi wielką przyjemność. Nie sprzedałam chyba żadnej z rzeczy, których chciałam się pozbyć, bo wolę obdarowywać nimi ludzi, którzy ich bardziej ode mnie potrzebują.
    Dla mnie problemem było nauczenie się właściwej oceny przydatności danej rzeczy dla mnie. To mnie blokowało. Nauczono mnie, że wszystko może się przydać i że należy magazynować rzeczy na wszelki wypadek, dlatego nie pozbywałam się ich. Kiedy jednak zaczęłam krytycznie podchodzić do tej kwestii, reszta poszła sama. Gdy już zrozumiałam, że te wszystkie rzeczy, których tak kurczowo się trzymałam, nie są mi naprawdę potrzebne, oddanie ich komu innemu było bardzo łatwe. Nie wiem, czy trochę wyjaśniłam, na czym polega problem?
    Nie miewam też zahamowań z gatunku: tyle to kosztowało, nie mogę się tego pozbyć, bo to drogie. Jeśli mi nie potrzebne, nieważne, ile jest warte, ważne natomiast, żeby komu innemu się mogło przydać.
    Dla mnie z kolei nawet najbardziej ulubiona rzecz przestaje być "moja" w chwili, gdy przekazuję ją innej osobie. Nie odczuwam z nią żadnego związku.
    Nie czuję do końca, co dla Ciebie w moim podejściu jest niezrozumiałe, pytaj więc dalej, jeśli to nie jest dość jasne :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Kasiu, to ja Ci dziękuję, zadajesz dobre pytania. co dla mnie jest bardzo inspirujące.
    Na temat współżycia z osobami o nieminimalistycznym podejściu wpis już niebawem, to bardzo istotna kwestia i wiele osób o nią pyta.
    Patrycjo, ja też lubię to uczucie. Fajnie widzieć, jak zbędne mi przedmioty dostają kolejną szansę.
    Verónico, tak, nie ma czego się bać, bo nawet jeśli na początku zgromadzona ilość skarbów może onieśmielać, to potem okazuje się, że nie było aż tak trudno się z nimi zmierzyć.
    eska18.live, bardzo dobra metoda, dobrze, że o niej przypomniałaś, czasami małymi kroczkami też można bardzo daleko zajść.
    Ann, masz rację, najważniejsza jest konsekwencja. Myślę, że osoby, które dopiero zaczynają porządkować swoje życie, muszę się właśnie tej konsekwencji nauczyć.
    Anonimowy, miło mi :) W moim domu było podobnie, dlatego chyba na zasadzie odbicia sama tego unikam. Uważajcie, żeby Wasz syn na tej samej zasadzie nie został "chomikiem" ;-)

    OdpowiedzUsuń
  15. Witam,
    Droga Ajko, trafiłam na Twój blog dokladnie tydzień temu, miałam urlop i szukałam inspiracji aby zrobić sobie szafę w pigułce - jak Gok każe :)
    Bardzo podoba mi się Twój styl pisania "do ludzi" czuje się jakbyś pisała bezpośrednio do mnie, więc przeczytałam właściwie wszystko. No i Kobieto masz przede wsztystkim świetnie poukładane w głowie, jeśli mogę się tak wyrazić, co od razu porządkuje moje myśli, priorytety, no prawie szafę też.
    Szafa to moja pięta achillesowa, muszę się z nią zmierzyć. Uzbierałam niemierzalny zbiór, mam wrażenie że nic do niczego nie pasuje, i zbieram siły aby stać się panią sytuacji - własnej szafy.
    Czytając Ciebie i Twoich komentatorów przypomiało mi się ze szkoły, że CENA to nie to samo co WARTOŚĆ. Nawet jeśli coś dużo kosztuje to nie znaczy że jest wartościowe, prawda? :)
    Od tygodnia czuję, że trafiłam do swoich.
    Pozdrawiam, Ania73

    OdpowiedzUsuń
  16. Ajka. Dziękuję Ci za tak wspaniałe słowa przesłane dla mnie. Jestem bardzo wdzięczny za te sugestię. Oczywiście mam nauczkę na przyszłość z ta konsola. Staram się przeforsować na mojej drugiej połowie sprzedanie tego na aukcji, czyli pozbędę się balastu a jeszcze może odzyskam troszkę grosza. Oczekuje strasznie na twój wpis dotyczący radzenia sobie z druga połową nie minimalistyczną. Dziękuję i Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
  17. Aniu, bardzo mi miło, cieszę się, że moje zapiski mogą być inspiracją dla innych. I że czujesz się tu wśród swoich.
    Zapanowanie nad szafą na pewno pójdzie Ci świetnie i da Ci ten proces wiele satysfakcji.
    Słuszna uwaga co do różnicy między ceną a wartością, dobrze o tym pamiętać.
    Bartosz, myślę, że rozwiązanie ze sprzedażą na aukcji jest całkiem rozsądne, może faktycznie uda Ci się odzyskać chociaż część wydanych pieniędzy. Trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  18. Sprzedaję wszystko na allegro lub gumtree. Niektóre rzeczy które określam jako "graty" osiągają super ceny. Inne, niby wartościowe, markowe, świetny stan - idą za złotówkę. Jestem zadowolona i błogosławię każdego Kupującego, bo nauczyłam się, że to, co bezwartościowe dla mnie może mieć dużą wartość dla innej osoby.
    Aspekt finansowy także mnie zachęca :-)

    OdpowiedzUsuń
  19. Już wszystko rozumiem, to wcześniej Cię nie zrozumiałam. Napisałaś, że opiekujemy się pzredmiotami w ciagu naszego życia i do tego nie umiałam się odnieść, ale z Twoich wyjaśnień wynika, że myślimy po trosze albo nawet bardziej podobnie :) Choć ja jestem prawie taka jak Thoreau ;) dziękuję za książkę, jakbym czytała swoje myśli, nawet nie wiedziałam że ze mnie taki straszny ortodoks ;D

    OdpowiedzUsuń
  20. Ale wiesz co? Dla niego ludzie średnio się liczyli, dla mnie są najważniejsi :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Anonimowa, super, że w ten sposób udaje Ci się znaleźć nowych właścicieli dla swoich rzeczy i jeszcze dostać za to trochę pieniędzy.
    haeffect - wiedziałam, że się polubicie z panem Thoreau :) Ale faktycznie, masz zupełnie inne podejście do ludzi niż on, i chwała Ci za to :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Bardzo motywujący wpis,ale nie będę się rozpisywać polecam tylko stronkę http://gratyzchaty.pl/index.php gdzie można umieścić ogłoszenie i oddać potrzebującym wszystko co zalega w waszych szafach i domach-od mebli po próbki kosmetyków,może komuś się przyda.

    OdpowiedzUsuń
  23. Potrzebuję chwilowo mentalnego wsparcia! Otóż rozpoczęłam wielkie porządki (już jakiś czas temu) z dobrym skutkiem sprzedając to i owo na allegro. Nagle na scenę wkroczyli rodzice (którym kiedyś nieopatrznie podałam nasz wspólny, mój i męża, nick na tym portalu). I się zaczęło... "A czemu sprzedajesz tę piękną rzecz?" " A czemu chcesz się pozbyć tego, przecież możesz żałować?" Mam wrażenie, że obserwują moje aukcje baczniej niż ja sama ;) "Jesteś w ukrytej kamerze"!

    Na razie odpieram pojedyncze ataki i robię swoje!

    No, masakra, mówię Wam :) Konspiracja to podstawa.

    OdpowiedzUsuń
  24. Tofalaria, nie daj się, dzielna bądź! Na pewno dasz radę. Ale faktycznie, bardzo nieostrożnie dałaś się namierzyć :) Cóż, teraz będziesz musiała się tłumaczyć, ale jestem pewna, że podołasz temu wyzwaniu :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Minus pozbywania się rzeczy jest taki, że czasami trzeba sporo się natrudzić, żeby czegoś się pozbyć, nawet jeśli jest za darmo.

    OdpowiedzUsuń
  26. zmagam się z tym problemem! Wszystkie wątpliwości wyłauszczone powyżej są moim udziałem:( Mam nadzieję, że uda mi się je przezwyciężyć...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…