Przejdź do głównej zawartości

Lepsza wersja mnie

Od czasu do czasu zdarza mi się analizować blogowe statystyki, żeby dowiedzieć się, jakimi drogami ludzie trafiają do mnie, sprawdzam tzw. źródła ruchu sieciowego czyli miejsca w sieci, gdzie zamieszczono łącza do mojej strony, lubię też sprawdzać najczęściej powtarzające się frazy z wyszukiwarek.

Zaglądam więc na fora, gdzie ktoś wkleił łącze do Prostego blogu. Nie włączam się w dyskusje, bo fora internetowe mnie męczą, a poza tym sam fakt, że ktoś odwołuje się do moich wpisów, nie oznacza jeszcze, że mam się wtrącać do rozmowy. Lektura ta jednak jest bardzo interesująca - pokazuje, jak ludzie postrzegają minimalizm. Czasem krytyczne głosy dają do myślenia, wprawdzie nikt nie lubi być krytykowany, ale przyznaję, że wyjście spoza kręgu stałych Czytelników blogu i zetknięcie się z wypowiedziami osób, które mówiąc delikatnie, nie mają zbyt pochlebnej opinii o minimalistach, zmusza do przyjrzenia się sobie i temu, co tutaj piszę, a także do zadania sobie pytania, czy faktycznie mój rzekomy minimalizm nie jest pozą zamożnych i znudzonych, jak to podsumowano na pewnym forum, albo dorabianiem ideologii do czegoś, co wymyślono już wieki całe temu, a teraz podlano tylko sosem pseudo-uduchowienia i pitoleniem o Sensie Życia, Wielkim Spokoju i Ogólnej Szczęśliwości, którą na pewno osiągniemy jeśli tylko [kupimy bambusową szczoteczkę do zębów]. Niby podstawy godne pochwały, ale jednak to po prostu moda interenetowa, która za chwilę pewnie się skończy. Powiedzieć, że jest się oszczędnym - fuj! ("skąpiec", "centuś"), powiedzieć, że jest się minimalistą - łał i superkul, jak napisał ktoś na innym forum.
Krytyka jest bardzo potrzebna. Takie wypowiedzi, jak zacytowane powyżej, są reakcją na modę na minimalizm, bo nie da się ukryć, że z taką modą mamy obecnie do czynienia. Dla mnie są impulsem do głębokiego zastanowienia, czy faktycznie nie przyjmuję tylko pewnej pozy, czy nie przyklejam modnej etykietki do zachowań, które same w sobie nie są niczym szczególnym. Może po prostu tylko się lansuję?

Rob, Autor blogu Barwy inspiracji, który, zgodnie z nazwą, jest zresztą niezwykle inspirujący, pisze tak:
Prostota i minimalizm swoimi korzeniami sięgają filozofii taoizmu i zen… a nie na przykład USA, czy książki lub bloga takiego lub innego minimalisty. Dlatego w pewnym momencie przestał mnie interesować tak zwany zachodni pseudominimalizm, a zamiast tego wróciłem do lektury Lao Tse, poczytuję o zen, historii Japonii, szczególnie życiu jej mieszkańców, interesuje mnie estetyka, przestrzeń, dyscyplina, etyka, piękno… i przekładam to na język swojego własnego świata. Umiejętność twórczego wykorzystania pustki w aranżacji przestrzeni własnego świata czy życia jest kluczem do wszystkiego.
Zastanawiam się, czy mój minimalizm nie jest tym pseudominimalizmem, o którym pisze Rob, czy nie jest właśnie podlewaniem sosem pseudozen opowieści o sprzątaniu w szafie.
Nie da się ukryć, że to wpisy o szafie, ciuchach i książkach Dominique Loreau cieszą się największą popularnością - tego też dowiedziałam się z analizy danych statystycznych blogu. Dla bardzo wielu osób cała „przygoda z minimalizmem” zaczyna się i kończy na generalnych porządkach, przejrzeniu zawartości szafy czy też oddaniu kilku pudeł książek do jakiejś szkolnej biblioteki, sprzedaniu niepotrzebnych gratów przez internet, wyrzuceniu przeterminowanych kosmetyków. Jak to ujął ktoś w wypowiedzi na jednym z wyżej wspomnianych forów, minimalizm jest bardzo kuszący, zwłaszcza podczas przeprowadzki, gdy człowiek miałby ochotę wyrzucić połowę posiadanych rzeczy. Niekoniecznie musi być równie pociągający po przeprowadzce, gdy mamy do dyspozycji większe mieszkanie lub dom i dużo miejsca na wszystko, co przyjdzie nam do głowy.
Zapewne moja historia też by się podobnie skończyła, gdybym poprzestała tylko na porządkowaniu otaczającej przestrzeni. Dowiedziałam się o minimalizmie z blogu Lea Babauty i z książek. Początkowo ograniczałam się tylko do pozbywania się niepotrzebnych rzeczy, ubrań, książek i kosmetyków. I o tym głównie pisałam na blogu: jak usuwam kolejne porcje zbędnych przedmiotów. Przez cały ten czas istniało ryzyko, że przy pierwszej lepszej okazji wrócę do dawnych przyzwyczajeń. Tak jednak się nie stało, po części dzięki interakcji z Czytelnikami blogu, z innymi bloggerami, a także dzięki szukaniu odpowiedzi na wiele pytań, które zaczęły pojawiać się w mojej głowie w miarę porządkowania naszego małego dwupokojowego światka.

Po raz kolejny odwołam się do innego polskiego blogu o minimalizmie, Efekt Halo:
Wszystkie ruchy typu New Age, pod który można także podpiąć modę na minimalizm, charakteryzują się spłyceniem tematu, skupieniem na jego pozytywach, na koniec adaptując daną formę do nowych warunków, np. jednego z krajów Unii Europejskiej, Polski. Wszystko gra, ludzie sprzątają swoje domy, uczą się planowania. Życie staje się łatwiejsze, więc idąc za ciosem zagłębiają się w temat, ale że im dalej w las, tym więcej drzew, droga robi się trudniejsza. Nie każdy chce utrudnień, szuka więc szybkich radości, jak ta po wyrzuceniu gratów z piwnicy. Nie idzie w ten gąszcz do serca lasu, ale trzyma się obrzeży (...)
Przypomnijmy sobie – ten ktoś nadal idzie obrzeżem lasu. Czy idąc tą drogą kiedykolwiek dojdzie do środka? Idąc obrzeżem cały czas trzeba przedzierać się przez krzaki (tak czy siak), droga robi się monotonna, traci sens i pojawia się uczucie paniki, tam można utknąć na zawsze. Jeśli ktoś odciął się od swojego dawnego życia grubą kreską nie przemyślawszy tego, z pewnością pozna smak lęku „co dalej”.
Z drugiej strony przemyślany wybór drogi prowadzącej do środka lasu determinuje trwałe zmiany w psychice i w sposobie widzenia świata. Nie trzeba się tego bać, bo życie nie jest po to by stać w miejscu i stale trzeba dokonywać wyborów. Trzeba to wszystko po prostu dokładnie przemyśleć.
Jestem dość prostą dziewczyną, czasem potrzebuję, by ktoś wskazał mi kierunek. Gdyby ktoś nie pokazał mi palcem (Leo Babauta, za pomocą wpisów z jego blogów), nie umiałabym sama dostrzec bezsensowności swoich niegdysiejszych zachowań (kompulsywne zakupy, gromadzenie przedmiotów). Podobnie gdyby nie lektura rozmaitych wypowiedzi dr Gérarda Apfeldorfera i Jeana-Philippe'a Zermattiego nie zauważyłabym bezsensowności stosowania diet i nie zrozumiałabym przyczyn braku umiaru w jedzeniu oraz bulimii, z którą długo się zmagałam.

Jestem prosta, na szczęście nie bezmyślna. Gdy ktoś już wskaże mi drogę, jestem w stanie zajść dość daleko, już o własnych siłach. Byłabym przykładem chodzącej głupoty, gdybym nie zaczęła zadawać sobie pytań o genezę wspomnianych wyżej zachowań oraz o ich wzajemne powiązania. Pozbywając się kolejnych pokładów nagromadzonych przedmiotów, musiałam nie tylko zrozumieć, dlaczego znalazły się w moim życiu, ale też odpowiedzieć sobie, dlaczego nie chcę wracać do dawnych błędów.
Cytowana powyżej Haeffect, Autorka blogu Efekt Halo, pisze w swoim profilu, że minimalizm to dla Niej  przede wszystkim praca nad charakterem (nawiasem mówiąc, Haeffect zawiesiła działalność pisarską, ale to co napisała, jest naprawdę warte przeczytania!). Efektami ubocznymi tej pracy są poprawa jakości i estetyki życia.

Łatwo tego nie dostrzec, gdy skupimy się jedynie na powierzchownych aspektach minimalizmu: na liczeniu rzeczy, na porządkowaniu, na upraszczaniu. Takie zresztą jest stereotypowe wyobrażenie minimalisty: człowiek, który liczy swoje skarpetki.
Od liczenia skarpetek można zacząć, ale i tak prędzej czy później będziemy musieli sobie zadać pytanie, dlaczego mamy ich 50 par?
Ale tych pytań do postawienia może być o wiele więcej. Dla mnie ten proces wciąż trwa, choć przeszłam już daleką drogę. Po drodze musiałam zrozumieć, dlaczego gromadziłam niepotrzebne rzeczy, przed czym chciałam się zabezpieczyć. Na jakie czynniki zewnętrzne reagowałam kompulsywnymi zakupami, objadaniem się czy innymi nałogami. Jaką pustą przestrzeń  w mojej głowie/sercu/duszy próbowałam zapełnić przedmiotami, jedzeniem i innymi elementami.

To bolesny proces, przyznaję. Przez całe lata uciekałam przed swoimi demonami, zasłaniałam się przed nimi na różne sposoby. Bałam się ich straszliwie, wolałam więc znieczulać się na różne, fizyczne i psychiczne, sposoby, by nie musieć spojrzeć im w straszliwe gęby. Tymczasem trzeba w końcu było stanąć przed nimi i stoczyć ostateczną walkę. Wylazły z opróżnionej z ciuchów szafy, że tak powiem, skoro już jesteśmy przy tej metaforze. I co?

Demony w świetle dziennym okazały się być dość paskudne. Przez lata spasły się, dorobiły obrzydliwych podwójnych podbródków i pękatych brzuchów. Nie poddały się bez walki. Sporo było szarpania się, łez, bólu. W miarę przekopywania się przez zwały zbędnych przedmiotów musiałam rozliczyć się ze wspomnieniami i przeszłością. Zamknąć różne niezamknięte sprawy, dopisać zakończenie kilku ważnych rozdziałów swojego życia. Trzeba było rozliczyć się ze tych wszystkich kwestii, o których wolałabym nigdy nie pamiętać. Wymazać je, zamalować czarną farbą, schować do kufra i wyrzucić klucz.

Koniec końców okazało się jednak, że demony udało się oswoić. Mogą być źródłem mojej siły, gdy nie już się ich nie boję. Lepiej mieć je na swoich usługach niż przed nimi uciekać. Co chcę przez to powiedzieć? Zmierzenie się z przeszłością było bolesną próbą, ale dało mi zrozumienie mojej natury, charakteru i przyczyn błędów, które popełniałam. Błędów już nie cofnę, ale nie muszę ich powtarzać.
Z pustką też trzeba się oswoić, by potem ją twórczo wykorzystać, jak napisał Rob.
Gdy znalazłam już odpowiedzi na powyżej przytoczone pytania, zaczęły pojawiać się kolejne. Co mogę zrobić,  by być lepszym człowiekiem? Co mogę w sobie jeszcze zmienić? Czy wszystkie wady są wadami, czy można przekuć je w zalety? W jaki sposób mogę pomagać innym, sprawiać, by ich życie było lepsze? Czy dostatecznie wykorzystuję swoje możliwości i zdolności? Czy właściwie i wydajnie zagospodarowuję czas, który dano mi na Ziemi? Czy mogę lepiej/bardziej/mocniej korzystać z życia? Co dalej?
Stałam się lepszą wersją siebie. Nie znaczy to, że ideałem. Do zrobienia jeszcze sporo. I każdego dnia pracuję nad tym, by było jeszcze lepiej. Nie jestem rozwojowym ćpunem (takiego określenia użył Michał Maj, ale pisała o tym też Wasp). Od teorii wolę praktykę. Gdy chcę w sobie coś zmienić, zabieram się do tego od razu, nie zawsze się udaje, ale dzięki temu, że się nie udaje, też można dowiedzieć się czegoś o sobie.
Czy mój minimalizm to tylko poza i lans? Być może, to bez znaczenia...

Dla mnie nie jest już tylko sprzątaniem w szafie, jest sposobem na lepsze i pełniejsze bycie. Ciągłą, nieraz ciężką pracą nas sobą. Pokonywaniem swoich słabości, dobrowolnym narzucaniem sobie dyscypliny. Czasem sama się przed tą dyscypliną buntuję, budzi się we mnie rozkapryszony dzieciak. Domaga się nowych i kolorowych zabawek, chce tylko bawić się i leniuchować. Minimalizm jest sposobem na pokierowanie tym dzieciakiem. Mądry rodzic nie pozwala dziecku na spełnienie wszystkich jego zachcianek, pomimo tego, że kocha swoje dziecko ponad wszystko. A właściwie należałoby powiedzieć, że nie pozwala mu na wchodzenie sobie na głowę właśnie z tej wielkiej do niego miłości.

Cóż, narzucanie sobie dyscypliny, praca nad charakterem, pokonywanie słabości - to nie są hasła medialne. Dlatego o wiele częściej słyszy się o minimalizmie w kontekście liczenia przedmiotów niż pracy nad sobą.
Zawsze, gdy budzą się we mnie wątpliwości co do sensu pisania tego blogu, mówię sobie, że może inni też potrzebują lekkiego popchnięcia w odpowiednim kierunku, jak ja kiedyś. I może oni też zaczną od szafy, a potem pójdą tam, gdzie będzie im się podobało. Wejdą głębiej w las albo pozostaną na jego obrzeżu.
Rob i Haeffect to ludzie bardzo oczytani, kreatywni i inteligentni - sami doszli do pewnych wniosków, nie potrzebowali pokazywania palcem, jak ja (przykład: jako nastolatka bardzo interesowałam się kulturą Japonii, nie doprowadziło to jednak do żadnych mądrych spostrzeżeń). Niektórzy sami znajdują drogę, bez drogowskazów. Inni kręcą się w kółko, krążąc po własnych śladach.

Nie chcę nikomu mówić, jak ma żyć. Nic mnie do tego nie upoważnia. Jedyne, co chcę robić, to opowiadać różne historie, czasem z własnego życia, czasem wzięte od innych albo z głowy. A Czytelnicy zrobią z tymi historiami to, na co im przyjdzie ochota...
A lans? Dobry lans nie jest zły ;-) 

Komentarze

  1. Jak jak słyszę, że minimalizm to "tylko moda", to bierze mnie śmiech. Większości minimalizm kojarzy się z "dizajnerskimi" mieszkaniami i tyle. To właśnie chodzenie po obrzeżu lasu.

    Minimalizm sam w sobie jest faktycznie liczeniem rzeczy. Ale w trakcie tego liczenia, porządkowania, odkopywania z dna szafy, z zakurzonych, zapomnianych kartonów, wraca się do wspomnień z nimi związanych, przypomina się sobie kim się było, co wtedy się myślało i co jeszcze można w sobie zmienić. A gdy skończy się liczyć wszystko, co było do policzenia, można właśnie wtedy zacząć zmieniać siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak mnie zastanawia czy minimalizm = pedantyzm? skoro posiadamy zredukowaną liczbę przedmiotów to nie powinien pojawiać się bałagan, tak?

      Usuń
  2. ale wiesz- zawsze się znajdą tacy, którym coś będzie nie pasować, którzy się będą doszukiwać 4 i 5 dna.

    fakt, że minimalizm jest obecnie w miarę modny- ale to właściwie sama powłoka minimalizmu
    - tak jak kiedyś była moda na feng shui.

    niektórym minimalizm kojarzy się z nie wiadomo jakimi ograniczeniami i z byciem sknerą.
    a ja uważam, że nawet tutaj można znaleźć przyjemności dla siebie.

    i bycie minimalistą to nie tylko kwestia tego czy się ma 50 par skarpet czy 15 ;-)

    fakt, że na pewnym etapie zgłębiania tej drogi- dotarłam do dna szafy i dna biblioteczki-
    i z kilku regałów książek został tylko jeden.
    a nie czuję się przez to bardziej ograniczona, ani wcale nie ogranicza to mojego rozwoju.

    fakt, że ważne jest to- czym się potem wypełnia tę przestrzeń, i czy nie wraca się do starych nawyków.
    (przyznaję, że czasami zdarza mi się "odpuszczać" i świadomie ulegać starym słabościom na chwilę)
    - ale co ważniejsze- w tej przestrzeni jest więcej miejsca dla mnie samej,
    dzięki czemu udało mi się uporządkować wiele życiowych spraw, do tej pory gdzieś tam odwieszonych na kołku.

    myślę, że nie byłoby to możliwe, gdybym dzięki temu, że wkroczyłam na drogę minimalizmu nie zrobiła miejsca właśnie na wyciągnięcie z kątów i uporządkowaniu tych staroci.

    i dopiero po zrobieniu tych szafowo-bibliotecznych porządków, po zakmnięciu różnych starych spraw- widzę, ile w moim życiu jest swobodny, wolnej przestrzeni, wolnego miejsca na to, co przyniesie przyszłość.

    z innej beczki- do mnie bardziej zawsze trafiała chińszczyzna jak i-ching, czy suntzu

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmm... ciekawy wpis. I tak trochę nie wiem sam jak się do niego odnieść :) Dlatego że rozumiem (i nie dziwę się) jak minimalizm może wyglądać z boku (o tak właśnie jak oszczędność pod inną nazwą albo odwrotnie - znudzenie ludzi, którzy mają/mogą mieć wszystko), a z drugiej dla mnie minimalizm to ani jedno ani drugie.
    Wydaje mi się, że minimalizm rzeczywiście chętnie załapują te dwie grupy ludzi o których piszę. Tym bogatym pewnie faktycznie szybko się znudzi. Tym biedniejszym nie, ale oni być może zawsze będą widzieć tylko sposób na oszczędzanie. Jednak oprócz tych dwóch grup są jeszcze ci, którzy rozumieją co naprawdę daje minimalizm. Mnie daje oddech i przestrzeń życiową, a to jest coś co trudno opisać, to trzeba poczuć :) Tylko trudno coś poczuć będąc uprzedzonym z góry ;)

    (wendigo)

    OdpowiedzUsuń
  4. Podążam podobną drogą. Powoli uczę się oswajać swoje "demony". Zaczynam od ich akceptacji, aby później je okiełznać. W moim wypadku nie sprawdziła się metoda walki bezpośredniej, ponieważ "zwycięstwa" nad sobą, powodowały w dłuższej perspektywie tylko głębszą frustrację. Okazało się, że żeby coś zmienić, trzeba najpierw to zaakceptować.

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie Haeffect i Ty wskazałyście mi drogę;). Chociaż nie uważam siebie za minimalistkę, to poczyniłam niezłe postępy dzięki minimalizmowi. Zaczęło się od szafy, zmniejszenia zbędnych wydatków i naprawdę, aż łatwiej żyć. Ale to ciągła praca nad sobą. Minimalizm kojarzy mi się z szerszym pojęciem niż oszczędzanie, czy moda itd. Haeffect umieściła szereg inspirujących wpisów jak wyjść z biedy. Więc dla niektórych będzie to moda na minimalistyczne gadżety, a dla innych "światełko w tunelu";).
    Od kiedy mam dzieci staram się znaleźć równowagę między szaleństwem, które daje radość, a tym co naprawdę konieczne...

    OdpowiedzUsuń
  6. kiedy trafiłam na Twój blog byłam szczęśliwa, że znalazłam osobę, która myśli podobnie jak ja tzn że istnieją osoby, które mają podobne widzenie świata.Pisałam wtedy,że dzięki Ajce dowiedziałam się,że jestem minimalistką.Z czasem, kiedy minimalistyczna blogosfera rozrosła się, doszłam do wniosku,że TO nie jest TYM - całkowite obce mi jest np dążenie do posiadania lub nieposiadania określonej liczby przedmiotów, czy czytania 1 książki na tydzień. Nie fetyszyzuję przedmiotów - są po to, aby były mi pomocne i użyteczne( niezależnie od ich ilości ), jak potrzebuję książki ( albo bloga :))to one same się znajdują. Nie wiem czy jestem minimalistką. Chyba raczej urodziłam się i mieszkam w Lesie, a wycieczki na jego obrzeże są dla mnie ciekawym doświadczeniem (co wcale nie znaczy, że jestem mądrzejsza, po prostu trochę inna). Dzięki takim blogom jak Twój czy Haloefekt odnalazłam wiele cennych pytań, których sama nie potrafiłabym wymyśleć. A odpowiednie pytanie to podstawa sukcesu :) Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dagmare, to jest moda, i pewnie przeminie prędzej czy później. Ale jestem pewna, że nawet jako moda może przynieść wiele dobrego.
    Pela, dziękuję!
    Verónica, bardzo trafnie to opisałaś, podobnie jak Ty cieszę się z tej wolnej przestrzeni na to, co przyniesie przyszłość.
    A do mnie bardziej trafia kultura japońska, chińskiej nie znam dobrze, trochę interesowałam się Pięcioma Przemianami, ale niewiele ponad to.
    Wendigo, wydaje się, że właśnie ten oddech i przestrzeń są pierwszym objawem :) Ale coraz częściej odnoszę wrażenie, że Haeffect miała rację, pisząc, że to tylko skutki uboczne. Wspaniałe, ale myślę, że to jeszcze nie jest środek lasu ;-)
    Solar, widzisz, taki problem z metaforami, że są metaforyczne. Pisząc o "walce" z demonami, miałam właśnie na myśli proces akceptacji ich, ale w moim przypadku musiał on zacząć się od przyznania przed samą sobą, że one istnieją, nazwania ich po imieniu, zrozumienia przyczyn i skutków, a wreszcie pogodzenia się z nimi, by wreszcie je zaakceptować, jako część siebie i swojej przeszłości. I uznać za źródło siły, a nie słabości.
    Pani La Mome, podoba mi się to wyrażenie "staram się znaleźć równowagę między szaleństwem, które daje radość, a tym co naprawdę konieczne..." Zastanawiam się, jak u mnie ostatnio z szaleństwem - niegdyś dobrym znajomym. Hmm, gdzieś sobie poszło? A może jednak czasem by się przydało?
    Eska, to ja dziękuję, tak jak pisałam, dzięki interakcji z takimi osobami jak Ty musiałam zastanawiać się nad tym, co i dlaczego robię i to naprawdę wiele mi dało. Chyba nadal nie czuję się minimalistką, podobnie jak Ty, ale cieszę się, że umiem zadawać sobie odpowiednie pytania :) I że te pytania czasem przydają się innym.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wspaniały wpis. Wszystko zostało ujęte wspaniale, w pigułce.
    Ajko naprawdę proponuje napisać jakiegoś e-booka. Świetnie by się go czytało. Masz dobrą rękę do pisania.

    Pozdrawiam Bartosz

    P.S. Co do całej mody na minimalizm. Ważne, że przynajmniej parę osób czytając tego bloga zmieniło swoje życie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Moda czy nie - jeśli przyniesie komuś korzyść, to nie ma znaczenia, jak nazywamy jakieś zjawisko. Można nazwać minimalizmem, oszczędnością, rozsądkiem, wolnością... Jeśli tylko ktoś rozumie, że liczenie rzeczy nie jest celem samym w sobie, to jest na dobrej drodze chyba. Ja na przykład wciąż mam w pewnych obszarach dużo przedmiotów, ale a) nie przeszkadzają mi, b) nie jestem do nich przywiązana ani na nich skupiona, c) nie upatruję w nich ani źródła problemów, ani inspiracji, no i żyję dość prosto, jeśli chodzi o zobowiązania, układy itd., co mi bardzo pasuje.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…