Przejdź do głównej zawartości

Życie pod kloszem

W górach łatwiej poczuć powietrze, słońce i wpływ temperatury...
Po raz kolejny wracam do wniosków z lektury książki, o której pisałam w ostatnim wpisie, Kodów młodości dr Marka Bardadyna.

Jednym z powodów, dla których tak bardzo przypadła mi do gustu, jest nawoływanie Autora do tego, by nie poddawać się w zbytniej mierze typowym cywilizacyjnym nawykom i starać się zachować naturalne związki ze środowiskiem. Wprawdzie codziennie z radością i niejednokrotnie z wielkim entuzjazmem korzystam z dobrodziejstw cywilizacji i nie chciałabym być zmuszona do ich wyrzeczenia się, lecz zdaję sobie sprawę, że nadmierne korzystanie z jej zdobyczy prowadzi do życia zupełnie oderwanego od natury, co z kolei nie jest korzystne dla organizmu.

Cywilizacja umożliwia nam komfortowe życie, ochronę przed bodźcami płynącymi ze środowiska naturalnego: zmianami temperatury, wiatru, światła, obuwie chroni nasze stopy przed kontaktem z podłożem. Chowamy się przed światem w pomieszczeniach, pojazdach, ubraniach. Klimatyzowane wnętrza, przyciemniane szyby, ogrzewanie na każdym kroku.

Cóż, w naszej strefie klimatycznej próba życia nago i pod gołym niebem zakończyłaby się raczej szybko ;-) Nie o to jednak przecież chodzi. Rzecz w tym, że coraz częściej, funkcjonując w typowych warunkach cywilizacyjnych, mamy zbytnio ograniczony dostęp do bodźców środowiska, co może prowadzić do przyspieszenia starzenia się naszych organizmów.
Po raz kolejny zacytuję dr Bardadyna:
Jeśli jednak będziesz ustawicznie chował się pod dachem, za szybą i w stroju zapewniającym termiczny luksus, to zabraknie ci bodźców koniecznych do odnawiania zdolności reagowania organizmu, stymulowania metabolizmu tkanek, a w efekcie podtrzymywania ich witalności. [...] Czyste powietrze, słońce, wiatr, deszcz, nawet odczucie zimna są ci niezbędne do podtrzymywania funkcji biologicznych organizmu. Chronią przed zamknięciem nieodczuwania bodźców i utraty zdolności przystosowawczych organizmu, który starzeje się coraz szybciej.
Jak temu zaradzić? Starać się przynajmniej w czasie weekendu lub urlopu zbliżyć do natury, pooddychać świeżym powietrzem, pospacerować boso po piasku lub łące, poczuć czasem zimno czy gorąco zamiast spędzać czas w hermetycznych puszkach. To program minimum. A na co dzień nie przesadzać z ogrzewaniem czy chłodzeniem pomieszczeń, w których przebywamy. Częściej spacerować, nie tylko przy idealnej pogodzie.

I jeszcze jedna sprawa: w wyniku postępującej globalizacji i uniformizacji kultury, coraz częściej porzucamy zasady stylu życia i jego rytm wypracowane przez pokolenia zamieszkujące rejon geograficzny i klimatyczny, w którym mieszkamy. O co chodzi? O to, że w niektórych rejonach świata konieczne jest na przykład przestrzeganie popołudniowej sjesty. A w takich rejonach, jak nasza strefa klimatyczna, korzystne jest dostosowanie diety do pór roku, przede wszystkim ze względu na znaczne zróżnicowanie warunków termicznych.

Wiele osób na hasło „jedz lokalnie i sezonowo”, reaguje wzruszeniem ramionami i przewróceniem oczami, „czego ci ortorektycy nie wymyślą”, a przecież tradycyjne spożywanie pewnych potraw o określonej porze roku (np. rozgrzewających zup czy ochładzających dań ze świeżych soczystych warzyw) wynikało nie tylko z dostępności lub braku pewnych składników, ale też z korzystnego oddziaływania tych pokarmów na zdrowie zaobserwowanego dzięki przekazywaniu doświadczeń z pokolenia na pokolenie.

Podsumowując, można powiedzieć, że czasem warto nie być zbytnio nowoczesnym, nie unikać wpływów otoczenia, nie robić z siebie delikatnej mimozy pod kloszem. A także nie zapominać o tym, że w środku zimy najlepiej zrobi nam pożywna zupa, a podczas upalnego lata lepszy będzie chłodnik od hamburgera z frytkami.

Komentarze

  1. Jestem szczęśliwą nieposiadaczką samochodu, co w kraju w którym aktulanie mieszkam dość utrudnia życie codzienne, jednak korzyści mam wieeele - deszczyk, chłodek i chlupanie w butach w drodze do pracy to moja codzienność i najlepsze sposoby na podniesienie odporności ;-) I mimo, że czasem psioczę, bo wolałabym kąpać się w morzu niż w kałużach we własnym obuwiu, to cieszę się, że mogę na prawdę poczuć każdą porę roku wszytkimi zmysłami, a nie tylko pooglądać przez szybę auta (z klimatyzacją oczywiście;).
    a o zbawinnym wpływie jedzenia sezonowego, "zogródkowego" i, co ważne umiarkowanego (!!!) przekonałam się po przeprowadzce do Słowenii gdzie zaczęłam jeść to co urosło za domem, a nie tylko to co kupiłam w supermarkecie.Jakże ogromna jest różnica między jabłkiem a...jabłkiem!!!!
    Ajka, Twój blog inspiruje - zaraz się jeszcze rozpiszę na temat różnicy w bieganiu po ruchomej bieżni w centrum fitness, a bieganiem po lesie...lepiej nie zaczynam:-)
    dzięki za Twoje posty:-)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten temat jest fascynujący. Warto jeszcze wspomnieć o zimnych prysznicach, dojazdach rowerem do pracy bez względu na pogodę/porę roku i okresowych głodówkach. To wciąga :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Każda pora roku ma swoje zalety (choć może w deszczowy październikowy deszcz trudno doszukać się sensu). Mieszkając pod miastem, a pewnie na wsi na odludziu jeszcze mocniej odczuwa się pory roku. Chociażby odśnieżanie zimą, zaspy, trudności dojazdowe, albo komary latem. "Bliżej natury" nie jest pustym frazesem. Kiedyś, jak dojeżdżałam do centrum W-wy do pracy, koleżanki dziwiły się, że za siedzeniem kierowcy mam kalosze, a zimą łopatę do śniegu :) I powiem szczerze, że tego śniegu w tym roku nie mogę się już doczekać - i chodzenia boso po balkonie (a może w tym sezonie skuszę się na jakieś "normalne" spacery), i biegówek!

    OdpowiedzUsuń
  4. a ja jestem szczęśliwą nieposiadaczką nie tylko auta czy prawa jazdy, ale nawet biletu miesięcznego ;-)
    korzystanie z komunikacji miejskiej to dla mnie czasem konieczność- a akurat mam taką miejscówkę, że chodzę sobie do pracy przez park.
    oraz nie mam tv... ;-)

    za to- każdego roku- muszę przynajmniej kilka dni spędzić na mazurach, najczęściej na kajaku- wtedy to się dopiero spacerowo odpoczywa, w takim pięknym otoczeniu.

    OdpowiedzUsuń
  5. najgorsze ze wszystkiego jest przegrzewanie pomieszczeń zimą. 24 stopnie, to optymalna temperatura dla łazienki, ale broń Boże sypialni! Wtedy nie ma mowy o nocnym odpoczynku, ludzie płacą spore rachunki za ogrzewanie i katują się do tego. 17 stopni nocą - super temperaturka. Ważne też żeby nie doprowadzać do nagłego wyziębienia. Np. wychodząc z przegrzanego pomieszczenia na chłód. Wtedy organizm broniąc się przed nadmiernym wychłodzeniem i utratą ciepła powoduje skurcz naczyń krwionośnych - wtedy błony śluzowe są mniej ukrwione, mniej w nich krwinek i przeciwciał i łatwiej wniknąć wirusom do naszego organizmu. Pochwalę się Wam: odkryłam nowy szlak - nasypem dawnej kolei wąskotorowej. Widoki boskie. Dookoła lasy i pola. Jak można tego nie doceniać?

    OdpowiedzUsuń
  6. Życie z rytmem natury jest cudowne. Lubię poczuć zimny wiatr na policzkach i zapachy ziemi.
    Mieszkam na wsi i palę w piecu, nad ranem zwykle jest zimno - to też lubię, szybciej się budzę i czuję że żyję;)Miód mam od znajomych z pasieki - ten najprawdziwszy - niemal znam każdą pszczołę. Ostatnio byliśmy z całą rodzinką na spacerze i zrywaliśmy jabłka z przydrożnych drzew, chrupaliśmy omijając robaki;).

    OdpowiedzUsuń
  7. Trudno mi powiedzieć, jak duży wpływ na naszą kondycję fizyczną ma kontakt z naturą. Jednak z pewnością ma on wielkie znaczenie dla kondycji psychicznej. Wiem to dobrze po sobie, po tym jak ciągnie mnie co roku w góry, a zimą każe zachwycać się padającym śniegiem i bawić z psem w trakcie odśnieżania podjazdu. Cały rok z nosem w książkach, plecami pochylonymi nad klawiaturą i całym ciałem zamkniętym pomiędzy blokami wielkiego miasta sprawia, że wrześniowy wypad w góry jest nie tylko odpoczynkiem, ale pozwala się rozluźnić i naładować akumulatory aż do kolejnych wakacji.

    Myślę też, że bardzo wiele zależy od nastawienia. Odczuwanie deszczowej pogody w przemoczonych butach czy odgarnianie śniegu na mrozie dla jednych mogą stanowić ożywienie dla zmysłów, podczas gdy dla tych mniej pozytywnie nastawionych będą straszliwą udręką.

    Osobiście kontakt z naturą łapię w czasie biegania od wiosny do jesieni, w czasie wakacji w górach... chciałbym mieć więcej okazji. Dzięki lekturze zapisałem sobie w notatniku, by spróbować choć raz w ciągu roku wyjechać gdzieś na łono natury na parę dni. Zawsze będzie to trochę więcej energii w akumulatorkach i szerszy uśmiech w ciągu długiego roku :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dużo w tym prawdy, sam zauważam, że kiedy biegałem po parku to lepiej się czułem - chyba trzeba znowu o tym pomyśleć, bo siedząc cały czas na kanapie staję się rozdrażniony, jakiś poddenerwowany, no i nie mam w sobie tyle energii, optymizmu co wcześniej - mam za to zbyt wiele kofeiny ;)

    Tylko czemu u nas tak zimno? Łatwiej byłoby zbliżyć się do natury gdzieś na Pół. Iberyjskim, albo nad Morzem Śródziemnym ;) A tak przed nami kilka srogich miesięcy i niecierpliwe czekanie na lato :)))

    OdpowiedzUsuń
  9. Aż dziwi mnie, że nikt nie przywołał tutaj wiersza Jonasza Kofty "Pamiętajcie o ogrodach". Jeszcze w wykonaniu Michała Bajora:
    http://www.youtube.com/watch?v=8rfUo_b9hR4
    Bez natury to ja bym nie mógł :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Swietny wpis!
    pozdr
    Beatrix

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…