Przejdź do głównej zawartości

Efekt uboczny

Jeśli ktoś zajrzy do początkowych wpisów mojego blogu, zobaczy, że sporo pisałam wtedy o ulepszaniu, porządkowaniu, zarządzaniu sobą i czasem, o silnej woli, o pracy nad sobą, o tym, jak być lepszym, bardziej wydajnym człowiekiem.
Przez te parę ostatnich lat coś jednak się zmieniło. Skończyłam z zarządzaniem. Sobą, czasem, innymi ludźmi, szafą.

Jestem. Jestem, jaka jestem. Niedoskonała, czasem trochę leniwa, czasem szaleńczo pracowita. Bywa, że czas przecieka mi przez palce, gapię się na ptaki albo kwiaty, słucham własnych myśli. Bywa, że pracuję jak maszyna i sama za sobą nie nadążam.

Paradoksalnie, im mniej się wysilam, tym lepiej wszystko mi wychodzi. Czuję się czasem jak płynący strumień, który bez wysiłku znajduje sobie najlepszą drogę wśród kamieni.

To nie jest tak, że nagle odpuściłam, że nie chcę już być lepszym człowiekiem niż jestem dzisiaj, niż byłam wczoraj. Chcę, ależ chcę. I wierzę, jestem głęboko przekonana, że posuwam się na swojej ścieżce do przodu, czasem mniejszymi, czasem większymi krokami. Jedyne, co się zmieniło, to podejście do tego procesu. On nie jest już wymuszony, nie ma na nim już wielkiej odblaskowej etykietki SAMODOSKONALENIE. Co więcej, nie ma już ściśle wyznaczonego kierunku. Idę, idę przed siebie, może lekko w lewo, może bardziej w prawo. Może nawet czasem cofam się o parę kroków, gdy wydaje mi się, że coś przeoczyłam po drodze. Nie mam mapy, ale szczerze mówiąc, nie odczuwam takiej potrzeby. Wystarczy wewnętrzny GPS.

Z czego to wynika? Zatytułowałam ten wpis Efekt uboczny, bo moim zdaniem ta zmiana nastawienia jest skutkiem oczyszczenia przestrzeni, otoczenia, umysłu, serca. Pozbyłam się różnego rodzaju balastu, materialnego i duchowego. I jest mi lekko. Nic nie muszę, wystarczy, że jestem.

Nie liczę rzeczy. Nie liczę myśli. Po co liczyć? Wszystko przecież jest doskonale...

Popularne posty z tego bloga

Roczny post zakupowy

Bardzo potrzebowałam tak długiej przerwy w blogowaniu. Rozwijanie kanału na YouTube pochłania dużo wysiłku i uwagi, a wciąż wielu rzeczy muszę się nauczyć i nie wszystko jeszcze wychodzi mi tak, jakbym chciała. Jednak uczę się, a oglądających przybywa, od maja uzbierało się już ponad 600 subskrybentów i odbiór materiałów, które publikuję, jest pozytywny, co zachęca do dalszej pracy w tym kierunku.
Dałam sobie czas, by zdecydować, czy chcę nadal pisać bloga, a jeśli tak, jak to pisanie ma w przyszłości wyglądać. Wiem, że aby Wam czytało się dobrze to, co tworzę, nie mogę traktować blogowania jako obowiązku. Tylko wtedy, gdy będę pisać z wewnętrznej potrzeby i z przyjemnością, będzie to miało sens. 
Minęło kilka miesięcy. Wystarczająco dużo czasu, bym mogła spojrzeć z dystansem na to, w jaki sposób chcę kontynuować swoją internetową działalność. Doszłam do wniosku, że najlepiej będzie połączyć jej dwa rodzaje, tak, by się wzajemnie uzupełniały. Blog daje możliwość dokładniejszego wyjaś…

Sprzątanie zaczyna się w głowie

Nie jestem odkrywcza, twierdząc, że sprzątanie zaczyna się w głowie. Jak wiele innych procesów. Odchudzanie, wypoczywanie, zmiany.

Zacznijmy od jego postrzegania. Często przedstawia się sprzątanie jako czynności nielubiane i nużące. Niektórzy wręcz nim pogardzają i uważają za zajęcie niegodne. To chyba spuścizna czasów, gdy porządki były domeną kobiet oraz osób ubogich lub nisko urodzonych. Nadal zdarza się, że nie szanuje się osób, które zajmują się sprzątaniem zawodowo. Znam osobę, która zatrudnia panią do sprzątania domu wcale nie dlatego, że nie ma czasu, siły czy możliwości, ale dlatego właśnie, że uważa to zajęcie za poniżające, niegodne. 


Wielu ludzi nie lubi sprzątać, bo to ich zdaniem strata czasu, syzyfowa praca, którą trzeba zaczynać od nowa, gdy tylko się skończy. Jednak naturalnym jest, że próbuje się unikać tego,  czego się nie lubi. Opóźnia, robi byle jak, byle było. Szuka wymówek, by usprawiedliwić to, że znów miało się coś innego do zrobienia. 
Czym to grozi?  Tym, że …

Moje pierwsze 500+ i prezent dla czytelników

W listopadzie 2009 r. powstał pierwszy wpis na blogu, który wówczas nazwałam Minimalistka (w serwisie blox). Nosił tytuł Trudne początkii zaczynał się tak: Tytuł blogu jest nieco na wyrost. Nie jestem minimalistką. Może kiedyś będę. Staram się ograniczać liczbę posiadanych rzeczy, upraszczać swoje życie i otaczającą mnie przestrzeń, uczę się świadomie kupować. Dążę do wyeliminowania tego, co zbędne. Walczę z tendencją do gromadzenia przedmiotów i kupowania wciąż nowych rzeczy.  Minęło nieco ponad 8 lat i w tym czasie napisałam w sumie 500 wpisów, łącznie z dzisiejszym.
Gdy zaczynałam, nie miałam najmniejszego pojęcia, dokąd mnie to zaprowadzi. Czułam potrzebę dzielenia się swoim doświadczeniem, wrażeniami z przygody, jaką okazało się stosowanie minimalizmu w praktyce. Z czasem blog stał się zapisem różnych moich przeżyć i przemyśleń, a także relacją z procesu zmian w wielu dziedzinach życia.