Przejdź do głównej zawartości

Minimalistka w podróży

Wiele już mądrych słów napisano na temat tego, co minimalista ze sobą ma wziąć w podróż. Polecam szczególnie bardzo interesujące wpisy u minimaLenki, Maćka Jasicy i Aube.

Ja jednak chciałabym dzisiaj porozmawiać o innych aspektach podróżowania niż materialny bagaż. O podejściu do poznawania świata. 


Uważam, że najważniejsze dwie rzeczy, które należy zabrać ze sobą w podróż (oprócz dokumentów i pieniędzy czy karty płatniczej), to czas i otwarty umysł. Niestety z własnego doświadczenia, zarówno z pracy w branży turystycznej, jak i z obserwacji prywatnych, wiem, że spora część podróżujących nie ma ani jednego, ani drugiego. Nie zapomina natomiast zabrać ze sobą pokaźnej walizy uprzedzeń, fałszywych wyobrażeń, stereotypów, pychy i krytykanctwa. Nie myślcie sobie zresztą, że mam na myśli tylko naszych Rodaków, inne nacje bynajmniej nam pod tym względem nie ustępują.


Najważniejszy w podróży jest czas. Włos mi się na głowie jeży, gdy słyszę o zwiedzaniu trzech stolic w weekend, weekendzie w Paryżu albo o wyprawie do Włoch na tydzień. Rozumiem, każdy chciałby zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, niestety jednak przez takie podejście można bardzo wiele stracić. Bo moim zdaniem nie wystarczy tylko jakieś miejsce zobaczyć, postawić w nim stopę, obrzucić spojrzeniem i pobiec dalej. Jeśli podróż ma mieć dla nas jakikolwiek sens poza wydawaniem pieniędzy i odfajkowaniem kolejnego punktu na liście obiektów do zaliczenia, to powinna polegać na poznawaniu świata, a nie pobieżnym obrzucaniu go spojrzeniem. A jak można poznać wielkie miasto o bogatej historii w jeden dzień? Albo cały kraj w tydzień? Przyznalibyście rację człowiekowi, który przyjechałby do Polski na pięć dni, a potem chełpiłby się, że on już wszystko wie o naszym kraju, wie, jacy jesteśmy, jak żyjemy, jaka jest nasza kuchnia i zwyczaje? I jeszcze czułby się upoważniony do porównywania nas z Czechami albo Węgrami i ze swobodą wydawałby sądy, gdzie lepiej, a gdzie gorzej…?
Nie w tym rzecz, żeby nie zrobić sobie wypadu na weekend do Pragi, gdy nadarzy się okazja, Nie znaczy to też, każda podróż ma trwać miesiąc. Ważne, by mieć świadomość, że jeśli byliśmy przejazdem w jakimś mieście cztery godziny, to wcale nie znaczy, że czegokolwiek się o nim dowiedzieliśmy.


Kocham podróże i chciałabym zobaczyć bardzo wiele miejsc na Ziemi. Na pewnym etapie uświadomiłam sobie, że niemożliwe jest zobaczenie WSZYSTKIEGO. Tak jak nie da się przeczytać wszystkich interesujących książek, poznać wszystkich mądrych ludzi, obejrzeć wszystkich dobrych filmów, zjeść wszystkich pysznych potraw świata. W każdej dziedzinie i na każdym kroku musimy dokonywać pewnych wyborów, decydować, co jest dla nas ważne, a z czego gotowi jesteśmy zrezygnować.

Nie jestem jednak zawodowym podróżnikiem ani też nie mam wielkiej fortuny do wydania, muszę więc gospodarować czasem i pieniędzmi tak, żeby zobaczyć tyle, ile mogę, ale jednak naprawdę zobaczyć, a nie tylko powąchać przez szybkę. A oznacza to w praktyce, że zobaczę mniej miejsc niż bym chciała, ale za to nie uczynię tego w biegu.


Po prostu w podróżowaniu po raz kolejny stawiam na jakość, nie na ilość. Jakość nie oznacza wcale drogich hoteli, luksusów ani ofert all inclusive. Jakość w podróży oznacza czas na poznanie danego miejsca, przyjrzenie się życiu jego mieszkańców, poznanie jego smaków, zapachów i nastrojów. Czas na zajrzenie w z pozoru nieciekawą bramę, na zboczenie z głównego szlaku i zagubienie się w zaułkach, czas na podumanie na ławeczce w parku. Czas na to, by zajrzeć jeszcze raz do tego muzeum, gdzie taki piękny obraz… Czas na rozmowę ze sklepikarzem czy przechodniem albo ludźmi poznanymi w barze.

A nie ma mowy, by mieć na to czas, gdy trzeba biec do autobusu, bo mamy dzisiaj przecież jeszcze zobaczyć miasto X i ruiny Z, a jutro jedziemy do dolinki Y.
Sądzę, że o wiele lepiej i przyjemniej jest planować „luźno” swoje wyjazdy, z zapasem czasu wokół poszczególnych punktów zwiedzania, z marginesem bezpieczeństwa na kolejnych etapach.


I druga sprawa w kwestii jakości. Są takie etapy życia, na przykład gdy jeszcze się uczymy lub dopiero zaczynamy pracować, kiedy nie mamy zbyt wielkiego budżetu na podróże, a chcielibyśmy jednak zwiedzać świat. Wtedy każdy sposób zaoszczędzenia paru groszy ma sens, nawet „przebidowanie” na zupkach chińskich i bagietkach, bo te zaoszczędzone pieniądze są nam potrzebne na ważniejsze rzeczy, jak przejazdy czy bilety wstępu.


Jednak jeśli nie jesteś studentem na dorobku, nie „dziaduj” na wyjeździe. Nie zabieraj ze sobą konserw, kanapek z jajecznicą  i szprotek z Polski do Grecji (widziałam takie przypadki), zaplanuj budżet wyjazdu tak, żeby znalazło się w nim miejsce na stołowanie się na miejscu. Albo chociaż na spróbowanie lokalnej kuchni, kupno kilku miejscowych specjałów. 
Jeśli jedziesz na wczasy z biurem podróży, nie wykupuj sobie wyżywienia w hotelu, błagam. A już na pewno nie w opcji „all inclusive”! Nie zamykaj się w hotelowej enklawie, sztucznym świecie dla turysty. Rusz szanowny tyłek w teren, wyjrzyj na świat, przejdź się na kolację do knajpki za rogiem. Albo jeszcze lepiej zapuść się nieco dalej, poszukaj takich miejsc, gdzie przychodzą w większości miejscowi, knajp mniej błyszczących i kolorowych, a za to pachnących domową kuchnią. Takich z obrusem z ceraty, a czasem nawet ze stołami przykrytymi serwetami z szarego papieru pakowego. 


Dlaczego do tego namawiam? Bo jaki jest lepszy sposób, by poznać inną kulturę niż przez jej kuchnię? A to, co zwykle podaje się w średniej klasy hotelach w kurortach turystycznych, koło autentycznej kuchni nawet nie stało.


Powiesz mi: ale mnie nie stać na to, żeby chodzić na kolacje do restauracji, w hotelu bardziej się opłaca. Do licha, jeśli Cię nie stać, to czemu jeździsz co roku na wakacje za granicę?! Bo wszyscy jeżdżą, więc musisz pokazać, że Ciebie też stać? Jeśli jedziesz za granicę tylko po to, by zalec nad basenem z bransoletką „all inclusive” na nadgarstku, to moim zdaniem niepotrzebnie marnujesz czas i pieniądze. Bo w ten sposób niczego nie zobaczysz i nie poznasz, poza widokiem z okien autokaru w drodze na lotnisko.

Możesz przecież zostać w kraju, mamy wiele pięknych miejsc, których pewnie nie znasz. Jednego roku zaplanuj skromniejszy wyjazd gdzieś blisko, a w międzyczasie odłóż więcej pieniędzy, by następnym razem zobaczyć i przeżyć coś więcej niż tylko plastikowe atrakcje dla turystów.


Czy to znaczy, że jestem przeciwna turystyce zorganizowanej? Cóż, nie będę krytykować branży, która niegdyś dawała mi pieniądze na chleb i z którą nadal, jako przewodnik, jestem związana. Zbiorowe podróżowanie ma swoje zalety, między innymi opłacalność.

Wiele bardzo biednych regionów świata dzięki manii podróżowania i różnym modom turystycznym może wygrzebać się z biedy i zarobić parę groszy na bogatych zachodnich snobach. Poza tym w sposób zorganizowany łatwiej jest podróżować, gdy nie zna się języków obcych, gdy boimy się nieznanego. Często tak jest taniej, kupując w pakiecie przejazd, zakwaterowanie i wyżywienie, możemy nie raz znacznie zaoszczędzić. Tym bardziej, gdy trafimy na dobrą ofertę czy promocję.

Branża turystyczna ma też jednak całe mnóstwo paskudnych wad, począwszy od sprzedawania pseudoproduktów, zafałszowanego i cukierkowo różowego wizerunku świata, opartego na stereotypach i kiczu. Widowiska flamenco w Katalonii (a na nich ukraińskie krasawice robią za andaluzyjskie piękności), greckie wieczory z tańczeniem zorby, zalewane retsiną i ouzo… Co to ma wspólnego z prawdziwym życiem i kulturą? Plastik i pozłotka, ot, co.


Nie znaczy to jednak, że wybierając turystykę zorganizowaną, nie możesz zwiedzać w swoim tempie ani nie zobaczysz niczego prawdziwego. Zdobądź się tylko na odrobinę samodzielności, wystaw nos z hotelu. Rozejrzyj się dookoła.


Pisałam, że drugą ważną sprawą jest otwarty umysł. Potrzebny, by nie patrzeć na obce miejsce przez pryzmat wyłącznie swojej kultury oraz przyzwyczajeń. Często już przed wyjazdem tworzymy sobie obraz miejsca, do którego jedziemy, a potem mamy mu za złe, że nie spełnia naszych oczekiwań. Uogólniamy, pakujemy w szufladki, przyklejamy etykietki. Hołdujemy stereotypom. Chwytamy się formułek z folderów i przewodników i na ich podstawie próbujemy stworzyć sobie obraz obcej kultury.


Zapomnij na chwilę o tym, co przeczytałeś w Internecie i o tym, co powiedziała ta ładna pani pilot wycieczki. Nie słuchaj opinii innych. Otwórz szeroko oczy i przestań porównywać to, co widzisz, ze znanym sobie światem. Nie mów: a bo u nas to jest inaczej… Albo: oni mają lepiej. Nie wartościuj i nie oceniaj. Powstrzymaj się od wydawania opinii. Przyjrzyj się temu, co Cię otacza i postaraj zrozumieć, ale na chwilę odrzuć skalę porównawczą.


Po prostu odetchnij tym powietrzem, poczuj jego zapach.


Dostrzeż panią, która odprowadza dzieci do szkoły. I staruszków grających w trik traka w kawiarni. Idź na targ i posłuchaj nawoływania sprzedawców, skosztuj świeżych owoców albo lokalnego cienkiego wina. Wstąp do piekarni, zobacz, jak wygląda chleb powszedni w kraju, w którym jesteś. Zawsze mnie zachwyca, ile istnieje odmian różnych odmian pieczywa, zależnie od tradycji i warunków geograficznych. Od bagietek po chlebki pita... z takich obserwacji też możesz sporo wywnioskować. 


Nie zasłaniaj się cały czas aparatem fotograficznym ani kamerą. Pozwól, by podróż trochę Cię zmieniła. Gdy otworzysz się na nowe miejsce i na jego inność, jego mała cząstka pozostanie w Tobie, a z kolei mały okruch Ciebie pozostanie w tym miejscu. Jedna myśl, iskierka energii. Jeden uśmiech do ulicznego sprzedawcy. 

Daj sobie czas i nie biegnij. Świat na Ciebie poczeka.

Komentarze

  1. Oby więcej ludzi myślało tak jak ty :)

    Dodam jeszcze, że przez modę na wizyty trzech stolic w weekend bardziej niszczone jest środowisko, bo lata dużo więcej samolotów.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakoś nie miałem okazji być na zorganizowanych wakacjach zagranicznych, ale również uważam, że to jest taki turystyczny matrix - zapłać, a otoczymy Cię ze wszystkich stron obrazkami, rodem z naszej ulotki reklamowej :-) A jak wygląda świat za zakrętem, niech się Twoja turystyczna głowa nie martwi :-)))

    Uważam za to, że aparat w rozsądnych dawkach jest potrzebny i daje nam piękną pamiątkę - o ile nie zasłaniamy się nim cały czas ;-)

    PS Gratuluję bloga, ja dopiero zaczynam i odkrywam, że jestem minimalistą. Postaram się na bieżąco komentować, oraz wybiórczo czytać już istniejące posty. Zapraszam do siebie i również proszę o ślady obecności :-)))

    OdpowiedzUsuń
  3. o, to ja jestem tą niszczącą środowisko częstymi przelotami, ale niestety jedynie w ten sposób mogę cokolwiek zobaczyć, bo stać mnie tylko na tanie loty z przesiadkami :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo podoba mi się to co napisałaś. W podróży najważniejsze jest smakowanie miejsca. Atmosfery, zapachu, obyczajów. Co do wyjazdów weekendowych do różnych miast, to uważam, że to świetny pomysł na oderwanie się od dnia codziennego. Jeżeli nie jest to pierwsza wizyta w tym mieście, to nie ma psychicznego napędu, żeby zobaczyć jak najwięcej. Można tylko cieszyć się pobytem, kolacją w restauracji, wieczornym spacerem, otaczającym nas innym językiem. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Jeśli jedziesz za granicę tylko po to, by zalec nad basenem z bransoletką „all inclusive” na nadgarstku, to moim zdaniem niepotrzebnie marnujesz czas i pieniądze. Bo w ten sposób niczego nie zobaczysz i nie poznasz, poza widokiem z okien autokaru w drodze na lotnisko."
    --------------------
    Ale przeciez nie kazdy jedzie zwiedzac i spedzenie tego tygodnia w hotelu moze byc dla kogos odpoczynkiem. Takze nie potepialabym tego tak, dlatego ze ktos ma inne oczekiwania od podrozy/zmieniania miejsca pobytu tymczasowo.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dla mnie podróżowanie było jak zdobywanie sprawności harcerskich. Początkowo wyjeżdżałam z polskimi biurami podróży, potem wybierałam wyjazdy z zagranicznymi biurami które miały bardziej korzystne oferty następnie wyjazdy zbiorowe ale z dokładnie zaplanowanymi wycieczkami fakultatywnymi( nawet kilkudniowymi) na końcu wyjazdy całkowicie prywatne. Obecnie moje poznawanie świata jest cenowo niższe niż porównywalne oferty biur podróży a jak sama zauważyłaś, mają zupełnie inną jakość. Po drodze musiałam zdobyć sprawność z odwagi .. jeszcze raz z odwagi, znajomości języka, planowania, wyszukiwania tanich przelotów itd.
    Dla mnie ważne jest jednak aby tych wyjazdów nie traktować jako odskoczni od rzeczywistości ale jako jeden z elementów mojego życia.I chyba z tym mają problem ludzie ,którzy "zaliczają" trzy stolice w dwa dni.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy wybierający się do Bawarii, w Niemczech nie jest bardzo drogo jeśli chodzi o jedzenie, można spokojnie przeżyć za 25e tygodniowo za osobę (o ile sie nie jada w kanjpach, a samemu gotuje)
    Zakładam, ze znasz choć trochę niemiecki, ale możesz się na początku zdziwić bo bawarski niemiecki jest nieco inny niż szkolny ;)
    ale to pewnie już wiesz, z resztą nie wydaje mi się, żeby w Bawarii miało być inaczej niż w innych landach jeśli chodzi o doświadczenia ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Myślę podobnie jak ty, dlatego od czasów szkolnych nie byłam na zorganizowanych wycieczkach;) Lubię też jeździć poza sezonem, bo wtedy trochę bardziej można poznać miejsce i obyczaje.
    Z chęcią bym też poleżała z tydzień na leżaczku, by potem pełna sił ruszyć do boju;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Przypominam o tym, że będę nie życzę sobie całkowicie anonimowych komentarzy. Dwóch anonimowych autorów proszę o przedstawienie się, nie chciałabym być zmuszoną do realizacji zapowiedzi o kasowaniu anonimów.

    OdpowiedzUsuń
  10. korzystam z różnego rodzaju wyjazdów od zorganizowanych po samodzielne.
    I jednego razu zwiedzam miasto z piolotem, innym razem z przewodnikiem w ręce, a jeszcze następnym przesiaduję z filiżanką aromatycznej kawy i tylko rozglądam się dookoła....
    Czasami zdarza mi się też tylko leniuchować na plaży....i każdy rodzaj lubię :)
    w zależności od aktualch możliwości i zapotrzebowania :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Henryku, myślę, że znalazłoby się jeszcze parę osób, które myślą podobnie.
    190 cm minimalizmu, próbowałam odwiedzić Twój blog, ale zniknął. Co się stało?
    Zagubiony omułku, ja też latam tanimi liniami z przesiadkami :)Dziękuję za informację o Bawarii.
    Anonimowy wybierający się do Bawarii: a co ma piernik do wiatraka? Wystarczyło, żebym poprosiła o przedstawienie się i już mamy reakcję obronną, tak? Zauważ proszę, że nie skasowałam Twojego komentarza od razu, lecz poprosiłam o podanie choćby imienia. O co zresztą też proszę w formularzu komentarzy.
    Ja podaję swoje dane oraz pokazuję twarz na zdjęciu, czemu mam więc akceptować "galle anonimy"? Tym bardziej, że nie wymagam podania danych osobowych, wystarczy nawet przydomek. To naprawdę tak wiele?
    Io, widzę, że myślimy podobnie. Nie potępiam wyjazdów weekendowych, są niezłym pomysłem, tym bardziej, że coraz więcej jest możliwości tanich przejazdów czy przelotów. Drażni mnie tylko, gdy ktoś twierdzi, że "zwiedził Londyn" w dwa dni...
    Anonimowy nr 2: może nie wyraziłam się dość jasno. Nie potępiam wyjazdów wypoczynkowych ani tego, że ktoś nie lubi zwiedzać. Chodzi mi tylko o takie osoby, które nawet nie pofatygują się, żeby wyjrzeć poza hotel, a potem mówią, że były w miejscu XYZ, ale tam przecież nic ciekawego nie ma do zobaczenia..
    eska18, moja turystyczna historia wygląda podobnie. Masz rację co do traktowania podróży jako odskoczni, dla mnie także są częścią życia, a nie ucieczką. Może rzecz w tym, żeby tak sobie urządzić życie, żeby nie czuć potrzeby uciekania przed nim?
    Pani la Mome, nie mam nic przeciwko leżeniu na leżaczku :) Sama lubię wyjazdy o mieszanych proporcjach leżakowania i zwiedzania...
    Maju, witaj :) Już wróciłaś? Jak miło Cię widzieć. Wiesz, wyjazdy zorganizowane też są "dla ludzi", trzeba tylko umieć z nich wyciągnąć jak najwięcej i nie dać się zagonić na śmierć :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Cóż, drogi Anonimowy. Widzę, że trafił się nam komentator - frustrat. Twój pierwszy cytat: cóż, pomyłka, zdarza się. Co do drugiego, nie wiem, o co Ci chodzi. Tak czy owak, kasuję Twoje komentarze, bo widać nawet wśród nauczycieli zdarzają się przypadki braku umiejętności czytania ze zrozumieniem: "całkowicie anonimowe komentarze będą usuwane, bez względu na treść."
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ciekawy wpis, z wiekszoscia Twoich uwag sie zgadzam, tyle ze czesto spedzam wakacje w hotelach all inclusive, od czasu kiedy mam dzieci. To dla nas najwygodniejsza forma wypoczynku, ale tak jak piszesz w komentarzach, nie zamykamy sie w osrodku hotelowym ani nie lezymy plackiem na basenie. Chodzimy na dlugie spacery, urzadzamy sobie sami male wycieczki. Wiem ze jest taki stereotyp "all inclusive", ze to wakacje dla malo wymagajacych ale juz sie przyzwyczailam i nie wstydze sie mowic ze na takie wlasnie wczasy jezdze ;-)
    Natomiast bardzo mnie raza osoby krytykujace wszystko co inne niz "u nas", wiecznie niezadowolone!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. zawsze się staram, chociaż muszę przyznać, że często przewodnicy po różych miastach mają swoją wizję "co należy zobaczyć" i nie poradzisz nic ;) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  15. najchętniej zwiedzam sama - z przewodnikiem w ręku :-) choć czasem lubię się po prostu wyleżeć na słońcu i pomyśleć o niebieskich migdałach :-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Zapach miejsca.
    To on zostaje mi najdłużej w pamięci i czasem mały impuls wystarczy by przywołać nawał wspomnień. W podróży najwięcej wącham.
    I z podróży lubię przywozić coś, co pachnie danym miejscem.

    OdpowiedzUsuń
  17. zgadzam się, osobiście nie przepadam za zorganizowaną turystyką (na zorganizowanej wycieczce byłam raz i czułam jakbym coś traciła), zwiedzanie zawsze zaczynam od baru czy restauracji, a jeśli chodzi o muzea to nie muszę wszystkiego widzieć, skoro rzadko bywam w polskich muzeach dlaczego mam poświęcać czas tym zagranicznym, "bo to trzeba zobaczyć" do mnie nie przemawia, wolę galerie bo to mnie interesuje, chcę poczuć miasto...

    OdpowiedzUsuń
  18. Ciekawy wpis, rzeczywiście niewielu z nas potrafi podróżować przez wielkie P. W ogóle czasem mam wrażenie, że chodzę po tym świecie z zamkniętymi oczyma. Wakacje to taki czas, kiedy koniecznie trzeba je szeroko otworzyć!
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  19. Czas- mysle ze tego najbardziej mi brakuje.
    Chialabym spedzac wiecej czasu na podrozach, jechac bez rezerwacji, bez konkretnego celu. Tak jak za czasow studenckich.
    Niestety sie nie da.

    Nigdy nie bylam na zorganizowanej wycieczce z programem.
    Jakos mnie to ominelo w zyciu. I chyba dobrze.

    Raz do roku jestem w all inclusive- taka forme wypoczynku najbardziej lubi moja mama, a ja chce jej towarzyszyc.
    Ale zawsze gdzies wyjezdzamy, cos staramy sie zobaczyc.
    Na ostatnim "all inclusive" poznalysmy starsza pare, ktora byla w Tajlandii ale nie wyszli z hotelu bo bali sie komarow. Dla mnie to chore aby wydac taka sume pieniedzy aby posiedziec tydzien czy dwa w hotelu!
    Ale jest sie czym pochwalic przed znajomymi, zdjecia przed hotelowym basenem tez sa wiec wszystko gra.

    OdpowiedzUsuń
  20. Podróż kojarzy mi się tylko ze studiami. Będąc na piątym roku niestacjonarnych mój plecak jest o wiele lżejszy, niż był na pierwszym. Jednak czas na jego spakowanie jest stosunkowo długi. Dzieje się tak dlatego, że zastanawiam się nad każdą rzeczą, czy ją wziąć ze sobą. Nie wrzucam do plecaka bezmyślnie niepotrzebnych rzeczy. Robię tak nie ze względu na jakąś filozofię, ale ze względów praktycznych i wygodnictwa. Po co mam brać ze sobą coś, z czego nie skorzystam. Ponadto nie lubię dużo nosić na plecach w podróży. Najważniejsze, żeby mieć dużo w głowie (chodzi o wiedzę na egzaminy) :)

    OdpowiedzUsuń
  21. ja dodam jeszcze, że jestem typem, który w ogóle nie lubi planowania zwiedzania danego miejsca...robi to za mnie mój tż, bo pewnie gdyby nie on, to bym nie wiedziała co za znane zabytki mam przed sobą ;)wolę ot tak sobie powłóczyć się po mieście, a nawet się zgubić. i potem znajomi nie chcą zdjęć oglądać bo jakieś pranie na sznurku w oknie albo moje stopy na rzymskim bruku czy jakaś obdrapana ściana ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. Super notka zgadzam się w 100% :) jak zwiedzać to zwiedzać, chodzić całe dnie i oglądać, podziwiać, smakować, kosztować, dotykać...ahh...już się rozmarzyłam o moich Bieszczadach... :)
    Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie super piszecie!!!!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…