Przejdź do głównej zawartości

Droga do domowej piekarni


Vermont Sourdough wg przepisu z blogu Trufla
Nothing gives you quite so much confidence as making your own bread. It is one of the easiest things to make and everyone will think you are a genius. [Nigel Slater - Apetite. So what do you want to eat today?] 
(Nic nie daje takiej pewności siebie, jak samodzielne pieczenie chleba. To jedna z najłatwiejszych do zrobienia rzeczy, a wszyscy uznają cię za geniusza.)

W ostatnim wpisie namawiałam do samodzielnego pieczenia chleba, argumentując, że to jedna z najłatwiejszych czynności kulinarnych, a dostępne w handlu pieczywo jest albo tanie i kiepskie, albo pyszne, lecz bardzo drogie. W odpowiedzi jedna z Czytelniczek, Coco.nut, zapytała:
czy jest szansa na uzyskanie przepisu na ten szybki chleb? bo ja się zbieram od dawna i trochę mnie właśnie przeraża ten potrzebny czas... no i zakwas też, czytałam przepisy na samodzielne zrobienie - i się zniechęciłam :/

Pomyślałam, że jestem winna pewne wyjaśnienie, które może przydać się osobom takim jak Coco.nut, które chciałyby piec same chleb, ale nie bardzo wiedzą, jak się do tego zabrać, boją się komplikacji, porażki, nie wiedzą, ile czasu i wysiłku trzeba na to poświęcić... Wprawdzie w sieci można znaleźć mnóstwo świetnych i rzetelnych informacji na temat pieczenia chleba, na przykład blog znanej też jako autorka świetnego White plate Liski, Pracownia Wypieków , ale wiele osób może myśleć tak: no tak, Liska czy inne dziewczyny, które prowadzą blogi kulinarne, one mają doświadczenie, czas, wprawę, im się wszystko udaje... A ja nie mam takich kuchennych umiejętności, jestem zapracowana, nie dam rady. Fajnie byłoby piec chleb w domu, ale boję się, że nie wyjdzie :(

W pełni rozumiem te obawy, ale zapewniam, że nie taki diabeł straszny i naprawdę można piec chleb regularnie, nawet jeśli nie ma się wielkich umiejętności kulinarnych ani wiele czasu. Moja bliska koleżanka, która wzięła od mnie zakwas, zaczęła swoją przygodę z pieczeniem chleba jako młoda pracująca zawodowo Mama, prowadząca jednocześnie dom, zajmująca się też ogrodem, nie mając żadnego doświadczenia w wypiekach tego rodzaju (chociaż już w kuchni radziła sobie na tym etapie nieźle). Od tego czasu piecze chleb regularnie, sama też rozdaje zakwas na prawo i lewo, jednocześnie namawiając wszystkich do pieczenia. Bo to już tak jest z tym chlebem, jak się zacznie, człowiek zadaje sobie pytanie, czemu u licha nie zaczął wcześniej?! 

Gdy w jesieni zeszłego roku wyhodowałam wreszcie zakwas, bardzo mocno przeżywałam te pierwsze zakwasowe wypieki. I powiem Wam, że to wzruszenie, z jakim wyjmowałam swój pierwszy zakwasowy chleb z pieca, było jednym z najwspanialszych uczuć, jakich doświadczyłam w życiu... To tak pierwotne uczucie, wrażenie robienia czegoś z niczego - trochę mąki, woda i gorący piec. I powstaje chleb.

Na zdjęciu ilustrującym wpis widzicie bochenek, który zabrałam na sylwestrowe spotkanie z przyjaciółmi. Był tam też znajomy, który od lat przebywa na emigracji. Zajadał się bigosem i chlebem, aż uszy mu się trzęsły, aż wreszcie powiedział: dziękuję Ci, bo tym chlebem przywołałaś wspomnienia mojego dzieciństwa. Tak smakował chleb, który piekła moja Babcia. Nie muszę chyba pisać, jak się wtedy poczułam.

Dosyć smęcenia o wzruszeniach! Do rzeczy: jak pokonać lęk przed zakwasem i pieczeniem chleba?

Po prostu zacząć.

Jeśli naprawdę nie czujesz się na siłach, możesz zacząć od pieczenia na drożdżach, zanim dojrzejesz do zmierzenia się z zakwasem. Na przykład taki prosty przepis. Moim zdaniem łatwiej zacząć piec z jasnej mąki (chociaż wolę ciemne i na co dzień piekę z razowych lub przynajmniej nie całkiem oczyszczonych), bo dla początkujących, których temat jeszcze nieco przerasta, mierzenie się z razową mąką może być dodatkowym utrudnieniem.
Zanim „dorosłam” do zakwasu, przez dobrych parę lat piekłam na drożdżach, nie na co dzień, zwykle w weekendy albo wtedy, gdy nie było czasu iść na zakupy. Domowe pieczywo drożdżowe, takie jak ziołowe chleby, bagietki czy bułeczki też ma wiele uroku, jest miłym urozmaiceniem od sklepowego. I te zapachy, które unoszą się w domu podczas pieczenia...

Używałam też maszyny do pieczenia chleba, która jest wygodnym wynalazkiem, lecz po pierwsze zajmuje sporo miejsca, a po drugie chleb z niej ma dziwny kształt i nie całkiem odpowiadał naszym oczekiwaniom. Niedawno pożegnałam się z nią, bo stała tylko w piwnicy i irytowała (mnie, nie się).

Pierwszą próbę wyhodowania zakwasu podjęłam parę lat temu i poniosłam sromotną porażkę. Opis, który znalazłam na pewnym forum, był fatalny - wydało mi się, że to bardzo skomplikowana czynność, wymagająca umiejętności, za które jeszcze parę wieków temu spłonęłabym na stosie. Nie udało się. Zamiast zakwasu otrzymałam śmierdzącą obcą formę życia, która bardziej wyglądała jak bohater Wojen gwiezdnych niż baza do chleba. Zraziłam się na długi czas. Dopiero lektura blogu Patrycji, który jest dla mnie źródłem nieustającej inspiracji, dodała mi odwagi. Wreszcie trafiłam na precyzyjny opis produkcji zakwasu, z wagami, temperaturą, czasem i informacjami podanymi po prostu kawa na ławę, bez miejsca na domysły i czarną magię.

Pomyślałam: zaryzykuję. Zaczekałam do jesieni, po urlopie, bo ten etap wymaga jednak regularnego doglądania nowej formy życia. Wiele było obaw, czy się uda, czy zakwas nie spleśnieje, czy chleb wyrośnie... Ale udało się i w krótkim czasie nabrałam pewności siebie. Nie twierdzę, że przez cały czas było łatwo. Pieczenie chleba w takich rasowych klasycznych bochenkach wymaga pewnej wprawy, po przełożeniu na blachę lubią rozjechać się we wdzięczny placuszek. Dopiero nabycie kamienia do pizzy okazało się rozwiązaniem, bo na kamieniu chleb wspaniale „odbijał”, lecz niestety kamień okazał się tandetny i przy drugim pieczeniu pękł. Od tego czasu piekę więc w keksówkach, kolejny kamień mam zamiar zamówić u kamieniarza (tym bardziej, że lubimy też domową pizzę, a taka pieczona na kamieniu jest o niebo lepsza), lecz zwlekam z tym od wielu miesięcy, skoro można piec dobry chleb i bez tego, po co zawracać sobie głowę? Kamień nie zając, nie ucieknie (nawiasem mówiąc, bardzo rzeczowy opis akcesoriów domowego piekarza można znaleźć u Liski).

Od jesieni 2010 r. nie kupuję chleba. Regularnie piekę w domu. Zakwas, z delikatnego słabego stworzonka, jakim był w pierwszych miesiącach życia, stał się mężnym chłopiskiem na schwał i żadne przeciwności losu mu nie straszne. Był nawet SAM przez trzy tygodnie na wakacjach na wsi (opiekowali się nim moi Rodzice pod naszą nieobecność), bardzo był dzielny i grzeczny, nie płakał, a po początkowym szoku spowodowanym podróżą dziarsko się poderwał i rósł pięknie jak zwykle.

Wszystko pięknie ładnie malinowo, lecz jak to w końcu jest z tym czasem na hodowlę zakwasu i pieczenie chleba? Coco.nut pytała przecież o przepis na szybki chleb. Powiem tak, pieczenie chleba nie jest czynnością szybką. Jest ŁATWE i NIEPRACOCHŁONNE, ale wymaga czasu. Na szczęście nie oznacza to, że musimy nad chlebem wisieć przez 24 godziny, robić coś z nim przez nie wiadomo ile czasu, to nie risotto, przy którym trzeba stać i merdać.
Pieczenie na drożdżach oznacza trochę czasu na zarobienie ciasta, potem dajemy mu spokój i pozwalamy wyrosnąć, w tym czasie można robić milion innych rzeczy (poczytać, zrobić pranie, wykorzystać seksualnie towarzysza życiowego czy towarzyszkę, wedle gustu...) i nie trzeba wcale zwracać na wyrastający chleb uwagi, lepiej nawet dać mu spokój i mu za bardzo nie przeszkadzać. Potem pieczenie - oprócz włożenia chleba do pieca też nie wymaga wiele zachodu. Potem wyjmujemy upieczony chleb z pieca i odganiamy domowników, żeby nie zeżarli na ciepło, bo im zaszkodzi.

A na zakwasie? W moim odczuciu pieczenie na zakwasie wymaga jeszcze mniej wysiłku, ciasto na drożdżach (takich z kostki lub suszonych) potrzebuje staranniejszego wyrabiania.
Sama hodowla zakwasu to kwestia poświęcenia kilku minut dziennie: odmierzamy, mieszamy, odstawiamy. I tak przez parę dni, nieco ponad tydzień.
Gdy zakwas jest już gotowy, trzymamy go w lodówce. I jedyne, o czym trzeba pamiętać, to o systematycznym dokarmianiu raz na tydzień (jeśli nie pieczemy tak regularnie), albo wyjąć go z wyprzedzeniem przed planowanym pieczeniem chleba.
U mnie zwykle wygląda to tak: dwa dni przed planowanym pieczeniem wyjmuję po południu zakwas z lodówki. Odczekuję dwie-trzy godziny, żeby się zagrzał, wieczorem dokarmiam. Rano następnego dnia przygotowuję zaczyn. Najczęściej piekę wg tego przepisu na chleb żytni, czasem z mąki żytniej razowej, czasem z jaśniejszej, tzw. żurkowej. Zwykle mieszam je w różnych proporcjach. W lecie, gdy jest ciepło,  zarabiam ciasto wieczorem, zostawiam do wyrośnięcia na noc, piekę rano. Gdy jest chłodniej (chleb wolniej rośnie) albo wiem, że nie będę miała dość czasu na pieczenie w ciągu dnia, zarabiam chleb dopiero po 24 godzinach od przygotowania zaczynu (czyli następnego dnia rano), zostawiam na cały dzień do wyrośnięcia, piekę wieczorem.

Czasem, gdy chcę nieco przyspieszyć sprawę, bo chleb zostanie wyjedzony szybciej niż się spodziewałam, uciekam się do nieco prostszego wariantu, jak na przykład chleb z San Francisco, bardzo smaczny, chociaż nieco wspomagany suszonymi drożdżami, które znacznie przyspieszają jego wyrastanie.

Widzicie, takie czynności, jak przygotowanie zaczynu, zarobienie ciasta NIE WYMAGAJĄ WIELE CZASU. Każda z nich to może 10 minut do kwadransa. Nie więcej. Czas potrzebny jest na to, by zakwas się uaktywnił, zaczyn zaczął pracować, chleb wyrósł. Pieczenie chleba jest bardziej kwestią odpowiedniego planowania niż czasu i wysiłku, który trzeba w nie włożyć. Przytoczony przeze mnie przykład Koleżanki z małym Urwisem, która regularnie piecze, idealnie pokazuje, że się da. Wspomniana Koleżanka jest dobra w planowaniu (tym, co nazywam gospodarską logistyką), więc chociaż harmonogram Jej zajęć bywa mocno zatłoczony, jednak znajduje w nim miejsce na chleb. Specjalnie przytaczam przykład osoby, która pracuje zawodowo, dojeżdża do pracy spoza miasta, wychowuje wesołego dwulatka, w niektóre weekendy dorabia ustnymi tłumaczeniami w mieście oddalonym o kilkaset kilometrów od domu, gotuje i jeszcze czasem zajmuje się ogrodem. I życie towarzyskie też prowadzi. Po prostu mój przykład - osoby, która pracuje w domu i nie ma dzieci, mógłby wielu osób nie przekonać (często słyszę przecież - tak,  Ty nie masz dzieci, to masz dużo czasu...).

Przytoczyłam przepisy, które lubię, ale z szerokiego zakresu propozycji sprawdzonych rozwiązań przedstawianych na różnych blogach każdy może wybrać coś dla siebie. Jaśniejsze, ciemniejsze, bardziej ziołowe, pszenne, żytnie, orkiszowe....

Jeśli cała ta argumentacja jeszcze Was nie przekonała, jako podsumowanie zdjęcie wspomnienia po chlebie, który przedstawiłam na początku. Okruszki, ot co. 


P.S. Nie zapominajcie, że do 30 listopada można jeszcze nadsyłać propozycje konkursowe!

Komentarze

  1. ja mam nawet mąkę już od jakiegoś czasu kupioną, Pracownię Wypieków przestudiowałam, a ciągle nie mogłam się zabrać... mam nadzieję, ze teraz się zmobilizuję, ale może faktycznie zacznę od takiego na drożdżach...

    w każdym razie bardzo serdecznie dziękuję za cały ten post!!! i jeszcze w dodatku z cytowaniem mnie osobiście, aż się zawstydziłam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Coco.nut, nie ma za co :) Lubię moich Czytelników i staram się reagować na ich potrzeby. Mam nadzieję, że ten wpis będzie dobrą motywacją do pieczenia. Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowny wpis i jak bardzo na czasie:) Od jakiegoś tygodnia intesywnie przemyśliwuję kwestię przeskoczenia na wyższy level (do tej pory piekłam tylko na drożdżach) ale jakoś ociągałam się z podjęciem tematu, bo wydawał mi się skomplikowany.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ajko, wczoraj odkryłąm Twojego bloga i właśnie skończyłam go czytać, uff:)

    Ileż inspiracji! Do zminimalizowania życia przymierzam się od jakiegoś czasu, w Schowku Empiku od dawna czekają ksiązki Loreau, ale potrzeba mi było "kopa", a takim niewątpliwie jest lektura tego bloga i Twoje osiągnięcia. Załozyłam oddzielny katalog , w którym gromadzę minimalistyczne linki;)

    Tak się złożyło, że w ostatnich miesiącach z powodu przeprowadzki oddałam/sprzedałam kilkaset książek, ubrań i rzeczy. Żal? Żal, ale i ulga. I zdziwienie, że można się bez tylu rzeczy obyć.
    Mam dwoje dzieci, więc sytuacja jest nieco utrudniona, ale bedę się starała:)

    Chleb na zakwasie piekłam namiętnie latem 2010 roku - ale jemy tak mało pieczywa, że byłą to sztuka dla sztuki, a zakwas zdechł;) Faktycznie jest to ogromna frajda! CZasem piekłam w Roemertopfie, a ogromną pomocą były mi blogi chlebowej guru Tatter i przepisy Dorotus z bloga Moje Wypieki- są proste i sprawdzone, i polecałabym je początkującym. Ostatnio po częsci powróciłam do domowego chleba, ale na zakwasie suszonym (ze sklepu bio) i z melasą burczaną - przepyszny.
    A chleba na drozdżach nie lubię i nie polecam, poza bagietkami, ale do nich najlepiej mieć specjalną foremkę.
    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za mądre posty:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Granda, skoro przemyśliwujesz, znaczy, że jesteś gotowa. Odważ się, będzie dobrze.

    Lady Aga, cieszę się, że moje doświadczenia przydają się innym.
    Zdaję sobie sprawę, że przy dzieciach upraszczanie życia ma nieco inny wymiar, ale jest bez wątpienia możliwe i ze wszech miar przydatne :)
    Co do chleba na drożdżach - na dłuższą metę zaczyna się tęsknić za smakiem zakwasu, to fakt. Bagietki piekę bez foremki, są takie bardziej rustykalne ;-)
    My też jemy dość mało pieczywa, ale raz na tydzień piekę. W najgorszym razie, gdy nie uda się zużyć upieczonego chleba w ciągu tygodnia, po prostu dokarmiam tylko zakwas. Albo obdarowuję bliskich i znajomych :)
    Pozdrawiam równie serdecznie! I czekam na relacje o minimalizowaniu przy dwójce dzieci, to bardzo ciekawy temat.

    OdpowiedzUsuń
  6. z drożdżami jestem za pan brat ;-)
    ale wygląda, że przyjdzie mi się zaprzyjaźnić z zakwasem :-)

    ale tak sobie myślę, że najwcześniej za tydzień lub dwa, bo teraz mam trochę zajęć, a pierwszy zakwas wymaga trochę skupienia i uwagi ;-)

    nie znam się zupełnie na kamieniach- drożdżowce szły do keksówek.

    OdpowiedzUsuń
  7. to może, ja też się odważę i spróbuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nigdy nie piekłem własnego chleba, ani nawet takiego chleba nie jadłem, ale powiem z czym się on kojarzy: z czymś pysznym i... drogim.

    No właśnie, jak to jest naprawdę? Ile kosztuje taki bochenek podobny jak w sklepie (400-500g)? Czy potrzebne jest specjalne urządzenie do pieczenia chleba, czy piekarnik?

    No i czy taki chleb dłużej zachowuje świeżość, czy wręcz przeciwnie? Wiem, wiem, zawsze można też chleb mrozić ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. witam
    Chleb piekę od pewnego czasu
    Zużywam mąkę pszenną, orkiszową i żytnią w równych proporcjach. Dodaję masę otrąb,płatki owsiane, ziarna słonecznika, dyni, siemię, śliwki....
    Chleb jest ciemny i przez tydzień utrzymuje świeżość.
    Największą niespodzianka dla mnie było to, że chleba na zakwasie nie trzeba wyrabiać. Starczy dobrze wymieszać składniki i odstawić do rośnięcia.
    Zgadzam się z przedmówcami, że piszesz prosto i zachęcająco:)

    Miło się zaglada

    OdpowiedzUsuń
  10. Verónico, skoro jesteś z drożdżami za pan brat, polubisz się też z ich dzikimi kuzynami :)
    Kamieniami nie zawracaj sobie głowy, nie są konieczne, choć mogą być przydatne. Keksówki na początek wystarczą.
    Maju, odważ się, nie sądzę, byś miała żałować.
    Marciniasty J. Wystarczy piekarnik, specjalnych urządzeń nie potrzeba (zawracanie głowy). Szczegółowe omówienie kosztów znajdziesz u Tofalarii:
    http://tofalaria.blogspot.com/2011/02/domowy-chleb-drogo-czy-tanio.html
    Oczywiście zależy jakie pieczywo jadasz na co dzień, czy z białej mąki oczyszczanej czy też razowe, tak czy owak w najgorszym wypadku, tzw. przy zastosowaniu drogiej mąki - np. orkiszowej ze sklepu eko i różnych dodatków może wyjść cena zbliżona do sklepowej.
    Większość rodzajów mąki dostępnej w supermarketach kosztuje zaledwie parę złotych za kilogram.
    Domowy chleb nie dość, że jest pyszny i niedrogi, na dodatek wiesz, że nie ma w nim żadnych polepszaczy itp.
    I jest bardzo trwały. Ja trzymam chleb w lodówce w foliowej torebce - może nawet leżeć dwa tygodnie i dłużej i nadal jest smaczny. Rzadko jednak wytrzymuje tak długo, musiałby mieć zęby ;-)
    Mario, miło mi, że odpowiada Ci mój sposób pisania. Tak, mnie też zaskoczyła łatwość przygotowania chleba na zakwasie, byłam przyzwyczajona do wyrabiania ciasta drożdżowego, a tutaj wystarczy tylko wymieszać. Robi się niemal sam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja tu tylko przelotem, ale chciałem podziękować - dzięki Twojemu postowi upiekłem właśnie swój pierwszy chleb. Nawet jadalny ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ad@m, cieszę się, że spróbowałeś i gratuluję debiutu! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ajko, zbierałam się długo z własnym przepisem (niektóre fotki sprzed pół roku), dziś u mnie o chlebie: http://tofalaria.blogspot.com/2011/12/szybki-przepis-na-domowy-chleb-z-formy.html

    OdpowiedzUsuń
  14. B. CIEKAWIE I MERYTORYCZNIE OPRACOWANE. SUPER ZDJĘCIA W KLIMACIE! *****
    ZOBACZ TAKŻE INNY PRZEPIS.
    _________________________________________________________________________________________________________
    CHLEB RYŻOWY-IRL. ANTYCUKRZYCOWY. ♥♥♥♥♥

    7.TEMAT.
    CHLEB. PRZEPIS WZORCOWY WYPIEKU CHLEBA RYŻOWEGO-IRL (MINI CHLEBKI). *****

    SKŁADNIKI:
    Ryż biały __800g. Gotujemy w jednym garnku (pojemność 4,0 l.) przez ok. 15 minut. Do gotowania dodajemy 2,5 l. wody.

    PRZYPRAWY TO:
    Sól kamienna nieoczyszczona, również pieprz, kminek, ew. ziała wg uznania. Po zakończeniu gotowania całość pozostawiamy pod przykryciem na ok. 5-10 minut.

    UGOTOWANY RYŻ (MASA RAZEM 800 GRAM), WCHŁANIA WTEDY:
    Całą użytą (2,5l.) do gotowania wodę, co następnie ułatwia formowanie i lepsze klejenie się tzw. mini chlebków. Do tego właśnie zestawu składników (ryż, przyprawy) dodajemy suchą masę: 150 gram otrąb pszennych i dokładnie mieszamy łyżką. Otręby chłoną wówczas dużo wody, którą uzupełniamy wlewając ok. 0,5 litra (przegotowanej).

    DUŻĄ ŁYŻKĄ STOŁOWĄ NABIERAMY ZMIESZANĄ MASĘ TJ. RYŻ, PRZYPRAWY WRAZ Z OTRĘBAMI:
    I z takiej objętości formujemy chleb tzw. cienkie mini chlebki (ugniatamy palcami). Kładziemy na papierze do pieczenia, którym uprzednio pokryliśmy powierzchnię blachy. Pieczemy w piekarniku (temp. 250oC przez ok. 50-60 minut) tj. do momentu uzyskania tzw. przyrumienienia.

    ISTOTNE:
    Wszelkie dodatki np. miód, rodzynki, wykluczone. Takie dodatki sprzyjają otyłości i cukrzycy typu 2.

    _________________________________________________________________________________________________________

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…