Przejdź do głównej zawartości

Digitalizacja. Papier to przeżytek (a może luksus?)

Zdjęcie czytnika Kindle ze strony sklepu Amazon.com
Przy okazji bardzo ciekawej dyskusji pod wpisem W obronie tableta, autorstwa Anny Marii z blogu Backwards in high heels, zastanawiałam się, jak to się stało, że zaczęłam ostatnio intensywnie myśleć o digitalizacji różnych domowych zasobów i czemu nie czuję już przywiązania do papierowych książek. Ani do płyt kompaktowych, ani do płyt DVD z filmami, ani też do papierowego kalendarza połączonego z notesem.

Niegdyś, podobnie jak osoby komentujące pod wspomnianym wpisem, miałam takie romantyczne podejście: zapach i szelest papieru, dotyk książki, nie ma jak regalik szczelnie wypełniony równo poustawianymi kolorowymi tomami… Nie lubiłam też czytać PDF-ów, słuchać muzyki z MP3, robić notatek w telefonie. Kochałam płyty kompaktowe za ich pudełeczka, okładki, wkładki z tekstem. Wydawało mi się, że nigdy nie kupię sobie albumu ukochanego wykonawcy w wersji elektronicznej, bez fizycznego nośnika.
O tym, jak w końcu zabrałam się za sprzątanie w domowej biblioteczce pisałam nieraz. Na początku był to proces ciężki, żmudny i bolesny, teraz selekcja i pozbywanie się książek przychodzi mi równie naturalnie i bezboleśnie jak przeglądanie papierów czy starych gazet. Potrzebne/niepotrzebne? Zostaje/idzie w świat. Tyle. 
Regał nie opustoszał jednak całkowicie. Mocno świeci pustkami, ale pozostały na nim słowniki, Cracoviana, mocno zredukowana biblioteczka kulinarna, trochę powieści ulubionych autorów, kilka albumów, przewodników. Znikoma część niegdysiejszego potężnego księgozbioru.
Żałuję, że nigdy nie policzyłam, ilu książek się pozbyłam w tym procesie, sama jestem ciekawa. Teraz nie jestem w stanie nawet tego oszacować.

Oddając te setki tomów w dobre ręce, do bibliotek, szkół, instytutów językowych, osób prywatnych, antykwariatów, nauczyłam się czegoś bardzo dla mnie ważnego. Napisałam kiedyś: „Nie zapominajmy o tym, że wprawdzie książki nie są typowymi przedmiotami, lecz także nośnikami myśli, rzeczami o wartości dodanej, nadal pozostają rzeczami.” 
Właśnie dlatego nie czuję żalu po oddanych tomach. Książki są tylko nośnikiem myśli. I jeśli nie chcę rozstać się z jedną z nich, to nie z powodu papieru, na którym ją wydrukowano, lecz dla wrażeń, emocji i informacji, jakich jest ona źródłem. Reszta to tylko nośnik. Kiedyś tym nośnikiem były gliniane czy kamienne tabliczki, wstęgi papirusu, potem papier, teraz ten nośnik ma jeszcze inną postać. Myśl pozostaje myślą, po mistrzowsku skonstruowany kryminał będzie równie mocno wciągającą lekturą niezależnie od materiału, na którym zostanie zapisany.

Dla mnie zaś to całe romantyczne przywiązanie do papierowej książki jest już przeszłością. Dlaczego? Często czytam w podróży, w środkach komunikacji. Torebkę mam średniej wielkości. Opasłe tomiszcza się nie mieszczą. Gdy padłam ofiarą „Millenium” Stiega Larssona, musiałam tahać ze sobą te spasione grubasy w obciachowej różowej torbie w kwiatki (zwykle przeznaczonej na zakupy spożywcze), podobnie było z ostatnim tomem Harry’ego P. Wyjazdy na wakacje, tego samego. Czytam szybciej niż przeciętny obywatel, więc jedna książka, nawet z tych grubszych, a nawet kilka, na urlop nie wystarczy. A miejsca w bagażu brak.
Po trudach pozbywania się zasobów księgozbioru niechętnie kupuję książki, a na wypożyczalnie nie mam czasu. Nie przestałam jednak lubić czytać. Dawna niechęć do czytania na ekranie minęła, w międzyczasie przyzwyczaiłam się, na pewno ułatwił to charakter pracy.


O kupnie czytnika do książek elektronicznych myślałam już od dawna, bo ekranik smartphone’a czy PDA to dla mnie za mało, a laptopa do tramwaju ciągnąć nie będę.  Czekałam, aż na rynku pojawi się jakieś ciekawe i nierujnujące kieszeni rozwiązanie. Chyba nadszedł ten moment. Poważnie zastanawiam się nad Kindlem, na którego ochotę miałam od dawna, a od czasu, gdy miałam go okazję zobaczyć „w naturze”, obwąchać i namacać, wiem, że to naprawdę dobre rozwiązanie dla mnie. Chociażby dlatego, że i tak zdarza mi się kupować książki przez Amazon, a dla Kindle to jedno z najłatwiejszych rozwiązań… Wiem, że nie każdy jest akurat tym czytnikiem zachwycony, kwestia potrzeb i oczekiwań, dla mnie to właśnie to, czego potrzebuję.
Nie kupuję go na razie tylko dlatego, że odczekuję, aż minie mi pierwszy entuzjazm, nie chcę kupować niczego pod wpływem emocji chwili (chociaż myślę o tym już od tak dawna, że trudno jeszcze mówić o emocjach chwili...).


 (...) choć e - book nie jest wynalazkiem na miarę prasy drukarskiej, jest kolejnym etapem rozwoju cywilizacji. Miejsce na książkę drukowaną pozostanie - jeszcze przez wiele lat ludzie będą kupować książki kucharskie oraz albumy i książki dziecięce (w UK w ostatnich latach z roku na rok sprzedaż książek dla dzieci rośnie, nie maleje). Kindle czy iPad zagarniają za to powieść współczesną - Brytyjczycy kupują więcej książek, szczególnie tanich paperbacków, niż Polacy (było też, oj było, dużo zgrzytania zębów ostatnio w związku z badaniami czytelnictwa w Pl), i wielu z nich, jak ja, zwyczajnie nie ma gdzie pomieścić kolejnych powieści, do których najpewniej nie wrócą - kryminałów, romansów historycznych etc. Oddaję, jak już pisałam, część książek do charity shops, ale wciąż jestem na plusie. 

Nie o Kindle’u chciałam jednak pisać, tylko o zmianie nośników. Z chęcią pozbędę się książek ulubionych autorów, które jeszcze zalegają na półkach, jeśli będę wiedzieć, że są dostępne w wersji elektronicznej. Lubię wracać do ulubionych lektur czy filmów, często kilkukrotnie. Nie muszę ich jednak mieć cały czas na półce. Nie muszę ich mieć nawet zapisanych w czytniku, poszukam danej pozycji, gdy za nią zatęsknię. A i tak przecież trochę ich zostanie na półkach, tych pozycji, które nie istnieją jeszcze w wersji e-książki...  
Dojrzałam też do MP3, zamierzam przekonwertować wszystkie posiadane płyty CD, sprzedać je lub oddać chętnym, nie potrzebuję ich już. Też są tylko nośnikiem muzyki, a to ona się dla mnie liczy, a nie parę kawałków plastiku i mała papierowa książeczka. Co więcej, wiem, że nie chcę już kupować płyt, przyszłe zakupy będą już od razu w wersji elektronicznej. 
Pozostają jeszcze ulubione filmy na DVD. Hmm, macie jakiś pomysł? To też takie pozycje, do których oboje lubimy wracać. Czasem wydania reżyserskie, pakiety kupowane ze względu na ciekawe materiały dodatkowe. Ale zajmują sporo miejsca… Nie chcę się ich pozbywać, ale chciałabym je jakoś „upakować”.
No i DVD muzyczne, często koncertowe. One akurat na razie zostają, lubię urządzić sobie najmniejszy koncert świata w domu.
Na koniec wspomniany kalendarzyk z notesikiem. Pomyślałam, że szkoda obciążać torebkę, skoro kalendarzyk mogę zastąpić telefonem, który ma przecież więcej funkcji, a i tak noszę go przy sobie. 

Potrzebowałam czasu, żeby oswoić się z digitalizacją. Bardzo cenię sobie zdobycze techniki, to, jak bardzo ułatwiają nasze życie. Ale przyzwyczajenie jest drugą naturą, nic dziwnego, że ciężko nam odzwyczaić się od tradycyjnych nośników, skoro z nimi dorastaliśmy i towarzyszą nam od tak dawna. Skoro większość z nas nie pisze już listów na papierze, a przecież kiedyś tak bardzo marudziliśmy na bezduszność e-maili, to i do elektronicznych książek też się przyzwyczaimy, taka jest naturalna kolej rzeczy. Zresztą pewnie dla większości z Was słuchanie empetrójek nie jest już niczym dziwnym, prawda? I coraz więcej czytamy za pomocą komputera, nawet jeśli narzekamy, że on taki niepapierowy... 

Na koniec jedna uwaga: nie zrozumcie mnie źle. Nie potępiam nikogo, kto nie chce rozstawać się z tradycyjnymi książkami. Rozumiem to, ale ja ten etap mam już za sobą. Mam mało miejsca w mieszkaniu (i na razie nie chcę i nie potrzebuję mieć większego mieszkania), a lubię czytać.  
Zapach papieru kojarzy mi się już tylko z alergią na kurz ;-) Natomiast fakt, że czytnika e-booków nie można zabrać do wanny, zbytnio mnie nie martwi, bo nie mam wanny, a czytanie pod prysznicem ograniczam do butelki z szamponem (czytanie opakowań wszelkich to taka osobista mania, podobno częsta u tłumaczy…).

Popularne posty z tego bloga

Generalne porządki metodą minimalistki

Chciałabym, żeby blog i kanał na YouTube przestały być odrębnymi bytami i zaczęły wzajemnie się uzupełniać. Będę starać się, by każdemu opublikowanemu materiałowi wideo towarzyszył tekst, który będzie jego dopełnieniem. 
Dzisiejszy wpis jest dodatkiem do materiału pod tym samym tytułem, który możecie obejrzeć tutaj:

Opowiadam w nim o moim pomyśle na uproszczenie generalnych porządków. Uważam, że raz na jakiś czas dobrze jest zrobić taki pełen przegląd domu lub mieszkania, zajrzeć w każdy zakamarek, sprawdzić stan posiadania. Jednak trudno byłoby mi wygospodarować cały weekend czy kilka dni, a przecież takie bardzo dokładne porządki wymagają sporo czasu. Są też dość wymagającym procesem pod względem psychicznym, emocjonalnym, bo porządkując, trzeba podejmować szereg mniejszych i większych decyzji. Czego się pozbyć, w jaki sposób, co zostawić, jak zorganizować i poukładać te rzeczy, które zdecydowaliśmy się zatrzymać. 
Pomyślałam więc, że najłatwiej będzie to duże zadanie podzielić na …

Metoda Konmari to nie minimalizm

Wpis jest uzupełnieniem materiału wideo zamieszczonego w serwisie YouTube, który można obejrzeć tutaj: 

Książkę Magia sprzątania Marie Kondo przeczytałam cztery lata temu, o moich wrażeniach możecie przeczytać we wpisie pod tym samym tytułem. Odebrałam ją pozytywnie, ale samej metody nigdy nie stosowałam, bo nie miałam takiej potrzeby, o czym zresztą pisałam w tamtej recenzji. Na dobre w głowie z tej lektury pozostała mi jej myśl przewodnia: poszukiwanie radości w rzeczach i eliminowanie zbędnych przedmiotów w oparciu o kryterium: co chcę zostawić, zamiast stosowanego zwykle przez minimalistów: czego nie potrzebuję i czego chcę się pozbyć. Książki szybko się pozbyłam i nie myślałam o niej więcej.
Dopiero niedawno, gdy coraz częściej docierały do mnie opinie na temat wyprodukowanego przez Netflix serialu Sprzątanie z Marie Kondo(dostępny z polskimi napisami), pomyślałam, że warto byłoby sobie wyrobić własne zdanie na temat tej serii programów, nawet jeśli sama metoda sprzątania Konmari…

Kolorowa szafa minimalistki - także na wakacjach

Ostatni wpis z połowy czerwca. Aż trudno uwierzyć. Jednak to prawda. Nie chcę Was zamęczać tłumaczeniami, dlaczego tak długo milczałam. Niedługo minie pół roku od śmierci Taty. Ostatnie miesiące wbrew pozorom były nie tylko czasem smutku, ale przede wszystkim czasem ważnych zmian w życiu naszej rodziny, częściowo wymuszonych przez odejście Taty, a częściowo przez nią sprowokowanych (?), a może tylko przyspieszonych. Kilka z tych zmian jest naprawdę pozytywnych, dotyczą głównie życia mojej Siostry. W skrócie napiszę tylko, dla tych z Was, którzy zawsze trzymali za nią kciuki (wiecie, że Ula jest osobą niesłyszącą), że Sister zmieniła pracę i na razie jest bardzo zadowolona. A my cieszymy się, że jest doceniana i że ma szanse na rozwój i lepszą jakość życia.
Bałam się, że nie będę umiała już pisać tutaj. Jednak z tym jest chyba jak z jazdą na rowerze. Wystarczy usiąść i zacząć, a reszta idzie już sama...
Oprócz tego, że dużo działo się różnych rzeczy, które wymagały mojej uwagi czy wsp…