Przejdź do głównej zawartości

Manifest wszystkożerców

Ostatnio pisałam o poszczeniu, ale poszczę tylko raz na jakiś czas. Natomiast na co dzień lubię gotować i jeść, bardzo interesuje mnie nie tylko kultura kulinarna różnych krajów, ale także zależności między jedzeniem a samopoczuciem i zdrowiem. Sporo już przeczytałam różnych książek na te tematy. Żałuję jednak, że Michael Pollan nie napisał swojego manifestu kilka lat wcześniej, lecz dopiero w 2008 r. Mam na myśli książkę W obronie jedzenia. Manifest wszystkożerców (tyt. oryginalny In defence of food. An eater's manifesto), wydaną w Polsce nakładem wydawnictwa Mind Dariusz Syska. Po tej lekturze właściwie wszystkie poradniki dietetyczne wydają mi się całkowicie bezużyteczne.
To ciekawe, że najlepszą książkę o filozofii żywienia napisała osoba, która nie jest ani dietetykiem, ani lekarzem, lecz dziennikarzem The New York Times Magazine, a na dodatek Amerykaninem. Jak sam Michael Pollan stwierdza, czytelnicy mają prawo zastanawiać się, jakie ma podstawy do tego, by mówić innym, co i jak mają jeść. Odpowiada, że stoi za nim po prostu autorytet tradycji i zdrowego rozsądku.
Pozycja ta zaciekawiła mnie przede wszystkim dlatego, że wyjaśnia, w jaki  sposób doszło do powstania podejścia, nazywanego przez Michaela Pollana ideologią dietetyzmu. Pokazuje, jak próbowano w dobrej wierze sformułować zalecenia żywieniowe, które miały uchronić amerykańskie społeczeństwo przed chorobami cywilizacyjnymi, a pod wpływem rozmaitych czynników (m.in. nacisków lobby producentów żywności) tak zmieniano te wskazówki, że w ostatecznym rozrachunku przyniosły one skutki wręcz przeciwne do zamierzonych. Opisuje, w jaki sposób zaczęto coraz większą wagę przywiązywać do naukowego podejścia do żywienia i jak doprowadziło to do przekonania konsumentów „do trzech zgubnych mitów: że najważniejsze nie jest jedzenie, ale składniki odżywcze; ludzie potrzebują pomocy ekspertów, by wiedzieć, co należy jeść, ponieważ składniki odżywcze są niewidoczne i nie wszystkim znane; jedynym celem jedzenia jest zdrowie fizyczne”.

Autor nie podważa znaczenia nauki, wskazuje jedynie, że zbytnie przejmowanie się kolejnymi rewelacjami i wynikami coraz to nowych badań prowadzi do wprowadzania zmian w odżywianiu, które wbrew pozorom wcale nie przybliżają nas do stanu powszechnego zdrowia, lecz jak wskazuje przykład amerykańskiego społeczeństwa, przynosi katastrofalne wręcz konsekwencje. Nauka o żywieniu wciąż jest jeszcze młodą dziedziną i wprawdzie posuwa się coraz dalej i przynosi coraz więcej wiedzy o zależnościach między jadłospisem a zdrowiem, lecz często skupia się na pojedynczych składnikach zamiast na całości zwyczajów żywieniowych danej populacji czy też na współdziałaniu różnych pokarmów. Zdaniem Pollana na obecnym etapie naukowcy nie wiedzą jednak jeszcze dostatecznie dużo, by pozwolić im decydować o naszym jadłospisie.

W drugiej części książki dziennikarz śledzi historę procesu uprzemysłowienia żywności: „silny wzrost produkcji wysoko przetworzonej żywności i produktów z ziaren zbóż pozbawionych otrąb, zastosowanie nawozów sztucznych w uprawie roślin i hodowli zwierząt w ogromnych gospodarstwach monokulturowych, ogromną obfitość tanich kalorii pod postacią cukru i tłuszczu produkowanych przez współczesne rolnictwo oraz ograniczanie różnorodności jedzenia do niewielkiej garstki podstawowych nasion - pszenicy, kukurydzy i soi.” Proces ten doprowadził do ukształtowania zachodniego sposobu odżywiania, opartego przede wszystkim na dużej ilości żywności przetworzonej i mięsa oraz dużych ilości dodawanych do pokarmów tłuszczów i cukrów. Jak pisze Pollan „mnóstwo wszystkiego, oprócz warzyw, owoców i pełnych ziaren zbóż”.

Pierwsze dwie części książki stanowią obszerne wprowadzenie do proponowanych przez Pollana sposobów na odejście od tej tzw. diety zachodniej. Wprawdzie formułuje on kilkadziesiąt zasad odżywiania, które mają być jego zdaniem korzystne nie tylko z punktu widzenia zdrowia, ale też przyjemności, lecz cały ten Manifest sam streszcza w trzech krótkich punktach: Jeść prawdziwe jedzenie. Niezbyt wiele. W większości pokarmy pochodzenia roślinnego.

Jak rozpoznać prawdziwe jedzenie, jak odróżnić go od „produktów pokarmopodobnych”, które wprawdzie są jadalne, lecz są tylko substytutami prawdziwej żywności? Autor podaje kilka prostych zasad: na przykład „nie jedz niczego, czego Twoja prababka nie uznałaby za jedzenie”. Zaleca unikanie produktów zawierających więcej niż pięć składników lub nieznane składniki. Namawia, by nie kupować żywności w supermarkecie, lecz na targu.

Wprawdzie Michael Pollan nie namawia do całkowitego porzucenia jedzenia mięsa, lecz zachęca do traktowania go jako dodatku do żywności, a nie podstawy jadłospisu. „Nie znalazłem nieodpartych argumentów przeciwko mięsu - nie znaczy to oczywiście, że nie istnieją powody natury etycznej i środowiskowej, by go nie jeść”. Pisze, że człowiek nie ma konieczności jedzenia mięsa, bo znajdujące się w składniki można też dostarczyć organizmowi z innych pokarmów, a witaminę B12 z innych produktów pochodzenia zwierzęcego.

Wskazuje, że spożywanie mięsa ma i złe, i dobre strony, bo znajdując się na szczycie łańcucha pokarmowego gromadzi i skupia nie tylko wiele składników odżywczych, ale też toksyn obecnych w środowisku. Namawia więc do zmniejszenia jego proporcji w jadłospisie (pisze na przykład o fleksitarianizmie - czyli stosowaniu diety zbliżonej do wegetariańskiej). I przypomina o zapomnianej przez wiele osób prawdzie, że to, co zjadają zwierzęta, przekłada się na jakość mięsa, mleka i jajek. Dlatego warto jest szukać produktów pochodzących od zwierząt, które nie pochodzą z hodowli przemysłowych i żyją w warunkach jak nabliższych naturze.
I na koniec najtrudniejsze dla wielu osób zalecenie: jeść mniej. Nie przejadać się, jeść powoli, przy stole, w towarzystwie, w trakcie prawdziwych posiłków, a nie samotnie przy biurku, przed komputerem, telewizorem, w samochodzie, w biegu. Jeść z przyjemnością (na to też potrzeba czasu, nie da się czerpać przyjemności z jedzenia połykanego w pośpiechu). Przywiązywać wagę do jakości jedzenia i angażować się w proces jego przygotowania (a jeszcze lepiej powstawania - przez uprawę ogródka). I jeszcze jedno: wypijać lampkę wina do posiłku :)

Cieszę się, że pojawiają się takie głosy rozsądku, jak książki Michaela Pollana. Jego podejście bardzo do mnie przemawia, właściwie mogłabym się pod jego manifestem podpisać wszystkimi kończynami naraz. W pełni zgadzam się ze wszystkimi jego zaleceniami: zarówno nawoływaniem do powrotu do prawdziwego jedzenia, jak i do przywiązywania większej wagi do jakości naszych pokarmów, a także do celebrowania posiłków, czerpania przyjemności z jedzenia, przy jednoczesnym traktowaniu spotkania przy stole jako doskonałej okazji do spędzania czasu z rodziną czy przyjaciółmi. W naszym szalonym świecie coraz częściej spotyka się ludzi, którzy uważąją, że za posiłek wystarcza buła połknięta przed ekranem komputera, ewentualnie popita jakimś płynem o nienaturalnym kolorze i smaku.
Podobnie jak Pollan, nie namawiam nikogo do całkowitej rezygnacji z mięsa - chociaż zdaję sobie sprawę, że można bardzo dobrze funkcjonować, stosując dietę wegetariańską (sprawdzałam na własnej skórze przez niemal rok, teraz pasuje do mnie to śmieszne słowo: fleksitarianka, mięso jadam okazjonalnie), lecz myślę, że dla większości populacji już pewne ograniczenie jego ilości w jadłospisie na korzyść warzyw i owoców mogłoby okazać się wielką rewolucją.
Cóż, zwolenników diety Atkinsa, Kwaśniewskiego oraz doktora Dukana i tak nie przekonam, nie mam zresztą takich ambicji. Jednak wielu z moich Czytelników do ograniczania mięsa namawiać nie trzeba, bo z tego, co wiem, sporo wegetarian (i wegan) tu zagląda :)

Wegetarianie, mięsożercy oraz wszyscy inni -żercy już wkrótce będą mogli wykazać się w konkursie kulinarnym, już, już, w następnym wpisie uchylę zasłony tajemnicy...

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Michaela Pollana W obronie jedzenia. Manifest wszystkożerców”, w przekładzie Ewy Krystyny Suskiewicz, nakładem wydawnictwa Mind.

Popularne posty z tego bloga

Minimalizm na Nowy Rok - postanowienia

Nie podejmuję noworocznych postanowień, mówiłam już o tym wielokrotnie. Wolę wprowadzać zmiany wtedy, gdy czuję się do nich gotowa, w dowolnym momencie roku. Nie czekam ze swoimi osobistymi zobowiązaniami do poniedziałku czy pierwszego dnia miesiąca. Od dawna uważam, że początek stycznia jest nienajlepszym momentem na takie działania, bo to czas zimowej ciemnicy, często depresyjnej aury i innych nieprzyjemnych okoliczności. Nie znaczy to jednak, że nie kibicuję osobom, które podejmują noworoczne próby zmiany nawyków. Zawsze warto pracować nad sobą i ulepszaniem swojej codzienności.  Oto więc kilka moich propozycji na plan zmian/postanowienia noworoczne. Oczywiście można je wykorzystać także w innym czasie, ale można też wdrożyć je, czyniąc użytek z energii, jaką daje ten symboliczny nowy początek, jakim jest pierwszy dzień roku.  Ważna uwaga na początek: moim zdaniem lepiej jest nie stawiać sobie zbyt ambitnych celów i wprowadzać jednocześnie ostrych restrykcji w wielu dziedz

Ajka Minimalistka - kolejny rozdział

Zgodnie z zapowiedzią rozpoczynam kolejny rozdział. Prosty blog - czyli to miejsce, niestety nie odpowiada już moim potrzebom. To znaczy nie odpowiada mi ta platforma, na której go piszę, blogspot. Jej niedostosowanie do moich obecnych wymagań nie tłumaczy oczywiście rzadkiej publikacji tekstów w ostatnich latach, ale prawdą jest, że na pewno nie pomagało w pisaniu. Nie ma co jednak szukać wymówek czy wytłumaczeń.  Prosty blog pozostaje tutaj, nie znika. Wiem, że są wśród Was osoby, które wciąż lubią wracać do starych wpisów. Jednak od teraz nowe treści będę publikować w nowym miejscu, do którego serdecznie Was zapraszam. Moje nowe blogowe gospodarstwo nazywa się Ajka Minimalistka i znajdziecie go pod tym adresem . Będą się tam pojawiać nie tylko wpisy, ale również w osobnej zakładce można znaleźć wszystkie odcinki podcastu, który nagrywam od kilku miesięcy.  Zapraszam, do poczytania, posłuchania i zobaczenia! 

Uniform minimalistki

Temat osobistego uniformu obracam w głowie już od kilku lat, co najmniej. Jednak jeszcze do niedawna nie czułam się gotowa na to, by ostatecznie zdefiniować go dla siebie. Owszem, wiedziałam, że ciągnie mnie w tym kierunku i że coraz bardziej zbliżam się do wprowadzenia go w życie na co dzień. Jednak jeśli obserwowaliście, być może, moje materiały o kolorowej szafie minimalistki na YouTube , w cyklu, w ramach którego zaprezentowałam całą swoją kapsułową garderobę na wszystkie pory roku, mogliście zauważyć, że wprawdzie mój styl i zestawy ubraniowe były już dość wyraziste i powtarzalne, trudno było by nazwać je uniformem.  Tak jednak się złożyło, że w międzyczasie zmieniłam tryb życia poprzez powrót do oprowadzania po Krakowie (już nie tylko po Wawelu, jak było parę lat temu), więc o wiele częściej wychodzę pracować poza dom. Oczywiście wymusiło to dostosowanie zawartości szafy i pewne jej uzupełnienia. A jednocześnie kilka ubrań z niej wywędrowało. Z powodu zużycia, ale też zmian