Przejdź do głównej zawartości

Memento vivere


Gdy w ostatnim wpisie dzieliłam się z Wami radością życia, w komentarzach słusznie zauważyliście, że takie podejście nie dla każdego jest oczywiste, proste, naturalne, wrodzone. Niektórzy muszą się go nauczyć czy też wyćwiczyć. 

Czy można nauczyć się cieszyć z faktu, że oto widzimy narodziny nowego dnia, że dane nam jest przeżyć kolejną dobę? Sposobów na to jest wiele, myślę, że taka radość może przyjść na co najmniej dwa. 

Pierwszy, dość brutalny i gwałtowny: przez doświadczenie własnej lub cudzej poważnej choroby, wypadku, otarcie się o śmierć lub utratę kogoś ważnego, bliskiego, kochanego, zachodzi proces uświadamiania sobie własnej śmiertelności, kruchości życia, jego ulotności, nieuchronności śmierci. Drugi: gdy ten sam proces następuje powoli, pod wpływem doświadczenia życiowego, upływu czasu, obserwacji świata i własnej refleksji.


Pisałam kiedyś o znaczeniu memento mori, nie będę więc powtarzać dzisiaj tamtych myśli. Niektórym ludziom dziwne wydaje się, że myślenie o śmierci może mieć tak pozytywne efekty, jak odczuwanie radości z istnienia. Wydaje się im, że pamiętanie o niej na co dzień prowadzi do smutku, przygnębienia, depresji. Łudzą się, że wypieranie jej ze świadomości w magiczny sposób ją oddali, uchroni ich przed końcem. Jak małe dziecko, które myśli, że gdy ono nie widzi Mamy, bo zasłoniło oczy rączką, to Mama też nie może go zobaczyć.

Pamiętanie o swojej śmiertelności nie oznacza zadręczania się. Nie oznacza też pragnienia śmierci, wyczekiwania jej ani obsesyjnej obawy. Jest raczej oswojeniem, akceptacją, pogodzeniem się z tym, co kiedyś w sposób nieunikniony nadejdzie. 

Gdy każdego dnia mówisz sobie, że może to być Twój ostatni dzień (bo przecież ostatnim być on może), chcesz żyć bardziej, mocniej. Nabierasz powietrza w płuca i myślisz: jaki piękny ten świat! 

Narzekasz rzadziej, a nawet wcale. Częściej przytulasz tych, którzy są dla Ciebie ważni, częściej mówisz im dziękuję. Albo: cieszę się, że Cię znów widzę. Uśmiechasz się bez wyraźnego powodu do przypadkowo spotkanej osoby. 

A poza tym, co jeszcze może pomagać w budowaniu w sobie radości z samego faktu, że się żyje? Doświadczanie cudu życia. Ci z Was, którzy mają dzieci, wiedzą, o czym mówię. Doświadczanie go przez rodzicielstwo, ale też przez kontakt z dziećmi, niekoniecznie własnymi. 

I przyroda. Jej uroda, siła, potęga, wspaniałe skomplikowanie, różnorodność i złożoność. Obserwacja krajobrazu, roślin, zwierząt. Przebywanie blisko natury, wsłuchiwanie się w jej rytm. Dostrzeganie subtelnych zmian, jakim podlega. Pochylanie się nad źdźbłem trawy, podglądanie hałasujących sikorek i wróbli, wypatrywanie myszołowa wśród pól.

Dzisiaj zamiast memento mori powtarzam inne memento. Memento vivere. Pamiętaj o tym, by żyć. Pamiętaj o życiu. Sentencję tę, czasem w formie vivere memento, umieszczano dawniej na zegarach słonecznych, jako motto przypominające o upływie czasu i ulotności życia.

Komentarze

  1. Życie bez końca byłoby... takie trochę bezsensowne? Nudne? (Przychodzą mi do głowy te lekko zblazowane tolkienowskie elfy). Świadomość śmierci nadaje życiu kontekst. Tak to widzę, sama też często myślę o śmierci. Dziękuję za ten tekst. Świetnie się Ciebie czyta, Aniu, masz stałą wysoką pisarską formę, co dobrze wróży książce. :) Serdecznie pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny post,
    szczególnie dziś. Może, bo to dla mnie niewiele znaczyło, wystarczyło tylko nie zwracać uwagi na to, co mówią w radiu.
    Zdecydowanie powinniśmy żyć bardziej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Memento vivere. Powtarzam od dziś :-) Będzie łatwiej znaleźć tę radość na co dzień, kiedy czasem chce się wyć lub gryźć ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. ;) jakoś nigdy nie przemawiała do mnie ta judeochcrześciańska teologia śmierci... a co za tym idzie, także jej antyteza w postaci czerpania radości życia za wszelką cenę, póki się żyje.

    Oczywiście trzeba zrozumieć śmierć. Trzeba ją całkowicie zaakceptować. Trzeba ją przyjąć. Trzeba sprawić czy też pozwolić by stała się częścią naszego życia. W metafizycznym sensie trzeba umrzeć by narodzić się do nowego życia. Śmierć jest integralną częścią życia. Ale nie jako katastrofa i koniec wszystkiego, lecz jako jego mechanizm, narzędzie.

    Bez wyjątku doświadczamy jej wszyscy. Począwszy od apoptozy, czyli zaprogramowanej śmierci komórki w organiźmie wielokomórkowym, która ma na celu dobro całego organizmu (apoptoza jest naturalnym zjawiskiem w rozwoju i życiu organizmów, występującym wówczas kiedy komórka jest już zużyta, niepotrzebna albo uszkodzona lub wadliwa). Poprzez inne śmierci: pozwolić umrzeć temu co już nam nie odpowiada: związkowi lub relacji, która nie spełnia naszych oczekiwań i nie zaspakaja naszych potrzeb, zużytych i nie pasujących dziś schematów zachowań, postępowań, działań, myślenia, rzeczom zbędnym i niepotrzebnym, zużytym, także temu wszystkiemu co się zużyło i dziś już nie daje satysfakcji i radości.

    Bez śmierci rozumianej jako naturalny proces i mechanizm zmiany na lepsze nie sposób być szczęśliwym i czerpać radość z życia. Niestety tradycja judeochrześciańska oraz kulturowe tabu i fałszywe przekonania budzą ogromny lęk przed śmiercią. Wielu ludzi żyjąc z tym nieuświadomionym lękiem, woli nieustannie mielić nijaką prozę życia, podejmując setki działań by choć na chwilę poczuć się szczęśliwym. W sposób nieuświadomiony ucieka przed śmiercią nieustannie próbując poprawiać i naprawiać relacje, związki, rzeczywistość... zamiast pozwolić po prostu zwyczajnie umrzeć temu, co wyczerpało już swoją formułę. Rodzaj gry przeciwko samemu sobie, własnej naturze, życiu, rzeczywistości, kiedy próbuje się za wszelką cenę utrzymać przy życiu czy ratować to co chce odejść, co już umarło lub umiera.

    Im bardziej człowiek próbuje coś zachować przy życiu, tym większego z czasem doświadcza cierpienia oraz braku radości życia, poprzez ciągłą i nieustanną obawę i lęk związany z tym, że może to coś lub kogoś stracić.

    Śmierć trzeba oswoić na poziomie swojej świadomości. To żmudny i bardzo głęboki proces wewnętrzny, ale dzięki niemu można żyć i ciszyć się pełnią życia.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…