Przejdź do głównej zawartości

A kto został pominion, będzie obdarzon

Torba autorstwa Kasi Urban Rybskiej
Prezenty - podobno coraz częściej jesteśmy nimi zmęczeni. Ich wybieraniem, kupowaniem, ale także... dostawaniem. Nie zawsze są trafione, nie zawsze potrzebne. Potem nie wiadomo, co tym fantem zrobić.
Ileż to razy pytano mnie, jako tą od wyrzucania, co począć z niechcianymi prezentami (jak to co? Pozbywać się!).

Dzisiaj Mikołajki, niedługo Święta Bożego Narodzenia. Szaleństwo w galeriach handlowych już dawno się rozpoczęło, z każdym tygodniem będzie coraz gorzej. Niedawno słyszałam prognozę, według której w tym roku statystyczna polska rodzina wyda na święta (i prezenty) jeszcze więcej niż w latach poprzednich. W zeszłym roku była to kwota rzędu 2 tys. złotych (cytuję za Konradem z blogu Droga do prostego życia). 

Cały grudzień stał się wielką celebracją kupowania. Trudno uwierzyć, by we wszystkich rodzinach to komercyjne szaleństwo było finansowane z rzeczywiście posiadanych środków. Ciekawe, jak wiele prezentów i Wigilii obciąża debet w koncie, ile na poczet świątecznych wydatków zaciąga się świątecznych pożyczek? Nie przypadkowo już od jesieni jesteśmy przecież bombardowani reklamami typu zapożycz się na Święta. Ile z kupowanych przed Świętami ton jedzenia ląduje w śmietniku? Ile prezentów cieszy tylko przez pięć minut, by już po Nowym Roku przejść do kategorii kurzołapów i durnostojek?

Czy to naprawdę konieczne? Czy wszyscy tego chcą? Czy nie da się inaczej? Pociesza mnie to, że z różnych stron docierają głosy i sygnały z domów, w których Święta to nadal czas radości i spotkań z bliskimi, gdzie prezentów czasem nawet nie ma wcale, czasem są bardzo skromne i symboliczne, czasem tylko dla najmłodszych. Nawet tutaj, na blogu, dwa lata temu mieliście szanse poczytać Wigilijne opowieści Czytelników, którzy opowiadali o takich zupełnie z pozoru zwyczajnych, skromnych, lecz pełnych miłości Świętach. Nieskupionych tylko na kwestiach materialnych.

Co począć w kwestii prezentów, czy naprawdę trzeba je kupować i dawać? Nie, nie trzeba. Można z tego zrezygnować, jak proponuje wspomniany powyżej Konrad we wpisie Podaruj sobie prezenty, czyli jak uniknąć przedświątecznej gorączki. Autor zachęca do zwolnienia bliskich i znajomych z obowiązku, jakim w wielu domach stała się wymiana prezentów. Oczywiście o takim pomyśle trzeba wcześniej z nimi porozmawiać, by nie zostać opacznie zrozumianym. 

O tym, że nie zawsze jest to łatwe, przekonała się niedawno Aube, pisząca My Present Simple Life. Opowiada, jak chciała świętować swoje urodziny bez prezentów, ciesząc się jedynie spotkaniem ze znajomymi. Okazuje się, że było to zbyt wielkie wyzwanie, tak silnie zakorzeniony jest w nas ten zwyczaj. Bez prezentów? Ale jak to? Większość zaproszonych osób nie była sobie w stanie z tym poradzić. I, jak pisze Aube, w przypadku kompromisowych prezentów kulinarno-florystycznych nie było źle, bo przecież dają one przyjemność obu stronom, nie obciążają nadmiernie ani budżetu ofiarującego, ani przestrzeni życiowej obdarowywanego, to już kosmetyki, odzież, płyty czy bibeloty wręczane osobie, która przecież wyraźnie mówiła, że sobie prezentów nie życzy, są sporym nieporozumieniem.

Mnie osobiście przeraża to, że dzieci przyzwyczajają się do drogich prezentów. Nie wystarczy już książka czy gra planszowa, zwykła lalka czy pluszak, nieszpanerskie klocki. Muszą być tablety, konsole, rozmaite gry elektroniczne z coraz bardziej wymyślnymi akcesoriami, gadżety, komórki, laptopy i inne przedmioty zbytku. I nawet jeśli rozsądni rodzice sami takich rzeczy pociechom nie dają, zawsze znajdzie się babcia, ciocia czy inny krewny, który nie pomyśli, tylko kupi trzylatkowi tablet. Pamiętacie? Rozmawialiśmy już kiedyś o tym przy okazji tematu komunijnego.

A może by powrócić do korzeni idei dawania prezentów? Dawno, dawno temu (nie tak dawno, ale teraz wydaje się, że te czasy są odległe o całe lata świetlne) prezent służył okazywaniu miłości, troski, czułości, uwagi. Nie zawsze musiał być drogi, czasem bywał bardzo skromny, ale za to musiał być przemyślany. Prezentem dla Ukochanego mógł być własnoręcznie zrobiony na drutach szalik. Dzieciak mógł dostać książeczki z bajkami, powieść przygodową lub grę w Chińczyka. Babciom, Mamom, Tatom i Dziadkom zwykle kupowało się nieśmiertelne ciepłe skarpety, rozmaite drobne akcesoria, jak chusteczki do nosa czy krawaty bądź spinki do mankietów (co tam kto zwykł nosić), a nawet piżamy i szlafroki. 

Obecnie ludzie ciągle nie mają czasu. Ani dla siebie samych, ani dla bliskich. Drogie, a czasem nie tak nawet drogie, ale kupowane w ostatniej chwili prezenty, często całkowicie nieprzemyślane, bywają jednym ze sposobów wątpliwej rekompensaty za wspomniany brak czasu i troski na co dzień. Z moich obserwacji wynika, że im wyższy poziom wyrzutów sumienia, tym też wyższy rachunek za prezenty. Mama nie ma dla Ciebie czasu, ale patrz, jakie wspaniałe zabawki Ci kupiła! Zobaczysz, nikt w klasie takich nie będzie miał!

Można wyłamać się z tego schematu i dać w końcu coś od serca. Coś, co nie będzie kolejną zawalidrogą, jeszcze jedną zbędną rzeczą, których i tak większość domów jest pełna i bez tego. Nasza (moja i Wasza) dobra blogowa Znajoma, Tofalaria, pisała ostatnio o sposobie na Wyjście z prezentowego impasu, zaproponowanym przez Jej Mamę. Prezenty jadalne, jak to ładnie ujęła Tofalaria, powrót do korzeni ludzkości. Temat, który daje niemal nieskończone możliwości. A czy jest na sali ktoś, kto nie je? Coraz więcej osób docenia zalety domowego gotowania, więc i wszelakie przetwory, wypieki, nalewki, oliwy i octy smakowe, łakocie, zestawy bakalii, własnoręcznie zrobione trufle, sole aromatyzowane, przyprawy... (mogłabym jeszcze długo wymieniać) - to przyda się w każdym domu. 

Tyle fajnych rzeczy,  nie tylko jadalnych, można zrobić samemu. Od drobiazgów po całkiem sprawy poważne. W końcu po to mamy dłonie i głowę, by z nich korzystać, nie tylko kupować wciąż gotowce made in china czy inny bangladesz... Przyznam, że takie prezenty cenię sobie najbardziej. Niedawno pewna Urocza Osoba obdarowała mnie własnoręcznie wydzierganymi skarpetami - to jeden z naj naj najprzyjemniejszych prezentów, jakie kiedykolwiek dostałam. Inna koleżanka parę lat temu dała mi na urodziny uszytą przez siebie torebkę z filcu (to bardzo wdzięczny i przyjazny w obróbce materiał), którą do tej pory noszę, bo jest wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. I uszyta specjalnie dla mnie, nikt takiej nie ma. Na całym najcałszym świecie. Nawet w Chinach. 

Może by właśnie tego uczyć dzieci? Pamiętam, jak z Siostrą szyłyśmy dla Rodziców jakieś woreczki na nie wiadomo co, z resztek materiałów, albo obklejałyśmy drewniane pudełka kolorowym papierem. Cieszyli się potem jak szaleni z tych dziecięcych prezencików, poznaczonych klejowymi odciskami paluchów, z których bez wątpienia ucieszyłby się każdy przedwojenny detektyw... A te obrazki, samodzielnie malowane książeczki? Cuda, cuda, powiadam Wam.

Gdy dajesz, nawet najprostszy, ale własnoręcznie zrobiony prezent, dajesz kawałek siebie. Swój czas, inwencję, tę chwilę, gdy namyślałeś(-aś) się: a co takiego przyjemnego, przydatnego, zabawnego można by zrobić? Nie dajesz swojego debetu na koncie, stresu w pracy, której być może nie lubisz, nadgodzin. Pożyczki reklamowanej przez aktorzynę, któremu włączyła się chcica na pieniądze czy innego przebrzmiałego gwiazdora dziesiątego sortu. 

A jeśli wydaje Ci się, że niczego sam lub sama nie potrafisz zrobić, a za późno już, by się czegoś ciekawego nauczyć (nie zapominajmy, przecież nie masz czasu!)? Odpowiedź poniżej:


Jeśli kupujesz, spróbuj zainteresować się rękodziełem. Nie tandetną masówką robioną przez chińskie rączki, lecz oryginalnymi i wyjątkowymi przedmiotami robionymi przez pasjonatów. W internecie znajdziesz niezliczoną ilość takich osób, które robią piękne rzeczy i próbują zarobić parę groszy, sprzedając je. Na każdy gust, na każdą kieszeń. Dzisiaj prezentuję prace znanej już Wam Kasi Urban Rybskiej, bo jest moją Koleżanką (a zdolnych znajomych należy promować, czyż nie), oraz  (poniżej) projekt I love nature, dwójkę zapaleńców, którzy rzucili wszystko, zaszyli się w górach i są szczęśliwi, wyczarowując arcydzieła z kawałków drewna z odzysku. Wśród ich prac znajdziecie przedmioty dość kosztowne, lecz wyjątkowe, ale też i ciekawe drobiazgi za kilkanaście złotych.

Ale rękodzieło nie zawsze jest drogie. Prawdopodobnie wśród Waszych znajomych, albo znajomych znajomych znajdziecie kogoś, kto szyje torebki, poduszki, robi własnoręcznie biżuterię, smaży konfitury, dzierga, maluje, rysuje, wyplata koszyki, lepi anioły, układa suche bukiety. I bywa, że sprzedaje te cuda po całkiem przystępnych cenach. Wystarczy się rozejrzeć, popytać, poszukać. Na pewno znajdziecie kogoś, kogo warto wspierać, jednocześnie obdarowując rodzinę i przyjaciół naprawdę wyjątkowymi przedmiotami. 

Niech prezenty znów będą prezentami, nie przymusem i ciężarem....

Poniżej przykłady cudów spod ręki Jarosława Rogera Berdaka, I love nature. Zaznaczam, drewno z odzysku!





A na koniec, na dowód, że prezentowa przesada, o której pisałam na początku, bywała także staropolską przypadłością, cytuję za Hanną Szymanderską, Polskie tradycje świąteczne, spis podarunków danych dworzanom przez marszałka Kazanowskiego (1637 r.), przytoczony z kolei przez Łukasza Gołębiowskiego. Prosty lud dawał sobie bardzo skromne podarki, lecz wyższe sfery lubiły świętować na bogato:
panu koniuszemu koń siwo-jabłkowity z rzędem srebrnym i kutaskami jedwabnymi; panu sekretarzowi Jasińskiemu - kiereja (suknia wierzchnia turecka futrem podbita) altembasowa z rysiami i klamrą srebrną; panu sekretarzowi Kulszyckiemu -kiereja z popielicami; panu inspektorowi pacholików - pas z zapinką i kanakiem (naszyjnikiem); panu inspektorowi domu - żupan adamaszkowy item (także) kołpak soboli; panu piwnicznemu - czapka z sobolami, każdemu z pacholików nowy żupan według nowego kroju... Ksiądz kapelan weźmie z moich antyków co mu się upodoba, a kaznodzieja pierścień z wizerunkiem Pana miłościwego; gwardian zaś bernardyński, nasz spowiednik, asygnacje na 20 wozów zboża. Szpitalowi na Mostowej ulicy daję asygnację na tyleż wozów, szpitalowi sw. Ducha na wozów 10. Moi przyboczni wezmą po 20 złotych, a kto został pominion niech śmiało przyjdzie do mnie, przypomni, a będzie obdarzon...

Komentarze

  1. Uwielbiam ten tekst!

    Tak się cieszę, że znalazłam Twój blog.
    Zgadzam się totalnie z tym, że ludzie chcą prezentami wynagrodzić stracony czas. Przeraża mnie, że dla wielu (także dorosłych osób) prezenty są najważniejsze(!).

    Uwielbiam rękodzieło - jego ideę. To nic trudnego kupić coś, to trwa chwilę. Nic trudnego kliknąć na Allegro siedząc w domu albo pracy.

    Ja, mimo że kupuję bliskim prezenty, wkładam w to mnóstwo serca. Szukam, kombinuję, wypytuję, staram się 'spełniać marzenia'. Potem pakuję te prezenty, aby oczarowywały samym widokiem, zaskakiwały wyglądem i nie zdradzały zawartości... Uwielbiam prezenty ręcznie robione - takie daje sobie z moją najlepszą koleżanką. Wiem, że uwielbia czekoladę, więc w tym roku dostanie prezent tematyczny - coś dla ciała, coś ręcznie robionego (od dziewczyny, która robi różne cacuszka) i coś do schrupania przygotowane przeze mnie.

    :)


    OdpowiedzUsuń
  2. W tym roku zapowiedziałam kompletne i nieodwracalne odejście od prezentów. Mam dość nietrafionych rzeczy, które zalegają w czeluściach szafy. Na imprezy proszę o przyjście ze słodyczami ewentualnie alkoholem. Lub tylko z dobrym humorem. I to wszystko. A sama robię karteczki. Świetna zabawa na każdą okazję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Sympatycznym pomysłem na kupny prezent jest są produkty fair trade.

    OdpowiedzUsuń
  4. Poszłam biegać wieczorem i cały czas zastanawiałam się, czy jak wrócę, to już będzie ten obiecany wpis i - proszę - warto było czekać! Dziękuję oczywiście za wspomnienie o naszym skromnym projekcie. :) A te deseczki - bomba! Sahib (w końcu znawca drewna) - zachwycony. Mam chyba jeszcze kawałek złamanego trzonka od siekiery. Może coś wystrugam.
    Lista tych czapek i futer... niesamowita.

    Czytałam gdzieś, że Polacy wydadzą nie 2 tys., tylko 1200/rodzinę. Może "zbiednieliśmy"? Czyt. poszliśmy po rozum do głowy? A może zależy, kto badania robi i na jakiej próbie. U nas ankieter by się nie pożywił za mocno... Sahib w pierwszy dzień świąt tradycyjnie zjada swoją miskę owsianki. Przecież nikt mu nie będzie mówił, co ma jeść :) A ja przez 2 dni żywię się uszkami - z łakomstwa, ale jednak wydzielając sobie porcje po kilka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha, też się żywię uszkami w święta, tylko porcje raczej mało oszczędne ;)

      a drewniane rzeczy rewelacyjne. ja lubię jeść kanapki z deski do krojenia :P i w ogóle lubię deski.

      Usuń
  5. Zgadzam się w całej rozciągłości:)
    Prezenty nie są konieczne, jednak lubię je dawać, choć stawiam na jakość nie ilość. Lubię obdarowywać, wybierać podarki z rozwagą, zgadywać co komu sprawi przyjemność. Lubię element zaskoczenia i sztukę gustownego pakowania, to zawsze było dla mnie ważne, choćbym pakowała ołówek;) Nie lubię natomiast ich nadmiaru, to nigdy nie cieszy.
    To prawda, dzieci (w większości) już nie cieszą drobiazgi, "zwykłe" prezenty, bo na co dzień mają wszystko. Trudno im zaimponować kredkami świecowymi czy książką skoro dawno mają iPada i stos gier;) Szkoda, ale to chyba znak czasów.
    Hand made typu wełniane kapcie czy torba z włóczki może nie jest koniecznym wymogiem, bo nie każdy lubi i nie każdemu pasują takie rzeczy. Z jadalnymi inaczej, wszyscy jemy, ja bardzo często daję jadalne prezenty, nie znam nikogo, kto nie ucieszyłby się ze świeżo upieczonego chleba czy ręcznie robionych trufli, ba! nawet pasztetu sojowego;) Moim zdaniem chodzi przede wszystkim o zdrowy rozsądek, umiar i kupowanie z sercem, czy za 15 czy za 150 zł. Nie bieganie z szaleństwem w oczach i znoszenie do domu worów kolejnych rzeczy, byle pod choinką było d u ż o.

    OdpowiedzUsuń
  6. ;) ja tam jakoś nie mam z tym problemu;) nie daję i nie życzę sobie otrzymywać;) ale to akurat zawdzięczam swojej strategii;) wojnę wygrywa ten,kto jest silniejszy i sprytniejszy poprzez odpowiednią taktykę i strategię... większość ludzi i tak przegrywa, ponieważ nie potrafi przeciwstawić się sile presji społecznej, producentów i marketingu... wojny wygrywa się bez walki poprzez udaremnienie planów przeciwnika... w przeciwnym razie rata rośnie;) ale nie o tym chciałem;)

    "prezent służył okazywaniu miłości, troski, czułości, uwagi..." czy aby na pewno? atrybuty serca wyrażane przy pomocy rzeczy? trochę mi to przypomina kobietę, która pragnie miłości i szuka jej w 190 cm wzrostu faceta, zamiast zadać sobie pytanie czy on jest zdolny do miłości;) Bo w gruncie rzeczy co ma piernik do wiatraka? W gruncie rzeczy owe aspekty stanowią ramy czegoś, co nazwałbym bliskością... wątpliwa to bliskość pod postacią rzeczy czy miski jadła... ale z drugiej strony to nie ma się co dziwić... wszechobecny i niemal paniczny lęk przed bliskością, niejednokrotnie rozumianą jako swoistego rodzaju forma obnażenia się, nie pozostawia wyboru... prostota bliskości czy też minimalizm jej substytutu... w subiektywnym ujęciu komentującego;)

    Pozdrawiam serdecznie;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękuję za ten wpis. Nie lubię tego uczucia, gdy ktoś daje ci coś (kupionego na szybko, żeby nie było) a ty czujesz że musisz się zrewanżować bo przecież nie wypada nic nie dać.
    Czy faktycznie musimy czuć na sobie parcie rewanżu?!

    Kiedyś ludzie robili rzeczy od serca, mogło by to byś nawet ciasto... cieszono się z pomarańczy... a dzisiaj większość ludzi pogardziła by takim prezentem.

    OdpowiedzUsuń
  8. Cóż, ja uważam, że prezenty są szalenie miłe :) Lubię dawać, lubię dostawać. Nawet jeśli dostanę kurzozbiwracza czy ubranie, którego nie zamierzam nawet zakładać. Jaki to problem? Można sprzedać, można oddać :) Cieszę się tym miesiąc czy dwa, przypominam sobie atmosferę świąt (czy innej okazji), spotkanie z rodziną... A potem sprzedaję albo oddaję przez internet i z tego też mam dużo frajdy :)
    Chociaż prezenty typu żywność (czy tym bardziej np. jakiś obiad w egzotycznej restauracji - o z tego bym się bardzo ucieszył, mógłbym spróbować nowych smaków), też są bardzo fajne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o to to!
      mam podobnie.
      jakiś czas temu dostałam bon do ciuchowego sklepu.
      i choć sama nie za bardzo miałam jak skorzystać - jak na razie- część bonu wykorzystała choćby Agatka.
      i w sumie- obie jesteśmy zadowolone ;-)
      ja, że nie mam kolejnej rzeczy w szafie, a ona właśnie, że ma :D

      Usuń
  9. Tak , prezenty dla dzieci i nastolatkow sa raczej trudne. Po pierwsze maja wszystko, a po drugie w szkole moga byc wysmiane, bo nie dostaly tego czy owego. Jak wyposrodkowac? Moze bonem na wycieczke do lasu lub wyprawe po zlote runo (tylko, ze nie mozna potem zmienic planow, bo nigdy juz nie uwierza).

    Z doroslymi zawsze prosciej. Ja np czesto darowuje konfitury i inne przetwory. Lubie je robic i zawsze mam za duzo. Najwiekszym powodzeniem ciesza sie konfitury z fig i moreli, ale to dzieki swietnej jakosci owocow bio i dojrzewajacych w sloncu;

    Gorzej z rodzina zyjaca daleko i widziana okazyjnie. Po prostu nie moga zrozumiec , ze mozna nie dac prezentu.
    Pracuje nad tym od dluzszego czasu, ale idzie mi jak z kamienia.

    OdpowiedzUsuń
  10. hm, nie wiem,
    to u nas nie ma zupełnie problemu z prezentami.
    czasami są droższe, czasami tańsze, czasami jest to jakiś drobiazg.
    na to zupełnie nie ma reguły.

    tylko jak już kiedyś pisałam- zawsze najpierw odbywają się poważne narady w różnym gronie, za plecami.
    bo nie ma tak, że każdy dostaje fyfnaście upominków- tylko po prostu słownie JEDEN.
    czasem jest to płyta, czasem książka- to zależy od tego, do czego dana osoba wzdychała w danym roku ;-)
    niby płyta to drobiazg, ale czasem zdarza się tak, że w zabieganiu się myśli, że a to za tydzień, a to za miesiąc, a to przy kolejnych jakihś zakupach, i czas leci, i dalej się #chce-to.

    co do dzieci- to już było we wpisie komunijnym.
    u nas się rozmawia- z rodzicami dzieciorów i słucha obu stron.
    dzieciory mają głos, ale ostateczną decyzję podejmują ich rodzice- stąd na komunię nie było quadów, ipadów, komórek.
    były rzeczy praktyczne- zegarek, plecak, kurtka itp.
    podobnie jest przy każdej innej okazji- rozmawiamy i ustalamy, czy będzie coś praktycznego, czy coś potrzebują.
    i np. po ustaleniach- podjęto decyzję, że np. mnie przypadło w udziale kupienie pod choinkę dzieciorom sudoku.

    co do urodzin- to jest naprawdę różnie.
    małgosia miała osiemnastkę- to zrzuciliśmy się na obiektyw do aparatu z wyższej półki. jakiś tam drobiazg czy dwa dodatkowo dostała, ale generalnie bez większych (ilościowych) szaleństw.

    a więc- nie takie prezenty straszne ;-)

    OdpowiedzUsuń
  11. pięknie napisałaś!


    a ja niespecjalnie lubię dostawać prezenty, za to lubię dawać ;) i często daję coś właśnie ręcznie zrobionego (teraz dziergam w tym celu właśnie szydełkowe śnieżynki)...

    OdpowiedzUsuń
  12. Polacy wydają na święta coraz więcej - niekoniecznie oznacza że kupują więcej, ceny wszak rosną, wydajemy więcej a mamy mniej, to taka uwaga na marginesie.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja w tym roku naoglądałam się pinteresta i robię hendmajd kosmetyki dla mam (mojej czy męża).
    Mojemu bratu (lat 8) kupiliśmy łamigłówki dla dzieci (w stylu przewożenia wilka, kozy i kapusty), pamiętając jaki z tego mieliśmy ubaw. Ew. chcieliśmy kupić książkę o pieniądzu i skarbonkę.
    Także nie, nie szalejemy bez sensu :D

    OdpowiedzUsuń
  14. i jajek z chowu klatkowego (3-...) też nikomu nie kupować. chociaż to zależy od świąt.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…