Przejdź do głównej zawartości

Kąpiel w płatkach róż, joga i wewnętrzne piękno

Nie sądziłam, że z takim zainteresowaniem przeczytam książkę napisaną przez modelkę. Ani też, że sięgnę jeszcze kiedykolwiek po pozycję noszącą w tytule słowo „dieta”.
Podczas świątecznych zakupów w księgarni zwróciła jednak moją uwagę kolorowa okładka ze zdjęciem Agnieszki Maciąg. Smak szczęścia, czyli o dietach, modzie, medytacji i kąpieli w płatkach róż. Przejrzałam wnikliwie, przeczytałam nawet kilka fragmentów, pomyślałam: hmm, no, proszę, i kto by pomyślał... Uznałam, że warto by ją przeczytać, a może nawet mogłaby zagościć na półce na dobre, ale rzuciłam okiem na cenę (w księgarni stacjonarnej 39 zł, przez internet około 35) i ... odłożyłam.

Jednak Aniołek szukał pomysłów na prezent dla mnie, wpisałam więc ten poradnik na listę chcętomieciów jako jedną z ewentualności do wyboru. Aniołek okazał się podatny na sugestie ;-)
Nie śledziłam życiorysu Pani Agnieszki, chociaż w odległych już dość czasach kojarzyła mi się bardzo sympatycznie, z teledyskami niegdyś ulubionego zespołu. Wiedziałam, że podjęła pewne próby wokalne, ostatnio widziałam jej zdjęcia na wystawach sklepów Monnari. I tyle. Nie miałam pojęcia, że pisze poradniki, że pierwszy (pod tytułem Smak życia, o odżywianiu) spotkał się z bardzo życzliwym przyjęciem.


Ostatnio różni celebryci i celebrytki zalewają polski rynek wydawniczy książkami kucharskimi, wspomnieniami ze żłobka, wojska lub planu serialu, poradnikami jak schudnąć, dobrze wyglądać po czterdziestce, być idealną matką, żoną (lub kochanką), jak żyć nawet... Okazuje się, że w tej powodzi miernoty można jednak znaleźć książkę napisaną w sposób szczery i ujmujący, pełną ciepła i rozsądku. Taką, która powstała nie tylko dla zarobku (nie oszukujmy się przecież), ale również z chęci podzielenia się doświadczeniami i naprawdę sympatycznymi i przydatnymi przemyśleniami. I trzeba zaznaczyć, że wprawdzie książkę tę pięknie wydano, na dobrym papierze i z mnóstwem kolorowych ilustracji, jednak nie jest ona tylko zbiorem ładnych obrazków. Dopracowana strona graficzna moim zdaniem znakomicie dopełnia treść i przekaz tej lektury.

Wiele osób z pewnością sięgnie po tę pozycję ze względu na pierwszą jej część, dość obszerną zresztą, poświęconą diecie. Akurat mnie interesowała ona najmniej, bo mam już sprecyzowane poglądy na ten temat, dzięki obserwacjom samej siebie oraz metodzie prób i błędów wiem, jak powinnam się odżywiać, żeby dobrze się czuć i wyglądać, pomimo wszystko przeczytałam również ten rozdział, nie na próżno, jak się okazało. Dowiedziałam się, że Pani Maciąg stosuje dietę niełączenia i jest prawie wegetarianką (prawie, bo wciąż jada ryby). Namawia więc do odżywiania się w ten sposób, czyli niełączenia w jednym posiłku pokarmów umownie nazywanych białkowymi (mięso, nabiał, ryby) z węglowodanami (czyli np. ziemniaki, makarony, pieczywo, ryż, kasze). Zachęca do jedzenia dużej ilości warzyw, przypomina o zapomnianych już nieco kaszach, podaje argumenty przemawiające za rezygnacją z jedzenia mięsa.

Ani dieta niełączenia, ani dieta całkowicie czy częściowo wegetariańska nie są dla mnie żadną nowością. Przez parę lat całą rodziną odżywialiśmy się zgodnie z tak zwaną dietą Diamondów, popularyzowaną w Polsce przez Panią Maję Błaszczyszyn. Faktycznie - efektem były fantastyczne wręcz samopoczucie i forma. Z różnymi postaciami niełączenia spotkałam się też w ramach metody Montignac oraz odżywiania wg Pięciu Przemian (gdzie czasami pojawiały się zalecenia co do niełączenia niektórych pokarmów w celu ułatwienia trawienia). Widzicie, sporo eksperymentowałam dietetycznie jeszcze do nie tak znowu dawna, pisałam o tym już kiedyś. Jednak te eksperymenty okazały się pomocne, z każdego wyniosłam obserwacje i wnioski.

Z tym całym niełączeniem to jest tak, że nie ma jakiś naprawdę głębokich podstaw naukowych ani poważnego uzasadnienia. Może się mylę (poprawcie mnie, jeśli coś wiecie na ten temat), ale nikt nie udowodnił ostatecznie, że nie powinno się łączyć w jednym posiłku węglowodanów i białka, tym bardziej, że w naturze te składniki odżywcze nie występują raczej w postaci izolowanej, różne pokarmy zawierają jedno i drugie w różnych proporcjach.

Muszę jednak stwierdzić na podstawie własnych wieloletnich już doświadczeń, że z bliżej nieznanych mi przyczyn stosowanie tej zasady (jeśli mięso, ryby, produkty mleczne czy jajka, to z warzywami, a nie z ziemniakami czy produktami mącznymi) sprzyja utrzymaniu szczupłej sylwetki, czy nawet chudnięciu.

Jednak nie dopatrywałabym się w tym specjalnej magii, raczej jest pewien „myk”, który sprawia, że ta metoda działa. A może nawet parę myków. Otóż, po pierwsze przy stosowaniu zasad niełączenia zupełnie niechcący zwykle je się mniej kalorycznie (o ile nie przesadza się z tłuszczami). Wzrasta bowiem spożycie warzyw. Skoro do kurczaka nie można ziemniaków, to zastępuje się je surówką, gotowanym warzywem czy inną zieleniną. Do ziemniaków też zielenina. Do kanapek niu niu sera ani szynki, więc znowu warzywa. Do makaronu... nie zgadniecie, sos pomidorowy i warzywa. A z czym mogę zjeść jajecznicę? Z tostem? Ależ skąd, zjedz warzywa.
A przy okazji doprawdy trawienie jest lepsze (cudów nie ma, błonnik). Efekt? Człowiek chudnie, pięknieje, cera się wygładza, oko promienieje.

Wszystko to pięknie, ale czy można tak całe życie? Oczywiście, że można, jeśli ktoś tak lubi. Czemu nie? Dla mnie jednak na dłuższą metę takie rozwiązanie nie ma głębszego sensu. Wiem, z doświadczenia własnego, ale też wielu osobiście znanych mi dobrze osób, że można schudnąć i utrzymać wagę, jedząc pokarmy ze wszystkich grup, w dowolnych połączeniach. Kwestia tylko ich ilości i oczywiście odpowiedniego poziomu aktywności fizycznej.
Owszem, przez większą część czasu jem właśnie zgodnie z wyżej wspomnianymi zasadami, bo tak po prostu lubię (a jak wspominałam onegdaj, mięso jadam rzadko, czasem nawet bardzo rzadko). Ale lubię też raz na jakiś czas do jajka na miękko zjeść grzankę z masłem, a na razowy chleb położyć kilka plasterków dobrej szynki czy też lejący się i śmierdzący jak skarpeta ser pleśniowy. A czasem, o zgrozo!!! nie jeść warzyw wcale, bo akurat nie mam ochoty. I buraczki brzydko się wtedy na mnie patrzą spod korzeniowej nastroszonej brewki. Zła Ajka, nie je warzywek!

Dieta niełączenia ma wiele zalet, ale ma jedną wadę - słowo „dieta” w nazwie. Nie ma mowy, bym miała teraz, po tych wszystkich wyżej wspomnianych wędrówkach kulinarno-dietetycznych, wracać do punktu wyjścia i narzucać sobie jakiś z góry określony sposób żywienia. Wystarczy mi słuchanie własnego organizmu. Jeśli on zgłasza zapotrzebowanie na kanapkę z serem, to uznaję, że wie lepiej ode mnie, co dla niego dobre. Chociaż trzeba przyznać, że częściej prosi o kaszę z warzywami, owoce oraz np. wspomniane buraczki :) niż o makaron z klopsikami (chyba w ogóle nie zdarza mu się domagać klopsików, o ile pamiętam...).

Jednak rozdział książki o odżywianiu przeczytałam z radością i jednak zainteresowaniem, bo Pani Agnieszka pisze bardzo konkretnie i rzeczowo, podaje też kilka przyjemnych i prostych propozycji na dania warzywne i nie tylko. Przede wszystkim krytykuje jednak wszystkie tak zwane diety cud, namawia do racjonalnego odżywiania, samodzielnego gotowania i przywiązywania wagi do jakości pożywienia. I wielka chwała jej za to :) Także za słowa o samoakceptacji i o emocjonalnym podejściu do jedzenia, o budowaniu pozytywnego myślenia na swój temat i nawiązaniu właściwej relacji z własnym ciałem.

Jednak Smak życia to nie tylko kolejna książka o odchudzaniu (chociaż takie porady też w niej znajdziecie). Oprócz Diety obejmuje jeszcze pięć części: Uroda, Wewnętrzna harmonia, Joga, Natura Piękno. Dla mnie najciekawszymi były rozdziały poświęcone urodzie, wewnętrznej harmonii i jodze. Rozdział o urodzie, ponieważ zawiera wiele propozycji systematycznego dbania o nią w warunkach domowych. Jak słusznie zauważa Pani Agnieszka, nie każdego stać na korzystanie z salonów SPA, nie każdy ma też czas na codzienne długotrwałe rytuały urodowe. Podkreśla jednak, jak ważne jest, by przynajmniej raz w tygodniu znaleźć czas na solidną odnowę, odprężenie i zabiegi poświęcone urodzie. Może to być chociaż godzina. Nawet jeśli jesteś zapracowana, zaganiana, a w domu pokrzykuje gromadka dzieci, dla dobra Twojego i Twojej rodziny spróbuj wygospodarować ten czas dla siebie (cytat z książki, podkreślenie moje). Namawia, by popracować nad sobą i wyzbyć się poczucia winy, że poświęcamy czas sobie, gdy jest tyle ważnych spraw do zrobienia. Bardzo cenna to uwaga, znam mnóstwo kobiet (z sobą samą włącznie), którym włącza się w głowie taka lampka właśnie: co Ty, zwariowałaś, godzinę na maseczki, masaże, nacierania i kąpiele? Z byka spadłaś? Przecież... (i tu następuje lista spraw domowych, zawodowych i pozostałych, wszystkie ważne i niecierpiące zwłoki).
A przecież potrzebujemy tego, my kobiety. I nasze ciała. Bo czasem zdarza się nam je bardzo zaniedbywać na różne sposoby w imię źle pojętego poświęcania się dla innych. A to się mści, na różne sposoby. Egoizmowi mówimy wprawdzie stanowcze nie, ale trochę troski o siebie jest konieczne. Czasu dla samej siebie. I tylko dla siebie.
Z wielką przyjemnością przeczytałam opis domowego spa. Wraz z całą listą rytuałów (co za słowo!), z spośród których można wybierać, na co akurat mamy czas, ochotę i zapotrzebowanie. Pani Maciąg pisze też o aromaterapii, o naturalnych sposobach dbania o ciało, twarz i włosy, o automasażu, o zastosowaniu ziół, olejów, a nawet o kąpieli w płatkach róż :) W rozdziale tym nie znalazłam rewolucyjnych czy nieznanych zupełnie rozwiązań, ale jest świetnym kompendium wiedzy z tej dziedziny.

Rozdział o wewnętrznej harmonii również okazał się ciekawy. Pani Agnieszka dzieli się doświadczeniami z trudnego okresu, gdy, jak pisze, mój świat się rozpadał, a ja razem z nim. Opowiada, jak próbowała poradzić sobie ze stresem, jak uczyła się prawidłowo oddychać, o przygodzie z medytacją. Tu także następuje szereg praktycznych i sprawdzonych porad na temat każdej z tych dziedzin (radzenia sobie ze stresem, ćwiczeń oddechowych i technik medytacji).

I joga. Od dłuższego czasu ten temat „chodzi za mną”. Mam pewne, niewielkie doświadczenia, raczej z jej elementami niż jogą jako taką, ale nawet te drobne wprawki pokazują mi, że to jest coś, czego powinnam spróbować. W moim otoczeniu kilka osób regularnie praktykuje różne rodzaje jogi i bardzo sobie to chwali. Informacje podane przez Panią Agnieszkę tu również okazały się przydatne.

Ostatnie dwie części, o kontakcie z naturą oraz o pięknie (między innymi o modzie, ubiorze, urządzaniu domu) również są pełne trafnych uwag i inspirujących pomysłów, ale powiedzmy, że akurat w tych dziedzinach nie mam już aż takiego zapotrzebowania na wiedzę ;-)

Przeczytałam tę książkę z wielką radością. Pani Agnieszka pisze prosto, rzeczowo i przystępnie. Dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, ale nie ma w tym nieznośnej maniery kogoś, kto „wie lepiej, bo wiek i doświadczenie go do tego upoważnia” (tak mawiała pewna moja nauczycielka, ja wiem lepiej, bo wiek mnie do tego upoważnia). Nieraz odwoływałam się tutaj do książek Dominique Loreau, którą podziwiam i szanuję, lecz muszę przyznać, że po przeczytaniu Sztuki prostoty i Sztuki umiaru szczerze nie lubię tej kobiety. Podziwiam, lecz nie lubię. Właśnie za to jej przekonanie o własnej nieomylności, za kategoryczny ton nieznoszący sprzeciwu. Kwestia gustu, jej sposób wypowiadania mi nie odpowiada. Natomiast Pani Maciąg pisze o wiele bardziej „po ludzku”. O swoich słabościach, o błędach, jakie popełniała, o tym, że nie od razu potrafiła wyciągać z nich właściwe wnioski. Z jej książki płynie radość życia, ciepło, miłość, poczucie  spełnienia. Daje ona obraz kobiety, która dobrze czuje się we własnej skórze, a w sercu nosi miłość do świata.

Oczywiście odbiór tej lektury to kwestia subiektywna. Być może kto inny uzna tę książkę za nieciekawą, za wydumaną. Może będą go irytować piękne fotografie autorstwa Roberta Wolańskiego, śliczne, jednak upozowane.
Ja jednak zachwyciłam się Smakiem szczęścia. Nie dlatego, bym jeszcze potrzebowała jakichkolwiek poradników, może oprócz Jak zorganizować konkurs fotograficzny na blogu. Podręcznik dla opornych ;-)...
Dzięki lekturze książki Pani Agnieszki poznałam mały kawałek świata spełnionej i pełnej radości kobiety. Bardzo ją polubiłam i cieszę się, że chciała się podzielić swoimi przemyśleniami. Tego teraz potrzebuję, inspiracji i pogodnych książek kobiet, które dobrze czują się same ze sobą. Nie zbiorów sztywnych wytycznych napisanych przez różne Panie Nieomylne.
Taka była też kolejna lektura, już tegoroczna, o której opowiem w kolejnym niekonkursowym wpisie :)

A na deser jeszcze jeden cytat z Pani Agnieszki, ze wstępu do Smaku szczęścia:
Życie jest podróżą poprzez wzgórza i doliny. Każda z nas znajduje się czasem na szczycie i czuje się spełniona, a innym razem, stojąc w zacienionej dolinie, ma poczucie, że nie da rady wspiąć się na kolejne wzniesienie. Ale przezwycięża lęk i idzie dalej. Odnajduje w sobie siłę, by pokonać przeciwności i zdobyć kolejny szczyt. (...) Nie mam uniwersalnej recepty na szczęście. Każda z nas jest istotą niepowtarzalną i różne są nasze sposoby na lepsze życie. Ja pragnę podzielić się swoim, by dodać Ci wiary, radości i otuchy. Opisuję metody, które uczyniły moje życie prostszym, pełniejszym i szczęśliwszym. (...) Pragnę zainspirować Cię i wzmocnić, byś żyła odważnie i świadomie, ponieważ życie jest wielką i niepowtarzalną przygodą. Jestem pewna, że prawdziwego Mistrza każda z nas nosi w sobie. Jeśli jeszcze go nie odnalazłaś, wszystko przed Tobą. Z całą pewnością nadejdzie dzień, gdy zaufasz swojej wewnętrznej mądrości, sile oraz mocy i uwierzysz w swoje piękno. Ja w nie wierzę. 
Smak szczęścia, czyli o dietach, modzie, medytacji i kąpieli w płatkach róż, Agnieszka Maciąg, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2011.

Komentarze

  1. Też lubię De Mono, a jednak nie wiedziałem, że Agnieszka Maciąg wystąpiła w ich teledysku (ba, w sześciu nawet). Mnie się raczej ona kojarzy ze stacją Polsat Cafe, jako bardzo pewna siebie kobieta, tzw. kobieta sukcesu ;-)

    Nawet nie sądziłem, że może mieć tak wszechstronne wykształcenie (liceum plastyczne, dziennikarstwo, psychologia, kulturoznawstwo...)

    Już chciałem sugerować, że pewnie użyczyła nazwiska i ktoś napisał książkę za nią - co się przecież zdarza - ale kto wie, może osobiście się pokusiła?

    I może to nie jest lektura dla faceta, ale jednak mam pewną refleksję (bez czytania oczywiście), że ten wysyp poradników to nie przypadek: wszyscy chcemy tego samego i wszyscy oczekujemy gotowych przepisów.

    Recept na zdrowie, szczęście, piękno, spokój, udane życie uczuciowe i zawodowe, sprawność fizyczną... Ciekawe ilu z nas wierzy, że da się to osiągnąć samym czytaniem: jednej książki, drugiej, piątej, dziesiątej?

    Co oczywiście nie zmienia faktu, że każda książka może trafić swojego odbiorcę dla którego będzie inspirująca, ciekawa i stanie się tym pierwszym domino, które przewraca kolejne kostki :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też, gdybym zobaczyła w księgarni książkę modelki, to raczej nie kupiłabym jej. Ale po przeczytaniu tego wpisu, ta pozycja dołącza do mojej listy książek do przeczytania.

    Co do żywienia, to trochę zazdroszczę. :) Chciałabym się tak "naturalnie", w zgodzie z samą sobą żywić. Tzn. nie to, że jestem w jakiejś niezgodzie, tylko bardzo świadomie jem - "powinnam zjeść to, a tego nie". Nie jest to na zasadzie, "mam ochotę na buraki, zjem buraki". :)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna, rzetelna i bardzo zachęcająca recenzja. W księgarni ominęłabym, a teraz - kto wie? :) Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Sama koncepcja książki wydaje się być ciekawa tylko ta część o jodze.. nie wierzę że joga ma zbawienny wpływ na ciało i samopoczucie na dłuższą metę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Marciniasty J., faktycznie, facetowi raczej się ta lektura nie przyda, ale może być dobrym prezentem dla znajomej kobiety :)
    Wiesz, samo czytanie książek nic nie daje, dopiero od czytelnika zależy, co z przemyśleniami z lektury zrobi. Ale faktycznie sporo osób ogranicza się do czytania o pracy nad sobą - pamiętasz dyskusję o rozwojowych ćpunach?
    Jak pisałam wyżej, ja gotowych recept nie chcę, ale inspiracje zawsze mile widziane :)
    Lenko, też tak uważam. Może coś napiszę więcej o tym w niedługim czasie?
    Magdo, to jest prostsze niż się wydaje. Trzeba zacząć wsłuchiwać się w siebie i zadawać sobie pytanie: na co mam teraz ochotę? Kolejny temat na dłuższy wpis, jak to zrobić? Niektórzy nie muszą się tego uczyć, inni, jak ja kiedyś, mają z tym na początku problemy (to m.in. skutek wieloletniego stosowania rozmaitych diet). Napiszę o tym więcej wkrótce.
    Szmaragdo, jeśli wpadnie Ci w ręce, daj znać, czy faktycznie przypadła Ci do gustu :)
    Melanie, ciekawe, masz jakieś własne doświadczenia w tej dziedzinie? Możesz się nimi podzielić? Jeśli tak, z czego to wynikło?
    Zaintrygowałaś mnie, bo do tej pory spotykałam tylko głosy "za".
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. don't judge a book by its cover/ author ;-)

    książki potrafią zaskakiwać- do dzisiaj pamiętam niemiłe rozczarowanie szkarłatną literą hawtorne'a.

    a czasami są takie rzeczy, co przyjemnie zaskakują.
    jeszcze z czasów przedminimalistycznych pamiętam nabytą w jakimś markecie książkę, za obłędną kwotę 0,99pln.
    wygrzebana w jakimś koszu wyprzedażowym- miała być tylko jakimś czasopożeraczem do autobusu.
    a jednak okazała się być ciekawą, i zabawną rzeczą traktującą o byciu rodzicem i wychowywaniu dzieci.

    i link

    OdpowiedzUsuń
  7. Mam ksiazke pani Agnieszki Smak życia, bardzo ladnie opracowana graficznie, ze smacznymi i prostymi przepisami. Lubie po nia siegac, widac, ze powstala z zamilowania do kuchni i zycia, jest pelna kolorow. Wiekszosc przepisow wyprobowalam i sa naprawde dobre.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…