Przejdź do głównej zawartości

Zupa z gwoździa i pizza quattro cioccolati

http://www.haroldsplanet.com/daily.htm
Pamiętacie bajkę Aleksandra Fredry „Cygan i baba”? O tym, jak Cygan obiecał babie, że ugotuje krupnik na gwoździu? Jeśli nie pamiętacie, możecie sobie przypomnieć tutaj. Hmm, szczyt minimalizmu w gotowaniu ;-)

Tak poważnie jednak mówiąc, na czym polega minimalizm w kuchni? Na rezygnacji z gotowania? Na podgrzewaniu gotowych potraw? Może na niejedzeniu, jak ktoś mógłby pomyśleć po lekturze mojego niedawnego wpisu o poszczeniu? Czy też na zamawianiu pizzy przez telefon?
Obecnie wiele osób rezygnuje z gotowania w domu, z wielu względów: braku czasu, rozkładu dnia, zmęczenia, łatwego dostępu do taniego i szybkiego jedzenia na każdym kroku. Stołówki, jadłodajnie, firmowe kafeterie, bary szybkiej obsługi, lokale z fast foodem, kanapki, przekąski. Roznosiciele kanapek i sałatek w biurowcach. Różne smaki, różne kuchnie, opcje dla wegetarian. Szybko, smacznie, niedrogo, wprost do ręki. Tak jest w wielu miejscach. Po co więc wysilać się, tracić czas na zakupy i gotowanie, skoro jedzenie przychodzi do nas niemal samo?

Kiedy Ty znajdujesz na to czas, chce Ci się, nie szkoda Ci czasu na gotowanie? - Często słyszę takie pytania od znajomych. A gdy odpowiadam, że ugotowanie zupy czy upieczenie chleba wcale nie zajmuje wiele czasu, widzę pełne niedowierzania spojrzenie. Nie, nie szkoda mi czasu na gotowanie. Dlaczego? Bo tak jest smaczniej, taniej, zdrowiej, bo w ten sposób mam pewność, że moi bliscy nie jedzą „byle czego na mieście”. A z wygospodarowaniem czasu na kucharzenie jest tak samo, jak ze znajdowaniem go na inne sprawy. Jeśli uzna się, że gotowanie jest ważne, czas się znajdzie. Nie mamy go tylko wtedy, gdy nie chcemy go znaleźć...

Kiedyś nie cierpiałam gotowania, uważałam, że jest nudne. Aż pewne okoliczności życiowe postawiły mnie przed koniecznością gotowania dla czteroosobowej dość grymaśnej rodziny w celach zarobkowych, w krótkim czasie musiałam odłożyć koronę z głowy na bok i nauczyć się przynajmniej podstaw. Łatwo nie było, ale zadaniu podołałam, a tym samym przekonałam się, że kucharzenie nie takie straszne, jak się wydaje. I wcale nie nudne.

Teraz bardzo lubię spędzać czas w kuchni, bo nie dość, że to świetna zabawa, wielka przyjemność dla wszystkich zmysłów (sam proces gotowania - angażuje przecież nie tylko wzrok i dłonie, ale też węch, a nawet słuch...), to też zajęcie bardzo relaksujące i odstresowujące. A ileż radości daje, gdy możemy poczęstować czymś smacznym ukochane i najbliższe osoby czy przyjaciół. Dla samej siebie gotuję (mąż często wyjeżdża), nie muszę wtedy oglądać się na gusty innych i kieruję się tylko własnym smakiem.

Nie ukrywam jednak, że tak jak i w innych dziedzinach życia, najważniejsza jest dla mnie prostota, zarówno pod względem przygotowania, jak i formy potraw. I zwykle nie mam zbyt wiele czasu na stanie przy garach. Jak to zrobić, by gotować i nie zwariować? Dobrze zorganizować sobie pracę, przede wszystkim.

Wyposażenie kuchni zależy przede wszystkim od upodobań i zwyczajów właścicieli. O minimalistycznej kuchni pisały już Dziewczęta, Tofalaria i Plus Ultra. Nie będę więc powielać ich porad.

Na podstawie własnych doświadczeń dodam tylko, że nawet w najmniejszej i najskromniej wyposażonej kuchni można przygotować danie godne królów, nie potrzebne są żadne pseudopomagacze, świecące kuchenki z wodotryskiem i inne bajeromiksy za ciężkie tysiące złotych. Im mniej gadżetów, tym zwykle lepiej. Co nie oznacza, że mam coś przeciwko AGD jako takim. Po prostu każdy musi dostosować ich rodzaj i ilość do swoich potrzeb. Dla mnie niezbędnikami są ekspres ciśnieniowy do kawy (bo poranek bez aromatycznej arabiki traci połowę uroku), toster (bardzo lubimy grzanki, a dzięki temu nie marnuje się u nas pieczywo), blender zwany żyrafą (upodobanie do kremowych zup), mikser ręczny (potrafię obyć się bez, ale przyspiesza i ułatwia pieczenie). Łatwo jednak przesadzić i skończyć z blatami zawalonymi niepotrzebnymi gratami, które będą tylko pokrywać się kurzem. Nie należy zapominać, że niewiele jest przedmiotów, bez których naprawdę nie da się obejść w kuchni (nóż, patelnia, garnek, miska itd.), cała reszta jest opcjonalna. Skromność wyposażenia nie musi oznaczać kiepskich potraw.

Jedną z najwspanialszych kolacji w życiu poczęstowano mnie niegdyś w maleńkiej kawalerce, której Właścicielka dokonywała istnych cudów na mikrokuchence w kuchnio-przedpokoju, gdzie było tak mało miejsca, że nie była w stanie przygotować całej porcji dla czterech osób na raz, więc jedliśmy na raty. Ale za to jak pysznie!
Natomiast znam pewną dizajnerską kuchnię, gdzie gotuje się jedynie parówki i wodę na twardo...

W każdej kuchni warto czasem urządzić wielkie odgruzowanie, podobne jak sprzątanie w szafie. Krytyczny przegląd stanu posiadania, od naczyń, sztućców i szkła, przez AGD, na zapasach kończąc. To, czego się nie używa - wydajemy lub sprzedajemy, co zepsute - naprawiamy lub wyrzucamy, to, co zostaje - doprowadzamy do porządku. Zapasy spożywcze także przeglądamy, pozbywając się produktów przeterminowanych. Gdy mamy do dyspozycji niezagracone blaty i przestrzenie robocze, czystą i niezapchaną lodówkę, porządek w szafkach, o wiele przyjemniej się pracuje.

A gdy mamy już pięknie posprzątaną kuchnię, zastanówmy się, co będziemy w niej robić. Dla mnie codzienne gotowanie jest wypadkową upodobań domowników, dostępnych składników, ilości czasu, jakim dysponuje kucharka, a także dbałości o smak i różnorodność potraw. Pomimo tego, ile produkowałam się ostatnio na temat zdrowego żywienia, nie wymieniam go tutaj jako kryterium stosowanego podczas obmyślania kolejnego posiłku. Rzecz w tym, że gdy zaczynamy gotować z myślą „od dzisiaj będziemy się zdrowo odżywiać”, zwykle kończy się to tym, że jemy rzeczy nudne i pozbawione smaku. Moim zdaniem należy zacząć od drugiej strony, dbać o to, by przygotowywać potrawy smaczne, ze świeżych i dobrej jakości składników, różnorodne, lecz sezonowe, pozbawionej zbędnych syntetycznych składników, i właśnie w ten sposób zaczniemy się odżywiać zdrowo, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Najważniejszą sprawą, jeśli chodzi o gotowanie w duchu prostoty, oprócz porządku w kuchni, jest odpowiednie planowanie zakupów i zapasów. Gromadzenie zbyt wielu produktów może sprawić, że nie zapanujemy nad terminami przydatności do spożycia lub zalęgnie się jakieś obleśne robactwo, zbyt skąpe zasoby oznaczają częste kryzysy kulinarne i konieczność ciągłego biegania do sklepu. Trzeba więc sobie wypracować żelazny zestaw, do którego dokupujemy na bieżąco świeże składniki, by móc z łatwością komponować posiłki, nawet nie dysponując wielką ilością czasu.

Co powinno znaleźć się w takim żelaznym zestawie? To kwestia indywidualna, zależna od typowego jadłospisu domowników. Dopracowuje się go na podstawie ulubionych i najczęściej przygotowywanych potraw. Czy są to zupy, potrawy jednogarnkowe, czy też mięso + ziemniaki + surówka?

W moim żelaznym zestawie są różne rodzaje mąki (wyłącznie razowej), kilka rodzajów makaronu, suche warzywa strączkowe (różne fasole, soczewica, ciecierzyca), tłuszcze , warzywne przetwory w słoikach, oczywiście przyprawy i zioła. Zamrożone mięso, kilka mrożonek warzywnych (jako rozwiązanie awaryjne). Nie ma w nim sztucznej, przetworzonej żywności, której unikam głównie z powodu jej smaku. Gotowce po prostu są niesmaczne. Wszelkie te kostki, wzmacniacze smaku, fiksy i pomysły na... Cóż, jeśli ktoś miałby nie gotować wcale, a przygotowuje coś ciepłego dla rodziny, pomagając sobie torebką, świat się nie zawali, lecz przecież bez tych  wspomagaczy też można przygotowywać szybkie i proste potrawy. Do zrobienia dobrego sosu pomidorowego wcale nie potrzeba proszku z torebki, podobnie jak do ugotowania pożywnej zupy.

Jednak nie gotuję wszystkiego od podstaw, nie przygotowuję sama ciasta francuskiego ani nie robię w domu makaronu, nie kręcę (jeszcze) majonezu (chociaż muszę spróbować, bo podobno to łatwe, a smak o niebo lepszy). Nie robię i nie będę robić jogurtów. Zdarza mi się skorzystać z ekologicznej kostki rosołowej czy bulionetki, mam ulubioną gotową przyprawę do chili con carne (które zresztą również pyszne jest w wersji jarskiej jako chili z soczewicą).
Myślę, że warto zachować równowagę pomiędzy rozsądnym korzystaniem z półproduktów, a spędzaniem połowy życia w kuchni.

Co kupuję w wersji gotowej? Pomidory w puszkach, przecier pomidorowy, wspomniane ciasto francuskie (używane rzadko), gotowe makarony. Natomiast moim zdaniem nie warto kupować gotowych płatków śniadaniowych, bo zrobienie domowej granoli czy mieszanki muesli jest łatwe i nie zajmuje wiele czasu.  Słodyczy (oprócz czekolady, rzecz jasna), przecież np. razowe muffiny piecze się w mgnieniu oka. Warzyw strączkowych w puszkach, ugotowanie fasoli wymaga tylko pomyślenia o wcześniejszym zamoczeniu (z wyjątkiem zapasu awaryjnego, może się przydać, gdy trzeba ugotować coś pożywnego na szybko). Gotowych dań w torebkach.
I chleba - bo pieczenie chleba jest jedną z najłatwiejszych czynności kulinarnych, a dostępne w handlu pieczywo albo jest tanie, lecz niesmaczne i pełne dziwnych substancji, albo pyszne i wartościowe, lecz horrendalnie drogie. Podliczenia kosztów pieczenia domowego chleba dokonała również Tofalaria tutaj.

Mimo wszystko lubię jadać na mieście - od czasu do czasu wychodzimy na niedzielny obiad do restauracji. Gdy gotuje się na co dzień, tym bardziej docenia się, gdy czasem ktoś inny przyrządza dla nas coś pysznego.
Gdy idziemy do restauracji, mogę skupić się tylko na dwóch kwestiach: jak wyglądać ślicznie i na co mam dzisiaj apetyt. A potem tylko siedzę, pachnę i delektuję się :)

To też okazja do wypróbowania innych smaków, czasem źródło kulinarnej inspiracji. Niektóre potrawy bardzo smakowite w wersji domowej, jak pizza, są atrakcyjniejsze w lokalu, chociażby ze względu na ograniczenia techniczne (nie mam przecież pieca opalanego drewnem).

Życie współczesnej gospodyni domowej (lub gospodarza, precz z seksizmem) wymaga dobrej organizacji i logistyki. Znalezienie czasu na konieczne zajęcia, pogodzenie obowiązków domowych z pracą zawodową czasami wydaje się równie trudne, co balansowanie na cienkiej linie nad przepaścią. I każdemu zdarza się czasem ponieść porażkę, wrócić do domu po ciężkim dniu, zajrzeć do lodówki i zobaczyć tam jedynie światło. Wtedy jedynym wyjściem może być ugotowanie makaronu z sosem z torebki czy też zamówienie pizzy na telefon, nie przesadzajmy, naprawdę nie jest to dramat na miarę Zbrodni i kary. Warto jednak pracować nad taką organizacją domowego życia, by znaleźć czas na gotowanie prawdziwego jedzenia. I otworzyć się na radość, jaką ta czynność może przynosić.

Zapraszam więc na pizzę quattro cioccolati, serwowaną przez Harolda.

Komentarze

  1. W zestawieniu Harolda zabrało pizzy Inferno (kultowej pizzy spod Monte Rosy, choć mało który z moich kolegów ma odwagę ją zamówić). ;)

    A co do gotowania - zgadzam się w 100%. Najlepszy posiłek - kiedy po całym dniu w górach rozłoży się namiot, zagotuje wodę w menażkach, do jednej wsypie ryż, do drugiej troche czerwonej soczewicy. I ten lekko przypalony ryż wyjada się do ostatniej łyżki i popija herbatą, w której pływają resztki obiadu. Nic lepszego nigdy nie jadłam!

    OdpowiedzUsuń
  2. hm, to wszystko kwestia gustu- kiedyś miałam na stanie w kuchni thermomiksa- i uważam, że to jest zabawka przednia.
    oszczędzało czas, albo np. częściej dzięki niemu były placki ziemniaczane, bo normalnie przeraża mnie tarcie :-)
    i wtedy uprawiam wersję- czeskich bramboraczków.

    fakt, nie mam już thermomiksa- i czasem mi go brakuje, z uwgai na jego uniwersaność- na dole gotowała się zupa, na góze za jednym zamachem coś na parze.
    ale np. nie umiałam się przyzwyczaić do krojenia rzeczy w thermomiksie- i większość i tak szła pod nóż na deskę.

    w chwili obecnej: poza zwykłą kuchenką gazową, lodówką- posiadam blender, który wystarczająco się sprawdza na co dzień.
    jest to rzecz na tyle mała, i podręczna, nie zajmująca wiele miejsca, i jak na moje potrzeby - dość praktyczna.

    czasem podobają mi się kuchenne zabawki u innych- jak maszynka do robienia popcornu, czy hotdogów.
    - ale to tylko na zasadzie gadżetu, ja się bez nich spokojnie obywam.

    za to- przymierzam się do nabycia jakiegoś parowaru.

    samo znalezienie czasu na gotowanie itd- nigdy nie było u mnie większym problemem ;-)
    w szczytowej formie- w max 1,5 godziny przygotowywałam 2 daniowy obiad z sernikiem na deser ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. dodam jeszcze, że blender przyleciał od Biurowej ;-)

    a z inne beczki- ubolewam, że gdzieś przy przeprowadzkach zgubiłam fondue....
    bo dobre fondue nie jest złe.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tofalario, a wiadomo, co to Inferno ma w składzie? Siarkę i sos chili? Zaintrygowałaś mnie ;-)
    Przykład jedzenia w górach świetnie ilustruje tezę, że najlepsze posiłki w życiu mogą być bardzo proste, liczą się okoliczności :) Dla mnie takim smakołykiem są ziemniaki przypieczone w ognisku, jedzone w towarzystwie rodziny lub przyjaciół, wybrudzone popiołem i gorące. Mmmm....

    Verónica, ależ zgadzam się całkowicie, po prostu grunt, żeby mieć takie urządzenia, których się używa. Ty potrafiłaś robić świetny użytek z Thermomiksa, a ja mieszkałam kiedyś u miłej pani, która w tym ustrojstwie robiła sobie tylko kawę po irlandzku czy cóś takiego. Natomiast moi Rodzice używają na co dzień krajalnicy, która z kolei u mnie zarosłaby kurzem. Kwestia przyzwyczajeń i potrzeb.
    Podobnie z parowarem czy fondue - jeśli się lubi, to jak najbardziej! Nie widzę tylko sensu w obrastaniu urządzeniami, których użyje się raz, a potem zalegają po kątach :) Ale nawet taki gadżecik, jak tzw. zester może być bardzo przydatny, jeśli trafi na odpowiedniego właściciela.

    OdpowiedzUsuń
  5. czy jest szansa na uzyskanie przepisu na ten szybki chleb? bo ja się zbieram od dawna i trochę mnie właśnie przeraża ten potrzebny czas... no i zakwas też, czytałam przepisy na samodzielne zrobienie - i się zniechęciłam :/

    a co do całej reszty to zgadzam się w 100%!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ajko, nie wiem, czy naprawdę chcesz wiedzieć ;)
    Ta pizza składała się z wielu malowniczo porozrzucanych wnętrzności - okropne to było! Kolega zamówił tuż przed wyruszeniem w drogę. Przez kilkanaście godzin do Krakowa było mu niedobrze. Do dziś nie wiemy, co dokładnie zaserwowano - menu było oczywiście po włosku.

    Z menu Harolda wybieram pizzę z czekoladą ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. @ajko
    ale przecież ja nic nie mówię. :-)
    thermomiks świetną zabawką jest- np. do surówek i sałatek, a np. warzywa na leczo zawsze kroiłam zwyczajnie na desce.
    tak się akurat złożyło, że ja zaprzyjaźniałam się z minimalizmem, a moja znajoma nie wyobrażała sobie kuchni bez thermo- i dokonałyśmy aktu przekazania.

    a przyznam się, że fondue było najczęściej używane do trzymania potraw na ciepło ;-)

    u mnie z kolei krajalnica też pewnie porosłaby kurzem. parowar jest za to (wedlug mnie) dobrym urządzeniem, jak się chce nieco uzdrowić menu :-) i zamiast smażoności przerzucić się na gotowane rzeczy.

    o, i tak samo- mając blender- zupełnie nie jest mi potrzebny mikser- ciasta lubię kręcić ręcznie- to buduje taką domową, swojską atmosferę.

    OdpowiedzUsuń
  8. ja miałam okropny zwyczaj kolekcjonowania produktów suchych i puszkowanych, skutecznie oduczyły mnie tego mole spożywcze, nie mam już 5 rodzajów ryżu tylko kupuję sobie za każdym razem inny ;D

    lubię gotować i nieraz kuszą mnie różne sprzęty, ale skoro teraz sobie świetnie radzę to nie sądzę, że poprawiłyby mój komfort życia. nawet wyciskacza do czosnku się nie dorobiłam, używam tarki. a właśnie tarka i blender żyrafa to moje ulubione wielofunkcyjne przyrządy.

    OdpowiedzUsuń
  9. dodam jeszcze, że wydaje mi się, że od parowaru lepsze są sitka bambusowe do gotowania na parze - zajmują mniej miejsca, są tańsze, i wykonane z naturalnego materiału :)

    OdpowiedzUsuń
  10. @zagubiony omułek
    sitek nie znam- przy okazji spróbuję.
    i poszukam też, bo kiedyś widziałam zwykły taki metalowy parowniczek wstawiany do garnka.

    taki normalny parowar mnie kusi
    - przez wielopoziomowość, że kilka rzeczy na raz wrzucę, i gra.

    OdpowiedzUsuń
  11. Tofalario, faktycznie nieco przerażające :D Z Haroldowych oprócz czterech czekolad wybieram też poczwórnie pijaną ;-)
    Verónico, szkoda, że nie wiedziałam wcześniej, bo swojego parowaru pozbyłam się jakiś czas temu, bo wkurzały mnie jego rozmiary, chociaż bardzo był fajniutki i dostałam go w prezencie. Koszyczki bambusowe są bardzo interesujące i też mają pięterka (na pewno dwa). Może się przekonam wreszcie do gotowania na parze?
    Zagubiony omułku, mnie też doświadczenia z molami skutecznie odzwyczaiły od gromadzenia przesadnie wielkich zapasów, fuj, jakie one były paskudne.
    Sprzęty kuszą, ale też zwykle tłumaczę sobie, że skoro dobrze mi bez nich, to mogę dalej funkcjonować z tym, co mam :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Do niedawna też piekłam chleb dla Małego :-) ostatnio nie mam czasu i głowy ale wrócę do tego na pewno :-)
    na gotowanie i pieczenie przeważnie mam czas. I bardzo to lubię :-)

    OdpowiedzUsuń
  13. sprzęty mają to do siebie- że każdemu co innego potrzebne ;-)
    lubię czasami fajne zabawki u innych- mimo, że sobie do kuchni bym ich nie wstawiła- jak maszyna do popcornu, czy hotdogów ;-)

    w pracy- w korpowej kuchni mieliśmy kiedyś coś takiego, ale wtedy zapiekanki się robiło 3 razy dziennie ;-)

    jedyne - za czym tęsknię- w odniesieniu do poprzedniego korpo- to piec laboratoryjny, w którym w ilościach hurtowych suszyliśmy sobie jabłka i gruszki jesienią- z pieca wychodziuły tak niesamowicie kruchutkie chipsy owocowe ;-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…