Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2012

Zacisznie

Nadejście Nowego Roku witam z coraz większym spokojem, bez wielkich podsumowań i list postanowień. Owszem, zastanawiam się nad tym, co spotkało mnie w mijającym roku, wyznaczam sobie pewne kierunki działania na przyszły, ale nie poświęcam temu zbyt wiele czasu i uwagi.
Wystarczająco dużo myślę nad swoim życiem na co dzień. Nie muszę przebudowywać go tylko dlatego, że zmienia się data. Staram się przeżywać świadomie każdy dzień. 
Dzisiaj wieczorem zjemy z bliskimi smaczną kolację, ciesząc się swoim towarzystwem, sącząc dobre wina. I pójdziemy spać być może nawet przed północą albo zaraz po niej. Kameralnie będzie. A jutro przywitamy Nowy Rok dziarskim spacerem.
Jeśli ktoś lubi huczne bale i wystawne bankiety, jego prawo. Ja wolę wariant domowo-zaciszny. 
Życzę Wam w Nowym Roku, byście zawsze wiedzieli, co dla Was najlepsze i tak wybierali, nie oglądając się na to, co mówią inni.
A 2 stycznia, jeśli ktoś będzie miał czas i okazję, może w pierwszym programie Polskiego Radia usłyszeć kil…

Jak wyhodować tłustego poświątecznego lenia?

Wracając do tematyki lenistwa, mam taką małą teorię na temat poświątecznego rozmemłania i trudności wydobycia się z niego.  Mnie akurat w tym roku ta dolegliwość nie trapi. Wiem dlaczego. Dzięki temu łatwiej mi zrozumieć, czemu tak wiele osób narzeka w tych okolicznościach na całkowitą niemoc i niemożność jej przełamania. 
Lenia poświątecznego hoduje się bowiem o wiele wcześniej. Niektórzy zaczynają już z początkiem grudnia. W jaki sposób? Przez przedświąteczną hiperaktywność. Dla wielu osób końcówka roku to okres wyjątkowo trudny i pracowity. Terminy, rozliczenia, zamknięcia roku. A jednocześnie Mikołaj, przygotowania do Świąt, do Sylwestra, zakupy, zakupy, jeszcze raz zakupy, porządki przedświąteczne, spotkania wigilijne w pracy, spotkania opłatkowe, rozsyłanie życzeń, planowanie kolejnego roku... Istne szaleństwo. 
Same Święta też rzadko mijają w spokoju. Nierzadko oznaczają miotanie się między domem własnym, domem Rodziców i domem Teściów, biesiadowanie, obżarstwo, mało ruchu. Du…

Raz kijem, raz marchewką

Cały kraj zalała ciepło-miodowa fala rozleniwienia poświąteczno-przednoworocznego. Na powierzchnię tego mdłego budyniu niemrawo wydobywają się tylko z wolna małe pęcherzyki podsumowań roku i deklaracji noworocznych postanowień. 
Tym razem u mnie nie będzie ani podsumowania roku, ani listy planów i postanowień. Powiem krótko: było bardzo dobrze, będzie jeszcze lepiej. Albo nie. Się okaże. Za to będzie o sposobach na lenia. Niektórzy twierdzą, że tego drania nie da się pokonać ani wyprosić ze swojego życia. Choroba nieuleczalna. Dosyć zaraźliwa. 

Zaiste, nie da się? A może wygodniej jest wierzyć, że to niemożliwe niż pogodzić się z faktem, że owszem można, tylko nam się... (o, ironio) po prostu nie chce?

Bez choinki i bez karpia

Właściwie mogłoby nie być choinki. Ozdób, zapachów, aromatów. Tradycyjnych potraw, barszczu, uszek, pierogów, grzybów w różnej postaci, pierogów, karpia, słodyczy. 
Prezentów też mogłoby nie być. Ani małych, ani dużych. 
Dla mnie święta są czasem miłości. Bycia blisko z tymi, z którymi na co dzień też jestem blisko. I fizycznie, i emocjonalnie.  
Bez nich nie byłoby Świąt. Bez ludzi, których kocham, lubię, cenię. I żadne dekoracje i wykwintne potrawy nie mogłyby tego zmienić. Nawet najbogatsza choinka, najwspanialsze prezenty.
Nie, nie rezygnuję z choinki, wigilijnej kolacji i całej reszty świątecznych atrakcji. Nie są konieczne, ale dodają Świętom uroku, atmosfery, kolorytu. 
Wy, moi Czytelnicy i Czytelniczki, też jesteście częścią mojego świata - czasem wirtualnie, coraz częściej spotykam Was w tzw. realu. Nasze relacje ulegają dewirtualizacji, o której pisze Konrad w tym poruszającym wpisie
Dziękuję więc Wam za to, że wiernie tu zaglądacie, czytacie, komentujecie, wspieracie mni…

Memento vivere

Gdy w ostatnim wpisie dzieliłam się z Wami radością życia, w komentarzach słusznie zauważyliście, że takie podejście nie dla każdego jest oczywiste, proste, naturalne, wrodzone. Niektórzy muszą się go nauczyć czy też wyćwiczyć. 
Czy można nauczyć się cieszyć z faktu, że oto widzimy narodziny nowego dnia, że dane nam jest przeżyć kolejną dobę? Sposobów na to jest wiele, myślę, że taka radość może przyjść na co najmniej dwa. 
Pierwszy, dość brutalny i gwałtowny: przez doświadczenie własnej lub cudzej poważnej choroby, wypadku, otarcie się o śmierć lub utratę kogoś ważnego, bliskiego, kochanego, zachodzi proces uświadamiania sobie własnej śmiertelności, kruchości życia, jego ulotności, nieuchronności śmierci. Drugi: gdy ten sam proces następuje powoli, pod wpływem doświadczenia życiowego, upływu czasu, obserwacji świata i własnej refleksji.

Iskra życia

Każdego dnia odczuwam radość. 

Cieszę się z tego, że żyję. Z tego najbardziej. 
Cieszę się, że oddycham, widzę, słyszę i czuję. To cieszy mnie tak bardzo, że mam ochotę śpiewać. 
Dopóki żyję, wszystko jest możliwe.
Cieszę się z tego, że jestem zdrowa, mam wszystkie kończyny, które na dodatek sprawnie działają. Zmysły funkcjonują bez zarzutu. 
Nie trzeba mi niczego więcej. Cokolwiek wydarza się ponadto to, jest tylko dodatkowym powodem do radości.



No milk today

Dzisiaj ostatecznie dotarła do mojej świadomości myśl, że nie chcę i nie mogę już czytać żadnych książek, blogów ani poradników na temat minimalizmu ani prostoty. Ani Lea Babauty (I still love you Leo!), ani Dominique Loreau, ani  nikogo innego. Podziwiam, szanuję, wielbię. Jednak muszę, chcę, potrzebuję -  iść własną drogą.

Kurs felicytologii od zaraz

Przedostatni wpis zatytułowałam nieco przekornie Szczęście jest przereklamowane, a zakończyłam go stwierdzeniem, że znacznie ważniejszy od szczęścia jest spokój ducha. 
Nie oznacza to jednak, że nie dążę do szczęścia czy że nie chcę czuć się szczęśliwa. Pragnienie szczęścia łączy przecież wszystkich ludzi. Inna sprawa, że nie wszyscy rozumieją je w ten sam sposób. 
W powszechnym rozumieniu szczęście bywa identyfikowane z powodzeniem życiowym, ze spełnieniem potrzeb materialnych. Zdrowie, stabilny związek, dom/mieszkanie, dzieci, samochód, dobrze płatna praca, oszczędności na koncie - człowiek, który ma to wszystko, w odczuciu statystycznego Kowalskiego jest szczęściarzem. Niczego mu przecież nie brakuje.

W grudniowym magazynie Focus

Jakoś przeoczyłam ten fakt, że minimalizm stał się tematem numeru w grudniowym magazynie Focus. Pani Zuzanna Kisielewska odwiedziła mnie pod koniec września i w międzyczasie zdążyłam już o tym niemal zapomnieć, chociaż sama rozmowa była fascynująca. Przyznaję, że Autorka jest bardzo sympatyczną osobą o otwartym umyśle, która do minimalizmu podchodzi w osobisty sposób i nie traktuje go powierzchownie, jak to czasem w przypadku niektórych dziennikarzy bywało. 
Jednak artykuł, ze względu na profil czasopisma, skupia się znów na materialnych aspektach minimalizmu, w przeciwstawieniu do rozbuchanej konsumpcji, na kwestiach finansowych, gospodarczych, ale jest ciekawie i rzetelnie napisany, a także opatrzony komentarzami socjologów, psychologa, ekonomistów. 
Jak kiedyś napisała w komentarzach jedna z Czytelniczek, po przeczytaniu jednego artykułu o minimalizmie wszystkie pozostałe niewiele już wnoszą, więc zapewne dla Was przedstawione w nim tezy także nie będą żadną nowością. Nie namawiam…

Szczęście jest przereklamowane

Biadolił ktoś kiedyś, na blogu, który zaginął w głębinach internetu, jak bardzo do niczego są polskie blogi o minimalizmie, bo nikt nie pisze na nich, jak być minimalistą na co dzień. Jak żyć jako minimalista? Mówiąc w skrócie: jak żyć?
Pytanie to jest, w moim odczuciu, jednym z bardziej niemądrych, jakie kiedykolwiek słyszałam. Według mojej osobistej klasyfikacji należy do tej samej kategorii, co słynne w pewnych kręgach „pytanie o życie, wszechświat i całą resztę”. Odpowiedź, jak być może pamiętacie, brzmiała „42”. Reakcja na wspomniane powyżej zapytanie może być taka sama. Bo niby jaka ma być?

A kto został pominion, będzie obdarzon

Prezenty - podobno coraz częściej jesteśmy nimi zmęczeni. Ich wybieraniem, kupowaniem, ale także... dostawaniem. Nie zawsze są trafione, nie zawsze potrzebne. Potem nie wiadomo, co tym fantem zrobić. Ileż to razy pytano mnie, jako tą od wyrzucania, co począć z niechcianymi prezentami (jak to co? Pozbywać się!).
Dzisiaj Mikołajki, niedługo Święta Bożego Narodzenia. Szaleństwo w galeriach handlowych już dawno się rozpoczęło, z każdym tygodniem będzie coraz gorzej. Niedawno słyszałam prognozę, według której w tym roku statystyczna polska rodzina wyda na święta (i prezenty) jeszcze więcej niż w latach poprzednich. W zeszłym roku była to kwota rzędu 2 tys. złotych (cytuję za Konradem z blogu Droga do prostego życia). 
Cały grudzień stał się wielką celebracją kupowania. Trudno uwierzyć, by we wszystkich rodzinach to komercyjne szaleństwo było finansowane z rzeczywiście posiadanych środków. Ciekawe, jak wiele prezentów i Wigilii obciąża debet w koncie, ile na poczet świątecznych wydatków za…

Nie mam czasu być faszyn

Czas na pewien czas pożegnać się z tematyką stylowo-modową, by móc zająć się innymi tematami oczekującymi w kolejce. Dzisiaj więc ostatni na razie wpis z tego cyklu. Miałam Wam opowiedzieć, czym lub kim inspiruję się, pracując nad swoim stylem, a także o słabych punktach, nad którymi jeszcze nie do końca panuję. 

Najlepszym źródłem inspiracji są dla mnie... koleżanki. Nie książki, nie blogi modowe, nie kolorowa prasa, lecz kobiety z krwi i kości, które podziwiam. Oczywiście wśród znajomych mam i takie osoby, które służą mi raczej za antyprzykłady (jak wyglądać nigdy bym nie chciała). Znam jednak co najmniej trzy dziewczyny, z którymi spotkania zawsze są dla mnie przypomnieniem, jak dobrze można wyglądać, stosując bardzo proste środki.