Przejdź do głównej zawartości

Od Bridget J. do Audrey H.

Zdjęcie Audrey pożyczyłam z tej strony
Jednym z najczęstszych stereotypów powtarzanych przy okazji rozmów o minimalizmie jest sakramentalne wręcz stwierdzenie, że „kobietom jest trudniej”. Jakoby dlatego, że potrzebujemy, w odróżnieniu od panów, większej ilości rzeczy, bardziej lubimy zakupy, jesteśmy też bardziej emocjonalne w naszych zachowaniach. 

Zacznijmy jednak od tego, że wśród mężczyzn też można spotkać zakupoholików i chomików. Brzydsza płeć czasem też poprawia sobie humor zakupami, panowie miewają równie wielkie problemy z pozbywaniem się rzeczy, jak i my. Również bywają sentymentalni, też lubią przechowywać latami pamiątki, czasem zupełnie bezużyteczne. Co więcej, coraz częściej miewają szafy wypchane ciuchami oraz półeczki w łazience zastawione kosmetykami. Nie wspominając już o garażach załadowanych samochodowymi akcesoriami, szufladach pełnych przestarzałych elektronicznych gadżetów czy o warsztatach zastawionych nieużywanymi narzędziami.

Pisałam już kiedyś, że przeciwna jestem seksizmowi, przypisywaniu określonych cech jednej tylko płci. Skłonności do minimalizmu czy przywiązania do spraw materialnych są sprawą indywidualną, zależą od charakteru, wychowania, światopoglądu, kultury, ale nie są determinowane przez biologię.

Jednak gdy bliżej się przyjrzeć tej kwestii, można zauważyć, że nasza - zachodnia - kultura intensywnie promuje obraz kobiety otoczonej mnogością przedmiotów, przywiązanej do rzeczy. Wystarczy przejrzeć kolorową prasę kobiecą, zajść do perfumerii czy obejrzeć jeden z popularnych amerykańskich seriali. Często można spotkać się z wizją kobiety - barwnego ptaka, właścicielki przepastnej szafy lub nawet garderoby, kolekcjonerki obuwia (marzenie wielu pań: osobny pokój do przechowywania butów) i torebek, perfum, kosmetyków, odprężającej się szopingowo w centrum handlowym. Sentymentalistki przechowującej najdrobniejsze nawet pamiątki, listy od dawnych ukochanych, zasuszone kwiaty, rachunek z restauracji, w której odbyła się pierwsza romantyczna kolacja z Nim...

Pod koniec studiów moją ulubioną lekturą były obie części Dziennika Bridget Jones. Odnajdywałam w niej siebie, swoje problemy i wady. Prezentowany przez nią model kobiecości wydawał mi się całkiem atrakcyjny. Bridget, balansująca na granicy szaleństwa, zakupoholiczka, bałaganiara pogrążona w chaosie. 

Moja sympatia do Bridget nie przeminęła, jednak z czasem przekonałam się na własnej skórze, że taki model kobiecości mi osobiście całkowicie nie odpowiada. Barwny i malowniczy, to prawda, jednak na dłuższą metę wyjątkowo męczący, kosztowny i mało wydajny. Wypchana ubraniami szafa nie musi oznaczać eleganckiego wyglądu, nakładanie odrębnego kosmetyku na każdy centymetr kwadratowy ciała nie poprawia urody, wielka torebka wyładowana rzekomo niezbędnymi drobiazgami przeszkadza, waży tonę i wykrzywia kręgosłup. Kolekcja butów na szpilce, torebek, biżuterii, lakierów do paznokci - zajmuje mnóstwo miejsca, ale nie uczyni z nikogo damy ani ikony stylu. Sentymentalne pamiątki przygważdżają myśli do przeszłości, nie pozwalają się rozwijać, są pułapką na przebrzmiałe emocje. 

Nie potępiam takiego stylu, jak wspominałam, ma on nawet pewien urok. Moim zdaniem jego wadą jest brak wydajności. Pochłania mnóstwo energii, w stosunku do włożonego wysiłku przynosi niewielkie korzyści. Wymaga nakładów finansowych, mnóstwa przestrzeni na te przeróżne babskie kolekcje, czasu na pielęgnowanie zbiorów, nakładanie na siebie specyfików, komponowanie kreacji z tysiąca elementów. A im większy zasób posiadanych akcesoriów, tym trudniej nad nim zapanować. Tym większe też ryzyko, że część  kolekcji zostanie zapomniana i nigdy nie doczeka się swoich pięciu minut zainteresowania właścicielki. Suknie i buty wyjdą z mody, lakiery pozasychają w nieotwieranych buteleczkach, romantyczne listy staną się pokarmem dla myszy. 

Z perspektywy czasu widzę, że moją, podobnie jak Bridget, słabością, była nieznajomość samej siebie. I rozpaczliwe usiłowanie zrobienia z siebie kogoś innego, kogoś, kim nigdy żadna z nas nie mogłaby zostać. 

Od modelu kobiecości à la Bridget J. przeszłam raczej w kierunku Audrey Hepburn. Kobiety świadomej siebie, swoich mocnych i słabych stron. Pielęgnującej własny styl, niepodążającej za trendami. 
Zamiast ukrywać słabości czy próbować na siłę je maskować, wolę skupiać się na podkreślaniu atutów. 

Przede wszystkim jednak szukam rozwiązań skutecznych, sprawdzonych, ekonomicznych i wydajnych. W szafie, kosmetyczce, na zakupach. I na tym właśnie polega, według mnie, minimalizm w kobiecym wydaniu. Nie na tym, by nie dbać o siebie, nie mieć ubrań, torebek, kosmetyków, butów, lecz na wybieraniu najbardziej skutecznych i wydajnych rozwiązań. Niewielu, ale za to najlepszych dla danej osoby.

Dobrze skomponowana garderoba, nieprzeładowana, ale przemyślana. Wybrane i skuteczne kosmetyki, o najlepszej relacji jakości do ceny. Średniej wielkości torebka, w której mieszczą się niezbędne drobiazgi, które ułatwiają życie właścicielki poza domem, jednocześnie nie czyniąc z jej kręgosłupa sieczki. 

Sentymentalne pamiątki? Wiem, wiem, że to ciężki temat, wrócimy do niego. W skrócie powiem tak: w mojej przestrzeni jest miejsce tylko na te, które są źródłem siły, nie zaś wspomnieniem przeszłych porażek czy też duszącym balastem. 

Wracając do przywołanego na początku stereotypu: czy minimalizm w kobiecym wydaniu jest czymś trudnym? 

W tym tekście skupiłam się na bardzo powierzchownym wymiarze minimalizmu, na tych najbardziej widocznych aspektach, które zwykle budzą największe zainteresowanie w tym kontekście. 
Jeśli przyjrzeć się nawet tylko tym kwestiom - wyglądu, garderoby, dbania o siebie - można zauważyć, że minimalizm w babskim wydaniu jest równie trudny (i łatwy jednocześnie), jak w każdym innym: męskim czy rodzinnym. 

Może być trudny, gdyż jest sztuką stawiania sobie ograniczeń. Wymaga poznania siebie. Absolutnej szczerości wobec samego siebie. Czasem jest podróżą pod prąd, w przeciwnym kierunku do popularnych tendencji. 

W zamian za wniesiony wysiłek przynosi jednak korzyści. Spokój, radość, lepsze wykorzystanie posiadanych możliwości. I czas, czas przede wszystkim. I dlatego właśnie jest o wiele, wiele łatwiejszy, niż się z daleka wydaje.

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…