Przejdź do głównej zawartości

Minimalizm jako sposób na kryzys

Po lekturze niektórych z najnowszych komentarzy pomyślałam, że jednak dobrze będzie odnieść się do artykułu, który ukazał się na temat minimalizmu w nr 49 Przekroju z 5 grudnia. Widzę w statystykach blogu, że sporo osób trafia tu, idąc śladem tego tekstu. Może warto napisać nieco więcej o minimalizmie w kontekście kryzysu i zastanowić się, czy faktycznie można uznać, że takie podejście do życia może być sposobem na przetrwanie ciężkich czasów.
Stali Czytelnicy dobrze mnie znają, wiedzą o mnie sporo, ale przypadkowa osoba, która tu teraz zajrzy, zobaczy wyniki konkursu kulinarnego, moje fejsbukowe marudzenie i notkę o Muminkach. I pomyśli sobie: o co całe to halo? Jakaś rozkapryszona i rozpieszczona pannica wymądrza się, jakby zjadła wszystkie rozumy, a tam, w rzeczywistym, nie wirtualnym świecie, ludzie muszą żyć w prawdziwej biedzie, ograniczać się, nie dlatego, że tak sobie wymyślili, lecz z powodu braku pracy, konieczności spłacania wysokich rat kredytu, z przyczyn losowych.
I potem w komentarzach ktoś napada na mnie, że nie dostrzegam niedoli tych, co nie mają na chleb czy muszą przeżyć za parę złotych dziennie.

Na początek wyjaśnijmy sobie, o co chodzi w tym całym minimalizmie. Krótko, dla tych osób, które nie mają ochoty brnąć przez wszystkie wpisy na blogu i chciałyby dostać definicję w pigułce. W tym rozumieniu, o którym mowa we wspomnianym artykule, to nie żadna filozofia (proszę nie używać tego określenia, to niepoprawne w tym kontekście), tylko postawa życiowa. Można się z nią urodzić, można ją przyjąć dobrowolnie. Mówiąc w skrócie, polega na ograniczaniu potrzeb materialnych, unikaniu nadmiernego przywiązania do przedmiotów. Na zadawaniu sobie pytań co do swoich rzeczywistych potrzeb, co do faktycznej lub wyimaginowanej niezbędności poszczególnych rzeczy. Upraszczając jeszcze bardziej, na tym, by bardziej być niż mieć. Na upraszczaniu życia i eliminowaniu z niego tego, co zbędne - dotyczy to w równym stopniu przedmiotów, jak i zajęć, powierzchownych znajomości, niepotrzebnych zobowiązań.

Minimalista na każdym kroku zadaje sobie pytania: czy to naprawdę mi potrzebne, może mogę się bez tego obejść? Niektórzy stawiają sobie wyzwania, takie jak ograniczanie liczby posiadanych przedmiotów (np. do setki) albo wyznaczają sobie takie zadania, jak powstrzymywanie się od zakupów przez określony czas, by zmusić się do lepszego wykorzystywania swoich zasobów, pozbyć konsumpcyjnych nawyków, odzwyczaić od używania przedmiotów, które nie są naprawdę potrzebne.

Cały czas mowa o dobrowolnych i osobistych decyzjach, wynikających z chęci pozbycia się ciężaru posiadania, z pragnienia pełniejszego doświadczania świata i życia, skupienia się na najważniejszych dla danej osoby sprawach. To nie jest jakaś ogólnoużytkowa recepta na szczęście i powszechną pomyślność, tylko ścieżka, którą można wybrać, ale nie trzeba. Nikt nie zmusza.

Autorka artykułu, który ukazał się w Przekroju, Pani Beata Chomątowska, moim zdaniem bardzo rzetelnie przedstawiła minimalizm jako pewne zjawisko społeczne czy też może trend w zachowaniach określonych grup ludzi. Umieściła go w kontekście światowego kryzysu, zapewne z tego względu, że faktycznie w Stanach Zjednoczonych rozwój popularności minimalizmu zbiegł się w czasie z kryzysem, chociaż trudno chyba powiedzieć, by był jego skutkiem. Bardziej prawdopodobne, że wynika z przesytu konsumpcji, z buntu przeciwko materialistycznemu podejściu do życia, ze zmęczenia plastikowym światem nadmiaru.

Nie wiem, być może nikt nie chciałby czytać o minimalizmie, gdyby nie został przedstawiony jako jeden ze sposobów na przetrwanie kryzysu...

Moje wypowiedzi zamieszczono w tekście artykułu, ponieważ byłam jedną z pierwszych osób w Polsce, które zaczęły o zjawisku minimalizmu pisać. We wpisach na tym blogu znajdziecie opis zmian, jakie wprowadzałam pod jego wpływem w swoim życiu. W większości dotyczy to porządkowania otaczającej przestrzeni, pozbywania się nadmiaru przedmiotu, zbędnych ubrań, książek, gadżetów. W miarę tych porządków coraz wyraźniej dostrzegałam, co jest dla mnie w życiu naprawdę ważne, czego chcę, czego potrzebuję, a bez czego doskonale mogę się obejść. Jeśli ktoś z Gości na blogu będzie ciekaw, jak przebiegał ten proces, zapraszam do lektury starszych wpisów.

Jednak z czasem przestałam ograniczać się do tematu minimalizmu, obecnie częściej zdarza mi się pisać na tematy nieraz luźno związane z upraszczaniem życia - jak ostatnio o prostym gotowaniu czy o wątpliwościach co do konieczności posiadania konta w serwisie społecznościowym. Ale porządkowanie i upraszczanie wciąż powracają i będą powracać.

Czy minimalista naprawdę śpi spokojnie, gdy inni martwią się wynikami giełdy i kursem franka? Czy minimalizm może być sposobem na kryzys? W takim samym stopniu jak może nim być każda inna postawa życiowa.
Minimalizm nie pomoże na biedę ani bezrobocie. Ale może pomóc przetrzymać ciężkie chwile.

Wychowano mnie w przekonaniu, że najważniejszymi sprawami w życiu są nie dobra materialne, ale rodzina, przyjaciele, uczciwość, praca nad sobą. Wiem, że nawet najcięższe chwile łatwiej jest przetrwać, gdy ma się wsparcie bliskich. Doświadczyłam bezrobocia, słabo płatnej pracy poniżej kwalifikacji, był taki czas, że myślałam, że nigdy nie stanę na nogi. Przetrwałam, bo miałam silne oparcie w rodzinie. A także w prawdziwych Przyjaciołach.
Nawet gdy w domu się nie przelewało, Rodzice mawiali: najważniejsze, że mamy siebie, że jesteśmy zdrowi, że się kochamy.

Teraz też nie jest nam łatwo jako Rodzinie, moja Siostra jest głuchoniema od urodzenia, w tym roku straciła pracę i dopiero po paru miesiącach znalazła inną, nie wiadomo jeszcze, czy na stałe. Osobie, która ma problemy z mówieniem i niemal nie słyszy, nie jest łatwo znaleźć jakąkolwiek nawet pracę, gdy teraz każdy wymaga od pracowników komunikatywności. Nawet jeśli osoba ta ma dyplom magistra i ukończyła dwa kierunki studiów podyplomowych. Pomagamy Jej wszyscy jak możemy. I będziemy pomagać, tak długo, jak będzie to konieczne.

Dlaczego o tym mówię? Żeby przypadkowy odwiedzający nie miał wrażenia, że jestem osobą oderwaną od rzeczywistości, która z nudów pozuje na minimalistkę. To, że teraz dobrze mi się żyje, nie znaczy, że zawsze tak było. Jednak niegdysiejsze trudności nauczyły mnie, że kryzys, bezrobocie i bieda to jeszcze nie koniec świata. Boję się ich, nie chcę, by dotykały mnie czy moich bliskich, ale wiem, że one przemijają. Jak wszystko inne. Pieniądze, sukcesy, dobra materialne - też przychodzą i odchodzą.
Co zostaje?  Czasem miłość, ludzka życzliwość, życie po prostu.

A czasem zostaje życie bez miłości, bez życzliwości, w samotności i chorobie. I co wtedy? Też jakoś trzeba żyć. Od oddechu do oddechu. Od rana do wieczora. I wstaje się codziennie i zaczyna kolejny dzień od nowa, w nadziei, że kiedyś będzie lepiej.

Napisałam kiedyśTo, co najważniejsze, zawsze noszę przy sobie. Dwie ręce zdolne do pracy, głowę pełną myśli i wiedzy, miłość, wspomnienia, emocje. Omnia mea mecum porto. Cała reszta to balast, sceneria, w której żyję. Rozstanie z owocami pracy swoich rąk byłoby na pewno bolesne i smutne, ale przecież to, co najcenniejsze i tak jest we mnie, a nie na zewnątrz.

Minimalizm sposobem na kryzys nie jest na pewno, lecz uczy rozpoznawania swoich potrzeb, ograniczania ich. Uczy też oszczędności, odpowiedniego zarządzania swoim czasem, oddzielania spraw ważnych od całkowicie nieistotnych. Dystansu do siebie i swoich, a także cudzych, zachcianek. Rezygnowania z tego, co zbędne. A te umiejętności przydają się zawsze, a szczególnie w ciężkich czasach.

Minimalizm tylko utwierdził mnie w przekonaniach wyniesionych z rodzinnego domu, bo nakazuje mi skupiać się bardziej na tym, co niematerialne. Na wartościach, uczuciach, emocjach, przeżyciach, wrażeniach. Na tym, by nie marnować czasu, który dano mi na Ziemi, na sprawy niegodne zachodu. Nie znaczy to, że gardzę dobrami materialnymi, staram się tylko pamiętać, że nie są najważniejsze. I dlatego mogę patrzeć z dystansem na kryzys: on też kiedyś przeminie, jak wszystko inne.

Na koniec jeszcze a propos rzekomego wpływu minimalizmu na gospodarkę. Śmieszy mnie, gdy ktoś po raz kolejny wyskakuje ze słynnym: ale trzeba kupować, żeby napędzać gospodarkę. Gdy nie będziemy kupować, wszystko się zawali.
Minimaliści też kupują i konsumują, może tylko czasem w inny lub bardziej przemyślany sposób niż inni. Pracują, zarabiają pieniądze, wydają je. Jeżdżą na wakacje, wychowują dzieci, czytają książki. Kupują to, na co ich stać. Nie wydają więcej niż zarabiają. To chyba dość logiczne podejście, prawda?

Znakomity wpis o związkach minimalizmu z gospodarką można przeczytać u Henryka Minimalisty. Polecam!

Tak jak pisałam tu nie raz: minimalizm to narzędzie, które służy mi do ułatwiania sobie życia. Czy to narzędzie przyda się również Tobie, zależy tylko od Ciebie, drogi Czytelniku lub Czytelniczko. Niektórym takie podejście odpowiada, innym nie. Do takich samych wniosków można dojść na milion różnych sposobów, każdy szuka najlepszego dla siebie.

Chętnie odpowiadam na pytania, zadawane w komentarzach lub pocztą elektroniczną, adres znajdziesz w zakładce O mnie. 
Od dzisiaj nie będzie już możliwości wyboru anonimowych komentarzy, ciekawe, że jak ktoś chce napisać coś uszczypliwego, to się nie podpisuje...

Komentarze

  1. Nic dodać, nic ująć. Trafiłaś w sedno. Nie wydawać więcej, niż się ma. A minimalizm nie jest filozofią, tylko postawą życiową. Mądrym podejściem, nie jest to marnotrawienie rzeczy. A dzisiejsze społeczeństwo po prostu marnuje wiele rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  2. komuś się może wydawać że minimalizm to fanaberia, podczas gdy inni cierpią z powodu biedy, i nie ma tu żadnego "voluntary simplicity" ale idee minimalizmu z pewnością przydają się w trudnych chwilach. nie chcę generalizować, ale większość osób mających problemy z finansami w moim otoczeniu cierpi na brak zdrowego rozsądku w obchodzeniu się z pieniędzmi i definiowaniu potrzeb. sa to ludzie, którzy na codzień uskarżają się na swój zły los, ale w przypadku niespodziewanego przypływu gotówki pieniądze wydają na plazmę, ipoda albo drogą odzież "ze znaczkiem". albo wyprawiają wystawne święta Bożego Narodzenia obżerając się do nieprzytomności a drugie tyle marnując bo nie da się tego zjesc zanim się zepsuje.
    minimalizm wraz z frugalizmem mogłyby pomóc takim osobom zarządzać finansami i znaleźć inne formy sprawiania sobie radości, niż kupowanie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ajko, znam ból komentarzy oderwanych od rzeczywistości po tym jak link do mojego bloga trafił na pewne forum o oszczędzaniu :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. mnie kiedyś ktoś też zarzucił- że kupuję sobie czasem kolorowe gazety, a to przecież są 2-3 bochenki chleba dla biednej rodziny.

    ale dla innych- jedna gazetka- to np. 1/10 tego ile potrafią zapłacić za najzwyklejszy t-shirt....
    stałam kiedyś w kolejce do kasy w NY z torbą ciuchów z przeceny- za które zapłaciłam około 30 pln,
    gdy ktoś przede mną- za spodnie i sweter i koszulkę- zapłacił ponad 200....

    wszystko jest ważne, ale ważny jest też punkt odniesienia.
    i tu zaczyna się minimalizm- to że mnie stać, nie znaczy jeszcze, że muszę to mieć.

    to ja wyznaczam sobie drogę którą chcę pójść,
    to jak chcę żyć- i na ile siebie dawać innym.

    dodam- że od lat wielu jest u nas w domu zwyczaj zbierania monet 2 i 5 złotowych do słoika.
    co jakiś czas- robi się komisyjne otwarcie i podliczenie kwot.
    i czasami- za te pieniądze odłożone- kupuje się coś do domu, albo coś dla siebie lepszego- na co wcześniej szkoda by nam było wydać pieniędzy.
    ale CZĘSTO też- z tych odłożonych skarbów- rezygnujemy, i zwyczajnie przeznaczamy je na jakąś akcję charytatywną.

    to jest dla mnie minimalizm.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak nie będziemy NIC kupować to nastąpi powrót do gospodarki sprzed ery produkcji przemysłowej. To już przerabialiśmy i działało.
    Jak będziemy kupować świadomie - czyli zaspokajając faktyczne potrzeby, a nie te wygenerowane przez speców od reklamy, to nic strasznego się z gospodarką nie stanie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam,
    na samym początku przyznam, że o tym ,,zjawisku'' przeczytałam w Przekroju. Wydaje mi się, że zostało ono przedstawione w rzeczowy sposób. Dla mnie jednak nie jest to tylko metoda na przetrwanie kryzysu.
    Zgodzę się z autorką bloga, że jest to rodzaj postawy. Sądzę, że nie jest to moda w wielkomiejskich środowiskach tylko właśnie postawa. Niektórzy po prostu się tacy rodzą, np. ja:)
    Zostałam wychowana w skromnych warunkach i od dziecka nauczona oszczędności i swoistej ,,gospodarności''.
    Zostało mi to do dzisiaj. Teraz mam 27 lat, zarabiam własne pieniądze, spędzam czas tak jak chcę...oznacza to tylko tyle, że ode mnie zależy co robię z własnym życiem. Zarabiam nieźle i mimo to ...dalej nie potrafię otaczać się zbędnymi przedmiotami, nie są mi potrzebne. Mówię tu o przedmiotach w materialnym sensie..takich jak wyposażenie mieszkania, ciuchy. Myślę tak może dlatego, że nie mam jeszcze własnego M tylko wynajmuję pokój. Może.
    Podobnie mam w kwestii jedzenia. Lubię jeść potrawy proste, mało przetworzone..bo są zdrowe i mnie nie zaśmiecają. Nie oznacza to jednak, że od czasu do czasu nie wyskoczę do restauracji.
    Nie kupuję kawy w miejscach, które należą do jakiś korporacji...bo wolę dać zarobić pani, która otworzyła kawiarnię...mam poczucie solidarności z ludźmi takimi jak ja.
    Co do pracy to fakt- pracuję na 1,5 etatu. Nie pracuję jednak w firmach, w których nie wiem co robię. W jednej sprzedaję dobry polski produkt, w drugiej usługę. Moja praca jest na tyle elastyczna...że nawet w czasie pracy mogę się rozwijać(np. uczę się języka i przeglądam prasę, czytam książki i robię projekty...do drugiej pracy). Oznacza to tylko tyle, że w czasie pracy JEDNOCZEŚNIE pracuję i się rozwijam. Czas wolny spędzam na uprawianiu sportu- bardzo to lubię i hobby. Staram się dobrze sypiać.
    Co do postali społecznościowych- nigdy nie miałam konta na naszych klasach, gronach i fejsbukach. Po prostu. Nie jest mi to potrzebne...bo niby do czego. Przyjaciół mam w realu, o interesujących wydarzeniach informują mnie zazwyczaj ci, co to organizują lub znajomi. Więc tłumaczenie ,,załóż sobie fejsa, bo będziesz wiedzieć, co się dzieje na mieście'' też do mnie nie trafia. I może to się wydawać lekko snobistyczne...ale tak- dzięki temu, że nie siedzę bez sensu na ,,necie'', nie wkręcam się w jakieś bzdury, mam czas na prowadzenie normalnego, aktywnego życia...Przez to poznaję wartościowych, ciekawych ludzi..którzy jeśli grają koncert, po prostu do mnie zadzwonią i mnie zaproszą:)Nawet tego bloga przejrzałam tylko dlatego, że przeczytałam o nim w Przekroju.
    Co do tzw. ,,znajomych''..to również otaczam się po prostu fajnymi ludźmi i takie mam podejście od zawsze. Unikam przypadkowych znajomości i bezsensownego dawania każdemu nr. telefonu. Nie mam fejsa, więc nie zapraszam Gosi, siostry kolegi dziewczyny do grona przyjaciół.
    Kiedy czas jest sprzyjający poruszam się po mieście rowerem. Bo jest taniej, zdrowiej i nie tkwię w korkach. W zimie- mpk. Nie mam auta, choć miałam okazję by kupić...może nawet byłabym w stanie je utrzymać, ale po co?
    Nie kupuję jedzenia na wyrost, tylko tyle ile zdołam zjeść- nienawidzę wyrzucać żarcia do kosza.Oszczędzam światło.
    Nie biorę kredytów jeśli nie muszę i zawsze krytykuję takie zachowania jeśli ktoś zaciąga kredyt by urządzić wesele lub...święta.
    Przestrzegam w życiu kilku prostych zasad: nie zadłużaj się, nie wkręcaj za bardzo w komputer, dbaj o higienę psychiczną, nie otaczaj się przypadkowymi ludźmi, sprzątaj w mieszkaniu i niczego nie chomikuj. Lepiej być niż mieć. Dzięki temu uniknęłam wielu pułapek i towarzyskich i finansowych. Przyznam, że to jak żyję było i jest dla mnie na tyle normalne, że...nie zdawałam sobie sprawy iż można pisać bloga lub artykuł do prasy o podobnym podejściu.
    To co tu wymieniłam to oczywiście bardzo ogólne sprawy. Polecam jednak każdemu odetchnąć i przeanalizować, co nam w tym życiu jest tak na serio potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Artykuł przeczytałam w bibliotece. Faktycznie, z Twoją namową, a może dokładniej - wpisem. Minął już prawie rok, od kiedy zaczęłam się zmierzać ze sobą, z przywiązaniem do niepotrzebnych rzeczy.
    I to jest dobre.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. "less is more" piszesz: Przyznam, że to jak żyję było i jest dla mnie na tyle normalne, że...nie zdawałam sobie sprawy iż można pisać bloga lub artykuł do prasy o podobnym podejściu.

    Pomyśl, że są ludzie dla których ten właśnie blog dużo zmienił w życiu. Skoro zaglądnęłaś na ten blog tylko z racji artykułu, to może warto było by zobaczyć wszystkie wpisy.

    Sam jestem przykładem tego jak czytanie bloga może mieć wpływ na życie.

    Strasznie mnie drażni zawiść ludzi którzy zobaczyli artykuł w prasie i nagle z tego tytułu, każdy staje się ekspertem jak to jest życiowym minimalistą.

    Owszem zgodzę się z faktem, iż są tacy ludzie którzy zawsze byli oszczędni. Lecz znacznie więcej jest osób które kupują a potem obrastają w rzeczach.

    Blogi takie jak Ajki mają także inne zadanie: dać do myślenia, zastanowić się. Są osoby które lubią fejsbuka, i są takie które czekają z niecierpliwością na każdy wpis na blogu o minimalizmie.

    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
  9. Witaj Ajko :)
    Z nieukrywaną radością dowiedziałam się o Twoim sukcesie bycia jednym z autorytetów (jak można to tak nazwać). Gratuluję siły przebicia!

    Mam nadzieję, że moje słowa nie zostaną odczytane, jak podpis z forum onetu: Kto jest za? Kto jest przeciw? ;) Ale zgadzam się dokładnie z tematem tej notki. Minimalizm to nie jest przecież tylko oszczędność czy gospodarność. To pewna postawa. Mogą ją mieć i bardzo bogaci i bardzo biedni, bardzo młodzi fanatycy facebooka i zaawansowani wiekiem krzyżówkowicze. Mnie minimalizm (nowo odkryty ;)) zmusza przede wszystkim do myślenia. A właśnie to może być receptą na kryzys- inny sposób myślenia.

    Pozdrawiam serdecznie!
    Karolina

    OdpowiedzUsuń
  10. A czy można prosić kogoś kto ma artykuł o przesłanie go na maila, wstawienie na jakiś serwis. Chętnie kupiłbym dostęp do tego artykułu ale Przegląd nie posiada takiej możliwości. Artykuł niestety przeoczyłem. Pozdrawiam:

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…