Przejdź do głównej zawartości

Ekologia to nie fanaberia

Wróćmy do ekologii, nie lubię zostawiać niedokończonych tematów. Ostatnio opublikowałam gościnny wpis Olgi, Autorki blogu Ekomania. Poprosiłam ją, by opowiedziała o ekologicznych aspektach minimalizmu. W komentarzach zapytano mnie, czy „mam skrajnie ekologiczne zapędy”.


Nie, ani trochę. Zdaję sobie sprawę, że często moje zachowania i wybory bywają mocno nieekologiczne, że wiele jeszcze mogę zrobić w tej sprawie.

Ale myślę o tym często, zastanawiam się, co mogłabym w swoim życiu zmienić, żeby mniej szkodzić środowisku. 
Wiecie, że daleko mi do skrajności w jakiejkolwiek dziedzinie. Zawsze namawiam do umiaru, rozwagi i zachowania zdrowego rozsądku w każdej kwestii. Podobnie jest w dziedzinie ekologii. 
Jednak na podstawie własnej obserwacji mogę stwierdzić, że większość osób w moim otoczeniu nie tylko jest jak najdalsza od ekologicznych skrajności, lecz w ogóle nie zastanawia się nad sprawami ekologii (poprawnym określeniem na naukę o ochronie środowiska jest sozologia, lecz użycie słowa ekologia w tym znaczeniu bardzo się rozpowszechniło, więc tak będzie wygodniej). 

Jednak tytułem wprowadzenia i wytłumaczenia, czemu tematyka ekologii jest mi szczególnie bliska, na początek będzie nieco szczegółów autobiograficznych, typu „jak to drzewiej bywało”. Czasy może nie prehistoryczne, ale być może dla części Czytelników dość już odległe. Zbliżam się do czterdziestki, mówimy więc o okresie jakieś trzydzieści parę do dwudziestu lat temu….

Wychowywałam się na wsi. Mieszkaliśmy w starym domu otoczonym sporym ogrodem. Warunki były, patrząc z dzisiejszej perspektywy, surowe. Brak dostępu do wodociągu i kanalizacji, brak łazienki, ogrzewanie piecami kaflowymi. Wysokie pomieszczenia, nieszczelna stara stolarka okienna, więc w zimie zdarzało się, że nad ranem w kuchni znajdowaliśmy zamarzniętą wodę w miednicy... Dom był zakwaterowaniem służbowym, nie można było więc wprowadzić w nim większych zmian. Moim rodzicom raczej się wtedy nie przelewało, zresztą mało komu dobrze się wtedy powodziło. Tata nauczyciel, Mama przez dobrych parę lat nie pracowała zawodowo, gdy byłyśmy małe. Nieźle czasem musieli się natrudzić, żeby związać koniec z końcem. 
Teraz widzę, że właśnie wtedy (do wieku mniej więcej 15 lat) żyłam w bardzo ekologiczny, minimalistyczny i „frugalistyczny” sposób, chociaż nie z wyboru, lecz z konieczności.

Zdrowa żywność – jak najbardziej, głównie z własnej hodowli i uprawy, czasem z jakiejś sąsiedzkiej wymiany. Mleko prosto od krowy, przynoszone od sąsiadki w emaliowanej bańce. Część produktów żywnościowych oczywiście się kupowało, ale część mojego dzieciństwa to czasy żywności na kartki, były więc pewne ograniczenia. Na przykład cukier, Mama oduczyła się słodzić herbatę i kawę, żeby móc piec ciasta dla dzieci.
Jedliśmy lokalnie i sezonowo. Nie jadło się świeżych pomidorów ani truskawek w zimie, cytrusy były bardzo rzadkim luksusem. Na wiosnę czekało się niecierpliwie na pierwszą zieleninę, potem na truskawki, a potem na całą resztę…
Brak łazienki, bieżącej wody i kanalizacji oznaczał konieczność wydobycia każdego litra wody ze studni i przeniesienia go w wiadrach do domu (również w zimie). Codzienna toaleta ograniczała się więc do mycia w misce. Porządna kąpiel w blaszanej wannie była rytuałem cotygodniowym, wtedy myło się też głowę. Naniesienie i zagrzanie tej ilości wody nie było łatwe, więc kąpaliśmy się w tej samej wodzie po kolei (najpierw dzieci, potem Rodzice).
Mycie naczyń odbywało się w dwóch miskach, też wymuszało więc oszczędne zużycie wody. Pranie we Frani, suszenie na sznurach.
Nie będę tu rozpisywać się na temat uroków życia bez toalety ze spłuczką oraz tzw. wygódki na zewnątrz domu. Spartańsko i czasem mocno niewygodnie, kto próbował, ten wie. Pozostałym pozostaje wyobraźnia.
Energia elektryczna: o wiele mniej było urządzeń na prąd, często zdarzały się też długotrwałe przerwy w dostawie energii, więc czasem trzeba było spędzić wieczór przy świecach i lampach naftowych.

Śmieci: właściwie nie były problemem. Mało było opakowań z tworzyw sztucznych, zwykle wykorzystywało się je ponownie, do różnych celów: woreczki foliowe do przechowywania, plastikowe kubeczki na rozsady roślin, większość opakowań szklanych była zwrotna, więc wracały do sklepu. Gazety oddawało się na makulaturę (czasem używało do ... innych celów), papierowe opakowania służyły za podpałkę do pieca. Nikomu nie przyszłoby do głowy wyrzucić słoika, bo przecież potrzebne były na zaprawy na zimę. Mama robiła tych zapraw naprawdę sporo, jakoś trzeba było przetrwać do wiosny i świeżych warzyw i owoców. 
Nic się nie marnowało, nie wyrzucało się jedzenia, a wszelkie resztki i odpady organiczne służyły albo do karmienia zwierząt (np. kur), albo lądowały „na kompoście”, czyli w kompostowniku.
Zniszczone ubrania służyły za ścierki, znoszoną dzianinę pruło się i dziergało z niej na nowo. Wiele rzeczy się przerabiało, bo skoro o wszystko było trudno, jakoś trzeba było sobie radzić.
Żyło się skromnie, to fakt. Jednak wspominam dzieciństwo jako bardzo szczęśliwe, chociaż pewnie nie zawsze łatwe. Większość trudów egzystencji spadła na moich Rodziców, im pewnie nieraz było bardzo ciężko. Chociaż też wspominają tamte czasy z uśmiechem. Nie byliśmy przecież odosobnieni, w innych domach we wsi były bardzo podobne warunki. 
Gdy przeprowadziliśmy się do własnoręcznie przez Rodziców wybudowanego domu (miałam wtedy 14 lat), to było już zupełnie inne życie. Gwałtowny skok cywilizacyjny. Przede wszystkim łazienka, z bieżącą wodą! I z prawdziwą wanną! Tyle minęło już lat, a nadal cieszę się jak dziecko z tego, że mogę brać prysznic i mam ciepłą wodę w kranie, pewnie do końca życia mi tak zostanie. Za nic nie chciałabym już mieszkać w takich warunkach, przede wszystkim bez bieżącej wody i kanalizacji. Dobrodziejstwa cywilizacji, których nie mogę się nachwalić.
Czemu snuję takie rzewne opowieści? Nie po to, by Was rozczulić bukoliczną historią o chacie za wsią.  Raczej, by przypomnieć, że jeszcze nie tak dawno życie wyglądało zupełnie inaczej. W tamtych czasach żyło się w sposób o wiele bardziej przyjazny dla środowiska, blisko natury, zgodnie z jej rytmem, lecz nie było to bynajmniej powodowane względami ideologicznymi, lecz praktycznymi. Życie samo wymuszało oszczędność, racjonalne wykorzystanie zasobów, recykling odpadów.
Jednak w stosunkowo krótkim czasie warunki naszego funkcjonowania uległy zasadniczej zmianie. Obecnie mamy do czynienia z sytuacją całkowicie przeciwną. Tak zwany przeciętny obywatel żyje w sposób całkowicie oderwany od natury i jej rytmu. Nie zastanawia się raczej nad wpływem swoich zachowań na środowisko. Obfitość i dostępność artykułów konsumpcyjnych, łatwy dostęp do wody, energii i innych zasobów naturalnych nie sprzyjają ich racjonalnemu wykorzystaniu, wręcz przeciwnie, prowadzą do marnotrawstwa. Dbałość o środowisko nie jest już naturalnym odruchem. Wymaga wiedzy i wysiłku. Wygodniej jest nie martwić się o konsekwencje naszych wyborów, po prostu konsumować i produkować kolejne śmieci. Nie musimy się już sami o nie martwić, nie uważamy ich więc za swój problem.
To, co kiedyś było naturalnym zachowaniem podyktowanym warunkami egzystencji, teraz bywa postrzegane jako kaprysy nawiedzonych bogaczy. Ekologia wydaje się kosztowną fanaberią, sezonową modą. Jeszcze jedną etykietką, która może ułatwić sprzedaż kolejnego gadżetu.

W Polsce poziom świadomości ekologicznej społeczeństwa jest naprawdę niski, a w powszechnym odczuciu ekolog to nawiedzony oszołom, wariat, który przypina się do drzew i mostów w ramach różnych protestów i ogólnie rzecz biorąc, komplikuje życie tzw. normalnym ludziom, uprzykrza życie i „wymyśla”. Na szczęście powoli ta sytuacja ulega zmianie. O ekologach nowej generacji opowiada ciekawy artykuł w portalu Ciało, umysł, dusza. Wyjaśnia on, dlaczego ekolodzy są tak źle postrzegani w naszym kraju, z czego wynika nasza niska świadomość ekologiczna i w jakim kierunku zdąża nowoczesny ruch ekologiczny. Opowiada o tym, że nowe organizacje zielonych „stawiają na rozmowę, dialog, przedstawianie racji i słuchanie racji tych, którzy mają inne zdanie”, zamiast „przyczepiania się do drzew, mostów, torów i Bóg wie czego” (cytaty z artykułu).
Pojawia się też definicja bliskiego mi pojęcia:
koncepcja zrównoważonego rozwoju (ekorozwoju). Czyli taki postęp gospodarczy, który odbywa się z poszanowaniem przyrody i dbałością o rozwój społeczny. Mówiąc po ludzku, taka ekwilibrystyka gospodarcza, żebyśmy mieli coraz lepiej, a jednocześnie zostawili swoim potomkom świat do życia, a nie wyjałowioną glebę oraz góry śmieci i odpadów. 
Nie chcemy przecież cofać się w rozwoju, nie chciałabym wracać do życia w warunkach, jakie opisałam Wam na początku, nawet jeśli oznaczały one życie w niemal całkowicie przyjazny dla środowiska sposób (chociaż nie idealizujmy, na pewno zdarzały się nam też zachowania „nie-eko”). Nie mam zamiaru demonizować cywilizacji i rozwoju, nie ma co dywagować, czy poszły one we właściwym kierunku, bo niczego to nie zmieni. W naturze człowieka leży dążenie do wygody, do ułatwienia sobie życia, do poprawy warunków egzystencji. Nikt z nas nie chce rezygnować z dobrodziejstw cywilizacji, rzecz w tym, jak z nich nie rezygnować, a jednak nie niszczyć naszego środowiska, przyrody, której częścią jesteśmy. Nie zatruwać powietrza, którym odddychamy, ani wody, którą pijemy. Wszyscy przecież chcemy cieszyć się pięknem świata, bogactwem natury, mieć do dyspozycji coś więcej, niż tylko betonowe martwe molochy.
Warto więc na co dzień zadawać sobie ważne pytania: co mogę zrobić, by zmniejszyć negatywny wpływ moich zachowań na środowisko? Z czego mogę zrezygnować? A z czego nigdy nie zrezygnuję (i dlaczego?). To nie są łatwe pytania, nie ma też na nie jednej i prostej odpowiedzi. Pozwolę sobie znów zacytować artykuł:
Gdybyśmy dopuścili idee, o które walczą ekolodzy, musielibyśmy na co dzień bardzo się męczyć, wciąż podejmować decyzje - czy to dobrze dla ziemi, czy to dobrze dla mnie. Tak jak młode matki, kiedy decydują o pieluchach dla swoich dzieci. Chciałyby używać jednorazowych bezżelowych, ale takich nie ma, bo wyparły je z rynku tańsze, choć trujące ziemię. W tetrowych często dzieciom odparza się pupa. Matka musi więc wybierać między dobrem dziecka a dobrem ziemi. Łatwiej jest umieścić niewygodne myśli w brodatych oszołomach z puszczy przykutych do drzewa i uwolnić się od dylematów. 
Nie ma co oglądać się na polityków, producentów i międzynarodowe korporacje, mówić, że indywidualne działania nic nie dają. Jako jednostka nie mam wpływu na makroskalę, ale mogę wiele zdziałać w mikroskali. Dostęp do ekologicznej wiedzy jest coraz łatwiejszy, jak zwykle, Internet i w tej dziedzinie jest niewyczerpanym źródłem informacji. Warto analizować, zastanawiać się, szukać informacji o alternatywnych rozwiązaniach, bardziej przyjaznych dla środowiska. Być może, po zastanowieniu, je odrzucę. A może jednak okaże się, że są dla mnie. Szukajmy własnej drogi - zacytuję komentarz MM do poprzedniego wpisu - drogi środka, działania malutkimi krokami, w ramach tego, co jest dla nas indywidualnie dostępne i co nie zrujnuje budżetu.

Nie traktujmy ekologii jako fanaberii, „luksusu dla bogatych, zagrożenia dla biednych”. Każdy z nas może żyć bardziej „zielono”. Nie każdego stać na zakupy w ekologicznych sklepach czy używanie produktów wyprodukowanych w sposób nieszkodzący środowisku, ale każdy może ograniczać zużycie wody i energii czy starać się zmniejszyć ilość generowanych przez swoje zachowania śmieci. Szukać mniej agresywnych i mniej toksycznych środków czystości. Rzadziej korzystać z samochodu, częściej jeździć środkami komunikacji zbiorowej, chodzić na piechotę, jeździć na rowerze. Nawet najmniejsza zmiana ma znaczenie.

Komentarze

  1. Świetny wyważony wpis. Moje doświadczenia są nieco inne, bo mieszkałam od początku w mieście, jednak co roku 2 miesiące wakacji spędzałam na wsi. Mleko w bańce, zbieranie słoików, kompost, woda ze studni. Praktycznie nie produkowało się tam śmieci (nie było nawet czegoś takiego jak wywóz śmieci, nawet ze sreberek robiło się jakieś straszaki na ptaki). Kompost jest tym, czego mi teraz najbardziej brakuje na codzień. Ponieważ papier, szkło i plastik segreguję, to większość generowanych w domu śmieci mogłaby spokojnie się przetworzyć na kompostowniku.
    Ostatnio czytałam Stasiuka i wspomina on również wakacje u dziadków, z podobną konkluzją - prawie nie było śmieci.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam podobne - miłe, mimo wszystko - wspomnienia z dzieciństwa. Jakiś czas temu poprosiłam mamę, żeby mi przypomniała czym karmiła rodzinę w czasach, kiedy sklep był otwarty do 15.00 i niewiele można w nim było kupić. Poza tym, że przypomniałam sobie np. zupę z brukwi:), fajnie nam się rozmawiało. Polecam wywiad z rodzicami i dziadkami. Rzeczywiście, jest to niewyczerpane źródło wiadomości o ekologicznych sposobach na życie.

    OdpowiedzUsuń
  3. oj poruszyłaś moją wyobraźnię i wspomnienia tym swoim wpisem Ajko :) fajne wspomnienia.... od zawsze mieszkam w mieście, ale wakacje zawsze na maleńkiej wsi u Babci - było cudownie i tak jak piszesz ekologicznie nie z wyboru, ale konieczności i może teraz jest czas, żeby spojrzeć na ekologię z wyboru..... bo jeśli świat będzie dalej tak pędził i konsumował - to niestety ale już za chwilę będzie to przymuszona konieczność! pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Poprzedni wpis był dla mnie bardzo intrygujący.
    Wstrzymałem się od wypowiedzi, ale teraz napiszę troszkę mojego zdania.

    Ja sam powiem tak, ani ze mnie ekolog ani osoba, która popiera działania przypinania się do drzewa.

    Sam segreguję śmieci: plastik, szkło, papier, metal, puszki, inne odpady. Na tyle pozwala moja gmina aby i tak te śmieci nie były pomieszane.

    Puszki i metal sam oddaję do skupu złomu i zawsze jakiś grosz na cole wpadnie.

    Co do dawnych czasów najbardziej brakuje mi skupu makulatury. Teraz tego papieru jest dużo więcej i w moim mieście nigdzie nie ma skupu.

    Także nie wyobrażam sobie powrotu do dawnych czasów bez łazienki i bieżącej wody oraz kanalizacji. W wakacje przez miesiąc miałem gruntowny remont łazienki i miałem tego pewną namiastkę, lecz od czego jest rodzina z łazienką:)

    Co do artykułów jednorazowych to napiszę dość dosadnie w nawiązaniu do tych jednorazowych podpasek. Na upartego prezerwatywy też nie musiały by być jednorazowe. Ajko przepraszam za te porównanie, ale co jak co to mnie zszokowało. Dlaczego nikt nie napisze o tym, że produkujemy tony niepotrzebnych papierów, pokwitowania, rachunku, zaświadczenia, wydruki, ulotki i gazetki reklamowe idt. Sama UE ma takie przepisy, że na wszystko ma być papier potwierdzający prawidłowość. Może gdyby ograniczyć te niepotrzebne marnotrawstwo papieru, starczyło by na podpaski i inne rzeczy a mniej drzew byśmy wycinali.
    A co do pieluch to już masakra, gdy pieluchy (pomijam tetrowe) używane są także kilka razy, pewnie suszone na grzejnikach i te wszystkie bakterie sobie potem fruwają. ?
    Rozumiem ekologię, ekologią sam oszczędzam wodę, żarówki energooszczędne lecz to bardziej kwestia ekonomiczna.

    I na sam koniec może włożę kij w mrowisko. Lecz dlaczego w Polsce nie wybuduje się elektrowni jądrowej. Teraz przy dzisiejszej technice tylu zabezpieczeniach można wszystko zrobić. Dla porównania podam, że w moim mieście jest elektrownia dla której pełne swoje wydobycie przekazują 3 kopalnie dziennie. Wiecie ile to jest spalin do atmosfery. I gdzie te nasze racjonalne podejście ekologów.

    Przepraszam jeżeli kogoś uraziłem. Ale we wszystkim musi być umiar.
    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
  5. Bartosz,

    na tony niepotrzebnych papierów, zaświadczeń, pokwitowań, rachunków itd nie mam wpływu bezpośrednio teraz, dzisiaj.

    A na używanie artykułów higienicznych (zarówno moich jak i dla dziecka) - mam wpływ.
    Obecnie pieluszki wielorazowe dla dzieci są do prania, poprostu się je pierze, można w pralce.

    Oprócz aspektu "eko" w artykułach higienicznych wielorazowych jest jeszcze aspekt zdrowotności - pieluchy, podpaski, wata itd są bielone chlorem i to nie jest bez wpływu na delikatne śluzówki. Obecnie przeciętny maluszek spędza w jednorazówkach około 2 lata!

    Są produkty niebielone chlorem, "eko" jednorazowe ale np. dla mnie są one ze względu na cenę - niedostępne. Przykładowo pieluszki "Tushies" są niebielone chlorem, nie zawierają poliakrylanu itd. Ale kosztują 2.5-3zł/sztukę. (Noworodek zużywa około 12 pieluch/dobę, dziecko około półroczne 6-7.) Tushies nie są tak chłonne jak zwykłe pieluszki jednorazowe i trzeba je częściej zmieniać.

    Moją drogą środka (w sprawie pieluch ;-) jest używanie dla syna na noc pieluszek pół-ekologicznych "Bambo Nature", w dzień biega bez pieluch, dostaje je tylko na spacer czy przejazd samochodem - i wtedy wkładam mu zwykłą, tanią pieluchę jednorazową mniejszą i mniej chłonną (aczkolwiek dopasowaną do jego wagi ciała) i ściągam ją kiedy to tylko możliwe.

    Każdy znajdzie dla siebie, jeśli poszuka, pewne możliwości, na miarę swojego budżetu i przekonań.
    Np. w sprawie nadmiernej ilości papieru, na skrzynkę pocztową można sobie przykleić informację o tym, że prosimy aby nie wkładać ulotek i gazetek reklamowych i naprawdę wtedy tych gazetek i ulotek jest o 90% mniej. Oszczędzamy drzewa ale i własny czas na wyciąganie tego, zanoszenie do domu, przeglądanie, wynoszenie na śmietnik. To jest drobiazg.

    Mieszkam na 6 piętrze, oczywiście jest winda. Zawsze kiedy idę z dwójką dzieci, z ciężkimi zakupami itp to jadę windą. Ale kiedy jestem sama - idę po schodach. Ekologiczny zysk minimalny, ale jest. No i plus dla mojej kondycji :-)

    Dla mnie metoda malutkich, drobnych, niezauważalnych (?) kroków ma sens.

    Pozdrawiam,
    MM

    OdpowiedzUsuń
  6. MM. Dziękuję za doinformowanie mnie w kwestii produktów eko. Przyznam się, że moja wiedza w tym temacie była dość marna.

    Ewidentnie widać, że aby być eko to dość kosztuje.
    Porównam to do oprogramowania i piractwa. Gdyby oprogramowanie jak i produkty eko były w rozsądnej cenie wówczas było by mniej piractwa, a produktów eko było by więcej w naszych domach.

    Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi z tym porównaniem.

    Co do papieru to sam staram się ograniczać ten papier jak np. wybór e-faktur.

    MM jak sama napisałaś wszystko można osiągnąć małymi kroczkami.

    Z racji wygody i względów ekonomicznych ekolożkiem nie jestem i pewnych zachowań nie potrafię zrozumieć jak opisane już przypinanie się do drzewa. Może kiedyś to zrozumiem.

    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
  7. Tofalaria, mi także bardzo brakuje kompostownika. Segreguję śmieci, ale z tymi organicznymi jest problem, serce mnie boli, gdy pomyślę, że dzięki kompostowaniu mogłyby wracać do gleby. Jeśli kiedyś będę miała dom, to kompostownik na pewno będzie!
    Joanna K., ja właśnie przypomniałam sobie "szpinak" z pokrzyw, w dzieciństwie za nim nie przepadałam, a teraz czasem tęsknię za tym smakiem ;)
    Maja, miło mi, że pobudziłam wspomnienia :)
    Bartosz, bardzo ciekawy komentarz, jak zawsze.
    Co do produkcji niepotrzebnych papierów, masz rację, ale tu też mamy jakiś wpływ, po prostu nie brać ulotek i darmowych gazetek, nie kupować papierowych gazet, tam, gdzie się tylko da, rezygnować z papierowych rozliczeń, wyciągów z kont itd. Pozostanie jeszcze sporo dziedzin, gdzie te niepotrzebne papiery będą się nam kumulować, ale mam nadzieję, że z czasem zostanie to ograniczone do minimum.
    Poza tym papier jednak można ponownie wykorzystywać, chociaż to też jakieś obciążenie dla środowiska (jego przetwarzanie).
    Co do elektrowni jądrowej w pełni popieram, niektórzy ekologowie też już zmienili pogląd w tej sprawie, zresztą z tego co wiem, polityka unijna też dąży do zwiększenia uzyskiwania energii z tego źródła.
    Nikogo nie uraziłeś, zgadzam się co do umiaru, ale akurat w sprawie tych nieszczęsnych artykułów higienicznych (która, jak widać budzi najwięcej emocji), wydaje się, że nie ma idealnego rozwiązania. Zauważcie, że nigdzie nie napisałam: używajcie pieluch tetrowych czy podpasek wielorazowych. Namawiam tylko do zastanawiania się nad tym. MM bardzo ładnie to wyjaśnia: mamy do wyboru właściwie trzy opcje: zwykłe tanie jednorazówki, nieekologiczne, ale poza tym nieprzyjazne dla skóry i śluzówki, bielone chlorem, zawierające różne drażniące substancje. Podrażnienia skóry czy reakcje alergiczne zarówno u bobasków, jak i u kobiet nie są niczym rzadkim.
    Opcja druga: jednorazówki ekologiczne, fajne, bardziej przyjazne dla środowiska, niebielone chlorem, z bawełny ze zrównoważonych upraw, również niepowodujące podrażnień, wszystko pięknie, ale drogie, znacznie droższe od tych nie-eko.
    No i wielorazowe pieluszki (np. z tetry, ale nie tylko) czy podpaski z materiału, mniej wygodne w użyciu, wymagające prania w pralce. Kieszeni nie rujnują, ale wymagają więcej zachodu, a u wielu osób budzą odruchy obrzydzenia, pojawiają się pytania o higienę, bo do zabicia bakterii konieczne jest jednak pranie w wyższych temperaturach czy też używanie silniejszych środków piorących.
    Trudna sprawa, prawda?
    Wszystkie te rozwiązania mają swoje wady i zalety, żadne nie wydaje się ideałem. Każda z nas musi sama zdecydować, co dla niej jest najlepsze, z punktu widzenia budżetu, poglądów, przekonań i innych uwarunkowań (np. alergie czy inne kwestie zdrowotne). Analiza za i przeciw.
    Rozumiem Twoje porównanie z piractwem komputerowym, bardzo obrazowe.
    Jednak z ekologią jest jeszcze jedna sprawa: nie wszystkie rozwiązania ekologiczne wiążą się ze zwiększeniem kosztów życia. Oszczędzanie wody i energii oznacza niższe rachunki. Rezygnacja z agresywnych środków czyszczących i wykorzystywanie takich domowej roboty specyfików, jak woda z octem do mycia np. kabiny prysznicowej - to też niższe koszty.
    Niektóre rozwiązania "eko" są droższe, ale inne mogą nam przynieść oszczędności.
    Trzeba szukać wiedzy na te tematy, a wielu ludzi po prostu mówi: ekologia jest dla bogatych, mnie nie stać. A moim zdaniem każdy powinien o tym myśleć.
    W pełni zgadzam się z MM, właśnie małe kroki mają sens, bo one jednak w skali globalnej pomnożone przez tysiące gospodarstw domowych mogą dać konkretne wyniki.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jako dziecko pamiętam taką jedna lekcję w moim życiu. Idąc ulicą i zjadając cukierek wyrzuć papierek do kosza. Lecz jak to dziecko co tam jeden papierek szkody nie czyni, a co gdy będzie takich jak ja tysiąc, wówczas robi się małe wysypisko. Tą opowieść można porównać do wszystkiego wody, prądu, śmieci itd.
    Ajka masz rację, eko nie musi być drogie. Musimy zmienić nasze podejście...

    Pozdrawiam Bartosz

    P.S. Cieszę się, że już wróciłaś do zdrowia:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Moim zdaniem jednak trochę idealizujesz ekologiczność domu swojego dzieciństwa. Nie jestem przekonana czy poczciwa Frania zużywała mniej wody i prądu niż nowoczesna pralka. Co z wodą po praniu/zmywaniu/kąpaniu ? Chlust do ogrodu razem z detergentami ? Czy wygódka była zabezpieczona przed przenikaniem zawartości do wód gruntowych ? Co ze śmieciami nieprzetwarzalnymi takimi jak baterie, żarówki, zużyte buty ? Żyło się oszczędniej po prostu z przymusu, ale czy ekologiczniej ? Cywilizacja człowieka jest stopniowym odrywaniem się i uniezależnianiem od środowiska i natury. Od samego początku, kiedy to zaczęliśmy np grzebać zmarłych zakłócając obieg materii w przyrodzie :> Ekolodzy wg mnie zabrnęli w ślepą uliczkę, a przytoczony przez Ciebie artykuł niejako to potwierdza. Teraz próbuje się nazywać ekologią po prostu sensowne i racjonalne wykorzystywanie zasobów. Nie chcę tutaj rozwijać dyskusji o pieluchach, ale pranie też zuzywa zasoby - energię i wodę. Wg mnie lepiej iść w stronę szukania nowych rozwiązań neutralizujących skutki, np szukając mikrorganizmów które te straszne żelowe kulki z pampersów pożrą ze smakiem :) No ale bioinzynieria jest przez ekologów delikatnie mówiąc nielubiana. Także, ja się ekologią nie przejmuję. Dbam o racjonalne wykorzystanie tego co mam i staram się dawać możliwość wykorzystania innym tego, co mi już nie jest potrzebne, dlatego np sortuję śmieci. Ale nie będę się uczyć na pamięć, czy butelkę po ketchupie można odzyskać czy nie - o to już niech się martwi inżynier produkcji, który te surowce wtórne będzie przerabiał ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Bartosz, ja też się cieszę, chociaż jeszcze nie jest idealnie, ale wracam do siebie :)
    dzierzba, wiedziałam, że na Twój głos rozsądku zawsze można liczyć :) Zgadzam się, co do tego, że idealizuję ekologiczność swojego wiejskiego dzieciństwa (ze względów, na które wskazałaś, masz całkowitą rację), ale i tak dzięki racjonalnemu wykorzystaniu zasobów, o wiele mniejszemu zużyciu wody i energii oraz naprawdę znikomej ilości śmieci było to o wiele mniej obciążające dla środowiska niż mój (i nie tylko mój) obecny styl życia.
    Co do nowych rozwiązań neutralizujących skutki - tak, jak najbardziej, ale moim zdaniem jednak dobrze by było szukać rozwiązań, które na wyjściu nie wymagają jakiś skomplikowanych działań neutralizacyjnych. I żeby starać się jednak nie generować tak przerażających ilości śmieci, bo ich utylizacja, przetwarzanie, oczyszczanie też wymaga energii, wody, zużycia zasobów...
    Przeraża mnie jakaś ogólna bezmyślność, na przykład w kwestii opakowań, po co na przykład jedną małą (suchą i niebrudzącą) rzecz pakować w folijkę, potem kartonik, a potem jeszcze jedną folijkę? Albo tubkę z pastą do zębów w pudełeczko?
    Masz rację co do nieuchronności odrywania się człowieka od natury, ale moim zdaniem zdecydowanie za daleko zaszliśmy w tym procesie.

    OdpowiedzUsuń
  11. naprawde jestem po wrazeniem tego jak skutecznie udalo sie przekonac ludzi do tego ze jak cos nie jest biale i jednorazowe to jest niehigieniczne i niebezpieczne lepiej trzymac sie z daleka bo jakies straszne bakretie zrobia nam krzywde. jeszcze nie tak dawno wszystkie dzieci korzystaly w wielorazowych pieluch i te radosnie unoszace sie bakterie nikomu krzywdy nie robily ;)

    bakterie roztocza wirusy i inne mikroorganizmy sa wszedzie, jedne bardzo dla nas dobre, wrecz niezbedne inne szkodliwe. zwykle dopuki nie zaklucimy rownowagi w naszych organizmach miedzy innymi przez odkazanie, szorowanie wyjalowianie to dobre bakterie nie pozwalaja sie rozmnazac zlym i wszystko jest w pozadku.

    wielorazowe podpaski sa niehigieniczne, ok a co z majtkami? tez nie higieniczne? nosi ktos jednorazowe? ;) kubeczki menstruacyjne, czyli kawalek silikonu ktory latwo sie myje mozna sobie wygotowac co jakis czas jest niehigieniczy, ale przepraszam bardzo, jak ktos uzywa zabawek erotycznych albo po prostu uprawia sex/ caluje sie to nie widzi w tym nic niehigienicznego a wiecie ile tam wszedzie jest bakterii? :P

    na zajeciach z mikrobiologii robilismy posiewy z palcow, dlugopisow itp po paru dniach rosna piekne kolorowe kolnie bakterii ;)

    jest jeszcze argument ze takie podpaski i pieluchy trzeba uprac i to w wysokiej temp, trzeba, ale do produkcji pieluchy jednorazowej tez trzeba zuzyc wode a dochodzi jeszcze sposowanie tych nieszczesnych wibielaczy i produkowanie smieci. do prania natomiast nie trzeba uzywac agresywnej chemii, zwykle mydlo wystarczy.

    na koniec chcialam jeszcze zapewnic ze jestem 'normalnym' czlowiekiem, myje sie codziennie i ladnie pachne ;)

    pozdrawiam, okso :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jakoś tak teraz wchodzi nowa ustawa o gospodarce odpadami, wg której właścicielami śmieci będą gminy. Ciekawa jestem czy w praktyce zmniejszy się liczba podrzucaczy śmieci do rowów i lasów lub też do osiedlowych altanek. W sklepie między towarem opakowanym albo nieopakowanym mam jeszcze jakiś wybór, bardziej wkurza mnie biurokracja, gdzie aby załatwić sprawę na której mi zależy muszę zgromadzić górę papierów do których potem NIKT nie zajrzy. A już do białości zapienia mnie sposób działania polskich urzędów (i banków), gdzie najpierw dostaję jakiś formularz do wypełnienia, potem pańcia pracowicie jednym palcem wpisuje te dane do komputera, drukuje i daje mi do sprawdzenia :/ Marnotrwawstwo czasu papieru i prądu w jednym. Co do sposobu postępowania - zmiana świadomości społecznej, tak aby ludzie generowali mniej śmieci, dokonuje się wolno (jeśli w ogóle) i też wymaga zużycia zasobów ;) Nie znaczy, że nie należy tego robić, ale wg mnie efektów szybkich i dużych z tego nie będzie nigdy. Podejście 'OK, mamy górę śmieci to weźmy ją przeróbmy na coś pożytecznego' ma szansę wygenerować nowe technologie, miejsca pracy i być źródłem dochodu.

    OdpowiedzUsuń
  13. ekologia, kolejne modne słowo ;) kiedyś oglądałam film dokumentalny o rodzinie, która chciała zmniejszyć swój ślad co2, a raczej pan domu do tego dążył a rodzinka się musiała podporządkować. i doszło do absurdów życia codziennego w stylu: żona wymykająca się o 3 nad ranem żeby kupić synkowi paczkę chipsów, którą miał zabrać na przyjęcie urodzinowe (zamiast wora marchewki, któy nie przysporzył by mu przyjaciół :P)

    czasem pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć albo uniknąć bo właśnie będzie to "skrajne". nie powinno się też robić czegoś wbrew sobie. czasem kolejny wymysł "eko" okazuje się być jeszcze mniej ekologiczny niż zwyczajne olewanie sprawy.
    ale szczerze mówiąc rażą mnie opinie nazywające kogoś skrajnym bo robi coś, co dla nas jest niewyobrażalne, trudne, upierdliwe albo zalatuje absurdem. dla tego kogoś to jest ważne, daje mu poczucie spełnienia, a czy to potrzebne i mądre czy nie, okaże się pewnie nie wcześniej niż za kilkadziesiąt lat.

    a użytkowniczki tamponów moga przemyśleć jeszcze raz sprawę z kubeczkiem, czy oby rzeczywiście taki skrajny, dziwny, niehigieniczny, nienaturalny itp. bo wielkiej różnicy w użytkowaniu nie ma ;) ja osobiście, brzydko mówiąc, nie chciałabym się zatykać ani kawałkiem bawełny ani kawałkiem sylikonu ;) ale wydaje mi się, że taki kubeczek to dośc przyszłościowa rzecz, x lat temu tampony pewnie też były odbierane jako coś skrajnie dziwnego.

    OdpowiedzUsuń
  14. Szczerze mówiąc, nie mam zamiaru kontynuować dyskusji na temat sanitarny, bo moim zdaniem już wszystkie istotne argumenty zostały przytoczone, a jeśli dalej pójdziemy w tym kierunku dyskusji, to zrobi się jeszcze bardziej niesmacznie...
    Okso, nie mam obsesji sterylności, wybielania ani tłuczenia wszystkich bakterii dla zasady. Ani nie widzę potrzeby prania wszystkiego jak leci w wysokiej temperaturze czy stosowania agresywnych wybielaczy, rozumiem Twoją argumentację, ale nie chcę dalej dywagować na wspomniany wyżej temat.
    Dzierzba, biurokracja faktycznie generuje wyjątkowe ilości niepotrzebnych nikomu papierów, śmieci oraz strat czasu, zapewne jeszcze przez wieki taki stan się utrzyma.
    Natomiast co do śmieci i świadomości, moim zdaniem ideałem byłoby jednocześnie pracować nad wzrostem świadomości i nad technologiami przetwarzania odpadów, bo w przeciwnym wypadku większość ludzi poczuje się zwolniona z jakiejkolwiek odpowiedzialności, bo "inni się tym zajmą, mogę śmiecić do woli".
    Zagubiony omułku (nadal uwielbiam ten nick :), wspomniany film widziałam tylko we fragmentach, tyle, ile widziałam, faktycznie dziwne sytuacje się tam pojawiały...
    Też drażnią mnie opinie o skrajnościach, staram się nie oceniać ludzi przez pryzmat ich wyborów, ważne, żeby każdy dobrze czuł się ze swoimi decyzjami, byle wynikały one z głębokiego przekonania. Dla mnie liczy się, czy te wybory są przemyślane, podejmowane z pełną świadomością, a nie automatyczne, bez zastanowienia, "bo wszyscy tak robią".

    OdpowiedzUsuń
  15. Aniu - poruszyłaś bardzo ciekawy temat, wywiązała się w związku z tym interesująca dyskusja.

    Odnoszę wrażenie, że zarówno na minimalizm, jak i na ekologię zapanowała pewnego rodzaju ponad. Pytanie tylko czy nie należy do tych dwóch słów dodać przedrostka pseudo-?

    Produkujemy jako społeczeństwo masę śmieci. Wystarczy popatrzeć jak dużo marnujemy papieru, jedzenia (o zgrozo! Tyle ludzi na świecie umiera z głodu, a w "cywilizowanych" krajach tak po prostu wyrzuca się jedzenie...).

    Co się np. dzieje z tym całym sprzętem elektronicznym? Teoretycznie nie mamy prawa wyrzucać np. TV do śmieci, ale rzeczywistość jest daleko rozbieżna. Dużo mówi się o segregacji śmieci - ok, bardzo fajna inicjatywa, tylko że trzeba, aby te śmieci faktycznie były przetwarzane. Może zamiast zajmować się tym, co do danego worka/pojemnika wrzucić, zastanówmy się jak można zniwelować ilość odpadków.

    Aniu, napisałaś "Przeraża mnie jakaś ogólna bezmyślność, na przykład w kwestii opakowań" - mnie również to napawa przerażeniem. Toniemy w plastiku, papierze, odpadkach. A to wszystkie opakowania jakoś (ktoś - z reguły ludzie w krajach Trzeciego Świata) muszą wyprodukować, potem jakoś to trzeba na nowo przetworzyć, albo spalić - puścić z dymem do atmosfery.

    Myślę, że fajną odpowiedzią, w każdym bądź razie rozsądną, na ten pełen konsumpcjonizmu świat jest właśnie minimalizm. Zakłada on, że jakość jest dużo ważniejsza. Proszę, zastanówcie się ile macie w swoim domu rzeczy "made in China" - przecież te wszystkie artykuły są nic nie warte, są tak naprawdę jednorazowego użytku. Może zamiast kupować 5 par chińskich butów, kupmy jedną, ale taką która wytrzyma kilka sezonów. Sposób na oszczędność.

    Marzy mi się świat, w którym nie muszę szukać ze święcą w ręku naprawdę dobrej jakości produktów, świat, w którym będziemy szanować naturę, jak i pracę ludzi. Jak dla mnie kupując przedmioty "by China" niejako zgadzamy się na warunki, w jakim pracują tam ludzie. Świat, w którym po prostu będzie schludnie i czysto, a ludzie będą dla siebie mili...

    Droga Gospodyni, cieszę się, że już się dobrze czujesz ;)

    Pozdrawiam wszystkich serdecznie. Proszę nie popadajmy w paranoję. Może po prostu trochę umiaru, racjonalnego podejścia do ekologi, rozsądku...
    Wasp

    OdpowiedzUsuń
  16. Jakość produktów 'made in China' jest taka, jaką zażyczy sobie zamawiający towar i ile za niego zapłaci. Mam w domu sporo produktów chińskiej produkcji, zwłaszcza zabawek, które bez problemu służą drugiemu dziecku i nie zgadzam się, że wszystko co chińskie to badziewie.
    Osobiście wolę się zaangażować w walkę z biurokracją (na razie nękam urzędników dociekaniem po co im ten czy inny papierek i często okazuje się, że w zasadzie nie jest wymagany żadnymi przepisami, ale tak na wszelki wypadek gromadzą, że mieć dupokryty), i wg mnie tu mozna najszybciej coś zmienić. Ale oczywiście - co kto lubi :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Aha, i jeszcze: wg mnie zarówno 'śmiecący do woli' jak i 'żyjący tak, aby świadomie produkować jak najmniej śmieci' będą zawsze stanowili mniejszość, natomiast tak zwany zwykły człowiek (jak np ja) chce po prostu wynieśc worek do pojemnika i mieć temat z głowy. Potem np śmieci mogą jechać do najbliższej sortowni, i tam dokonuje się dalsza obróbka surowca. I jeśli ten kierunek się upowszechni, to taki odzysk ma szansę stać się tańszy niż surowce brane z przyrody. Już teraz zdaje się w Japonii najwięcej złota (czy miedzi, nie pamiętam) 'wydobywa' się z zużytej elektroniki, której jest masa, bo gadżety starzeją sie w piorunującym tempie :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Myślę, że określenie relacji pomiędzy człowiekiem a przyrodą w oparciu o religię chrześcijańską może okazać się o wiele skuteczniejszym narzędziem zapobiegania w dłuższej perspektywie czasowej degradacji środowiska niż spektakularne protesty ekologów.

    OdpowiedzUsuń
  19. W temacie segregowania odpadow - bardzo podoba mi sie model szwajcarski: smieci nalezy wyrzucac w specjalnych workach, kazda gmina ma swoj kolor. Oplata za worek to podatek od smieci. Segregowanie sie oplaca bo z kolei plastik, aluminium, szklo mozna wyrzucic za darmo do specjalnych kontenerow. Rachunek jest prosty - chcesz zaoszczedzic na oplacie za worki - segregujesz smieci. Tak wiec niby nikt nikogo nie zmusza ale wszyscy segreguja bo wiadomo, ze nic tak do czlowieka na kazdej szerokosci geograficznej nie przemawia jak ubytek pieniedzy w portfelu.

    PS. Fantastyczny blog. Na pewno bede czesciej zagladac bo sama jestem na poczatku mojej "minimalistycznej" drogi. Pozdrawiam serdecznie. Emigrantka :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Ciekawy przykład ze Szwajcarii. W Finlandii widziałam też bardzo ciekawe rozwiązania praktyczne co do segregowania - takie specjalnie przygotowane kosze. W Ikei też coś takiego widziałam, chociaż w kwestii segregacji nie jestem pewna czy aby te segregowane przez nas śmieci nie trafiały później do jednego kosza. Ale, jeśli chodzi o mnie, drukuję mniejszą czcionką, najlepiej dwustronnie :)Mam w domu ocet i sodę i nie zawaham się ich użyć:-)

    OdpowiedzUsuń
  21. Właśnie czytałam w pewnej książce o sąsiedzkiej "inwigilacji" w Szwajcarii, jak wrzucisz odpad do złego kosza to sąsiad ci go podrzuci pod drzwi z adnotacją, bynajmniej nie ze złośliwości a z poczucia społecznego obowiązku ;)

    Ja przyznam ze wstydem, że nawet śmieci nie segreguję, moi współmieszkańcy mają to gdzieś a aż taka pełna poświęcenia nie jestem żeby kopać w koszu w poszukiwaniu słoików i foliówek. I co mnie dziwi najbardziej, na osiedlu stoją dwa osobne kosze na szkło, jeden na plastik, a na papier nie ma niczego (w okolicy też nie ma).

    Nie wiem za to jak niby uniknąć produktów "made in china" w końcu ich zakres rozciąga się od śmierdzących klejem i gumą trampków za 5 zł do eleganckich skórzanych butów za kilkaset...trzeba się naprawdę naszukać żeby znaleźć coś co nie powstało w Chinach (i nie mam tu na myśli kupowania w zamian produktów powstałych w innych krajach trzeciego świata)

    OdpowiedzUsuń
  22. Zostałaś oTAGowana! :))

    http://a-wszystko-przez-ten-wizaz.blogspot.com/2011/03/moj-pierwszy-raz-czyli-tag.html

    OdpowiedzUsuń
  23. Skrajność również w tym przypadku nikomu nie wyjdzie na dobre. Mimo, że dbanie o ekologię może się wydawać czymś, z czym nie da się przesadzić.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…