Przejdź do głównej zawartości

Góry i doliny na drodze wolnego strzelca

Życie freelancera bywa trudne, ale zdarzają się też tak słodkie chwile
We wpisie Pierwsze kroki młodej przedsiębiorczyni pisałam, że osoby, które myślą o założeniu jednoosobowej firmy obawiają się często niestabilności zarobków, zbyt małej ilości zleceń oraz biurokracji i formalności. Napisałam również, że w moim przypadku obawy o tę ostatnią kwestię, czyli zbyt wiele trudności związanych z formalną stroną prowadzenia działalności gospodarczej, okazały się niesłuszne. A jak się mają sprawy w odniesieniu do pozostałych dwóch, mocno powiązanych ze sobą, lęków? Obiecałam również opowiedzieć, jak wygląda codzienne życie wolnego strzelca, z uwzględnieniem kwestii, które warto wziąć pod uwagę, planując wybór takiego statusu.

Niestabilność finansowa oraz zbyt mało zleceń. Moim zdaniem nad tymi dwoma tematami warto bardzo poważnie zastanowić się, jeśli chce się pracować na własny rachunek, zwłaszcza w przypadku osób, które nie mają jeszcze wielkiego doświadczenia zawodowego ani wyrobionych kontaktów w swojej branży.
Jak wiecie, mam dwa zawody, jestem tłumaczką i przewodnikiem miejskim. Podejmując decyzję o podjęciu samodzielnej pracy, wiedziałam, że w większej części będę zajmować się tłumaczeniami, natomiast oprowadzanie będzie, powiedzmy, sezonowym urozmaiceniem.

Jedno z tych zajęć, tłumaczenia, na szczęście nie jest sezonowe. Kiedyś przez parę lat utrzymywałam się wyłącznie z pilotażu i oprowadzania, niestety wówczas odczułam boleśnie na swojej skórze, co to znaczy niestabilność finansowa. W sezonie pracy aż za dużo, poza sezonem telefon prawie milczał, zimowych zleceń było mniej, zwykle słabiej płatne.

Wprawdzie teraz do Polski przyjeżdża o wiele więcej turystów niż wtedy, jednak zima wciąż stanowi okres zastoju, mniejszej aktywności. Z jednej strony to dobrze, można odpocząć po letnim zawrocie głowy, z drugiej strony z czegoś trzeba przecież żyć.

Dlatego cieszę się, że moje zarobki nie są już tak bardzo uzależnione od pory roku. Owszem, w miesiącach letnich sporo oprowadzałam, co skutkowało wyższym dochodem (ale też mniejszą ilością wolnego czasu).
Warto to wziąć pod uwagę, jeśli planowana działalność ma charakter ściśle sezonowy. Wyjścia są dwa: albo w ciągu sezonu udaje się zarabiać na tyle dużo, by starczyło na okres zmniejszonej aktywności (lub jej braku), jednak chyba mało kto ma tak komfortową sytuację. Wyjście drugie: drugie zajęcie pozwalające na utrzymanie poza sezonem.

Bywają miesiące lepsze, bywają i gorsze. Czasem po prostu zleceń jest mniej, czasem jest ich aż za dużo. Składki ubezpieczeniowe trzeba jednak płacić regularnie, niezależnie od ilości pracy, rachunki same się nie płacą. Właśnie dlatego samodzielny przedsiębiorca musi nauczyć się dyscypliny finansowej, jeśli wcześniej nie posiadł tej cennej umiejętności. Gdy dochody są większe, odkładamy określone sumy na tzw. kupkę, by w tych gorszych momentach nie mieć kłopotu ze znalezieniem środków na ważne potrzeby. To nie jest łatwe, przyznaję. Po szczególnie dobrze płatnym zleceniu pojawia się czasem pokusa, by nieco zaszaleć, trochę bardziej beztrosko gospodarować środkami. Trzeba jednak tę pokusę w sobie zwalczyć, pamiętać, że nie każdego dnia niedziela, jeszcze przyjdzie moment, gdy pieniądze będą potrzebne, a kasy na koncie może nie być.

Kolejna ważna kwestia. Nie wszyscy kontrahenci, z którymi przyjdzie nam współpracować, będą regularnie i w terminie regulować swoje zobowiązania finansowe wobec nas. Może się tak zdarzyć, że mentalnie zagospodarujemy już wynagrodzenie za dawno wykonane zlecenie, oczekując, że ta kwota lada moment wpłynie na konto, zgodnie z umową czy terminem płatności rachunku, a tu przelewu brak. Wymówki bywają różne, od rzekomych pomyłek księgowej po ściemę „właśnie przelaliśmy, ale pieniądze utknęły między bankami” (gdy przelewy między naszym bankiem a bankiem nadawcy przelewu przechodzą w czasie rzeczywistym), a pieniądze spływają na konto tydzień po tym rzekomym przelaniu. Z tym też trzeba się liczyć. Bywają zleceniodawcy, którzy płacą regularnie, jak w zegarku, bywają i tacy, jak wspomniani. Dlatego po raz kolejny trzeba oprzeć się pokusie zagospodarowania pieniędzy, których jeszcze na koncie nie mamy, chociaż teoretycznie się nam należą.

Sposobem obrony przed wahaniami zarobków może być dyscyplina finansowa, niewydawanie pieniędzy zawczasu, oszczędzanie na gorsze chwile. Drugim jest zadbanie o odpowiednią ilość zleceń.

Moja sytuacja jest o tyle komfortowa, że w obu wykonywanych zawodach od dawna nie jestem osobą początkującą. Zdążyłam sobie wyrobić renomę i kontakty, nie muszę uganiać się za zleceniodawcami, nawet za bardzo się nie reklamuję. I wciąż jeszcze mam pewien margines wygody, świadomość, że jeśli sytuacja pogorszy się, mogę uruchomić jeszcze kilka ścieżek, z których do tej pory nie korzystałam, nawiązać współpracę z kolejnymi zleceniodawcami tłumaczeń albo po prostu więcej oprowadzać.

Gdy przed laty stawiałam pierwsze kroki jako pilot wycieczek, a potem przewodnik, początkowo nie wiedziałam, jak szukać zleceniodawców. Z czasem przekonałam się, że każda metoda jest dobra. Trzeba jedynie pokonać nieśmiałość i nauczyć się promować. Wysyłałam maile do potencjalnych pracodawców, rozdawałam wizytówki, z zapałem chwytałam każdą okazję pracy dla nowego zleceniodawcy. Wtedy internet nie był jeszcze tak szeroko stosowanym narzędziem komunikacji, teraz pojawiło się sporo innych dróg i sposobów reklamy i autopromocji. Można założyć własną stronę internetową, blog, promować się na forach, Facebooku, mailowo...

Początki mojej kariery tłumacza nie były aż tak łatwe, bez doświadczenia ciężko się było przebić. W końcu dopisało mi szczęście i trafiłam na Firmę, która wymagała umiejętności i kwalifikacji, a nie przywiązywała aż takiego znaczenia do posiadanego doświadczenia. Dostałam swoją szansę i wykorzystałam ją. Tak to już jest, że czasem potrzeba odrobiny szczęścia, by ktoś dostrzegł nasz potencjał, dał możliwość wykazania się, nie pytając o doświadczenie. Jednak i tu oprócz szczęścia konieczne jest informowanie otoczenia, bliższych i dalszych znajomych, a właściwie całego świata o swoich zamiarach, o chęci i gotowości do podjęcia się określonego wyzwania.

Co zrobić, by mieć dużo zleceń? Wyrabiać sobie kontakty, informować o sobie, promować się, ale przede wszystkim dbać o jakość i terminowość swojej pracy. Na dłuższą metę nic nie pomoże szeroko zakrojona akcja promocyjna, jeśli klienci/zleceniodawcy nie będą z Was zadowoleni. A usatysfakcjonowany klient jest najlepszą reklamą usługi czy produktu, który się sprzedaje. Jedna baba drugiej babie... itd. Wszyscy staramy się korzystać z usług sprawdzonych osób czy firm, wszyscy szukamy produktów, o których ktoś wyraził już pozytywną opinię. Dbajcie o swoją markę, niech będzie jak najsolidniejsza.

O tym, jak może wyglądać zwykły dzień z życia wolnego strzelca opowiem niebawem.

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…