Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z styczeń, 2013

Z durszlakiem po informacje

Czy warto stosować dietę informacyjną? Co to w ogóle takiego, ta dieta? Mówiąc w skrócie, polega na odcięciu się od wszelkich gazet, serwisów i portali informacyjnych, programów informacyjnych. Jej zwolennicy zalecają rezygnację z oglądania telewizji, czytania prasy, słuchania radia oraz ograniczenie odwiedzin portali społecznościowych. Wychodzą z założenia, że większość docierających do nas informacji nie ma większego znaczenia i często są one sztucznie rozdmuchanymi przez dziennikarzy niusami. 
Jej przeciwnicy oburzają się, że tak nie można. Bo obywatel niepoinformowany jest nieświadomy. Ciemny jak tabaka w rogu. Daje sobą manipulować, bo cierpi na niewiedzę. A przecież naród i bez diety informacyjnej jest niedouczony. Społeczeństwo informacyjne. Kto nie posiada aktualnych informacji, ten wypada z obiegu. Trzeba być na bieżąco, i już. 
To co w końcu: fajnie jest być na tej diecie czy niefajnie?

Przegapić koniec świata, śmierć pingwina oraz rozwolnienie księżnej Em

Temat diety informacyjnej od czasu do czasu przetacza się przez blogi związane z minimalizmem. I zwykle budzi sprzeczne reakcje, bo jedni zachwalają dobrodziejstwa odcięcia się od natłoku informacji, inni oburzają zaś, że nie można tak dobrowolnie skazywać się na niewiedzę.
Po moim ostatnim wpisie Strach przed przegapieniem, jak zawsze czujna Minimal plan podesłała mi łącze do artykułu na ten sam temat. Bardziej niż sam tekst spodobał mi się jeden z komentarzy pod nim, o radości z przegapienia: Jest też JOMO - joy of missing out - o którym autor nie wspomniał. Nie sprzyja politycznemu zaangażowaniu, ale uwalnia głowę od nadmiaru informacji. Dowiedzieć się o śmierci Whitney Houston po pół roku - bezcenne!

Offline dla higieny

Pisałam ostatnio o zachwycie możliwościami, jakie daje nam technologia, o tym, jak cieszy mnie korzystanie z tak zwanych zdobyczy cywilizacji, takich jak internet czy telefon komórkowy. Jednocześnie wspominałam, że fascynacja cudami techniki, jeśli nie jest kontrolowana, może przerodzić się w nałóg, w uzależnienie. 
Was, Czytelników Prostego blogu, raczej przed takimi zagrożeniami nie trzeba ostrzegać, z tego co wiem. Ja sama nie obawiam się również o to, że któregoś dnia zabraknie mi wspomnianego w komentarzach do poprzedniego wpisu dystansu i umiaru. Wątpię, bym miała uzależnić się od telefonu komórkowego, komputera czy jakiegokolwiek innego urządzenia. 
Jednak im więcej, im częściej korzystam z rozmaitych urządzeń elektronicznych, tym bardziej staram się  stosować pewne zasady higieny umysłowej. Takie informatyczno-komunikacyjne BHP. 
Podstawową zasadą cyfrowego BHP jest zachowanie umiejętności życia i bycia OFFLINE.

Strach przed przegapieniem

Ludzie pędzą w zupełnie różnych, czasem wręcz przeciwnych sobie, kierunkach, nie zastanawiając się przy tym, gdzie one prowadzą. Nie myślą. Chcą jedynie zrobić wszystko, być wszędzie, wszystko wiedzieć i widzieć. Jednak przy obecnej, niespotykanej dotąd, szybkości świata jest to niewykonalne. Era cyfryzacji zdążyła wytworzyć już w człowieku coś takiego jak FOMO (Fear of Missing Out), czyli strach przed przegapieniem. Niemal wszyscy, mając dostęp do najnowszych technologii, chcą być na bieżąco ze wszystkim. Sposób używania smartphone'ów przez niektórych najlepiej to chyba obrazuje. Tak jeden z Czytelników, Marcin, skomentował mój niedawny wpis o zachłanności na życie. Bardzo trafne spostrzeżenie, które potwierdzają także moje własne obserwacje. I samej siebie, i ludzi z otoczenia. Wy pewnie też to znacie, być może z własnego albo cudzego doświadczenia.
Jeszcze nie tak dawno telefony komórkowe i internet były nowinkami, luksusem dla nielicznych. W bardzo krótkim czasie stały się dla…

Nienasycenie

W ostatnim wpisie opowiedziałam Wam o zachłanności na życie. O tym, że jest (raczej było) we mnie wielkie pragnienie poznania, zrobienia, zobaczenia, przeżycia. Jak najwięcej, jak najmocniej. Chciwość wrażeń. Nienasycony apetyt. 
Słusznie zauważyliście w komentarzach, że nie da się przeżyć i zrobić WSZYSTKIEGO. Trzeba mieć świadomość ciągłej konieczności dokonywania wyborów. Zajęć, kierunków rozwoju, aktywności, rodzaju i ilości wrażeń. Ogranicza nas czas, ograniczają możliwości finansowe, siły fizyczne i psychiczne. Ale czy to jedyne granice? 
Zastanawialiście się kiedyś nad tym, skąd w nas, ludziach ze strefy, którą umownie nazwijmy krajami rozwiniętymi, tak ogromne pragnienie ciągłych nowych bodźców, coraz mocniejszych, coraz bardziej kolorowych i pachnących? Czemu wciąż chcemy pochłaniać więcej i więcej?

Zachłanność na życie

Chciałabym.
Zrobić jak najwięcej. Przeżyć jak najwięcej. Zwiedzić cały świat, każdy najdalszy zakątek. Ciągle się bawić. Ale też i pracować jak najwięcej, lubię swoją pracę. Spać, dużo spać. Wylegiwać się godzinami w kąpieli. Kochać się często i długo. 
Poznać jak najwięcej fajnych ludzi i spędzać z nimi dużo czasu. Rozmawiać z nimi na każdy temat.
Przeczytać wszystkie ciekawe i zabawne książki świata. Zobaczyć wszystkie obrazy warte zobaczenia. Wysłuchać wszystkich pięknych utworów, jakie kiedykolwiek skomponowano. Spróbować wszystkich smaków świata. Każdego wspaniałego wina. Obejrzeć każdy mądry film. Te niemądre także. 
Ale przecież nie dam rady. Nawet niewielki ułamek z tego ogromu to już dużo.
Minimalizm jest dla mnie między innymi sztuką panowania nad zachłannością na życie i świat. Bo bardzo jestem na nie zachłanna. Ta chciwość mi szkodzi, gdybym pozwoliła się jej rozwijać, szybko bym się wypaliła, zniszczyła, wytarła. Zostałby po mnie tylko cień. 
Nauka dawkowania sobie tego,…

Klamka zapadła

Dzieliłam się z Wami wczoraj wątpliwościami, jakie miałam w związku z planami wydawniczymi. Dziękuję Wam za wszystkie opinie i wsparcie psychiczne, także to poza blogiem. Nie lubię podejmować ważnych decyzji bez przedyskutowania ich, bo zawsze dobrze jest poznać opinie innych.
Opcja samodzielnej publikacji była bardzo kusząca, ale powiedziałam sobie, że ta możliwość zawsze mi jeszcze pozostanie. Rynek i wachlarz ofert wciąż się rozwijają, być może w przyszłości będzie ich jeszcze więcej niż teraz. 
Jako autorka jestem jeszcze nieopierzonym pisklęciem, szukanie schronienia pod opiekuńczymi skrzydłami wydawnictwa wydaje się więc rozsądnym rozwiązaniem. Pisanie tej pierwszej książki będzie też okazją do nauki i rozwoju, a dotychczasowe doświadczenia życiowe przekonują mnie, że warto korzystać czasem ze wsparcia innych, do czasu gdy samemu nie zbierze się dosyć narzędzi i umiejętności, aż się nie okrzepnie, nie stanie mocno na własnych nogach. Na etapie nauki potrzebna jest też konstrukt…

Rozterki blogerki, być może self-publisherki

Muszę się z Wami podzielić wątpliwością, która zakwitła w nieco ostatnio nadwątlonym dużym zleceniem (instrukcja montażu systemu dźwigów,  czyli, mówiąc językiem potocznym, wind) umyśle. Chodzi o moją książkę o minimalizmie. 
Sprawy mają się tak: od początku planowałam samodzielną publikację (jak mawiają niektórzy, self-publishing). Z wielu powodów. Podoba mi się ta idea. Cieszę się, że dożyliśmy czasów, gdy autor może sam wydać swoją książkę i od niego tylko zależy, czy ludzie ją kupią. A właściwie od samej książki. Jeśli jest dobra, ciekawa, wartościowa, czytelnicy to docenią, a zadowolony czytelnik jest najlepszą reklamą i działem marketingu z możliwych.  Nie trzeba już pukać do drzwi wydawnictwa i modlić się do egzotycznych bóstw oraz poczciwego Pana Boga jednocześnie (dla podniesienia skuteczności), by ktoś zechciał rzucić na nią okiem i zadecydować o losie naszego ukochanego maleństwa, zrodzonego w bólach twórczych. Dzięki internetowi, e-bookom oraz rozmaitym platformom służący…

O minimalistach w Tygodniku Powszechnym

Dzięki pani Beacie Chomątowskiej temat minimalizmu zagościł w dzisiejszym numerze Tygodnika Powszechnego. Polecam Wam tekst Jak dobrze żyć mimo kryzysu: ucieczka z kołowrotka. 

Moim zdaniem cenny, bo wyważony, niepowierzchowny, niepokazujący minimalistów jako nawiedzonych, nieskupiający się tylko na materialnych aspektach tego podejścia. Porządne dziennikarstwo, o jakie coraz trudniej.

Z praktycznego punktu widzenia ważna sprawa: Tygodnik Powszechny jest dostępny także w wersji elektronicznej. Ja ściągnęłam sobie ten numer na mojego Kindle'a.

Minikonkurs - wyniki

Nie spodziewałam się, że dokonanie wyboru spośród Waszych komentarzy w odpowiedzi na pytanie w minikonkursie na wypowiedź o niematerialnych wymiarach minimalizmu będzie aż tak trudnym zadaniem. 
Zamieściliście ich całkiem sporo i każdy jest wart uwagi. Pokazują, że każda osoba zwraca uwagę na nieco inne aspekty prostoty w życiu, ale łączy je wspólny duch: radość życia, spokój, przekonanie, że nie warto tracić czasu i sił na głupstwa.

Dobry leń, zły leń

Na koniec roku pisałam co nieco o lenistwie, w negatywnym znaczeniu tego słowa. Nie oznacza to jednak, że uważam leniuchowanie za coś złego. Wręcz przeciwnie, czasem jest nawet bardzo potrzebne. Ale jak odróżnić dobre lenistwo od złego?
W moim odczuciu negatywną formą lenistwa jest zgnuśnienie, rozmemłanie, taki stan zapleśnienia. Wtedy, gdy pozwalasz swojemu otoczeniu zarastać brudem, popadasz w apatię, gdy zaniedbujesz ważne dla siebie sprawy. Gdy z powodu braku regularnego ruchu coraz mniej ci się chce.

Niematerialne wymiary nadmiaru - konkurs

Pisałam Wam pewien czas temu, że zmęczyło mnie czytanie blogu Lea Babauty oraz książek Dominique Loreau. Wobec tego mogę pozbyć się już tych ostatnich.
Po namyśle stwierdziłam, że zostawię sobie na razie dwie z nich: Sztukę prostoty oraz niedawno wydaną Sztukę minimalizmu w codziennym życiu. Za jakiś czas zajrzę do nich z przyjemnością, bo zawierają sporo ciekawych spostrzeżeń i trafnych uwag, inspirujące cytaty. Chyba że... nie zatęsknię za nimi, wtedy nic nie będzie stało na przeszkodzie, by pozbyć się również ich.
I tu rodzi się szansa dla osób, które chciałyby przeczytać pozostałe dwie, mowa o Sztuce umiaru i Sztuce planowania. Zapraszam do minikonkursu. Autorzy dwóch najciekawszych komentarzy pod tym wpisem otrzymają wspomniane pozycje z mojej biblioteczki.