Przejdź do głównej zawartości

Presto, andante czy lento?

Sporo myślę ostatnio o czasie i o powolnym życiu.

Częściowo wynika to z lektury książki Carla Honoré „Pochwała powolności. Jak zwolnić tempo i cieszyć się życiem”, trochę z udziału w chorzowskim Slow Festivalu. A jeszcze trochę z rozmów ze znajomymi i z obserwacji otoczenia.


Brak czasu i pośpiech wydają się być chroniczną chorobą teraźniejszości. Dla wielu osób ideałem wydaje się zmieszczenie jak największej liczby zajęć, zdarzeń, przeżyć, znajomości w ramach jednej doby. Co więcej, w niektórych kręgach otwarte przyznanie się do braku pośpiechu albo do tego że MA SIĘ CZAS odpowiada przyznaniu się do jakiejś wstydliwej dolegliwości. Masz czas - jesteś luzerem. Czasu mieć nie wypada, natomiast pędzić w pośpiechu, spóźnić się, nie zdążyć, nie dojechać, nie dotrzeć, bo praca,  bo nadgodziny, spotkania, nagłe wypadki - wypada, jak najbardziej wypada. Bardzo cool jest załapanie mandatu za przekroczenie prędkości. Zgodnie z przepisami mogą jeździć tylko emeryci i mięczaki. 



Wszyscy mamy do dyspozycji tyle samo czasu: 24 godziny na dobę. I można do tej ilości podchodzić na różne sposoby. Można zarządzać nią z terminarzem w ręku, zagospodarowując każdą sekundę, szukając tych przysłowiowych pustych przestrzeni między kamieniami, by zmieścić między nimi jeszcze trochę żwiru i piasku. Można wybrać kilka tych największych i najładniejszych kamieni, dorzucić garść piasku, a potem rozkoszować się tym, że między nimi w dzbanie zostało jeszcze trochę wolnego miejsca. 


Parę lat temu zaczęłam interesować się minimalizmem i ruchem dobrowolnej prostoty właśnie dlatego, że żyłam w ciągłym pośpiechu i cierpiałam na nieustanny niedoczas. Przerastała mnie liczba posiadanych rzeczy, ale też ilość zobowiązań, zajęć, zainteresowań. Nie udało mi się znaleźć sposobu na rozciąganie czasu, więc trzeba było poszukać innych sposobów na posiadanie większej jego ilości. 



Upraszczanie, eliminowanie, porządkowanie (życia, przestrzeni, czasu) dało, oprócz spokoju ducha i równowagi, przede wszystkim spowolnienie.

Teraz mam czas dla Męża, Siostry, Rodziców, dla znajomych i przyjaciół. Mam czas na slow food i slow sex. Na sen. Na sączenie wina. Na czytanie książek i słuchanie muzyki. Na leniuchowanie (zbyt rzadko). Jednocześnie nie mam czasu dla niektórych osób (i nie będę go miała). Nie mam czasu na zajęcia, które przynoszą tylko pieniądze, ale nie dają radości. Bywa, że się spieszę, ale zwykle po to, by móc potem cieszyć się powolnością. 


Nie chcę jednać zwalniać ponad potrzebę. Warto mieć czas na gotowanie i posiłki z rodziną i przyjaciółmi, jednak nie codziennie można spędzać kilka godzin przy suto zastawionym stole. Bywa, że najpraktyczniejszym rozwiązaniem jest fast food, ba, nawet może sprawić pewną grzeszną przyjemność. Czasem zamiast iść piechotą lepiej przemieścić się szybkim środkiem lokomocji, by dłużej zabawić u celu podróży. 


Ruch slow przyjął za symbol ślimaka. Mowa jest też o tempie żółwia. Doszłam do wniosku, że ani ślimak, ani żółw nie są dla mnie ideałem. Podobnie jak struś pędziwiatr czy sportowy samochód. Nie chcę żyć ani zbyt szybko, ani zbyt powoli. Dla siebie wybieram tempo andante, ma non troppo. Bez zadyszki, ale nie noga za nogą. Ani slow, ani fast. 

Autor Pochwały powolności  w wielu miejscach formułuje zresztą podobne wnioski. O tym, że spowalnianie też ma swoje granice. Wolniej znaczy lepiej, ale nie zawsze najwolniej jak się da znaczy najlepiej, jak to możliwe. A najważniejsze okazuje się poczucie panowania nad swoim czasem. Na ile to my sami decydujemy o tym, kiedy możemy przestać pracować, kiedy zaś mamy wolne. Czasem wystarczy żyć WOLNIEJ, chociaż nadal nie musi to oznaczać życia POWOLI. Bo to zależy od gustu i temperamentu...

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…