Przejdź do głównej zawartości

Skąd biorą się kompleksy?

Komentując ostatni wpis o oswajaniu się z ciałem, Tofalaria celnie zapytała: Zastanawiam się, skąd bierze się tak duża koncentracja na ciele, która prowadzi do kompleksów. Bo przecież jeśli robi się różne rzeczy, ma wypełniony czas, to nie ma miejsca na kompleksy. Wydaje mi się (może się mylę?), że osoby bardzo aktywne w życiu, angażujące się w różne rzeczy nie mają czasu na nadmierne koncentrowanie się na sobie, a znajdując akceptację swoich działań przekładają to na akceptację swojej osoby (np. "świetnie to zrobiłaś!", "naprawdę robisz coś takiego? mogę następnym razem pójść z tobą?").

Pytanie słuszne, chociaż diagnoza moim zdaniem trafna jedynie częściowo. Nie zawsze wysoka aktywność wiąże się z pozytywnym odbiorem działań, nie zawsze przekłada się na sukcesy. Czasem im więcej sukcesów, tym bardziej negatywne reakcje otoczenia. 
Tak, to prawda, że osoby „bardzo aktywne w życiu, angażujące się w różne rzeczy, nie mają czasu na nadmierne koncentrowanie się na sobie, a znajdując akceptację swoich działań, przekładają to na akceptację swojej osoby”. Doświadczyłam tego na etapie leczenia się z kompleksów, ale na początku  nie zrodziły się one z braku zajęć, lecz z powodu niewłaściwego podejścia do życia i otoczenia.

Kompleksy (nie tylko związane z ciałem) zwykle rodzą się na etapie dorastania. I ewentualnie z wiekiem zanikają lub pogłębiają się. Myślę, że skłonność do porównywania się z innymi oraz negatywnej oceny wynika po części z cech osobowości, charakteru, ale w znacznej części jest kształtowana przez otoczenie na etapie dzieciństwa i dorastania. Niektóre osoby nigdy nie przejmują się zdaniem innych na swój temat, nie zabiegają o ich akceptację, a niesłuszną ich zdaniem krytykę odrzucają od razu. Inni natomiast zapamiętują i głęboko przeżywają każde negatywne spostrzeżenie na swój temat, a co gorsza, zaczynają w nie wierzyć. Albo z góry zakładają, że są całkowicie beznadziejni, słabi, głupi, brzydcy, nic im się nigdy nie uda, nic dobrego nie spotka... I każde wydarzenie traktują jak potwierdzenie tej teorii.

Zapewne każda zakompleksiona osoba ma nieco inną historię. Historia moich kompleksów nie jest jakoś szczególnie wyjątkowa. Opowiem ją w bardzo ogólnym zarysie, bo nie warto się nad tym zbyt długo zastanawiać.

Myślę, że główną przyczyną mojego zakompleksienia była wrażliwość, a może nawet przewrażliwienie na swoim punkcie. Na pewno brak dystansu do siebie, ale też do zdania innych. Zbytnie szukanie akceptacji otoczenia. Nieśmiałość, brak pewności siebie, niska samoocena. Z jednej strony inność i pragnienie wyróżnienia się, z drugiej strony staranie wtopienia się w otoczenie. Stawianie sobie bardzo wysokich wymagań, brak przyzwolenia na porażkę.

Jako nastolatka, a potem młoda kobieta, byłam osobą aktywną i wiecznie zajętą - nauką, czytaniem, potem także intensywnym życiem towarzyskim. Sukcesy w nauce, stypendium naukowe, wyjazdy zagraniczne - to wszystko podbudowywało moją pewność siebie w sferze intelektualnej, ale w pozostałych obszarach nadal byłam zakompleksioną i wystraszoną myszką.

Niestety tak to już jest, że kobietom o niskiej samoocenie zdarza się przyciągać do siebie mężczyzn, którzy nieświadomie (a czasem może i świadomie) wykorzystują tę słabość, by podbudować własne ego. I tak też było w moim przypadku. Żaden z tych panów nie krytykował nigdy moich możliwości intelektualnych (bo ich byłam jednak pewna), ale za to niejednokrotnie deprecjonowali mój wygląd, figurę, sposób uczesania, ubierania, malowania się. Moją kobiecość. A ja, zamiast powiedzieć: SPADAJ, skoro mnie nie akceptujesz, to czemu się tak umartwiasz i jesteś ze mną?!, godziłam się na to. Płakałam, zaciskałam zęby, rozpaczliwie próbowałam dopasować do ideału.
Teraz wiem, że te związki nie „przytrafiły mi się” przez przypadek, ale że sama byłam ich przyczyną. Nieświadomie unikałam mężczyn, którzy mogliby pomóc mi zbudować poczucie własnej wartości.
Wystarczyło kilka toksycznych związków jeden po drugim, sporo bólu, mnóstwo złych słów, parę przykrych wydarzeń. Zamiast wyrastać z nastoletnich kompleksów, obrastałam w nie coraz bardziej. One też już dorosły...

W międzyczasie również w wyniku problemów z akceptacją siebie wpędziłam się w bulimię, która towarzyszyła mi jeszcze przez dobrych parę lat. O bulimii napiszę kiedyś na pewno osobny wpis, bo to ważny dla mnie temat, a wiem, że jest to jeszcze sprawa traktowana jako pewne tabu, mało kto przyznaje się otwarcie do tego zaburzenia.

Problemy osobiste, bulimia, bezrobocie, potem praca nieregularna i nie do końca satysfakcjonująca...

Mamy jednak happy end. Z czasem zaczęłam wyciągać wnioski ze swoich błędów, unikać toksycznych osób (kobiety też potrafią nieźle przyłożyć), niewłaściwych związków i znajomości. Miałam oparcie w Rodzicach i Przyjaciołach, ale muszę stwierdzić, że jeśli chodzi o budowanie poczucia własnej wartości, akceptacji i leczenie się z kompleksów, podstawową sprawą jest praca nad tym, co siedzi nam w głowie.

Kompleksy rzecz ludzka. Do pewnego etapu życia niemal normalna i zapewne w dzisiejszych warunkach prawie nieunikniona. Nie ma co się ich wstydzić, ale trzeba pracować nad ich wykorzenieniem. Przesadnie pielęgnowane są straszliwymi hamulcowymi na drodze do rozwoju i szczęścia. Nie szukajcie ich źródła na zewnątrz, lecz w swoich głowach. To nie inni wpędzają nas w kompleksy, to my sami budujemy sobie to więzienie.


Leczenie się z kompleksów to pozbywanie się negatywnych myśli, uprzedzeń, przemyślenie błędów i skupienie na tym, co się nam udało. Wsparcie z zewnątrz (czy to bliskich, czy terapeuty), może bardzo pomóc, ale główną część zadania domowego trzeba odrobić samodzielnie. Przestać szukać akceptacji u innych, za to postarać się znaleźć ją w sobie. Poznać siebie, swoją siłę, zalety, mocne strony. Powiedzieć sobie: może nie jestem idealna, ale fajna ze mnie kobitka. Mam jakieś tam wady, ale przecież nie będę się z nimi obnosić... Komuś nie podoba się kształt czy rozmiar mojego tyłka? Phi, niech nie patrzy ;-) Ważne, że  mi się podoba!
Trzeba też nauczyć się przyjmowania pochwał i konstruktywnej krytyki. Jedno i drugie bywa pożyteczne i mile widziane, jednak należy podchodzić do nich z odpowiednim dystansem, nie zawsze autor ma rację, nie zawsze się myli.

Na zakończenie jeszcze jedno: moim zdaniem warto zrozumieć przyczyny swoich kompleksów i braku pewności siebie. Potem nie należy ich jednak zbytnio rozpamiętywać. Nie ma co szukać winnych, nie trzeba też obwiniać siebie. Oczywiście, dom, wychowanie, zaszłości rodzinne, rodzice, szkoła, rówieśnicy, partnerzy życiowi (i długo by jeszcze wymieniać) mogą działać w taki czy inny sposób na nasze poczucie wartości. Mogą je obniżać lub budować. Szkoda jednak czasu i sił na drobiazgowe analizowanie tego. Tym bardziej nie należy pielęgnować w sobie poczucia krzywdy, bo w ten sposób marnuje się energię i zatruwa myśli.
Nie czuję żalu (już nie czuję, ale czułam) do wszystkich tych osób, które niegdyś podkopywały na różne sposoby moje poczucie własnej wartości. Niektóre czyniły to z rozmysłem, inne nieświadomie, a czasem wręcz w dobrej wierze. Teraz nie ma to już znaczenia. Było, minęło.

Żyję, oddycham, jestem szczęśliwa. Akceptuję swoją przeszłość, bo jest częścią mnie. Lubię siebie. Wrażliwość, która kiedyś wydawała się przekleństwem, okazuje się cennym darem. Pozorne wady mogą być zaletami, jeśli umiem je wykorzystać. Natomiast te wady, które sama sobie wymyśliłam, nie zasługują na najmniejszą nawet uwagę. Bo nie istnieją. Trzeba to tylko dostrzec.

Komentarze

  1. Bardzo ciekawa polemika, dziękuję! Masz rację - kompleksy rodzą się w okresie dorastania, w związku z burzą hormonów, zmianami w wyglądzie. W sumie nic w tym dziwnego. Latka lecą i to już było tak dawno, że chyba o tym po prostu nie pamiętam ;) a przecież też uważałam się za nieatrakcyjną, zawsze 3 z WF i to stawiana z litości, bo jak tu oblać prymuskę (w pozostałych dziedzinach).
    Wspomniałaś o ważnym, jeśli nie najważniejszym lekarstwie na kompleksy. Zainteresowanie płci przeciwnej, a także mądry, dojrzały partner to jest to! (Ręka do góry, która z nas nie otarła się nigdy o toksyczny związek. Sama w takim byłam i co ciekawe ciągle pamiętam, co temu facetowi się podobało, a co nie, tylko że teraz mogę się z tego po prostu śmiać). Najgorsze jest to, że można trafić na palanta, który własne kompleksy leczy dogryzaniem kobiecie... Za to w dobrym związku kobieta rozkwita jak motyl.
    Oczywiście scenariusz w drugą stronę też jest możliwy. Znam zakompleksionych facetów, ba, mających więcej kompleksów niż niejedna kobieta.
    Mimo to podtrzymuję tezę, że w pewnym wieku, mając więcej na głowie niż gimnazjalistka, nie ma się zbyt wiele czasu na roztkliwianie nad swoimi, w większości urojonymi, kompleksami. A poza tym dochodzi się do wniosku, że szkoda życia na nadmierne skupianie go na swoim wyglądzie ;) Pozdrawiam serdecznie!

    PS. Nie twierdzę, że tylko facet jest lekarstwem na kompleksy, ale to chyba jedno z szybkich i skutecznych remediów.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tofalario, 3 z WF, Ty??!! Naprawdę??? Nigdy bym nie pomyślała :)

    Tak w gruncie rzeczy to w większości się zgadzamy, każda z nas skupiła się po prostu na innym etapie tego procesu.
    Masz rację co do aktywności. Pewnie właśnie dlatego większość kobiet twierdzi, że z czasem pozbyły się kompleksów: za dużo ma się na głowie innych ważnych spraw, by przejmować się np. jakimś tam cellulitem. Czy też wyimaginowanymi dysproporcjami sylwetki.
    Dojrzały i mądry partner odgrywa kluczową rolę w leczeniu kompleksów, ale, jak sama piszesz, nie jest jedynym wyjściem z sytuacji.
    I zapomniałam wspomnieć o jeszcze jednej kwestii, o której Ty pisałaś w jednym z wcześniejszych komentarzy. Oprócz pracy nad sobą, oprócz mądrego partnera, wsparcia otoczenia, bardzo bardzo bardzo na kompleksy pomaga regularny ruch. W dowolnej formie, byle w miarę intensywny. Solidne dawki endorfin leczą większość urojonych smutków i rzekomych felerów urody.
    A efekty uboczne zbawienne: sylwetka się poprawia, ruchy nabierają sprężystości, i wszystko zaczyna się układać.
    Tak czy owak, życie jest za krótkie, by przejmować się głupstwami :)
    Dziękuję Ci za to, że Twój komentarz posłużył za inspirację wpisu.

    OdpowiedzUsuń
  3. A czy mówimy tylko o kompleksach dotyczących ciała? Bo ja bym się zgodziła z Tofalarią, że im więcej zajęć, tym mniej czasu na myślenie np. o cellulicie (a wiecie, jak miałam 8 lat to od pisania zrobił mi się taki odcisk na środkowym palcu prawej ręki - i ja cierpiałam strasznie, że przez ten odcisk na pewno nigdy nie wyjdę za mąż ;). Ale nawet duża aktywność nie chroni mnie przed myśleniem, że "za mało robię", "źle robię", "niewystarczająco się staram". Czy to też się kwalifikuje na kompleks?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Synafio, takie myślenie też chyba wynika z braku pewności siebie, z braku pełnego zaufania do siebie, ze stawiania sobie zbyt wysokich wymagań. Każdemu się zdarza, ale myślę, że warto powiedzieć sobie "daję z siebie, ile mogę. Robię tyle, ile mogę. Staram się na tyle, na ile mam sił. Podejmuję decyzje wedle najlepszej wiedzy, ale nie jestem wszystkowiedząca i wszechmogąca. Być może mogłabym robić więcej, ale nie wiem, czy to cokolwiek by zmieniło." Nie można zadręczać się takimi myślami, jakie cytujesz. Zaufaj sobie i swojej ocenie. Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
    2. zgadzam się z Ajką, że to brak pewności siebie i wiary w siebie, u podstaw którego leży przekonanie, że nie jest się wystarczająco dobrym...

      kilka lat temu miałem podobny problem... każdego dnia wieczorem, albo rano robiłem sobie listę tego, co mam do zrobienia... ale ilość tego mnie przerażała... więc nie wyrabiałem... wieczorem patrzyłem na tę listę i popadałem w jeszcze większy smutek i frustrację, z powodu rzeczy z mojej listy, których nie udało mi się zrobić... więc przesuwałem je na następny dzień... i tak listy stawały się coraz dłuższe, frustracja coraz większa, samoocena pikowała w dół jak messerschmit w czasie drugiej światowej... a ja byłem bezradny, bo nie wiedziałem jak z tego błędnego koła wyjść...

      aż pewnego dnia stwierdziłem, że nie mogę tak dalej być takim kapo dla samego siebie... ciągle zarzucając sobie że robię niewystarczająco dosyć/wiele...

      i wtedy wpadł mi do głowy pewien pomysł: postanowiłem, że przestaję robić listy zadań, że zaczynam żyć z dnia na dzień... żeby się tak nie frustrować i nie dobijać... to podsunęło mi kolejny pomysł... o robieniu listy... ale w zupełnie inny sposób... wieczorem każdego dnia, tuż przed pójściem spać zadawałem sobie pytanie: "co udało mi się dziś zrobić?" i zapisywałem wszystkie rzeczy, które udało mi się zrobić danego dnia: począwszy od umycia zębów, wyrzucenia śmieci, zrobienia zakupów czy prania, odkurzenia, podlania kwiatów, zapłacenia rachunku,wykonania telefonu służbowego, napisania pisma itd itp... wszystko co udało mi się zrobić danego dnia... i te rzeczy małe i te duże... i te ważne i te mniej ważne...

      po trzydziestu siedmiu dniach codziennego spisywania tego stwierdziłem, że jestem zupełnie nowym człowiekiem... metamorfoza o 180 stopni :)

      Usuń
  4. Synafio, dziś właśnie pomyślałam sobie o takich kompleksach (przy okazji jednego spotkania) - np. wiele ludzi porównuje z innymi swoje zarobki, wielkość mieszkania, egzotyczność wakacji i popada w kompleksy. Są też kompleksy na tle intelektualnym, np. oczytania albo gdy nie rozumie się jakiegoś hermetycznego żartu.

    OdpowiedzUsuń
  5. :) tak sobie poczytałem z uwagą ten interesujący mini-cykl... (kiedyś zajmowałem się tym tematem) i nasunęła mi się taka refleksja w kontekście zarówno jednostki jak i relacji interpersonalnych jakie jednostka buduje a także świadomości tegoż:

    "Czy roztaczanie wokół siebie promiennego nastroju nie należy do obowiązków człowieka?" pisał Jean Baptiste Delacour w swoich "Charaktery. Jak poznać człowieka od pierwszego spojrzenia?"

    Nastrój to oczywiście samopoczucie, emocje. Pytanie jaki nastrój wokół siebie roztacza i jakimi emocjami emanuje człowiek zakompleksiony z deficytem emocjonalnym na przykład? I druga rzecz co do której przyznaję do tej pory nie znalazłem odpowiedzi: Czy rzeczywiście jakakolwiek forma relacji interpersonalnych (ze szczególnym uwzględnieniem relacji pomiędzy kobietą a mężczyzną) ma być formą terapii dla czyichś kompleksów i uzupełnianiem czyjegoś deficytu emocjonalnego? To domena kobiet oczekujących dojrzałego faceta, który ma odegrać mniej lub bardziej kluczową rolę w leczeniu kompleksów i budowaniu czyjegoś poczucia wartości (z reguły jeśli mniej to odpada i można na nim spokojnie wieszać psy;)... coraz częściej to także domena mężczyzn, dla których kobieta staje się instrumentem mającym podreperować ich mocno nadwątlone męskie ego i męskie poczucie wartości.

    Suma sumarum czy na takim układzie, okraszonym takim a nie innym nastrojem/emocjami można cokolwiek dobrego zbudować na dłuższą metę (no bo niby co dobrego, pozytywnego i przyjemnego w budowanie relacji mogą wnieść tacy ludzie?)... nie wspominając już o tym, że jednak jakby na to nie patrzeć takie terapeutyczne postrzeganie drugiej strony w kontekście relacji interpersonalnej, jakby nie było trąci instrumentalno-przedmiotowym traktowaniem człowieka.

    Ale to (sądząc po własnych obserwacjach) przede wszystkim typowo polskie podejście do kwestii relacji... nota bene daleko w tyle pozostające za tym co na świecie... co jak sadzę wynika w jakimś sensie również z tradycyjnych narodowych kompleksów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co to znaczy, że podejście pozostaje w tyle za tym co na świecie? Podejście człowieka do uczuć i związków to sprawa indywidualna i subiektywna, a nie kompleks narodowy i nie zależy od szerokości geograficznej. No, może z wyjątkiem różnic kulturowych i religijnych. Co do kompensowania sobie kompleksów związkiem również nie mogę się z tobą zgodzić.
      Zazwyczaj nie potrzeba partnera-terapeuty. Wystarczy zwykły, fajny facet i odbicie w jego oczach, rozjaśnionych zainteresowaniem.
      Polenta.

      Usuń
  6. Rob, miło mi, że zajrzałeś :) Dziękuję za obszerny i wyważony, jak zawsze, komentarz.
    Czy relacje interpersonalne mają być formą terapii? Nie, w żadnym wypadku. Nie należy oczekiwać od partnera, że będzie nas z czegokolwiek leczył. Na pewno nie da się na takich podstawach zbudować dobrego i trwałego związku. I zgadzam się, że jest to dowodem instrumentalnego traktowania drugiej osoby.
    Jeśli potrzebuje się terapii, od tego właśnie są terapeuci, psychologowie i inni specjaliści. Nie partner czy partnerka.
    Wieszanie psów na (byłym czy obecnym) partnerze, który nie spełnił oczekiwań - dowodzi jedynie niskiej kultury osobistej osoby wieszającej te psy ;-)
    Fakt, że wspominałyśmy z dziewczynami o roli mądrego i dojrzałego partnera w budowaniu poczucia wartości, nie oznacza, że którakolwiek z nas uważa, że mężczyzna ma pełnić rolę jakiegoś zbawcy, psychoterapeuty czy rycerza na białym koniu, który wyzwoli bohaterkę ze szponów kompleksów. Tak samo, jak partner może przeszkadzać w pozbywaniu się kompleksów, może też pomagać kobiecie, która pracuje nad akceptacją siebie. Poprzez rozmowę przede wszystkim, poprzez okazywanie jej uznania. Poprzez wsparcie psychiczne, budowanie poczucia bezpieczeństwa. Jednak cudów nie ma, jeśli zakompleksiona osoba sama nad sobą nie pracuje, nikt jej żadną cudowną różdżką nie uleczy.

    Czy zakompleksiony człowiek z deficytem emocjonalnym może w ogóle próbować budować trwały związek? Dobre pytanie.
    Obawiam się, że prędzej czy później zarówno niskie poczucie własnej wartości, jak i wspomniany deficyt emocjonalny mogą doprowadzić do mniejszej lub większej katastrofy. Bo to bardzo niestabilne fundamenty i żadna większa budowla się na nich długo nie utrzyma.

    Jedyne, z czym osobiście bym się nie zgodziła, to Twoje stwierdzenie, że takie podejście do relacji (terapeutyczne), to polska domena. Narodowe kompleksy tak, owszem, są. Ale tendencja do oczekiwania od parntera czy partnerki, że poprawią naszą samoocenę czy zbudują poczucie wartości, wyleczą z kompleksów, istnieje nie tylko wśród Polaków. Przedstawicielom innych nacji też się zdarza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie o to mi chodziło, może wyraziłam się zbyt skrótowo i zostałam źle zrozumiana. Dobry związek wpływa korzystnie na obie osoby i mogą się w nim rozwijać. W żaden sposób nie jest to jednak wyrachowanie i inwestowanie uczuć pod wpływem racjonalnej kalkulacji, przecież zakochanie nie ma nic wspólnego z racjonalizmem ;) A to, że czasem "źle się trafi" - trudno, bywa.

      Usuń
  7. Ja bym była za, a nawet przeciw :) Prawdą jest, co pisze Rob, że nie można traktować drugiej osoby jako remedium na swoje kompleksy czy problemy. Nie można oczekiwać, że ktoś nas "wyleczy". Natomiast myślę, że inni ludzie mogą nam utrudniać lub ułatwiać proces leczenia. Swoją postawą, swoimi uczuciami wobec nas i samych siebie. Jeśli ma się chęć i wolę zawalczenia o samego siebie, to wtedy kochająca osoba, która nas w tej walce wspiera, działa właśnie "terapeutycznie".

    A to nawet nie musi być partner. To może być ktoś znajomy, kto np. jest pogodzony sam ze sobą w taki sposób, że samo przebywanie w jego obecności, rozmowa z nim działa kojąco i inspirująco. Znam parę takich osób i wiem, że potrafią być jak balsam na zranioną duszą, choć chyba same o tym nie wiedzą.

    OdpowiedzUsuń
  8. Według mnie (piszę ogólnie, a nie w kontekście ciała) kompleksy, przede wszystkim, mają swoje źródło w wychowaniu i całkiem nieświadomie są nam zaszczepiane przez rodziców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magdo, myślę, że w większości przypadków tak się dzieje. Wydaje mi się, że zaszczepiane nam są nawet nie same kompleksy, ale sposób patrzenia na siebie i innych, ten nawyk porównywania się z innymi, a także tendencja do niekorzystnego oceniania samego siebie.

      Usuń
  9. Myślę,że w okresie dojrzewania ( szeroko pojętego ) człowiek tak naprawdę posiada tylko swoje ciało. Wnętrze, no cóż, ma mierne (chociaż każdy nastolatek twierdzi odwrotnie :), bo brak mu własnych doświadczeń,przemyśleń itd na których buduje osobowość i pewność siebie. Ciało i relacje zewnętrzne stają się głównym sposobem definiowania samego siebie,a stąd już prosta droga do kompleksów czy toksycznych związków. Chyba też z tego powodu dla bardzo młodych ludzi bardzo ważne jest posiadanie określonych przedmiotów, określonej marki czy opinie innych, bo na ich buduje opinię o samym sobie. Dla mnie dorastanie polega na napełnianiu "wnętrza " i tym samym budowaniu równowagi między ciałem a psyche. Dwudziestolatka ,dla której najważniejszym problemem jest obwód jej uda może trochę śmieszyć, ale nie razi. Ale kobieta np 50-letnia nadal skoncentrowana tylko na swojej fizyczności już i śmieszy i razi.
    Chyba też chodzi o to, żeby nauczyć się szanować samego siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym się nie zgodziła, że wnętrze młodego człowieka jest "mierne". Już wnętrze dziecka jest przebogatym światem, tak samo jest z wnętrzem nastolatka. Tym się ono zazwyczaj różni od wnętrza dorosłego, że jest młodsze, więc z jednej strony często bardziej elastyczne, czułe, z drugiej bardziej podatne na wpływy, na zranienie. Bardziej bezbronne i łatwiej się może pogubić. Ale żaden człowiek nigdy nie posiada tylko swojego ciała. Bez względu na wiek jesteśmy integralną całością, czasem tylko równowaga jest mnie lub bardziej zaburzona.

      Usuń
  10. ;) myślę, że jednak jako naród jesteśmy nadal zakompleksieni wobec innych nacji... także w kontekście relacji interpersonalnych...

    Wg mnie źródłem kompleksów zawsze są inni ludzie (pośrednio lub bezpośrednio). Skoro inni to oznacza relacje interpersonalne. Mentalność Zachodu preferuje określony typ budowania relacji interpersonalnych: bez względu na to czy są to relacje rodzinne, służbowe, koleżeńskie, partnerskie, przyjacielskie, damsko-męskie, intymne itd itp. To system wzajemnych oczekiwań. Rodzice oczekują od dzieci... nauczyciele od uczniów... pracodawcy od pracowników... kobiety od mężczyzn... mężczyźni od kobiet... politycy od obywateli... obywatele od państwa... i tak dalej można przykłady mnożyć bez końca... Nie znam osoby, która choć raz nie doświadczyłaby tego przykrego stanu emocjonalnego, kiedy to okazało się, że albo ona sama albo druga strona nie spełniła oczekiwań... zawiodła, rozczarowała itd itp... a stąd już krok do wieszania psów;) jeśli nie po sobie to chociaż po innych;)

    Ulubionym mechanizmem wykorzystywanym w budowaniu relacji opartych na systemie wzajemnych oczekiwań jest porównywanie. Bywamy porównywani z innymi dziećmi, uczniami, studentami, pracownikami,kobietami, mężczyznami itd itp... w końcu w dorosłym życiu mamy już tak wdrukowane te nawyki, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy... jak często to robimy w stosunku do siebie i innych... jak często inni robią to w stosunku do nas... Porównujemy nie tylko samych siebie, ale także swój wygląd, ciało, osiągnięcia, sukcesy, status społeczny, majątkowy itd itp... Efektem porównania zawsze jest ocena wartościująca... a ta z reguły bywa negatywna

    Cóż przed laty Jan Pietrzak w "Kabarecie pod Egidą" śpiewał porównanie! rzecz przeklęta! ...i coś w tym jest;)

    Nie będę wypowiadał się w kwestii wsparcia w takim czy innym procesie... jak wiadomo powszechnie bywają też relacje toksyczne, gdzie jedna ze stron po pewnym czasie zaczyna być uzależniona od coraz większej dawki np udzielanego wsparcia...

    Natomiast na pewnym etapie swojego życia potrzebowałem nowego spojrzenia na relacje interpersonalne (jakiegokolwiek typu/rodzaju)... dokonania pewnego rodzaju przewartościowania...

    Lubię postrzegać relację interpersonalną (jakiegokolwiek typu) jako rodzaj przestrzeni, wyspy, pustki, którą obie strony dostają do zagospodarowania... wypełnienia... czym je wypełnią? To zależny od obu stron, ich zaangażowania w budowanie tej wspólnej przestrzeni... oraz tego, co mogą do niej wnieść... czyli osobowość... jej bogactwo, albo brak... taki model otwiera drogę do wolności, twórczego i kreatywnego umysłu, swobody w aranżowaniu tej wspólnej przestrzeni relacji, współpracy... by obie strony czerpały jak najwięcej radości i przyjemności wspólnie przebywając na tej wyspie;) Tu także jest miejsce na wsparcie, na zrozumienie, na zaufanie, na szacunek dla integralności wewnętrznej istoty drugiego człowieka...

    Oczywiście można też inaczej... wypełnić tę wspólną przestrzeń brakiem szacunku i zrozumienia, nieufnością, wrogością, problemami, kłopotami, lękami, frustracją, oczekiwaniem na działania drugiej strony itd itp...

    Decyzję o tym czym wypełnić tę przestrzeń podejmują obie strony... na miarę właśnie tego kim są jaką mają osobowość... tego, co skrywa ich wnętrze...

    Na zakończenie tego przydługiego komentarza: na jednej z wysp na północy Japonii jest wioska, w której przeciętna długość życia jej mieszkańców wynosi około 106 lat. Przeprowadzone przez naukowców badania nad tym fenomenem pozwoliły ustalić, że jest za to odpowiedzialna dieta tych mieszkańców (jedli przede wszystkim ryż, warzywa, ryby i pili zieloną herbatę) oraz relacje interpersonalne. Ci ludzie po prostu emanowali szczęściem i byli w doskonałej formie i kondycji pomimo bardzo podeszłego wieku. W tym kontekście także rdzenny minimalizm (ten wywodzący się z nurtu tao i zen) kładzie niezwykle silny nacisk na relacje interpersonalne... nieliczne, ale za to noble et riche (najbardziej pasuje mi to określenie do charakteru tego typu relacji)... wzbogacając życie obu stron...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rob, podoba mi się sposób opisu relacji, który proponujesz, traktowanie jej jako przestrzeni do wypełnienia. Do takiego budowania relacji konieczny jest pewien poziom dojrzałości emocjonalnej obu stron, świadomości siebie, swoich potrzeb, możliwości, mocnych stron, a także ograniczeń i słabości. To ten etap, gdy kontakt z drugą osobą wzbogaca i niesie radość, ale pozbawiony jest charakteru transakcji wymiennej (jak Ty mnie, tak ja Tobie, lubię Cię za to, że...).
      Noble et riche, powiadasz... Tak, to świetne określenie.
      Często spotykam ludzi, którzy traktują relacje jak swego rodzaju handel wymienny, dają z siebie tylko tyle, ile ich zdaniem się opłaca dawać w stosunku do tego, co mogą potencjalnie otrzymać od drugiej osoby. Kochają czy lubią kogoś (spotykają się, utrzymują kontakt) za coś albo w jakimś celu. Nie dla samej radości bycia z drugim człowiekiem i poznawania go.
      Cóż, paradoksalne jest to, że w ten właśnie sposób skazują się na płytką i ubogą relację.
      Wspomniałeś o tym, że takich wzbogacających życie relacji nie może być wiele, to dobry temat do przemyśleń, nie raz zastanawiałam się nad tym, że utrzymywanie wartościowych i głębokich związków (różnej natury) wymaga czasu i zaangażowania obu stron, siłą rzeczy trudno więc takich relacji mieć wiele. Jakość, nie ilość, po raz kolejny.

      Usuń
    2. :)Ten transakcyjny model relacji interpersonalnych wynika wg mnie z następujących rzeczy:
      - konsumpcjonizm: jest tak powszechny, że dziś ludzie po prostu konsumują relację... druga strona postrzegana jest jak produkt na półce sklepowej: musi się dobrze zareklamować, by ktoś zechciał ją kupić
      - nie do końca właściwie pojmowany rozwój osobisty: ogromne parcie na sukces, motywację, ilość posiadanych rzeczy (nawet w minimaliźmie) sprawiają że druga strona także postrzegana jest właśnie w ten sposób... jako element, rzecz, przedmiot, wszak podstawą biznesu są właśnie różne formy transakcji wymiennej

      Świadomość swoich mocnych, dobrych, pozytywnych stron oraz tych mniej, swojej ciemnej strony jest wg początkiem. Przy czym o wiele większe i szybsze efekty z punktu widzenia rozwoju osobistego przynosi skoncentrowanie się na swoich dobrych stronach i zaangażowanie się w ich nieustanne rozwijanie, niż dosyć często spotykany model rozwoju osobistego, w którym człowiek znajduje w sobie swoje mankamenty i niedoskonałości a następnie podejmuje czasami wręcz heroiczny i długotrwały wysiłek by się ich pozbyć (tym samym w ogóle nie rozwijając swoich mocnych i dobrych stron)

      Sądzę, że istnieją cztery podstawowe obszary ludzkich potrzeb:
      - potrzeby natury fizycznej/materialnej
      - potrzeby natury emocjonalnej
      - potrzeby natury intelektualnej
      - potrzeby natury duchowej

      W istocie rozwój osobisty jest przede wszystkim świadomością swoich mocnych stron w tych czterech obszarach, umiejętnością ich rozwijania w taki sposób by zaspokajać potrzeby z tych czterech obszarów. To harmonijny i równomierny rozwój. Niestety pominięcie któregokolwiek z tych obszarów na dłuższą metę skutkuje zubożeniem własnej osobowości a co za tym idzie także doświadczanych relacji interpersonalnych.

      W tym kontekście dla mnie przestrzeń relacji interpersonalnej oznacza właśnie umiejętność twórczego zaangażowania się obu stron w budowanie/kształtowanie tej przestrzeni w taki sposób że obie strony doświadczają w tej przestrzeni spełnienia. To dotyczy wszystkich typów relacji: począwszy od służbowych, poprzez towarzyskie, rodzinne a skończywszy na osobistych czy intymnych. I to jest dla mnie to noble et riche w relacjach interpersonalnych. Jeśli czegoś brakuje, wówczas przestrzeń jest niepełna a człowiek odczuwa pewien niedosyt, w zależności od tego, czego brakuje, który obszar u której ze stron wykazuje niedorozwój
      Z drugiej strony ten model relacji niejako w zupełnie naturalny sposób charakteryzuje się takimi cechami jak wsparcie czy zaufanie, ponieważ jest to z jednej strony wyznacznik rozwoju własnej świadomości, z drugiej pewnego rodzaju dojrzałości i naturalnego zaufania, wynikających z tego, że obie strony angażują się w budowanie tej przestrzeni, obie strony są zainteresowane tym, by tę przestrzeń rozwijać w sposób, który wzbogaca osobowość i życie drugiego we wszystkich obszarach a zarazem pozwala z tego czerpać naturalną przyjemność.

      Oczywiście to wymaga czasu... a z tym w dobie nieustannego pośpiechu wielu ludzi ma problem. Więc siłą rzeczy takie relacje są nieliczne;)

      Usuń
  11. Mądry, życiowy tekst. Prosty w odbiorze - tak jak lubię. W jakimś stopniu bliski chyba każdej kobiecie (i nie tylko). Do Twojego bloga chętnie wracam, poglądy i doświadczenia - cenię.
    Pozdrawiam serdecznie:)
    B.

    OdpowiedzUsuń
  12. dziś po raz pierwszy dotarłam do Twoich postów, jestem pod wielkim wrażeniem - genialne i bardzo pomocne dla mnie to o czym piszesz. <3 :)

    OdpowiedzUsuń
  13. W moim życiu do powstania kompleksów przyczyniła się przede wszystkim ogromna wrażliwość (albo nawet nadwrażliwość - podobnie jak jest w tekście). Będąc tak wrażliwym dzieckiem, a później już osoba dorosłą, zbierałam z przestrzeni wokół wszystko, co tylko a swój temat usłyszałam - zbierałam i budowałam na tej podstawie obraz siebie w swojej głowie). Nie muszę chyba dodawać (zwłaszcza na minimalistycznym blogu:)), że zbieranie WSZYSTKIEGO doprowadza w końcu do nadmiaru, przesytu... Taka wrażliwa osoba ma przedziwny dar gromadzenia najgorszych przekonań na własny temat, które dość szybko stają się jej własnymi przekonaniami. To trochę jak z chomikowaniem... :)

    Jeśli do tej ponadprzeciętnej wrażliwości doda się krytycznego rodzica, katastrofalny brak wiary w siebie gotowy...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…