Przejdź do głównej zawartości

Łysa minimalistka

Bez sanek Ferrari na pewno mogę żyć (za 800 EUR zresztą...)
W miarę jak moje życie uspokaja się i stabilizuje, mam coraz więcej czasu dla siebie i wreszcie mogę nadrobić zaległości w czytaniu ulubionych blogów.

I tak oto u Lea Babauty, na jego blogu mnmlist znalazłam wpis z początku czerwca pt. Can you live without? (czyli „Czy możesz żyć bez...?”). Leo wychodzi od stwierdzenia, że ludzie często błędnie zakładają, że aby być minimalistą, trzeba mieć mniej niż sto rzeczy (lub nawet 50). A według jego definicji minimalistą jest po prostu osoba, która stawia pytania o to, czy dana rzecz jest niezbędna i próbuje żyć tylko z tym, co konieczne, zamiast wybierać podejście konsumpcyjne.

I namawia, by postawić sobie kilka pytań o przedmioty, których obecność w naszym życiu uważamy za oczywistą. Czy są naprawdę niezbędne? Czy mogę bez tego żyć? Jak sam podsumowuje, dla części osób pytanie o niektóre z nich może wydać się wręcz absurdalne i śmieszne. Nie chodzi mu jednak o rezygnację z tych wszystkich rzeczy, lecz o to, by zadać sobie pytanie o ich przydatność, o to, czy naprawdę nie możemy się bez nich obyć.
Jakie to rzeczy, nad którymi jego zdaniem warto się zastanowić? Telewizja kablowa, smartfon lub dowolny rodzaj telefonu komórkowego, inne rodzaje telewizji, łącze internetowe, kanapa, więcej niż jedna para butów, więcej niż kilka koszul lub par spodni, kuchnia mikrofalowa, samochód, słodycze, więcej niż kilka książek na raz, makijaż, włosy (tak, włosy - Leo goli się na łyso...), pamiątki.
Gdy zastanawiałam się nad tą listą, uświadomiłam sobie, że, jak zresztą możecie przeczytać w moim profilu, wbrew nazwie blogu nie jestem prawdziwą minimalistką, raczej staram się nią być. Dlaczego? Wiem, że bez większości przedmiotów wymienionych przez Lea mogłabym żyć, jednak wolę życie z nimi niż bez nich. Nie to jednak jest ważne, czy nią jestem, czy też nie.

Naistotniejsze dla mnie jest, że od tych paru lat, gdy zetknęłam się z koncepcją minimalizmu i zaczęłam upraszczać swoje życie, nieustannie, na co dzień, zadaję sobie takie właśnie pytania. O to, czy rzeczy obecne w moim otoczeniu są naprawdę potrzebne. O to, czy bez danego przedmiotu mogę się obejść. O to, czego naprawdę chcę i potrzebuję. O to, czy bez rzeczy X lub Y moje życie nie będzie jednak prostsze.
To ciągłe poddawanie w wątpliwość, pytanie siebie (i bliskich) o potrzeby, nauka odróżniania ich od zachcianek z jednej strony bywają męczące, wymagają wysiłku, a przede wszystkim szczerości wobec samego siebie. W pewnym sensie łatwiej było po prostu poddawać się impulsom, reklamom, trendom. Musisz to mieć, jesteś tego warta, zadbaj o siebie, wszyscy to mają, czemu Ty jeszcze nie masz? Takie sygnały płyną z każdej strony. Opieranie się im, zamknięcie na ten reklamowo-komercyjny szum przynajmniej na początku nie jest łatwe.

Jednak analizowanie zawartości szafy, półek z książkami, torebki, kuchennych szafek, lodówki, dysku komputera itp. (a także zawartości własnej głowy, że tak powiem) oraz świadome jej budowanie zamiast bezmyślnego dodawania kolejnych przypadkowych elementów prowadzi do poznania siebie. Pytam: czy to jest dla mnie dobre, czy naprawdę tego potrzebuję? Czy lubię tę rzecz, czy tylko jestem do niej przyzwyczajona? A jeśli nie lubię i nie potrzebuję tego, co mam, to w takim razie co chciałabym mieć w zamian? Co lepiej odpowiadałoby moim prawdziwym  potrzebom?

Wspomniałam o szczerości. Bo bez niej nie zajdzie się daleko. Jeśli nie zaczniemy zaglądać w siebie i uczciwie odpowiadać na wspomniane pytania, nigdy nie wyjdziemy z zakrętego kręgu bezmyślnej konsumpcji. Zamiast własnego głosu będziemy słyszeć te głosy z zewnątrz, z reklam i kolorowych plakatów. Będziemy brać sztucznie wykreowane przez speców od marketingu „potrzeby” za nasze własne marzenia.

Te pytania w moim przypadku (i nie tylko moim) zaczęły się od szafy i książek, a potem przeszły na sposoby spędzania czasu, na jego racjonalne wykorzystanie. Na sposoby wydawania pieniędzy. Potem z kolei na cele życiowe, na pragnienia i wyobrażenia co do swojej przyszłości. Wreszcie w konsekwencji na tryb pracy.
Wszystkie zmiany, jakie zaszły w moim życiu w ostatnich latach, są skutkiem zadawania sobie takich właśnie pytań: czy tego potrzebuję? Czy mogę żyć bez... Nie muszę chyba przypominać, że dzięki tym zmianom czuję się spełnioną i zadowoloną z życia osobą.

Tak na koniec, wracając do listy Lea. Gdybym miała się zastanowić, czy mogę żyć bez wymienionych przez niego rzeczy:
  • telewizję kablową mamy, wciąż jeszcze czasem oglądamy, lecz rozmawialiśmy już o tym, po zakończeniu abonamentu raczej nie odnowimy - telewizor zostanie, bo służy też do oglądania filmów i koncertów;
  • smartfon/telefon komórkowy - wiem, że można żyć bez, pamiętam przecież czasy „przedkomórkowe”, lecz akurat z tego wynalazku nie mam zamiaru rezygnować, bo jak mało który inny przedmiot ułatwia życie;
  • łącze internetowe - cóż, bez niego nie mogłabym pracować (i blogować byłoby trudniej). Zostaje;
  • kanapa - całkiem zwykła, nie jest to żaden szpanerski „wypoczynek”, lubię na niej czytać, oglądać filmy, śpią na niej goście (rozkłada się). Też zostaje;
  • więcej niż jedna para butów/ubrań - szafę znacznie zminimalizowałam, uprościłam i zracjonalizowałam, ale dalszych cięć nie będzie. Dobry wygląd jest dla mnie bardzo ważny;
  • kuchenka mikrofalowa jeszcze jest, ale w przyszłym mieszkaniu/domu już nie będzie. Używam sporadycznie, nie lubię i uważam, że podgrzewanie w mikrofali jest niezdrowe i nienaturalne;
  • samochód - nadal nie mamy. Nawet był plan zakupu, ale ponieważ nie jest niezbędny, plan nie został jeszcze zrealizowany;
  • słodycze - kupnych w ogóle nie jadam (ze wszystkich słodyczy najbardziej lubię boczek, że zacytuję literaturę młodzieżową), czasem piekę coś razowego, na naturalnych składnikach;
  • więcej niż kilka książek na raz - zrealizowane, wystarczy mi parę półek pozycji potrzebnych ze względów zawodowych, a resztę pożyczam, czytam za pomocą Kindle'a albo po przeczytaniu wypuszczam w świat;
  • makijaż - znacznie uproszczony, ale lubię i nie mam zamiaru rezygnować. Ograniczyłam za to ilość mazideł i upiększaczy;
  • włosy - miałam kiedyś fryzurę na jeża, ale etap takich eksperymentów mam za sobą. Nie zrezygnuję z włosów, Leo ;)
  • pamiątki - wolę wspomnienia niż fizyczne pamiątki, ale zachowałam trochę przedmiotów, które są ładne, dostałam je od ważnych dla mnie osób, odziedziczyłam po przodkach, a są mi przydatne. 
A Wy, bez czego możecie się obejść? A z czego możecie lub zamierzacie zrezygnować? Jak Wam idzie poznawanie swoich potrzeb?

Komentarze

  1. Twój blog (i kilka innych) powiedziały mi głośno to, o czym myślę już od jakiegoś czasu a nawet podświadomie udało mi się niektóre sugestie zrealizować.

    W tej chwili jestem na etapie gruntownych porządków, co zaowocowało kilkoma solidnymi worami rzeczy niepotrzebnych. To nie jest jeszcze etap w którym zastanawiam się czy telefon lub też pamiątki są mi potrzebne. Włosów na pewno nie zetnę, facetowi łatwo mówić, ale kobieta MUSI się dobrze prezentować! Co oczywiście nie oznacza sterty niepotrzebnych ubrań i kosmetyków.

    Bardzo lubię Twojego bloga, dzięki niemu dojrzewam, do pewnych zmian. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy artykuł. Zgrywa się z moim dzisiejszym. Szkoda, że nie opublikowałaś go wcześniej, bo z pewnością bym tu wysłał część czytelników, a tak wysłałem ich do Twojej szafy ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Minimalizm to bardzo szeroka kwestia i można ją rozpatrywać w wielu rożnych dziedzinach. Osobiście uwielbiam minimalizm w dekoracji wnętrz / architekturze - jasne jednokolorowe ściany, duże okna i łózko na środku pokoju - nic więcej mi nie potrzeba ( pozornie, bo niestety życie wymusza na nas posiadanie takich a nie innych przedmiotów).
    Czy można współcześnie żyć bez rzeczy materialnych, tak zupełnie minimalistycznie - myślę że świetnie pokazuje to film Into the Wild, gdzie bohater rozdaje swoje rzeczy i wyrusza w samotną podróż na Alaskę by tam funkcjonować wśród dzikiej głuszy - czy mu się udaję, no własnie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny artykuł:)
    Nie mogłabym obejść się bez komórki, pralki i makijażu;)Etap łysiny też mam za sobą.
    Natomiast, mając dzieciary zastanawiam się nad kupnem basenu ogrodowego i różnych rzeczy służących do zabawy...niby obejść się bez nich można, ale...Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. No właśnie, teoretycznie można robić wszystko ręcznie i siedzieć przy ognisku z upolowanym zającem na drewnianym kiju, ale skoro technika (pralka, piec, lodówka) może ułatwić nam życie, to czemu nie skorzystać? Moim zdaniem popadanie w drugą skrajność też nie wróży niczego dobrego.

    OdpowiedzUsuń
  6. Również nadrabiam zaległości czytelniczo-blogowe (1 dzień w domu). Dziś stanęłam przed dylematem - kupić kalosze czy nie? Dodam, że nie jest to kwestia mody tylko chwilowej pracy w lesie, podczas której wczoraj przemokłam okrutnie. No i kalosze w końcu kupiłam, bez specjalnych wyrzutów sumienia.
    Świadomość tego, że każdą niepotrzebną rzecz mogę w przyszłości oddać lub sprzedać, bo się tego nauczyłam, ułatwia podjęcie decyzji, choć ostatnio kupuję bardzo mało w porównaniu z tym, co było kiedyś. Jednak myślę nad każdym zakupem i staram się odróżniać impulsy od potrzeb.
    A etap "jeża" też mam za sobą i chyba do niego nie wrócę :) No może na starość jako ekscentryczna staruszka z siwym jeżykiem :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Ajko, z listy, którą wymieniłaś nie potrzebuję telewizora i kablówki (ślubny lubi, więc ogląda), telefon jest mi potrzebny z uwagi na Rodzonego, tak samo z samochodu nie zrezygnuję - z powodu Rodzonego i wykonywanej pracy (która bez sutka zabierałaby mi 5 razy tyle czasu).Neta mam. Zamiast kanapy - narożnik. mikrofali nie mam i nigdy nie miałam. Buty i ciuchy - w ilościach ciągle zbyt dużych - ale 1 para to dla mnie ekstremum zbyt duże w naszej strefie klimatycznej. Książki mam już niemal tylko te, które zostaną na lat. Makijaż prawie zerowy i włosy bez ingerencji fryzjera od kilku miesięcy. 3 mm na głowie przerabiałam :-) Pamiątki mam 2. A słodycze...hm. ... zalecane przy mojej wadze!

    OdpowiedzUsuń
  8. Zastanawiam się, czy mi takie podsumowanie i pozbycie się rzeczy niby-potrzebnych-ale-tylko-zagracających-i-czasochłonnych (jak telewizja) też by się nie przydało... z pewnością tak, ale jednak - z Twojej listy też to wynika - bardzo trudno się rozstać z tymi rzeczami, o których się w teorii mówi, że "spoko, będę teraz żyć bez".
    Respekt za te tworzone samemu słodycze :) ja jednak kuchennie (może na razie?) jestem niezdarą i nie umiem żyć bez np. kupnych lodów, czekolady!
    Makijaż u mnie zaniżam do minimum, ale to ze względu na wiek i lenistwo, parę mazideł powinnam spokojnie wyrzucić...
    Myślę, ze z tych rzeczy, których Ty nie wymieniłaś, mogłabym pozbyć się przede wszystkim sterty trzymanych z sentymentu papierów, przedmiotów, które przywiezione skądś wywołują wspomnienia, jednak zwraca się na nie uwagę tylko wtedy, kiedy trzeba je odkurzyć ;-).
    Książki, tak, po co trzymam je wszystkie? Już przeczytane, przecież raczej nie będę do nich sięgać, a zrobiłoby się tyle miejsca...
    W efekcie można też dzięki takim zabiegom usunąć cały mebel spod którejś ściany:)).
    Zamiast auta dobrze jest mieć rower, tak uważam :) Ładny rower i jazda na nim poprawiają humor każdego dnia (no, chyba że leje), mieści się prawie wszędzie i jest stuprocentowo "eko i tanio" :D

    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. ciągle powoli pozbywam się i upraszczam, wyrabiając sobie przy tym powoli mówienie zdecydowanego NIE następnym nabytkom,
    ale moje ego potrafi mnie jeszcze często przechytrzyć ;)
    I daleko mi bardzo do prawdziwej minimalistki - może nawet nigdy nią nie będę,
    ale wprowadzone już zmiany porządkują powoli myśli, słowa i czyny...

    OdpowiedzUsuń
  10. Minimalizm jest nieustannym procesem. W moim przypadku polega na walce mojego wewnętrznego minimalistycznego ja z wszechobecnym konsumpcjonizmem. Czasami wygrywam...
    Joanna

    OdpowiedzUsuń
  11. a ja czasami zadaję sobie pytanie : bez kogo mogłabyś żyć ? Szukanie odpowiedzi jest ciężkie,i mimo moich starań podszyte przekonaniem, że to co robię to egoizm. Jednak warto zadać sobie pytanie z kim chcesz dzielić swój czas, myśli, energię a z kim nie. I uczy szacunku dla czasu spędzanego z najbliższymi, o których wiesz, ze niebawem mogą odejść.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ajko. Cieszę się bardzo, że twoje życie unormowało. Ten wpis jak zwykle daje wiele do przemyśleń.
    Z rzeczy bez których na pewno nie mógłbym żyć to telefon. Aczkolwiek kiedyś byłem maniakiem najnowszych technologi i telefon musiał być najlepszy. Teraz może z racji, mojego ciągle rozwijającego się podejścia, jest prosty, a i funkcje z których korzystam to dzwonienie, sms i kalendarz.
    Drugą rzeczą jest oczywiście netbook, i internet. Mogę powiedzieć, że jestem od tego troszkę uzależniony, starałem się nawet ostatnio ograniczyć tą sprawę lecz jakoś nie poszło(muszę z tym powalczyć-choć praca zawodowa w tym także nie pomaga)
    Telewizor jest, satelita jest, choć to bardziej moja mała żonka korzysta niż ja. Nie ukrywam, że czasem jakiś tam program na discovery obejrzę. Szafa oj minimalistyczna, włosów mało, może nie łysy(oczywiście pewne części głowy z racji wieku już są łyse:)
    W komputerze porządek jak się patrzy, wszystkie swoje dane powoli zmieściłbym z dysku 500GB na pendriwie 32 GB:)
    Samochód jest z racji odległego zamieszkania od miasta.
    Można faktycznie wiele ograniczyć rzeczy materialnych. Dla mnie ostatnio dużym wyzwaniem i pracą nad sobą jest ograniczenie spraw do przemyślenia, przeanalizowania. Muszę się postarać mniej przejmować różnymi sprawami. Tu mój minimalizm musi się jeszcze rozwinąć, lecz jest coraz lepiej.

    Pozdrawiam Bartosz

    P.S. Ajko napisz jakiś post o kindlu, pisałaś, że go kupujesz i się przesiadasz, lecz może jakiś opis od strony minimalizmu. Dziękuję Bartosz

    OdpowiedzUsuń
  13. Auta i motocykla się nie pozbędę bo pierwsze czyni życie prostszym, a drugie znacznie przyjemniejszym ;]
    TV dla mnie mógłby nie istnieć, komputer wystarczy ;]
    mikrofalówka - mam identyczne podejście Ajko :)
    Słodycze - i tu klops, jesteśmy łasuchy ;p
    Makijaż - nie przepadam za tym, więc straszę bez ;]
    Internet zastępuje mi po części niektóre ksiażki i tv.
    Co do książek moje co jakiś czas opanowują allegro :)
    Myślę, że minimalizm nie oznacza ograniczenia się do rzeczy koniecznych , ale pozbywanie się tych niepotrzebnych.
    Minimalizm to posiadanie rzeczy, które nie są zbędne, ale nie znaczy to tego samego co posiadanie rzeczy niezbędnych ;]
    pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  14. zgadzam sie jak najbardziej.
    minimalizm to dla mnie nie jest wlasnie zamkniecie sie w sztywnych ramach 100 przedmiotow, ale wlasnie taka mala zabawa- z tym co mamy, i ograniczaniem roznych plywow i przeplywow.

    fakt, ze np. ostatnio ograniczylam sie do jednego kompletu kredek- ale to i tak tylko sentymentalnie zostaly na stanie.

    a ja np. z sofy zrezygnowalam, bo uzywana byla u mnie rzadziej niz rzadko ;-)
    (ale to wszystko kwestia gustow).
    ja z kolei nie szaleje na punkcie smartfonow, mam zwykly telefon, najzwyklejszy- a dla odmiany artykulem pierwszej potrzeby jest dla mnie palmtop, bez ktorego nie wychodze z domu, i do palma dobieram wszytskie torebki ;-)
    (w sensie, ze musi sie w nich miescic).

    teraz np. tez- w pierwszej chwili sadzilam, ze z wojazy chce sobie przywiezc jakis fajny eok-bag- i mimo, ze tutaj jest pelno roznych roznosci, jakos nie moge sie zdecydowac..
    wychodzi mi, ze to, co mam mi wystarcza, i nie potrzebuje na sile nic nowego,
    ani tym bardziej do tych ewentualnych zakupow dorabiac zadnej filozofii.
    zen minimalizmu, ot co ;-)

    OdpowiedzUsuń
  15. a jeszcze tak:
    - sofy- juz nie ma
    - telewizora tez nie posiadam
    - makijazu nie uzywam
    - samochodu nie mam w planach, bo nie mama prawka.


    - ostatnio przed wyjazdem mierzylam i ogldalam sto tysiecy rodzajow trampek (zartuje) w efekcie i tak nie kupilam zadnych. bo stwierdzilam, ze zdecydoawniae wystarczy mi to co ma.

    ale rozwazam nowy rower w postaci dahonka (tak, wiem, szalowy rowerzyk).

    OdpowiedzUsuń
  16. ja mam problem z pozbywaniem się rzeczy, wiele z nich darzę sentymentem, nawet największy rupieć przypomina mi o kimś ważnym, więc nie lubię takich porządków, kiedy muszę się czegoś pozbyć.


    keepsmilinhandhavefun.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  17. Z opóźnieniem odpowiadam na komentarze, po powrocie z letniska :)
    Kropelko, cieszę się, że przyczyniłam się do porządków i życzę powodzenia w dojrzewaniu do zmian!
    Jakubie, nic się nie stało, goście w mojej szafie zawsze mile widziani :)
    Pollyanska, myślę, że bardzo trudno jest odciąć się od tego "systemu", ale nie o to chodzi, by siedzieć przy ognisku w jednej koszuli, pranej w rękach w strumieniu, tylko by zadawać sobie pytania.
    Tofalaria, też ostatnio kupiłam sobie kalosze, bo buty przemokły mi straszliwie (na Wawelu, nie w lesie). Bardzo gustowne, w czerwoną kratę :)
    Lenko, tych słodyczy to Ci pewnie wiele osób zazdrości :)
    Lenny Lemonade, te rzeczy, o których piszę, że mogłabym żyć bez, to te, z których korzysta także mój Mąż, on też ma prawo głosu :)
    Natomiast gorąco namawiam do pozbycia się przeczytanych książek oraz papierów, zobaczysz, ile zyskasz miejsca.
    Maju, takie powolne uczenie się mówienia NIE to i tak bardzo dużo, myślę, że od tego zaczynają się zmiany.
    Joanno, tak, to nieustanny proces.
    Esko, też zadaję sobie takie pytania, myślę, że wkrótce o tym napiszę.
    Bartoszu, "porządkowanie w głowie" to chyba kolejny etap, zaczyna się od przedmiotów, a potem wchodzi się coraz głębiej.
    O Kindlu pewnie napiszę, chociaż raczej nie będzie to typowa recenzja, raczej wrażenia użytkownika.
    Plusultra, świetna myśl: "Minimalizm to posiadanie rzeczy, które nie są zbędne, ale nie znaczy to tego samego co posiadanie rzeczy niezbędnych". Warto zapamiętać :)
    Verónico, chyba doszłam do tego samego etapu, że nie widzę powodu, by dorabiać do zakupów lub ich braku filozofię. Wystarczy mi zadawanie sobie pytania, czy to potrzebne, a może jednak nie aż tak, jak mi się wydaje. I często jakaś wyprawa do sklepu i przymierzanie kończy się rezygnacją i wnioskiem, że to co mam, jest zupełnie OK. :)
    XOXO. wiele osób ma taki problem, mi dawniej też było ciężko pozbywać się przedmiotów, bo podchodziłam do nich sentymentalnie, ale oduczyłam się tego w znacznym stopniu.

    OdpowiedzUsuń
  18. Właśnie o takie wrażenia użytkownika mi chodzi. Co osoba z Twoim podejściem, myśli o tego typu rzeczach.

    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…