Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2013

Świńskie oczka strachu

Tym razem nie robię podsumowań. Noworocznych postanowień też nie będzie. Prawdziwa zmiana dzieje się jakby sama, wtedy, gdy jest się do niej gotowym. Gdy nadejdzie czas. Niby dlaczego miałabym czuć się gotowa właśnie dzisiaj albo jutro, tylko dlatego, że trójka zmieni się na czwórkę? Kalendarz nie ma tu nic do rzeczy. To, co toczy się w mojej głowie czy duszy, jest niezależne od daty.
Rozumiem jednak, że symboliczny nowy początek może zachęcać do mobilizacji. Jeśli ktoś właśnie przez to czuje się zmotywowany, niech korzysta z okazji, by poczuć się lepiej ze sobą samym. Tak jak Maria z bloga Ubieraj się klasycznie, który zresztą z całego serca polecam. Zamieściła wczoraj u siebie taki manifest, niby noworoczny, ale myślę, że to dobry manifest na każdy dzień roku:  oświadczam, że będę prowadzić życie najwyższej jakości. Będę obecna. Będę świadoma. Będę zadawać pytania, myśleć i wykonywać wszelkie czynności refleksyjnie. Będę żyć w danej chwili. Będę dokonywać zrównoważonych wyborów. Har…

Radości!

Radości Wam życzę przede wszystkim, moi drodzy Czytelnicy, stali i dochodzący. Radości z bycia razem, blisko z tymi, którzy są dla Was ważni. Radości z prostych spraw, małych przyjemności, dobrych i codziennych chwil. 
Ściskam Was wszystkich bardzo mocno i zmykam cieszyć się Wigilią. Dla naszej rodziny te Święta są z jednej strony bardzo radosne, bo moja Siostra wreszcie ma pracę, po ponad dwóch latach bezrobocia - wiecie, że o pracę dla niepełnosprawnych nie jest łatwo. Ale, jak to w życiu się przeplata, musi też być łyżka soku z cytryny w tym miodzie - mój Mąż być może będzie musiał już jutro wyjechać służbowo. Mamy nadzieję oczywiście, że wyjazd się opóźni, ale nie ma co za bardzo się nastawiać, że się uda. Więc jest słodko-kwaśno, dla równowagi. 
Dlatego ta Wigilia będzie dla nas czasem tym cenniejszym. Bo cieszymy się, że mamy dla siebie chociaż ten wieczór. 
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

Zagrożenie Wigilią

Wielu spośród Was na pewno zna to opowiadanie Tove Jansson, ale pomyślałam, że warto je sobie odświeżyć w oczekiwaniu na Wigilię. 
Choinka Aut. Tove Jansson, tekst skopiowałam stąd. Pochodzi z tomu Opowiadania z Doliny Muminków, Nasza Księgarnia, mój tomik wydano w 1987 r. Przełożyła Irena Szuch-Wyszomirska.
Jeden z Paszczaków stał na dachu i grzebał w śniegu. Na łapkach miał żółte wełniane rękawiczki, które powoli robiły się mokre i niemiłe. Więc je zdjął , położył na kominie i westchnąwszy grzebał dalej. W końcu wyłoniła się klapa w dachu. - Aha, klapa – mruknął Paszczak. – A on i tam w środku śpią. Nic, tylko śpią i śpią, i śpią, podczas kiedy inni pracują do nieprzytomności jedynie dlatego, że ma być Gwiazdka i Wigilia. Wszedł na klapę, a ponieważ nie pamiętał, czy otwiera się do środka, czy na zewnątrz, tupnął w nią ostrożnie. Otworzyła się natychmiast – do środka i Paszczak spadł w dół, w śnieg i ciemności, i w to wszystko, co rodzina Muminków złożyła na strychu na późniejszy użytek. …

Milczenie

Wiem, że za długo tu milczę. Właściwie nie mam żadnego usprawiedliwienia. Poza tym, że jeśli nie ma się niczego sensownego do powiedzenia, lepiej czasem zamilknąć. Dojrzewa we mnie pewien temat, ale nie czuję się jeszcze gotowa, by go przelać na klawiaturę. Koleżanka podesłała mi bowiem do przeczytania dwa teksty, jeden to Pamiętnik zakupoholika Michała Zaczyńskiego, a drugi stanowi reakcję na ten artykuł napisaną przez autorkę blogu Fashion50plus. Oba dotyczą zakupoholizmu, a przede wszystkim kupowania ubrań. 
Jeszcze jakiś czas temu rzuciłabym się ochoczo do ferowania opinii, ale mam coraz silniejsze przekonanie, że nie mam prawa nikogo oceniać ani krytykować, poza sobą samą. Nie znam wszystkich okoliczności ani pobudek, nie mam wglądu w myśli i dusze innych ludzi. Oba teksty w pewnym stopniu mnie zadziwiły, może nawet zszokowały. Ale jako osoba, która kiedyś sama zachowywała się podobnie (była uzależniona od kupowania - chociaż w o wiele mniejszej skali), cóż mogę napisać na ten t…

Pismo obrazkowe

Przyznam się Wam do czegoś. Obiecałam pisanie o strategiach, ale jakoś mi to nie idzie. Z doświadczenia wiem już, że w takim przypadku nie ma co się zmuszać i pisać na siłę, nic dobrego z tego nie wyniknie. Odwieszam więc temat na kołek, bo chwilowo potrzebuję nieco lżejszego kalibru wpisów. 
Jestem teraz na takim etapie, że bardziej inspirują mnie obrazy niż słowa. Przez ostatnie miesiące na przemian albo pisałam, albo czytałam, chwilowo słowa wylewają mi się więc uszami. Dlatego potrzebuję obrazów. Wizualnych przykładów prostoty, w każdym jej wydaniu. Pozwólcie więc, że podzielę się z Wami kilkoma wybranymi, zestaw luźny i niezobowiązujący. Jeśli macie jakieś ulubione zdjęcia, blogi, miejsca w sieci, które są ciekawym źródłem minimalistycznych wizualnych inspiracji, dowolnego rodzaju, podzielcie się również ze mną, proszę.

Nawróceni na slow life

Dzisiaj zapraszam do lektury miesięcznika W drodze. Najnowszy numer, pod znamiennym podtytułem Zmęczeni czasem, w całości poświęcony jest czasowi. Polecam lekturę całego numeru, ale w szczególności artykuł pani Anny Sosnowskiej Nawróceni na slow life, w którym mowa między innymi także o mnie. Miesięcznik dostępny jest również w wersji elektronicznej, szczegółowe informacje znajdziecie tutaj.

Potęga prostoty

Miałam pisać o strategiach, ale strategia nie zając, nie ucieknie. Pomyślałam, że lepiej napiszę o tym, dlaczego minimalizm zaczyna niektóre osoby denerwować. 
Joanna Glogaza, autorka bloga Style Digger, zamieściła u siebie bardzo ciekawą i mocno krytyczną recenzję Sztuki prostoty.Joanna jest bardzo rozsądną i mądrą dziewczyną, podoba mi się jej zdrowe spojrzenie i to, że nie podąża za ogólnymi ochami i achami. Dostrzega pozytywne przesłanie, ale wytyka książce Dominique Loreau te wszystkie cechy, które denerwują także i mnie, i nie tylko mnie, bo wielokrotnie spotykałam się na różnych blogach z podobnymi opiniami na jej temat. Przeczenie sobie, pretensjonalność, autorytarny ton, narzucanie nieraz dziwnych i wyssanych z palca pomysłów (jak smarowanie się oliwą dla... zwiększenia elastyczności kości, to moja ulubiona rewelacja). Nie raz śmialiśmy się przecież z tych słynnych białych majtek, nakazu używania białej pościeli, osobliwych poglądów dietetycznych i innych podobnych kwiatków.…

Zamach na słodkorożce i strategia gotowania ogórkowej

Niniejszy wpis wykluwał się już tydzień temu, ale zasypały mnie zlecenia tłumaczeniowe, tak czasem bywa. Pary w klawiaturze już na blogowanie nie starczyło. Może to jednak i dobrze, w międzyczasie emocje pewnie opadły. Bo nie zakończyliśmy tematu emocji związanych z rzeczami, który wzbudził... znaczne emocje. Przynajmniej u części czytelników. Wciąż zachodzę w głowę, dlaczego aż takie. 
Wydawało mi się bowiem, że blog ten, podobnie jak i inne związane z prostotą czy minimalizmem, odwiedzają ludzie, którym temat racjonalnego podchodzenia do przedmiotów jest nieobcy, a może i nawet uznają go za nieco oklepany. Nie pierwszy to przykład, że nie należy za bardzo opierać na tym, co się człowiekowi wydaje, bo można się bardzo mylić. Podobnie wydawało mi się, że czymś niemal oczywistym w tych kręgach jest, że minimalizm nie wyklucza hobby i pasji, a wręcz przeciwnie. I że dla sympatyków tego podejścia potrzeba piękna i estetyki nie wymaga dodatkowego tłumaczenia i podkreślania, jak bardzo je…

Minikoniec świata w H&M

Bardzo podobała mi się dyskusja na temat żądzy posiadania, chciałabym jednak przejść już do innych tematów. Jednak jeszcze w ramach ilustracji zacytuję Wam fragment wpisu z blogu Panny Lemionady, pełen humoru opis tego, co działo się w krakowskim sklepie odzieżowej sieciówki H&M, gdy ruszyła sprzedaż kolekcji sygnowanej przez Isabel Marant:
wraz z otwarciem się drzwi truchtem zrobiłyśmy hyc do wieszaków. Co tam się działo...co myśmy zobaczyły...Cudem pochwyciłam rzeczy, które chciałam zdobyć i nagle, odwracając się od nich znalazłam się w epicentrum tornada. Las rąk, las głów, las ludzi. I na nic zdały się słowa: 'Przepraszam, przepraszam, ja już tak bardzo chcę stąd wyjść'. Tłum miotał mną jak szatan.Kiedy po kilku minutach udało mi się w końcu wyrwać z paszczy lwa, ochłonąć chwilę, moim oczom ukazał się niebywały widok. Mianowicie pewna Pani Matka zakosiła cały stos wieszaków (trudno stwierdzić ile ich miała w rękach, generalnie był to cały sort koronkowych bluzek, a ona…

Obłęd w oczach

Ostatni wpis był krótki - bo chciałam ćwiczyć zwięzłe pisanie. Poległam na całej linii, jak się okazało. Najwyraźniej za krótki był, bo parę osób wyczytało w nim idee, których w moim zamierzeniu wcale tam nie było (albo nie całkiem), a niektórzy zaczęli się jakoś niezdrowo podniecać wręcz. Ja tam nie wiem, czym się tak bardzo ekscytować, jakbym się miała tak męczyć przy czytaniu cudzych wypocin, to bym sobie dawno darowała, a już na pewno nie chciałoby mi się komentować u kogoś, kogo uważam za „prawie zwierzę” albo histeryczkę. Z tym zwierzęciem komentująca osoba jakoś zupełnie nie trafiła, kocham zwierzęta i podobnie jak Tofalaria uważam, że wiele można od nich się nauczyć, a na pewno nie wolno nimi pogardzać. 
Skoro jednak tak kiepsko u mnie z precyzyjnym wyrażaniem myśli w krótkich słowach, pozostaje mi jedynie przyjąć tę lekcję z pokorą i napisać tym razem już bez skrótów, o co mi chodziło (jednak nie daje mi spokoju fakt, że sporo osób załapało bez problemów sedno mojego wpisu, …

Niemroczne przedmioty pożądania

Dopada Was czasem żądza posiadania? Albo nabycia czegoś? Zdarza się Wam czasem „ciężko zachorować” na jakąś rzecz? I co wtedy robicie - poddajecie się czy opieracie temu przemożnemu pragnieniu? 
Przyznaję, że mi się zdarza, o wiele rzadziej niż dawniej, ale wciąż bywa, że coś wpadnie w oko i jakoś z niego wypaść nie chce. Ściślej mówiąc, nie przydarza mi się już owo „chorowanie” na chęć zakupu, ale owszem, czasem coś bardzo mi się spodoba. Nie, nie tracę już głowy, nie wyciągam ochoczo portfela z kieszeni ani też karty kredytowej, ale całkiem zwyczajnie pojawia się chęć, by dany przedmiot stał się moim. 
Parę lat temu od razu bym się poddała, uznając, że nie warto się opierać. Tak przyjemnie jest przecież ulegać pokusom! 
A teraz? Mówiąc obrazowo, staję obok i przyglądam się sobie. I dochodzę do wniosku, że to bardzo śmieszne jest, tak pragnąć rzeczy. Przekomiczne. Śmieję się więc sama z siebie i z tego, że tak bardzo zapragnęłam... sukienki? Kawałka materiału i kilku guzików? Naprawdę…

Gorączka

Ostatni - powoli zbliżający się do końca rok - jest dla mnie dobitną ilustracją tego, że ograniczając się pod względem materialnym, bardzo łatwo popaść z kolei w nadmiar niematerialny. 
Od wiosny piszę książkę, felietony, bloguję, spotykam się z ludźmi i opowiadam im o prostocie i minimalizmie, tłumaczę - czyli pracuję zarobkowo, zajmuję się domem, natomiast dosyć rzadko samą sobą. Chodziłam też na różne wykłady o historii Wawelu. Wzięłam udział w serii warsztatów z rękodzieła (decoupage), a nabyte na nich umiejętności ćwiczyłam w wolnych chwilach. 
Czuję, że dzięki tym wszystkim działaniom bardzo rozwinęła mi się kreatywność, mam ciągle nowe pomysły i wiele planów chciałabym zrealizować, inne rozpoczęłam, ale na razie pozostają niezakończone. 

Prostota od innej strony

Przepraszam Was moi drodzy Czytelnicy, że tak tu ostatnio mało się dzieje. Chyba już wspominałam, że październik zapowiadał się jako wyjątkowo pracowity i aktywny miesiąc, i taki faktycznie był - nadal jest. Kończę książkę, chociaż to jeszcze nie oznacza zupełnego zakończenia pracy nad nią - jeszcze przyjdzie etap szlifowania, poprawiania, dopieszczania i przebudowywania. A jednocześnie sporo podróżuję po Polsce - ostatnie kilka dni spędziłam w Łodzi, w klasztorze dominikanów, którzy użyczyli mi swojej gościny, abym mogła w spokoju i skupieniu trochę popisać, a korzystając z okazji porozmawiać także o chrześcijańskim wymiarze prostego życia, bo bardzo zależy mi na tym, by ten aspekt również swoje miejsce w książce znalazł. 
Nie będę na razie pisać więcej o wnioskach z tego pobytu, poza tym, że był bardzo udany, twórczy i pełen radości - przede wszystkim ze znalezienia wspólnego języka z ludźmi, z którymi (przynajmniej z obcej perspektywy) mogłoby się wydawać, że dogadać się nie będę …

Minimalizm jest wielki

Czytelnik pod ostatnim wpisem, o oszczędzaniu, zadaje zasadnicze pytanie:Nie rozumiem jednej rzeczy. W jednym z postów piszesz, że „nie stałam się minimalistką", a teraz piszesz książkę o minimalizmie.. Nie powinien jej pisać minimalista? Pomyślałam, że to bardzo słuszne pytanie, nie dlatego, że samo niebycie minimalistką miałoby mnie dyskwalifikować jako potencjalną autorkę, bo czyż trzeba być mordercą, by pisać kryminały, lub otyłym, by opowiadać o dietach? Można być znawcą dowolnego tematu wyłącznie dzięki obserwacjom i gromadzeniu informacji, badaniom, analizom, chociaż osobiste doświadczenie jest wielką pomocą, a autor, który sam przerobił temat na własnej skórze, jest bardziej przekonujący. 
Nie, pytanie Teo jest właściwe z innego powodu. Stali czytelnicy wiedzą, że z samym terminem „minimalizm” i nazywaniem siebie minimalistką (lub nie) zmagałam się od samego początku powstania bloga. Najpierw z entuzjazmem neofitki nazwałam blog właśnie w ten sposób („Minimalistka”), zazna…

Październik miesiącem oszczędzania

Przyplątało się do mnie to stare hasło, kojarzące się z zabawą w oszczędzanie, nazywaną Szkolną Kasą Oszczędności. Nie wiem dlaczego akurat październik został wybrany jako czas szczególnego skupienia uwagi na tej kwestii, chociaż można się doszukać w tym pewnej logiki. Zazwyczaj o tej porze roku jest się już po wakacjach (wydatki), gdybym miała dzieci, we wrześniu trzeba by je było wyprawić do szkoły (znów wydatki), a w nieodległej perspektywie majaczy koniec roku, czyli w większości domów różne mikołaje, święta i prezenty (nie zgadniecie, co to zwykle oznacza... Tak! wydatki!). Czyli nawet ma to sens. W październiku myślimy o oszczędzaniu, korzystając z krótkiej przerwy między okresami zwiększonego wydawania. 
Oczywistym jednak jest, że jeden miesiąc nie wystarczy na zbudowanie rezerw i uporządkowanie swoich finansów. A myśleć na ten temat, zdobywać konieczną wiedzę i umiejętności zarządzania pieniędzmi trzeba nie tylko na jesieni. 
Poradników i wskazówek na temat technik i metod os…

Październikowe spotkania - Poznań i Katowice

Rozleniwiłam się na wakacjach. A raczej bardzo, bardzo rozluźniłam, bo wyjazd wcale nie był leniwy, za to pełen pięknych wrażeń i emocji, w dobrym - nie za szybkim, nie za wolnym - tempie. I wciąż jeszcze obrazy, dźwięki, kolory, zapachy, smaki buzują mi w głowie i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Długo jeszcze będę porządkować te wspomnienia, układać je sobie i odtwarzać. 
Ale jednocześnie wracam do tego, co zostało na miejscu - i co też jest dobre, fajne i ciekawe. Pisanie książki. Widać już linię horyzontu, ale pracy wciąż sporo. Tłumaczenia, czyli chleb mój powszedni, ale nie spowszedniały. Felietony dla Tołpy. I blogowanie oczywiście. 
Dziękuję Wam za to, że zaglądaliście tutaj nawet wtedy, gdy ja byłam daleko, zajęta spełnianiem marzeń. Za to, że czytacie, komentujecie, jesteście ze mną. 
W tym miesiącu możemy być razem także nie-wirtualnie. Tak się miło złożyło, że zostałam zaproszona do udziału w dwóch wydarzeniach, podczas których będziemy mogli spotkać się i porozmawiać na …

Na walizce

Ten wpis powstaje niemal w locie, przed samym moim wyjazdem na wakacje. Nie chciałam wyjeżdżać bez pożegnania, a poza tym obiecałam na Facebooku, że dam Wam zajrzeć do swojej walizki. To temat interesujący głównie dla Pań, mam nadzieję, że Panowie wybaczą. Pomysł powstał po lekturze wpisu Życie na walizkachna blogu Ubieraj się klasycznie. Pomyślałam, że mogłabym Wam pokazać, jaki zestaw garderoby zabieram na prawie 3-tygodniowe wakacje. 
Zdjęcie robione podczas pakowania, więc proszę nie krzyczeć, że nieładne. Na ewentualne pytania i komentarze będę odpowiadać po powrocie, bo w najbliższym czasie nie będę raczej korzystać z internetu, a jeśli już, to rzadko. Jedna para długich spodni, spódniczka, krótkie spodenki, dwie koszulki tzw. oddychające, dwa topy, sweterek, dwie sukienki (na wieczorne wyjścia). Strój kąpielowy (to małe różowe po prawej stronie obok torebki), szal, który można używać jako pareo. I tyle. Dwie pary butów, których nie ma na zdjęciu - sandały sportowe i na koturni…

Tsundoku, nienasycenie i inne bolesne przypadłości

Znałam samo zjawisko, ale nie wiedziałam, że w języku japońskim istnieje na nie specjalne określenie. „Tsundoku” czyli kupowanie książek i pozostawianie ich nieprzeczytanych, zazwyczaj poprzez ułożenie ich na półkach lub na podłodze wraz z innymi nieprzeczytanymi książkami. 

Wydaje się, że to dość powszechny zwyczaj. Jeszcze parę lat temu był również moją zmorą. Książki - jedyne dobra, które kupowałam zupełnie bez wyrzutów sumienia. Obietnica nowych światów, przygód, wypraw na nieznane lądy i odległe planety, znajomości z niezwykłymi ludźmi, przeżywania historii, które w rzeczywistości nigdy nie mogłyby się wydarzyć. Jak można sobie tego odmawiać? Czy naprawdę istnieją ludzie, którym nigdy nie zdarzyło się nie przespać nocy z powodu tak wciągającej książki, że po prostu nie da się jej odłożyć?!

Ankieta o roli pracy w życiu - zaproszenie

Ostatnia niedziela wakacji... Ja mam je dopiero przed sobą, więc nie mam powodu, by się smucić. A poza tym w tym roku nie czuję się zmęczona, pomimo tego, że lato upłynęło mi bardzo pracowicie, podobnie zresztą jak reszta roku. Podobno nawet wyglądam na wypoczętą (!). Przed urlopem. Nie ma w tym nic dziwnego, najwyraźniej gdy robi się to, co się lubi, nawet ciężka praca tak bardzo nie męczy. Cieszę się na nadchodzący odpoczynek z wielu powodów, ale nie czuję takiego znużenia, jak na przykład rok temu. 
Skoro o pracy mowa: mam dla Was prośbę - zaproszenie do udziału w badaniach do pracy magisterskiej. Nie mojej na szczęście. Znajoma poszukuje chętnych do wypełnienia krótkiej ankiety (około 10 pytań) na temat proporcji pracy w stosunku do innych dziedzin życia i jej wpływu na nie. W szczególności interesują ją osoby, które uważają, że praca ma zbyt wielki udział w ich życiu i dominuje nad innymi aspektami. Chciałabym jej pomóc, tym bardziej, że temat również dla mnie jest fascynujący, …

Za komuny to dopiero był minimalizm

Pod jednym z niedawnych wpisów Czytelniczka i blogerka My Slow Nice Life napisała w komentarzu, że „swoją drogą, jak sobie przypomnę moje życie z rodzicami za komuny, to widzę, jak bardzo minimalistyczne i jak bardzo slow było. Wszystko poukładane. W głowie i w życiu.” Uśmiechnęłam się do siebie, czytając te słowa, bo często o tym myślę, zresztą w książce też będzie o tym mowa. 
Jak najdalsza jestem od gloryfikowania tego, jak żyło się za Polski Ludowej. Pamiętam to dobrze, w chwili przemian ustrojowych byłam dorastającą panienką, nie jest mi trudno przywołać wspomnienia tamtych czasów, zresztą rozmawiamy o nich nieraz z rodziną i znajomymi, myślę, że większość z nas ma dość wyważony stosunek do okresu PRL-u. Nikt z nas nie wzdycha z tęsknotą, nie twierdzi, że za komuny żyło się lepiej. Pewnie, że nie. Trzeba mieć coś nie tak z pamięcią, żeby tak twierdzić. 
Jednak faktem jest, że tamte siermiężne realia wymuszały proste życie, bardzo slow. Warto o tym porozmawiać.

Niezarastające grządki

Ten blog ma być jest pochwałą prostoty we wszystkich jej wydaniach. W założeniu ma również służyć dzieleniu się z innymi myślami na temat minimalizmu i sposobów jego wdrażania. Zdaję sobie sprawę, że będąc na etapie, na którym proste życie jest dla mnie codziennością, zdarza mi się czasem zapominać o tym, z jakimi trudnościami mogą spotykać się osoby dopiero stawiające pierwsze kroki na tej drodze. 
Uświadomiłam sobie jakiś czas temu, że blogi o prostocie lub minimalizmie nie są potrzebne osobom, które już dokonały zmian, uporządkowały swoją przestrzeń, życie i myśli. Ci ludzie nie mają już potrzeby czytać o prostym życiu, bo po co? Szkoda czasu i sił, mają lepsze rzeczy do roboty... Wprawdzie wśród stałych Czytelników Prostego blogu są też osoby, które zaglądają tutaj z czystej sympatii, co jest bardzo miłe, ale jednak większość z Was, jak niejednokrotnie zaznaczaliście, potrzebuje konkretów. Wskazówek, porad, relacji z osobistych doświadczeń, podpowiedzi, zachęt. Nie opisów, jak ba…

Twardym trzeba być

Minimalizm nie jest dla każdego. Mógłby być, ale nie jest. Nie musi być. Nie jest jedyną słuszną drogą, uniwersalną receptą na szczęście. Powtarzałam to nie raz i będę powtarzać do znudzenia, aż sztuczna szczęka mi wypadnie od gadania po próżnicy. Nikt nikogo nie zmusza do pozbywania się rzeczy i do wprowadzania rozmaitych zmian w życiu pod hasłem upraszczania i uwalniania się od tego, co zbędne. 


To wybór. Dobrowolnie i świadomie wybierana ścieżka. Zakładam, że osoba próbująca stosować to narzędzie jest pełnoletnia i wie, na co się decyduje. Chce zmienić swoje życie na lepsze i ma świadomość, że czasami oznacza to podążanie pod prąd. Dokładnie w odwrotnym kierunku niż większość.

Och, darling, nie dawaj mi diamentów!

Słodkie przekleństwo. Nie, nie mam na myśli czekolady, lecz prezenty. Sądząc z częstotliwości, z jaką bywam o nie pytana, nie jestem osamotniona, jeśli chodzi o mieszane uczucia w tej kwestii. Kłopot sprawiają zarówno wtedy, gdy mamy być dobroczyńcami, jak i wtedy, gdy inni nas obdarowują. 
Ciekawe, w dzieciństwie się je uwielbia. Wyczekuje z niecierpliwością. Pod choinkę, od Mikołaja, na urodziny, bez okazji. Co masz dla mnie, co masz? W dorosłym życiu nie zawsze mnie cieszą. Dlatego, że często widzę w nich kulturowy przymus, uciążliwy zwyczaj zamiast szczerej chęci dzielenia się. Dawania radości. Od serca. Ileż to razy zamiast radości dostałam kłopot, ciężar, niepotrzebny grat? Zbyt często.

Ajkowy poradnik pozytywnego myślenia

Wreszcie ruszyła. Strona, gdzie publikowane są moje felietony w ramach współpracy, tej, która niedawno wzbudziła dość gorące emocje u niektórych Czytelników. Jeśli macie ochotę zobaczyć, o co było tyle hałasu, zapraszam tutaj. Sekcja Kupuj mniej, zakładka Felietony, cykl Poradnik pozytywnego myślenia. Oprócz moich także teksty autorstwa wrocławskiego aktora Marka Kocota.

P.S. Napisane przeze mnie są tylko teksty podpisane moim nazwiskiem, podkreślam, bo nie chciałabym podczepiać się pod cudzą pracę.

Praktyka czyni mistrza

Dywagowałam ostatnio o tym, w jakim kierunku chcę poprowadzić blog. Nie ma co dalej teoretyzować, czas ujawnić zamiary i koncepcję. 
Przy pracy nad książką o minimalizmie i prostocie rzuciło mi się w oczy kilka spraw, na które wcześniej nie zwracałam takiej uwagi. Między innymi zrozumiałam, że kluczowym etapem jest początek - zmiana sposobu myślenia i podejścia do świata materialnego. Każdą osobę proces ten poprowadzi w nieco odmiennym kierunku, bo każdy ma nieco inną historię, inne potrzeby, inne marzenia. Jeśli ktoś potrzebuje czytać o tym, jak te zmiany przebiegają czy jak się do nich zabrać, to właśnie na tym etapie.

Kontrolera jakości życia zatrudnię od zaraz

Temat jakości życia chodzi mi po głowie już od dawna. Patrzę na nią inaczej niż ekonomiści, którzy określają jej poziom na przykład na podstawie poziomu PKB w przeliczeniu na mieszkańca.  Specjaliści robią swoje, bo rozpatrują makroskalę i potrzebują mierzalnych parametrów. Wolałabym jednak porozmawiać o jakości życia inaczej, bez cytowania liczb i takich wyrażeń jak „parytet siły nabywczej” czy wspominania o stabilności politycznej.

Ajka w Tok.fm

Dzisiaj około godziny 13:00 do 13:20 będziecie mogli usłyszeć mnie w radio Tok.fm, gdyby ktoś miał czas i okazję, zapraszam!

P.S. Jeśli ktoś nie miał okazji wysłuchać, a chciałby, to podcastu z audycji można posłuchać tutaj lub tutaj.

***

Krótkie wyjaśnienie dla tych, którzy mogli poczuć się zaniepokojeni wczorajszym wpisem i pomyśleli, że zamierzam porzucić blog, a także w ramach refleksji po jednym z komentarzy (słusznym zresztą) pod jeszcze wcześniejszą notką mówiącym, że wpisy niezwiązane z głównym tematem na blogu tematycznym nie muszą odpowiadać stałym czytelnikom, którzy czytają dany blog ze względu na określoną, konkretną tematykę. 
Nie mam zamiaru porzucać blogowania, wręcz przeciwnie, gdy skończę pisać książkę, chcę wrócić do regularnych i częstszych wpisów. Zastanawiam się jedynie nad tematyką i formą. Do tej pory poruszałam bardzo różne tematy, od bardzo praktycznych do niemal filozoficznych, światopoglądowych. Były wpisy o modzie i ubraniach, o sprzątaniu, były przepisy kulinarne, były dywagacje o bardzo ogólnym charakterze. Były czasem ulubione wiersze, recenzje książek, były i zdjęcia wnętrz. Nie zawsze związane z prostotą i minimalizmem, czasem wręcz daleko od nich odchodzące.

Cmentarzysko wymarłych blogów

Podczas pracy nad książką przeglądam sobie różne miejsca w sieci związane z tematyką minimalizmu i widzę, że wciąż powstają blogi, których autorzy i autorki opisują swoje początkowe zmagania z materialną stroną życia. Walkę z nadmiarem, porządkowanie, decluttering i całe to wielkie odgracanie życia. 
Na pewnym etapie zadawałam sobie pytanie, czy inaczej się nie da, czy można pominąć tę część i przejść od razu dalej. Z perspektywy czasu widzę jednak, że najprawdopodobniej nie jest to możliwe. Moim zdaniem nie można wypracować sobie wysokiej jakości życia, jeśli nie uporządkuje się kwestii ilościowych (uwaga: uporządkowanie nie zawsze jest równoznaczne z redukcją).
W pierwszym odruchu mam czasem ochotę napisać w komentarzu: daj sobie spokój z tym liczeniem tego czy owego, to nieważne!

Twórczość młodzieńcza

Dzisiaj dzielę się z Wami tekstem powstałym dawno temu, gdy jeszcze byłam studentką. Pewnego dnia poszłam opalać się nad Wisłę, a efektem spotkania, do którego tam doszło, jest krótka forma, którą zamieszczam poniżej. Historia prawdziwa. Ciekawa jestem, czy Wam się spodoba. Taki antrakt, w końcu są wakacje, możemy sobie pozwolić na swobodę tematyczną, prawda?

Bezlitosna morderczyni kotów

Wróćmy do rozpoczętej opowieści. Opowiedziałam Wam ostatnio o tym, że nie miałam dbania o porządek i czystość w mieszkaniu w zbyt wielkim poważaniu, uważając pedantyczne sprzątanie za czynność niegodną zainteresowania osoby mającej się za inteligentną. Sprzątałam więc niezbyt regularnie i bez entuzjazmu, korzystając z każdej wymówki, by z niego zrezygnować. Nie byłam zupełną bałaganiarą i brudasem, ale do perfekcyjnej pani domu sprawdzającej obecność kurzu na ramach portretów przodków za pomocą śnieżnobiałej rękawiczki było mi wielce daleko.

Przewróciło się, niech leży

Niektórzy mają wakacje, ale to jeszcze nie moja kolej. Dopiero we wrześniu, zgodnie z naszym zwyczajem i upodobaniami. Mało udzielam się na blogu nie z powodu leniuchowania pod gruszą, lecz pracy nad książką, a w zeszłym tygodniu zacieśniania więzów rodzinnych. Tyle tłumaczenia się z nieregularności wpisów.
O sprzątaniu mieliśmy rozmawiać. Pomówmy jednak najpierw o bałaganie i chaosie. 
Nie byłam urodzoną porządnicką. Nie jestem, nie mam tego we krwi. Ale bałaganiarą i brudasem też nie byłam. Raczej lubiłam czystość i porządek, tyle, że uważałam sprzątanie za dopust boży, przykrą i bolesną oraz żałośnie nudną konieczność. Przymus.

Posprzątane

Właśnie dlatego niedawno obiecywałam sobie, że koniec z konkursami na blogu, bo tak ciężko jest zdecydować, kto ma dostać obiecane fanty. Tym razem też nie było łatwo. Sprawę ułatwił mi nieco jeden z Czytelników, który zgłosił się do mnie z chęcią podzielenia się jeszcze dwoma książkami Dominique Loreau: Sztuką sprzątania i Sztuką minimalizmu. Pomyśleliśmy, że Czytelnicy Prostego Blogu, jako osoby miłujące wszelkie formy recyklingu, nie będą mieć chyba nic przeciwko, jeśli ktoś z wypowiadających się w konkursie otrzyma książkę już przeczytaną, lecz w dobrym stanie. 
Bardzo dziękuję Wam za fantastyczne wypowiedzi. Sporo dowiedziałam się o Waszych zwyczajach i stosunku do porządku i sprzątania. Nie zdziwiło mnie wcale, że spora część Czytelników wydaje się być zdeklarowanymi miłośnikami porządku i twierdzi, że sprzątanie jest dla nich zupełnie naturalną czynnością, konieczną, ale często wręcz lubianą.

Sprzedajna świnka z parciem na szkło

Pod ostatnim wpisem, w którym informowałam o nawiązaniu współpracy z firmą Tołpa i o tym, że piszę felietony, które będą publikowane na ich stronie internetowej, pojawił się, wśród licznych komentarzy związanych z możliwością zdobycia książki Dominique Loreau, komentarz stwierdzający (w odniesieniu do mojej pozytywnej opinii o firmie), że każdego można kupić, a w rozwinięciu, że jak widać ze świadomej konsumpcji i minimalizmu można uczynić produkt i dobrze go sprzedać. Biznes potrafi zawłaszczyć wszystko. 
Pomyślałam, że jest w tym stwierdzeniu sporo racji.

„Sztuka sprzątania” do rozdania

Obiecywałam małą niespodziankę oraz wyjaśnienie, czym, oprócz tłumaczenia i pisania książki, zajmuję się ostatnio. A zapowiadana niespodzianka jest z tym przedsięwzięciem w pewnym sensie związana. 
Kilka miesięcy temu dostałam propozycję od firmy Tołpa, producenta kosmetyków opartych na borowinie i torfie. Po pierwszym kontakcie miałam nieco mieszane uczucia - znałam już wcześniej te kosmetyki i bardzo je sobie ceniłam, lecz obawiałam się, że Tołpa będzie oczekiwać ode mnie zamieszczania tutaj, na blogu, recenzji produktów czy też zwykłej reklamy. Wiedziałam, że na tego rodzaju działania nie mam zamiaru się zgadzać. 
Jednak wkrótce sytuacja się wyjaśniła.

Całkowity zakaz narzekania

Polacy są bardzo narzekalskim narodem. Narzekają na wszystko, o każdej porze dnia lub nocy, w dowolnych okolicznościach przyrody. Na pogodę, na polityków, na męża, na żonę, na dzieci, na szefa, na współpracowników, na stan dróg. Zawsze jest źle. Za sucho, za mokro, za ciepło, za zimno, za drogo, zupa za słona, woda za mokra... 
Wiecznie skwaszeni, nieustannie niezadowoleni. Zadowolonym być nie wypada, człowiek zadowolony to pewnikiem wariat, bo przecież normalny obywatel widzi sam, że nie ma się z czego cieszyć. Bo jak się tu cieszyć, panie, jak bezrobocie, jak deszcz pada, u władzy idioci, Putin knuje, Angela M. też knuje, szef to kretyn, a sprzątaczka leniwa. 
Jak sobie porządnie człowiek z rana ponarzeka, to zaraz mu gorzej. A przecież o to chodzi, żeby czuć się gorzej, żeby nie chciało się żyć, żeby pogrążyć się w beznadziei i smutku. Wszelkie objawy radości należy zwalczać w zarodku. Radość to zło.

Miss żółtego czyli rzecz o reklamie na blogu

Złapałam dobry pisarski wiatr w żagle, więc nie chcę tego zmarnować i piszę, by nie stracić rozpędu. Nie chcę jednak, byście pomyśleli, że o Was i o blogu nie myślę. Myślę, myślę, i to ciepło. Jednak póki nie zamknę tej części książki, nad którą obecnie pracuję, nie mogę się zbytnio rozpraszać. 
Dodatkowo w (tak zwanym) międzyczasie pracowałam nad projektem, o którym więcej będę mogła Wam napisać już w przyszłym tygodniu. Ma on formę współpracy z pewną polską firmą, ale jest dość nietypowy i interesujący. Nie będziecie oglądać jego owoców na blogu, bo według mojej koncepcji Prosty blog nie jest miejscem na jakiekolwiek działania komercyjne. Nie dlatego, że mam cokolwiek przeciwko. 
Niedawno na dwóch blogach o minimalizmie i prostocie (Droga do prostego życia i Realny minimalizm) toczyła się minidyskusja na temat reklam na blogach, nie włączałam się do niej z powodu ograniczeń czasowych, co nie oznacza, że nie mam własnego zdania.

Gdy kucharka odstaje od miski

Nadal pracuję intensywnie nad książką, więc aby blog całkiem nie zardzewiał, przenoszę kolejne wpisy z likwidowanego blogu kulinarnego, tym razem rodzinny przepis na buchty:
Mam dwa ulubione kulinarne określenia z gatunku enigmatycznych i przerażających początkujących kucharzy: „dodać wody, ile zabierze” oraz „wyrabiać, aż zacznie odstawać od ręki i od miski”. Przestają one być takie straszne, gdy nabierze się doświadczenia i wie, jak owo „zabieranie” i „odstawanie” mają w praktyce wyglądać, ale dla debiutanta mogą być źródłem sporego stresu.
Takie mam właśnie doświadczenia z przepisem, którym dzielę się dzisiaj - buchty drożdżowe.

Prokrastynacja, czyli nie chce mi się

Tłumaczyłam ostatnio tekst o oszczędzaniu, między innymi na emeryturę, ale poruszał też kwestie prokrastynacji i odroczonej nagrody. Ciekawe to było, przyznaję. Szukając materiałów i słownictwa, zaczęłam zastanawiać się nad prokrastynacją właśnie.  Ładne słowo z łacińskim rodowodem. Brzmi elegancko i wyszukanie. Kojarzy się z czymś wysumblimowanym. A tymczasem to stylowy sposób na określanie nawyku, który wcale stylowy ani elegancki nie jest.

Pasta z fasoli ze świeżym majerankiem

Akcja przenoszenia wpisów kulinarnych w celu likwidacji mojego drugiego blogu trwa. Dzisiaj pasta z fasoli, prosta do bólu, ale naprawdę smaczna.
Rzadko jadam mięso, a produkty mleczne jedzone zbyt często mi nie służą. Z pozoru ogranicza to wybór dodatków do chleba. Nie zapominajmy jednak o wszelkiego rodzaju pastach z warzyw strączkowych. Są banalnie wręcz łatwe i szybkie w przygotowaniu. I, co ważne, mogą pomóc przekonać do fasoli, grochu, soczewicy, ciecierzycy te osoby, które za strączkami nie przepadają lub zarzucają im ciężkostrawność. Dodatek różnych przypraw i ziół oraz postać (zmiksowana) znacznie ułatwiają trawienie.

Wywiad z autorką Sztuki prostoty

Wywiad z Dominique Loreau znalazłam już dość dawno, dzięki blogowi minimalistyczna droga. Chciałam się nim podzielić także z Wami, potrzebna była tylko wolna chwila na jego przetłumaczenie. Zapraszam do lektury, w ten deszczowy weekend, ciekawe, jak Wam się spodoba?
Wersję francuskojęzyczną znajdziecie tutaj, jeśli wolicie czytać w oryginale.
Dominique LoreauSztuka prostotyBobby Lœwenstein (tłumaczenie Anna Mularczyk-Meyer)
Tak wiele moglibyśmy zyskać, żyjąc skromniej. Jednak posprzątanie w domu, szafach, terminarzu, a nawet w notesie z adresami to za mało. Trzeba także oczyścić swój umysł. Dominique Loreau, Francuzka zakochana w Japonii, opowiada nam o swojej metamorfozie pod wpływem estetyki zen.
Oczyść swój dom! Opróżnij szafy! Zrezygnuj z kompulsywnych zakupów! Jedz skromniej! Pozbądź się ton zbędnych przedmiotów, które przeszkadzają ci żyć! Polecenia Dominique Loreau brzmią niemal jak rozkazy. Jednak nie wynika to z apodyktycznego usposobienia, lecz z faktu, że z chwilą, gdy odważyła…

Z lateksem jej do twarzy

Rok temu próbowałam wystartować z blogiem kulinarnym. Okazało się jednak, że nie sposób prowadzić dwóch blogów, pisać książki oraz oprócz tego prowadzić tzw. normalne życie i nie dostać zadyszki. A jak wiecie,  zadyszki mieć nie lubię. Nie lubię też się rozpraszać. 
Postanowiłam więc zamknąć Zupę z gwoździa. Za to te kilka przepisów, które tam się znalazły, umieszczę tutaj, prostota w kuchni jest też przecież istotna, w zamyśle Prosty blog jest otwarty na wszelką tematykę, na wszystko, co mnie i Was może ciekawić, od spraw wręcz zasadniczych aż po te niezbyt poważne. Rozmawiamy czasem o fatałaszkach, możemy rozmawiać o gotowaniu, jedzeniu, degustowaniu. Tym bardziej, że gotowanie i jedzenie moim zdaniem są ważniejsze niż szmatki. Łatwiej będzie mi od czasu do czasu dzielić się z Wami ulubionymi prostymi potrawami tutaj niż silić się na prowadzenie dwóch blogów jednocześnie ze względną regularnością i przyzwoitym zaangażowaniem.
Dzisiaj, póki jeszcze trwa sezon na pokrzywę, przywołuję pr…

Mamo, gdy będę duża, zostanę świnką morską!

Gdy zastanawiałam się nad tym, co minimalista/osoba żyjąca prostym życiem mogłaby przekazać swoim dzieciom, przyszło mi do głowy, że należałby raczej zacząć od tego, czego dorośli mogą nauczyć się od dzieci. Sporo jest przecież takich cech i zachowań, które są całkowicie naturalne w dzieciństwie, a z czasem i wpływem otoczenia łatwo się je traci. 
W komentarzu Synafia napisała tak: minimalizm czyli życie proste i sycące samym faktem istnienia (czy dobrze rozumiem?), ten minimalizm przyszedł do mnie sam razem z dziećmi właśnie. To one uczą mnie „bycia tu i teraz”. To z nimi odkryłam radość z leżenia na podłodze i machania nogami, z patrzenia przez okno, z siedzenia na trawie, z sycenia się samą obecnością kochanych osób. W tym sensie ja sama nie mogłabym zbliżyć się nawet do minimalizmu, gdyby nie dzieci.

Minimalistów znajduje się w kapuście

Zaczęliśmy ostatnio rozmowę o tym, co oznacza minimalizm w wychowaniu dzieci i czy można pogodzić to podejście z życiem licznej rodziny. Wasze reakcje na wpis potwierdziły moje wcześniejsze przekonanie, że jedno drugiemu wcale nie przeszkadza. Myślę, że często spotykana opinia, jakoby tak było, wynika z zastosowania skrótu myślowego, który stawia minimalizm w opozycji do przedmiotów i tendencji do ich chomikowania, nadmiernego gromadzenia. A przecież rezygnacja z kumulowania zbędnych rzeczy wokół siebie to tylko jeden z przejawów tego sposobu myślenia.

Minimalista z szóstką dzieci

Pisałam już kiedyś, że jako osoba bezdzietna nie chcę wypowiadać się na temat aspektów minimalizmu w życiu rodziny z dziećmi. Wczorajsza lektura skłoniła mnie do zmiany zdania. Jednak zanim przejdziemy do meritum małe wprowadzenie.
Jakaż to książka? Książka - to za dużo powiedziane. Książeczka Lea Babauty Minimalizm. Żyj zgodnie z filozofią minimalistyczną, przetłumaczył ją na polski Paweł Kata, wydało w wersji papierowej, audio i cyfrowej wydawnictwo Złote myśli. Nazywam ją książeczką, bo jej przeczytanie nie zajęło mi nawet godziny. Dostałam ją w prezencie od pewnej bardzo życzliwej osoby, więc dlatego też postanowiłam się z nią zapoznać, pomimo tego, że od dawna nie czytam blogów Lea ani jego książek.

Pisze się

Nieco rzadziej pojawiam się tu ostatnio. Nie dlatego, że nie mam weny ani chęci (jedno i drugie jest, w odpowiedniej ilości), lecz z powodu pochłaniającej mnie pracy nad książką o minimalizmie. Wiele osób pyta mnie o postępy, więc zdam Wam relację ze stanu zaawansowania robót. I przecież obiecałam w styczniu, że powiem Wam, z jakim wydawnictwem podjęłam współpracę.

Bimbam sobie, bim bam

Pytałam Was niedawno o ideał prostego życia. W rewanżu winna Wam jestem moją definicję tego ideału. Właściwie można go ująć w jednym krótkim zdaniu:
NIC NIE MUSZĘ. 
Taka jest moja codzienność. Naprawdę nic nie muszę. Wyeliminowałam ze swojego życia wszelkie musy. Bo szkoda mi na nie czasu i sił.

Lekcja

Jestem z powrotem w domu. Wyjazd trwał zaledwie parę dni, ale był bardzo znaczący. 
Niby tylko spotkanie rodzinne, kilka wizyt, parę spacerów, odwiedziny na cmentarzu, mnóstwo przegadanych godzin z krewnymi, bliższymi i dalszymi. Analizowanie drzewa genealogicznego, stare fotografie, pożółkłe i wyblakłe, wycinki z gazet i postrzępione dokumenty, a jednocześnie teraźniejszość, tu i teraz, historia i współczesność ramię w ramię. Powstania, wojny, wysiedlenia, cudowne uratowania od śmierci i młode życie poświęcone dla innych. Ułani, mezalianse, szalone miłości i dramaty, konflikty, nieszczęścia. Nieślubne dzieci, notoryczni kłamcy, ale też bohaterowie. Parę historii zupełnie jak z filmu czy kart romantycznej powieści. 
Poznając rodzinną historię, jednocześnie poznawaliśmy siebie samych i siebie nawzajem. Odnajdując w sobie zarówno słabości naszych przodków, jak i ich przymioty, zmieszane w niezwykłym koktajlu. Zaśmiewając się z opowieści o dawno zmarłych krewnych, a czasem ocierając łzę…

Ideał prostego życia

W tym tygodniu korzystam z uroków życia wolnego strzelca i odwiedzam bardzo kochaną Rodzinę na drugim końcu Polski, więc nowy pełnowymiarowy wpis napiszę dopiero po powrocie do domu.

Zadam więc Wam na poczekaniu pytanie, może znajdziecie chwilę na odpowiedź. Jak jest Wasz ideał prostego życia? Co dzieli Was na co dzień od tego ideału? A może ideał stał się rzeczywistością?

Pozdrawiam słonecznie!

Domowe spa i salon piękności

Rozmawiałyśmy ostatnio z koleżankami na temat samodzielnego dbania o urodę. Zastanawiałyśmy się nad tym, jakie zabiegi jesteśmy zrobić same w domu, a kiedy musimy korzystać z pomocy fachowców. Jedna z dziewcząt przytoczyła przykład swojej znajomej, starszej już pani, która od lat samodzielnie się strzyże i farbuje włosy, z doskonałym efektem. I zawsze wygląda nienagannie. Wspomniała także o innej koleżance, która z kolei nauczyła się utrzymywać w nienagannej formie tzw. boba, fryzurę, która wymaga częstej interwencji fryzjera. 
Okazało się, że poziom naszej urodowej samodzielności jest różny. Niektóre dziewczyny farbują włosy w domu, same robią sobie manikiur i pedikiur, peelingi i maseczki, regulują brwi i oczyszczają cerę. Inne zaś wolą oddać się w ręce profesjonalistów i nie wyobrażają sobie, by miały nauczyć się podcinać nawet grzywkę czy nadawać kształt brwiom.
Zastanawiałam się, na ile jestem samodzielna w tej dziedzinie.

Recepta na urodę

Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jest to jasne. Co robić, żeby dobrze wyglądać i dobrze czuć się w swojej skórze, a nie musieć spędzać zbyt wiele czasu na dbanie o siebie, o swoje ciało i o garderobę? Odpowiedź jest banalnie prosta:
Poznać siebie. 
Co zabawne, to recepta nie tylko na dobry wygląd. Także na osiągnięcia zadowolenia z życia jako takiego. Bo przecież gdy wiesz, czego potrzebujesz, kim jesteś, o czym marzysz, czego pragniesz, co lubisz, łatwiej wyeliminować to, co do pragnień, marzeń, upodobań i potrzeb nie pasuje, a w zamian zastąpić te elementy innymi, odpowiednimi.
Co oznacza poznanie siebie w kontekście ciała, szafy i urody? Przede wszystkim zadanie sobie wielu pytań,  a poza tym często stosowanie metody prób i błędów.

Uwalnianie przestrzeni

Małe wyjaśnienie Wam się należy, dlaczego na razie nie widać nowych (a wyczekiwanych) wpisów z cyklu urodowego. Korzystając z wybuchu wiosny i nadejścia ładnej pogody, realizuję plany związane z przemeblowaniem i miniremontem, o których pisałam w marcu. Czyli też skupiam się na urodzie, tyle że tym razem nie swojej, lecz otoczenia. Wywędrowało z mieszkania parę sporych mebli, przede wwszystkim legendarny już regał na książki (pamiętacie, to ten, który kiedyś mieścił całą naszą domową biblioteczkę). Dzięki temu odzyskaliśmy całkiem duży kawałek przestrzeni, gdzie teraz będzie można wypoczywać, czasem pracować, czasem przyjmować gości.  Najpierw jednak trzeba całe wnętrze odświeżyć, ujednolicić kolorystykę, słowem, uporać się z malowaniem, zanim nadejdą znów jakieś opady.  Podejrzewam jednak, że Wy także korzystacie z wiosny i nie macie czasu na czytanie i przesiadywanie w internecie. Tak czy owak, remont nie będzie trwał wiecznie, wracam niedługo!

Minimalistki w Twoim Stylu

Wiosna jakby bardziej... Nie sądzę więc, byście spędzali weekend przed komputerami. Ja wreszcie mogłam zabrać się za zapowiadane malowanie ścian przed zakończeniem przemeblowania, ale na chwilę odrywam się, by zaprosić Was, jeśli wpadnie Wam to czasopismo w ręce, do zajrzenia do miesięcznika „Twój Styl”. A w nim reportaż Minimalistki, pióra Natalii Kuc,w którym przeczytacie o Urszuli Wojciechowskiej i o mnie. Pozdrawiam i życzę miłej soboty!

„Kobiety ceni się za urodę, mężczyzn za cień od rzęs długich

... a poetów za to, że w słowie kryją ptactwo wzruszeń seledynowych”. Tak pisała Halina Poświatowska. Przez długi czas bardzo buntowałam się przeciwko temu, że my, kobiety, jesteśmy tak często oceniane głównie na podstawie naszego wyglądu, a dopiero w drugiej kolejności w kategoriach zalet charakteru i inteligencji. Irytowało mnie to, że pięknej kobiecie wybacza się nawet głupotę, pustotę i wredotę. A brzydkiej przypisuje wszelkie możliwe wady, także wyimaginowane. 
Jednak buntowanie się nie zmieni tego faktu. Ludzie zwracają uwagę na wygląd innych, oceniają ich na jego podstawie, a podświadomie przypisują ładnym osobom pozytywne cechy (np. dobroć, inteligencję). Wprawdzie w bajkach dla dzieci znajdziemy przykłady pięknych i złych wiedźm lub królowych, lecz o wiele częściej występują w nich śliczne i dobre panienki, księżniczki i wróżki. Programowanie od dzieciństwa? A może odzwierciedlenie odwiecznych przyzwyczajeń do klasyfikowania ludzi według takiego właśnie klucza?

Próżna hedonistka

Dzisiaj takie małe wprowadzenie do planowanych wpisów o ciele, szafie, o dbaniu o siebie, o kobiecości, bo niemal za każdym razem, gdy poruszam taką tematykę, prędzej czy później ktoś mnie beszta i strofuje, że za dużo już o szafie, że ileż można, że zajmowanie się ciałem i strojami to próżność, że prawdziwe piękno bierze się z wnętrza, że o ciele należy zapomnieć i pielęgnować jedynie ducha.... 
Nie odpowiada mi takie podejście. Dla mnie człowiek, niezależnie od płci, jest całością. Duchem, umysłem, ciałem. I moim ideałem jest osoba, która w równym stopniu dba o swoją powłokę zewnętrzną, jak i o swoje wnętrze. O estetykę i dobre samopoczucie ciała, o czyste i piękne myśli, o żywe emocje, o relacje z innymi, o to, by kochać.
Tym bardziej, że ciało i duch są przecież ściśle ze sobą powiązane. Fajnie pisze o tym Haeffect w tym wpisie. Jedno może oddziaływać na drugie, i odwrotnie.

Tak wiele serc ku Tobie biegnie...

W założeniu miał to być długi i przegadany wpis. Miałam Wam szczegółowo opowiedzieć historię swoich poszukiwań religijnych. O tym, jak moi Rodzicie, chociaż sami odeszli od Kościoła, postanowili dać nam jednak możliwość poznania wiary katolickiej, abyśmy miały prawo wyboru. Jak przygotowali nas do sakramentów, nauczyli modlitw i katechizmu. Jak pomimo tego jako nastolatka stwierdziłam, że nie jestem w stanie zaakceptować prawd wiary ani kościelnych dogmatów. 
Nie udało mi się uwierzyć ani w Niepokalne Poczęcie, ani w boską naturę Chrystusa, ani w Trójcę Świętą, ani w zbawienie, ani w wieczne potępienie. Ani w grzech pierworodny. Ani jakiekolwiek wniebowzięcia i wniebowstąpienia. Ani w to, że trzeba było śmierci Chrystusa na krzyżu, aby odkupić grzechy ludzi. Ani w to, że ośmioletnie dzieci muszą spowiadać się, aby mogły być godne przyjąć Boga do swojego serca. Ani w to, że Bóg wymaga nieustannych hołdów i czołobitności, ofiar i poświęceń. Ani w niebo, piekło, czyściec i Sąd Ostateczny.…

Życzeń nie będzie

Jeszcze dzisiaj życzeń nie będzie. W ramach ostatnich porywów aktywności zawodowej przed Świętami oprowadziłam grupę przemiłych Meksykanów po wszystkich zakarmarkach naszego szanownego wawelskiego Zamku, teraz jeszcze małe sprzątanie. Ale jutro będą i życzenia, i nowy wpis. Tym razem mój. O sprawach ducha, lecz zdecydowanie w innym... duchu niż ostatnio. 
Do jutra więc!

Odchudzanie po Świętach jest do d...

Chociaż coraz trudniej w to uwierzyć, wiosna jest już niedaleko. W ramach wpuszczenia odrobiny świeżego powietrza na blog dzisiaj publikuję wpis gościnny Dariusza Michalca, którego przedstawiałam Wam już przy okazji zaproszenia na warsztaty Action in Mind. Pomysł na wpis powstał przy okazji naszej niedawnej rozmowy o tym, jak to po Wielkiejnocy wiele osób przypomina sobie o odchudzaniu (z zamiarem wyrzeźbienia sylwetki przed latem i wyjściem na plażę). Oddaję głos Darkowi:

Odchudzanie po Świętach jest do d...

Autor: Dariusz Michalec


Zacznijmy od puenty: To może boleć, ale jeśli po Świętach odczuwasz gwałtowną potrzebę odchudzania, to najprawdopodobniej nie jest to związane ze świątecznym nadużyciem jedzenia. O nie… Sprawa została zawalona dużo wcześniej. Niestety, po prostu, masz nadwagę. Porównaj – ile kilogramów pokarmu Twój organizm wchłoną w świąteczne dni, a ile faktycznie należałoby zgubić. Jest jednak dla Ciebie (i dla mnie) nadzieja i nie wiąże się ona bezpośrednio z przechodzeni…

Inspiracja jest w Tobie, inspiracja jest we mnie

Gdy rzucicie okiem na chmurę tagów po prawej stronie, zobaczycie tam między innymi tłuściutką i zadowoloną z siebie etykietę INSPIRACJE. Dowód na to, że często odwołuję się do tego pojęcia. Lubię je,  lubię się nim posługiwać. 
Modnie jest być inspirującym i zainspirowanym, poszukiwać inspiracji i dzielić się nimi. Właściwie dotyczy to każdej dziedziny: urządzania wnętrz, kulinariów, pieczenia chleba, wychowywania dzieci, pracy, aktywności fizycznej, ogrodnictwa, rękodzieła, prezentów, mody, diet, fryzur, makijażu, majsterkowania, zarządzania sobą w czasie. I jeszcze wielu innych spraw, większych, mniejszych i całkiem malutkich. 
Dzięki internetowi i środkom przekazu mamy bardzo szeroki dostęp do pomysłów innych ludzi oraz do materiałów dotyczących sposobów wdrażania tych pomysłów w życie. I wygląda na to, że wiele osób od nieustannego gromadzenia źródeł inspiracji wręcz się uzależniło.

Mieszkanie jak z gumy

Przekonywałam Was niedawno, że niewielkie mieszkanie czy mały dom wcale nie muszą być niewygodne i nie zawsze trzeba dążyć za wszelką cenę do ich zamiany na większy metraż. Na pewnych etapach życia mogą być wygodnym i praktycznym rozwiązaniem. Wiele jednak zależy od sposobu ich urządzenia. 
Wyjaśnijmy sobie od razu jedną sprawę. Jak zauważyła jedna z Czytelniczek, żadne sztuczki nie pomogą, jeśli nasza przestrzeń życiowa jest zdecydowanie za mała w stosunku do naszych potrzeb. Nie ma cudów, kawalerka zawsze pozostanie kawalerką, a z kilkunastu metrów nie zrobi się kilkudziesiąt. We wcześniejszym wpisie moją intencją nie było zachęcanie Was do gniecenia się w sześć osób na 20 metrach kwadratowych, lecz pokazanie, że metraż to nie wszystko. A najważniejsze jest dostosowanie tego metrażu do swoich rzeczywistych potrzeb i planów. Gdy rodzina się powiększa, przez pewien czas można wytrzymać  na mniejszej przestrzeni, pomagając sobie przemeblowaniami i gruntownymi porządkami, ale prędzej c…