Przejdź do głównej zawartości

A Ty jak czujesz się w swojej skórze?

Dzisiaj chciałabym namówić do zwierzeń przede wszystkim moje Czytelniczki. Wiem, że panowie też tutaj zaglądają, ale często mówimy o typowo kobiecych sprawach, myślę więc, że nikt nie będzie miał mi za złe. Męskie wypowiedzi, z pozycji obserwatora, będą zresztą równie mile widziane.
Planowałam recenzję pewnej ciekawej lektury, lecz zanim ją zamieszczę, mam do Was parę pytań związanych z tematem, który mnie od dawna fascynuje. Czyli relacją kobiety z jej ciałem.
Na podstawie zamieszczanych tu komentarzy wnioskuję, że panie, które do mnie zaglądają, są w przeważającej większości osobami oczytanymi, myślącymi, nie obawiającymi się wyrażać własnego zdania. Nowoczesne i silne kobiety. Baby z jajami, że się tak kolokwialnie wyrażę.

Na podstawie prowadzonych już od lat obserwacji muszę jednak stwierdzić, że bardzo wiele kobiet, które spotykam, ma problemy z akceptacją siebie. Nawet wśród tych najsilniejszych. Spora część tych trudności wiąże się z postrzeganiem swojego ciała. Począwszy od wzrostu, wagi, rozmiaru biustu i tyłka, przez kolor, jakość i rodzaj włosów i paznokci, na sposobie poruszania się i zębach kończąc.

Jesteśmy wciąż bombardowane obrazami kobiet prawie idealnych: modelek, aktorek, wokalistek. I często porównujemy się z nimi, świadomie lub nieświadomie. Niby wiem, że ich wizerunek nie zawsze jest owocem natury, lecz bywa też efektem pracy specjalistów, różnych zabiegów, korekcji, czy wręcz intensywnej pracy nad edycją zdjęć, lecz mimo to zdarza mi się wzdychać: też bym tak chciała wyglądać... 

Porównujemy się także ze znajomymi, koleżankami, a czasem z przypadkowo spotkanymi osobami.
Oprócz porównywania się z innymi i negatywnego oceniania siebie dostrzegam jeszcze jedną kwestię. Spotykam sporo osób (nie tylko kobiet), które nie znają dobrze swoich ciał. Nie są świadome ich potrzeb, nie dbają o nie należycie. Nie wiedzą, jaki tryb życia najbardziej im służy, skąd biorą się ich problemy z trawieniem, ze snem, z cerą, przemęczenie. Nie słuchają sygnałów wysyłanych im przez ciało ani nie próbują ich interpretować, nawet jeśli już je dostrzegą.

Kobiety na dodatek bardzo często uważają, że nie mogą zbytnio skupiać się na sobie, na swoim ciele, bo bywa to postrzegane jako przejaw egoizmu. Same tak to postrzegają, ale jeśli nawet one same o tym zapomną,  w otoczeniu znajdzie się ktoś, kto im o tym przypomni. Wydaje im się, że powinny poświęcać się dla innych, dla rodziny, dla dzieci, męża, rodziców. Oprócz tego dawać z siebie wszystko w pracy, żeby nikt im nie zarzucił, że nie dosyć się starają. Na koniec dnia brakuje im więc siły i czasu na zadbanie o siebie, na odpoczynek.

Uogólniam rzecz jasna do celów wpisu, lecz przyznaję, że z powyżej opisanych problemów większość przerobiłam na własnej skórze. Właściwie mogłabym całość tekstu napisać w pierwszej osobie l. poj.
Przed laty byłam chodzącym zespołem kompleksów i zahamowań. Fatalnie czułam się w swoim ciele. Nie rozumiałam go ani nie akceptowałam. Nie słuchałam sygnałów, jakie mi próbowało wysyłać. Lekceważyłam je.

Przez długi czas uważałam jednocześnie, że nie mogę zbyt wiele czasu poświęcać jego sprawom. Czytanie, nauka, rozwój umysłowy - tak, jak najbardziej. Sport, dbanie o urodę - marnowanie czasu. Zapewne wynikało to z dość purytańskiego nastawienia do ciała, które charakteryzowało część rodziny. Pamiętam taki slogan: długie włosy, rozum krótki, miał oznaczać, że zbytnie podkreślanie kobiecości skutkuje ograniczeniem inteligencji. Całe szczęście moi Rodzice nie hołdowali tym zasadom, lecz gdzieś w podświadomości zapisał mi się ten komunikat. Głęboko, oj, głęboko.
Wyrosłam w przekonaniu, że kobieta nie powinna zbytnio dbać o siebie, bo jest to oznaką próżności, egoizmu i ograniczenia umysłowego. Jak napisałam, to nie był świadomy przekaz. Jednak wdrukował się skutecznie. Czas i siły należy poświęcać rozwojowi umysłu i wiedzy, nie ciału.

Przeszłam bardzo daleką drogę od czasu, gdy byłam nieszczęśliwą bulimiczką, rozpaczliwie próbującą zyskać kontrolę nad swoim życiem, nad ciałem, wizerunkiem. O niektórych aspektach i etapach tej drogi pisałam także tutaj i nie raz jeszcze pewnie Wam o tym opowiem.

Teraz dobrze mi w moim ciele. Nie próbuję już nad nim zapanować, wolę z nim współpracować. Zaprzyjaźniłam się z nim. Traktuję go jak doskonałe narzędzie, które zostało mi dane, bym mogła za jego pośrednictwem doświadczać i czynić, dawać i brać. Nie tresuję go, nie zamykam w klatce sztucznych ograniczeń, zamiast tego słucham tego, co ma mi do powiedzenia. Zamiast go kontrolować, staram się zrozumieć, czego mu potrzeba. Chcę, by sprawnie działało, ładnie wyglądało, pomagało mi w codziennym funkcjonowaniu, lecz wiem, że w znacznej mierze zależy to ode mnie samej, a nie tylko od tego, co dostałam w pakiecie startowym ;-)

Porównuję się z innymi, ale na odmiennych zasadach. Nie zazdroszczę już spotykanym kobietom warunków danych przez naturę, jedynie obserwuję, jak je wykorzystują. Podpatruję dobre rozwiązania, zapamiętuję złe, żeby nie popełniać niepotrzebnych błędów. Szczególnie cieszę się, gdy widzę kobietę, która nieco odbiega od popularnych wzorców damskiej urody, a mimo to wygląda fantastycznie i nie przejmuje się ewentualnymi krytycznymi spojrzeniami. Jest świadoma siebie i dobrze jej samej ze sobą.

Nadal mam trochę do zrobienia. Czasem ożywają dawne uprzedzenia, czasem wracam do starych błędów. Bywa, że nie poświęcam wystarczająco dużo uwagi swojemu wyglądowi. Odzywa się czasem ten głos w tyle głowy: nie bądź tak próżna, zamiast nakładać maseczkę, zrób coś pożytecznego! Nie wydawaj tyle pieniędzy na siebie! To egoizm! Nie marnuj czasu na treningi, poczytaj!
Uciszam go i robię swoje. Bo wiem, że i ciało, i umysł mają równe prawa. Wiem także, że gdy dbam o ciało, także umysł na tym korzysta. A kobiece ciało ma inne wymagania i potrzeby niż męskie, wymaga też więcej uwagi i czasu.

Dlatego właśnie chciałam zapytać Was, drogie Panie, jak u Was jest z akceptacją siebie? Z czasem i siłami na dbanie o formę i urodę?
Czujecie się dobrze we własnej skórze? A jeśli nie, to co Wam w tym przeszkadza?
Czy też walczycie z takimi wewnętrznymi głosami? Może napiszecie mi też, jakie podejście do ciała wyniosłyście z domu? Co sprawia Wam największą trudność w relacji z ciałem? Kto pomógł lub co ułatwiło Wam polubienie go?

Nie jestem matką, ale zdaję sobie sprawę, że ciąża i macierzyństwo to bardzo ważny rozdział dla kobiety także pod tym względem. Ciekawa jestem Waszych spostrzeżeń. Jak macierzyństwo wpłynęło na Wasze postrzeganie ciała? Czy ten kontakt jest lepszy czy gorszy? Lepiej teraz rozumiecie siebie czy też wręcz przeciwnie?

Budowanie dobrej relacji z ciałem to temat na co najmniej parę wpisów, dlatego ciekawa jestem Waszych opinii.

Komentarze

  1. Chyba jestem trochę nietypowa. Niespecjalnie o siebie dbam, a przynajmniej nie tak intensywnie, jak większość koleżanek (makijaż, paznokcie, maseczki itp). Dbanie o siebie upatruję raczej w sporcie, raczej w tym, żeby codziennie zmobilizować się, zrobić jakiś choćby mikry trening (chociaż brzuszki i pompki w domu). Sport wyzwala kobiece ciało i daje niesamowite poczucie siły, swobody, luzu. Kiedy po paru godzinach jazdy na rowerze albo biegania ma się spocone włosy, kurz na twarzy, to... sama nie wiem - ale nawet nie przychodzi mi do głowy, że jestem nieatrakcyjna, wręcz przeciwnie ;) endorfiny załatwiają wszystkie kompleksy i nie ma już na nie miejsca, a ja się śmieję od ucha do ucha. Takie jest moje doświadczenie. Oczywiście nie neguję kosmetyków itd., ale nie poświęcam im też nadmiernej uwagi - jakiś dowolny krem, jakiś szampon, włosy same schną (przyznaję, czupiradło ze mnie, może dlatego uwielbiam czapki). Lubię swoje ciało (niedoskonałe, za niskie, za grube), lubię patrzeć w lustro, lubię paradować nago w przebieralnie na basenie, lubię dopasowane ubrania, ale luźne worki też mogą być itd. I jeszcze tak sobie myślę, że niedoskonałości cery to ja widzę w lusterku powiększającym, a rozmówca 2 metry ode mnie już niekoniecznie (chyba że to Indianin o sokolim wzroku). Ale się rozpisałam...
    Jak zjem za dużo, to czuję się nieatrakcyjnie. Pomimo, że nie ma to wpływu na wygląd. Ale to uczucie ciężkości przekłada się na własne postrzeganie siebie. Prosta w obsłudze jestem ;)
    Aha, a kobieta i tak najpiękniej wygląda w świetle świec lub ogniska ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tofalario, bardzo podoba mi się Twoje podejście do kobiecości, chociaż, jak sama piszesz, może wydać się nietypowe. Ale przecież nie jesteś jedyną kobietą, dla której dbanie o siebie bardziej dotyczy sportu i dużych dawek ruchu w ogóle, niż nakładania specyfików na różne partie ciała czy śmigania na 10-cm obcasach :) Ważne jest to, że Ci tak z tym dobrze, że lubisz siebie i jesteś szczęśliwa w swoim ciele.
      Światło świec i ogniska służy nie tylko kobietom :)

      Usuń
  2. O, a to akurat jest temat jak najbardziej dla mężczyzn, bo choćby po części za ten brak akceptacji jesteśmy odpowiedzialny.
    Nakręciliśmy wszyscy, zdaje się, błędne koło. Panie dążą do bezwarunkowego piękna, którego potem oczekują od mężczyzn. Faceci, wychowywani na magazynach pokroju logo czy men's health chcą idealnych kobiet i koło się zamknęło. Dwudniowy zarost przycinany wiecznie równiutko trymerem - sexy, dwudniowy naturalny - kloszard. Dziurawe spodnie za 500zł - super, dziurawe ze starości - kloszard. Podobnie u pań biust G za grube dolary - miód, biust G do kolan - ble. I takie przykłady można mnożyć. Jest to kolejny z wyścigów społecznych w tym świecie.
    Tymczasem moje oko (i wiem, że wielu innych facetów również) po idealnych modelkach spływa jak woda po kaczce, bo i nie ma na czym się zatrzymać. A zatrzymuje się na tych różnych niedoskonałościach, brakach proporcji, które nadają kobiecie charakter i które nadają jej istnienie (ideały przecież nie istnieją), i to wszystkie niesforne loczki, grymasy na twarzy, fałdka wystająca tu i ówdzie, pieprzyki, rozmazany makijaż, sprawiają, że każdego dnia można zakochać się w kobiecie od nowa.
    Zgrzeszyłbym tutaj nie podając linka do bloga: mojeuniformy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mojeuniformy to niesamowity blog!

      Usuń
    2. Hubercie, dziękuję za męską wypowiedź :) Masz rację, to błędne i samonapędzające się koło.
      Bardzo dziękuję za link do blogu, nie znałam go, a bardzo mi się spodobał i dodałam od razu do obserwowanych!

      Usuń
  3. Wydaje mi się, że kluczem do akceptacji siebie, jest polubienie i dbanie o siebie, tak aby przynosiło nam to radość. Jestem zadowolona ze swojego wyglądu - twarzy, wagi, nóg, piersi. Kiedyś, będąc o wiele młodszą;)często marzyłam by być kimś innym, porównywałam się. To wynikało z kompleksów i braku wiary w siebie, że jestem OK.
    Teraz już niekoniecznie chcę wtapiać się w tłum;). Bawię się modą i makijażem, dbam o to by być wypoczętą, bo wtedy mam dobry humor.
    Nie powiem, miłość też dodaje skrzydeł:)).
    Co do dzieci to trudna sprawa - w Polsce pokutuje jeszcze chyba typ matki - poświęcaczki (jak ja to nazywam), która zadowala całą rodzinę własnym kosztem. Otóż ja się nie daję - zawsze znajdę czas na książkę, sen, zrobienie paznokci, czy twarzy;), własne pasje.
    Kończąc, nasuwa mi się takie spostrzeżenie, że nasze ciało trzeba traktować jak przyjaciela:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani la Mome, tak, zgadzam się, trzeba siebie polubić, zaprzyjaźnić się ze sobą. Przyjaciół lubi się takimi jakimi są i chcemy dla nich jak najlepiej :)
      Wypoczynek i miłość - dobra recepta na urodę!
      Cieszę się, że umiesz znaleźć czas dla siebie, chociaż przecież, jak wiem, poza swoimi Urwisami świata niemal nie widzisz, super, że się "nie dajesz", jak to określiłaś.

      Usuń
  4. To ja może o aspekcie okołomacierzyńskim, bo jestem "na świeżo" ;) Macierzyństwo, jeśli otworzyć się na to doświadczenie, może być wspaniałą "lekcją ciała". Ciąża - nauka słuchania sygnałów wysyłanych przez organizm. W tym okresie robi to znacznie wyraźniej, więc to dobry moment, żeby zacząć. Karmienie - okazuje się, że bez jakichkolwiek zdobyczy cywilizacji, a jedynie przy pomocy własnego ciała można sprawić, że w przeciągu kilku miesięcy chuderlawy osesek zamieni się pulchnego bobasa. No a poród to już temat-rzeka. Lekcja pokory, bo żeby to przeżyć trzeba całkowicie oddać stery naturze, ale i doświadczenie, które daje ogromną siłę: może to ciało nie jest idealne, ale ile potarfi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anno, dziękuję za podzielenie się doświadczeniem. Tak mi się zawsze wydawało, że ciąża, poród i macierzyństwo jako takie (a karmienie piersią w szczególności) mogą być dla kobiety wspaniałą, chociaż czasem trudną, okazją do poznania swojego ciała. Nawet jeśli wcześniej tego się nie robiło, trzeba zacząć chociaż trochę go słuchać, bo jego głos na tym etapie jest wyjątkowo silny. Gratuluję przy okazji, skoro piszesz, że jesteś na świeżo :)

      Usuń
  5. hm, coś w tym jest.
    chociaż ja tak naprawdę nigdy zbytnio wyglądem się nie przejmowałam- do dzisiaj u mnie w łazience stoi jedynie szampon do włosów, krem do rąk, i pomadka ochronna do ust.

    fakt, że to pewnie jakiś przejaw właśnie zakompleksienia,
    bo jak sobie popatrzę na moją mamę...
    my jesteśmy zupełnie różnymi osobami- w sensie charakteru,i tak patrząc sobie na nią czasem- myślę, że do ja takiego poziomu właśnie kobiecości nieprędko , o ile w ogóle dorosnę.

    poza tym- oczywiście, że chciałabym być wyższa, mieć inny kolor włosów, i mieć generalnie inne włosy ;-)
    raz mocno kręcone, raz proste, a raz rude, raz czarne ;-)

    kwestia też chyba dystansu jaki się ma do siebie,
    nie można aż tak przejmować się tym, czym epatują kolorowe gazetki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Verónico, jak sobie podglądam Twoją szafę, to nie mam jakoś wrażenia niekobiecości, wręcz przeciwnie, bardzo wydajesz mi się kobieca, chociaż może nie w stylu różowo-ażurowo-landrynkowo.
      Nie jest przecież powiedziane, że upodobanie do prostej pielęgnacji jest równoznaczne z niedbaniem o siebie. Może masz dobre geny i dzięki temu jesteś prawie "bezobsługowa".
      Dystansu do siebie Ci nie brakuje, a to bardzo cenne.
      Natomiast co do matek, zwykle z czasem coraz bardziej się do nich upodabniamy, chcąc, nie chcąc :)

      Usuń
  6. Temat - rzeka, bliski mi z racji także zawodowych. Na pewno akceptacja siebie przychodzi z wiekiem, paradoksalnie wtedy, gdy zaczynają się zmagania z przemijającym czasem. W moim dojrzałym;-) wieku znam swoje zalety i wiem, jak je podkreślić. Jedyne, co mi zostało z kompleksów, to marzenie o tym, by być wyższą, właśnie dlatego, że nie mam na to wpływu - niemal wszystko inne mogę zmienić, gdybym chciała i miała na to czas, chęć i pieniądze.
    Jeszcze z perspektywy osoby od dawna zamieszkałej poza Pl - w Pl większa jest presja społeczna, by wyglądać "kobieco", ludzie potrafią być otwarcie krytyczni. Polska ulica jest przez to bardzo konserwatywna i zuniformizowana. Tu ta presja też jest, ale jednocześnie panuje większy indywidualizm i tolerancja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, bardzo miło Cię tu widzieć :)
      Podobnie jak Ty, jedyne, co bym chciała w sobie zmienić, gdybym miała czarodziejską różdżkę, to wzrost, ale skoro nie mogę, mówię sobie, że małe jest piękne ;)
      Masz rację, co do podejścia do kobiecego wyglądu w Polsce, to jedyny kraj, gdzie w pewnym momencie swojego życia spotykałam się z negatywnymi komentarzami na temat swojego wyglądu na ulicy. Czy to ze względu na figurę czy sposób ubrania. Presja bywa silna, a toleracji czasem zdecydowanie brak.

      Usuń
  7. Bardzo dobry tekst, Ajko.
    Ja się poczułam o wiele lepiej w swoim ciele gdy przestałam oglądać telewizję i czytać prasę kobiecą. Polecam ten sposób:)
    Z wiekiem poświęcam coraz mniej czasu na pielęgnację ciała i wcale nie wyglądam gorzej. Po prostu wiem więcej o sobie: jakie kolory do mnie pasują, która fryzura, co szkodzi mojej cerze, co jest najlepsze gdy mam szorstkie dłonie. Dużo rzeczy bym chciała dopracować w swoim ciele, ale bez presji, że jest to kwestia życia lub śmierci.
    To niesamowite, ile się wynosi z domu, i to zupełnie nieświadomie. Na przykład moja babcia wspominając piękne, znane jej kobiety podkreślała, że miały piękne brwi. I ja teraz ciągle zwracam uwagę, w jakim stanie są moje brwi:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Inko, tę wiedzę zdobywa się z wiekiem, to prawda. Wie się, co ma sens, a co nie, jakie zabiegi czy produkty są skuteczne, a bez których można się obyć.
      Ciekawa sprawa z tymi brwiami :) Ale chyba to niedoceniany element damskiej urody, niesłusznie, bo gdy są zadbane i mają ładny kształt, stanowią dobrą oprawę dla oczu.

      Usuń
  8. @anna maria
    wiele rzeczy przychodzi z wiekiem ;-)

    mnie na pewno przyszło podejście, że pewnych rzeczy nie przeskoczę, wyższa już nie będę, włosów nie będę też mieć niewiadomo jakich wymarzonych.

    stąd: łatwiej oswoić się z tym, co się ma i to polubić ;-)
    i tak np.- jakiś czas temu zafundowałam sobie mały teścik kolorystyczny ( coś jak bridget jones)- i choć nie zgadzam się z nim w 100%- z pewnymi radami się zaprzyjaźniłam.

    OdpowiedzUsuń
  9. no niestety wśród kobiet panują zwykle dwa podejścia - jestem intelektualistką, moje ciało nie istnieje albo problem karczowania i katowania dla piękna. oba wykluczają kochanie siebie i wynikającą z tego pielęgnację.
    teraz się maluję bo lubię, a nie jak wcześniej - bo mi sie wydawało że moja twarz bez tuszu do rzęs (mam bardzo jasne) jest wyjątkowo szpetna. i nawet do sklepu po bułki bez tuszu nie wyszłam. i nie golę nóg bo "o boże fuj to takie obrzydliwe/ co ludzie powiedzą" tylko dlatego, że lubię gładkość, a jak czasem mi się nie chce to i tak nikt tego nie widzi bo chodzę w spodniach.
    nadmiar kosmetyków do każdej częścio ciała osobno zamieniłam na kilka uniwersalnych, bez chemii, dających efekty i przyjemność z stosowania.
    od dziecinstwa nie byłam usportowioną osobą, wolałam czytać, nie dlatego że uważam sport za stratę czasu, tylko nigdy nie dawał mi frajdy. i to jest jedyna rzecz jaką chciałabym zmienić,popracować nad ciałem, ale nie żeby wyglądac jak pani z okładki, tylko żeby czuć się lepiej, móc wiecej, być sprawniejsza, żeby spodnie nie wgniatały się w fałdkę ;) itp.
    podobnie jak Tofalaria nie lubię siebie gdy się przejem, czuję się wtedy jakby brudna. a gdy to przejadanie trwa dłuzej i ma już jakieś lekko widoczne skutki - ubrania źle się układają, spodnie cisną, a człowiek jest coraz bardziej głodny i coraz bardziej zmęczony.

    kiedyś wrzuciłam link na facebooku do bloga który podał Hubert, wielu osobom się to nie spodobało. bo fuj, jak tak można, a ta baba jest gruba, a tam widziałem kolegę ze studiów nago, i mam teraz traumę itp. nie mówię, że jestem fanką wszystkich wymiarów, rozmiarów, kształtów, ale żadne ludzkie ciało, swoje czy obce, znajomego czy nieznajomego, mnie nie dziwi i nie brzydzi. po prostu jest. to naturalne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zagubiony omułku, mi sport i ruch też długo nie dawał frajdy, ale metodą prób i błędów znalazłam w końcu takie jego formy, które sprawiają mi na tyle przyjemności, że chcę uprawiać je codziennie. Daje to naprawdę wielką satysfakcję, od zastrzyków endorfin można się uzależnić :) Zachęcam do poszukiwań, na pewno znajdziesz coś dla siebie.
      Też nie jestem fanką wszystkich kształtów i rozmiarów, ale akceptuję każde ciało, takie jakie jest, stare czy młode, ładne czy brzydkie. Nie widzę powodu, by się nim brzydzić. Mi ten blog bardzo się spodobał, ale przy tej pruderii, która u nas panuje, dla niektórych pewnie jest szokujący. A przecież wszyscy po zdjęciu ubrania jesteśmy do siebie podobni :)

      Usuń
  10. Chyba jestem typowym przykładem "zapominania o sobie" - rzeczywiście mam wdrukowany ten schemat, że najpierw rodzina, praca, obowiązki, a ja gdzieś tam na szarym końcu. Jak chodziłam na basen - to na 6.00 rano, jak biegałam, to po 22.00 - wszystko po to, żeby nie zabierać czasu dziecku, bo jako pracująca mama i tak nie mam go dużo. Jeśli funduję sobie długą kąpiel z olejkami i maseczkę, to raz w miesiącu. Nie mam czasu dla siebie samej. Nie daję sobie do niego prawa na co dzień, traktuję go raczej w charakterze luksusowego prezentu.

    Inna sprawa, że z własnym ciałem nie mam za dobrej relacji. Kiedyś z nim walczyłam, że za grube, za brzydkie. 10 lat później i 10 kilo do przodu wcale nie mam mu już tak bardzo za złe, nie pamiętam nawet jak wyglądał mój brzuch bez blizny po cc i innych wspomnień ciążowych i wcale nie mam pretensji do niego, że już tak nie wygląda. To jest jakiś postęp. Natomiast nadal chyba nie jestem dla swego ciała dobrą przyjaciółką i tego się muszę nauczyć. W czym Twoje wpisy są dla mnie dużą inspiracją, za co Ci dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Synafio, podziwiam pracujące mamy, bo to bardzo wymagająca i trudna sytuacja, zwłaszcza jeśli chodzi o zarządzanie czasem. Dlatego nie dziwi mnie, że kobiety przy małych dzieciach czasem zapominają o sobie, to przecież kwestia priorytetów. I dlatego nie chcę się za bardzo wymądrzać w tej sprawie, bo łatwo może mi się mówić: znajdź ten czas dla siebie, ale przecież w praktyce to nie takie łatwe.
      I potrzeba też wsparcia otoczenia, które nie zawsze chce zrozumieć, że Mama potrzebuje czasem czasu tylko dla siebie, na swoje małe i drobne sprawy, chociażby na tę kąpiel i maseczkę, na chwilę lenistwa...

      Ale... wbrew pozorom relacja matki z własnym ciałem rzutuje na rozwój córki (wiem to akurat z własnego doświadczenia), nieodrobione lekcje i błędy w tej dziedzinie w jednym pokoleniu odzywają się w kolejnym. To właśnie ten nieświadomy przekaz.

      Lecz z Twoich słów wnioskuję, że jesteś na dobrej drodze do zaprzyjaźnienia się ze sobą, miło mi, że mogę w jakikolwiek sposób Cię w tym wspierać :) Ja również dziękuję za to, że tu zaglądasz.

      Usuń
  11. Przypomniała mi się genialna sprawa. Jakiś czas temu, chyba w "Wysokich obcasach" trafiłam na wywiad z pewną znaną modelką, która ma 80 lat i nadal jest aktywna zawodowo (nie zapamiętałam nazwiska). Zapytana o sekrety swojej formy, mówiła oczywiście o diecie i ruchu, jednak zwróciła szczególną uwagę na... rozciąganie! Nie trening wytrzymałościowy, nie trening siłowy, ale właśnie rozciąganie, a więc sprawne, elastyczne stawy! Od niego zaczyna ponoć swój dzień od wielu lat.
    Latka lecą, może to znak, że pora w końcu zapisać się na jogę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę o jodze od dawna. Sprawne stawy i gibkie ciało do późnej starości, to jest to :)

      Usuń
  12. Długo zastanawiałam się, jaka jest odpowiedź na Twoje pytanie, gdyż sama siebie do końca nie znam. Wiem na pewno, że z wiekiem akceptacja wzrosła. Tyle o wyglądzie. A to, co jest pod skórą trudniej przyjąć za "ok". Cały czas chcę siebie "ulepszać" - swój charakter i umiejętności, a tak można bez końca. Wydaje mi się, że jestem przeciętną kobietą bez szczególnych cech. Chociaż każdy człowiek jest jedyny i niepowtarzalny, ja czuję się szarą myszką, jakich wiele. Może mam jakieś talenty, ale po prostu ich nie widzę lub nie potrafię wykorzystać w życiu.

    OdpowiedzUsuń
  13. Odnośnie akceptacji swojej urody, jak już wspomniałam, doszłam do wniosku, że u mnie wraz z wiekiem wzrasta. Podam przykład. Dawniej nie akceptowałam swojego koloru włosów. Farbowałam się na różne kolory i myślałam, że wyglądam lepiej. Teraz dobrze się czuję w swojej naturalnej barwie i wiem, że to jest najładniejszy kolor dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Takowo, wydajesz się bardzo ciekawą osobą, jak wnioskuję z dotychczasowych Twoich wypowiedzi, na pewno nie jesteś szarą myszką :) Może właśnie zajrzyj trochę w siebie, by poznać się lepiej i dostrzeć tę wyjątkowość?
    Tak, z wiekiem zaczynamy akceptować to, co dała nam natura i zauważamy, że to, co nam dała, jest jednak dobre, nie wymaga przeróbek.
    Dawniej też farbowałam się na kolor zupełnie odmienny od naturalnego i wydawało mi się, że wyglądam korzystnie. Teraz wiem, że się myliłam, to przyszło z czasem.
    Osobiście nie mam nic przeciwko lekkiemu retuszowi, ale wolę podkreślanie naturalnych cech, niż sztuczne ich przerabianie.

    OdpowiedzUsuń
  15. Wiele z nas przechodzi podobny proces, dochodząc do własnej akceptacji gdzieś w połowie życia. Nagle kupujesz krótką spódnicę i buty na obcasie, obcinasz włosy i masz trochę bardziej awangardowe pasemka.
    A potem czerwony żakiet i stanik, który niczego nie spłaszcza tylko nadaje fajny kształt.
    A że czasem w międzyczasie rozwodzisz się i awansujesz, to jakoś tak wychodzi ;)
    Ważne, żeby dochodząc do tego nie katować innych. Ja mam taką obserwację, z zakupów z córką. Jak inaczej brzmi uwaga do córki: Twój piękny obfity biust nie wygląda dobrze w tej bluzce, wybierzmy inny fason, który go podkreśli, niż uwaga: to na pewno jest za ciasne, podkreśla Twoje za duże kształty. Pomna własnych doświadczeń z dzieciństwa, dopracowałam inny, mam nadzieję ze bardziej wspierający sposób wyrażania się. A dzięki temu, usłyszałam kiedyś od młodziutkiej sprzedawczyni, że bardzo zadrości mojej córce.
    Tyle.

    OdpowiedzUsuń
  16. Naprawdę ciekawy blog. Zapraszam do mnie: http://zostanczlowiekiem.blogspot.com/ Pozdrawiam ; )

    OdpowiedzUsuń
  17. Jeśli mają panie telewizję cyfrową płatną, to na Club TV o godz 6tej rano, codziennie jest Joga (bez sob i niedz)
    Jest to jedyny powód dla którego opłacam dodatkowy abonament.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…