Przejdź do głównej zawartości

Dobry leń, zły leń

Na koniec roku pisałam co nieco o lenistwie, w negatywnym znaczeniu tego słowa. Nie oznacza to jednak, że uważam leniuchowanie za coś złego. Wręcz przeciwnie, czasem jest nawet bardzo potrzebne. Ale jak odróżnić dobre lenistwo od złego?

W moim odczuciu negatywną formą lenistwa jest zgnuśnienie, rozmemłanie, taki stan zapleśnienia. Wtedy, gdy pozwalasz swojemu otoczeniu zarastać brudem, popadasz w apatię, gdy zaniedbujesz ważne dla siebie sprawy. Gdy z powodu braku regularnego ruchu coraz mniej ci się chce. 

Czasem taka niemoc bywa także objawem przemęczenia i braku równowagi w życiu. Gdy wymagasz od siebie za dużo, zwłaszcza w pracy czy nauce, narzucasz sobie zbyt szybkie tempo, zachowujesz się jak osoba niezastąpiona. Biegasz ciągle w kółko jak przysłowiowy kot z pęcherzem, a gdy nadchodzi chwila wytchnienia: weekend, urlop, dzień wolny, a nawet wolne popołudnie, czujesz się sflaczały i cierpisz na całkowitą niemoc. Ani rączką, ani nóżką. Łapiesz lenia, ale ten leń jest bardzo ważnym sygnałem. Niewłaściwie rozkładasz sobie zajęcia, nie dbasz o higienę umysłu i ciała, robisz zbyt wiele, nie dając swojemu ciału i umysłowi tego, czego potrzebują. Ciało potrzebuje (między innymi) regularnego snu, wartościowych posiłków o stałych porach, świeżego powietrza i ruchu. Umysł zaś przede wszystkim wymaga od czasu do czasu odpoczynku, symbolicznego przewietrzenia, w naszych okolicznościach cywilizacyjnych potrzeba mu po prostu zmniejszenia ilości atakujących go bodźców, przerwy w tej ciągłej męczącej stymulacji. Od hałasu, nieustannych wiadomości, natłoku informacji płynących wszystkimi możliwymi kanałami, zadań, obrazów i dźwięków.

Gdy nie dbasz o równowagę w życiu, brak energii i sił do przełamania niemocy może być oznaką, że przeciążasz swój system. Co prędzej czy później doprowadzi do opłakanych skutków, w różnych dziedzinach. 
Takie rozmemłanie dopada Cię czasem w chwilach, gdy właśnie najbardziej przydałaby się energia. I nie daje żadnej przyjemności, tylko poczucie, że jest się do niczego. Nie daję rady, taki ze mnie mięczak... Nie, nie jesteś mięczak, tylko jesteś zajechany, jak koń po westernie.

No dobra, mamy złego lenia. A czym dla mnie jest dobre lenistwo? To świadoma bezczynność. Czas, gdy nie wykonujesz żadnej aktywności, jedynie cieszysz się swoim istnieniem. 

Wyobraź sobie, że leżysz na łące w letni dzień i gapisz się na niebo, obserwujesz przepływające chmury, słuchasz śpiewu ptaków. Dmuchawce, latawce, wiatr... Przyjemnie, prawda? Albo siedzisz sobie na tarasie, bądź na szczycie góry albo na brzegu morza i tak sobie jesteś. Pozwalasz myślom błądzić swobodnie, nie myślisz o pracy, o tym, co masz jeszcze do zrobienia. Marzysz o niebieskich migdałach, unosisz się pośród świata. Nie zastanawiasz się nad tym, która godzina i gdzie musisz być za pół godziny.

Moim osobistym ideałem w dziedzinie „dolce far niente” są koty. Lubię podpatrywać naturę, nie tylko zwierzęta, ale właśnie u kotów najbardziej podoba mi się to, że potrafią być czasem bardzo aktywne (zwłaszcza te, które nie są ciągle zamknięte w czterech ścianach), polują, biegają, bawią się, a potem godzinami cieszą się plamą słońca, w której siedzą sobie, czasem drzemiąc, czasem przyglądając się spod półprzymkniętego oka otaczającemu je światu. I jest im dobrze.

Pozytywne lenistwo może też oznaczać spędzanie czasu na tak zwanych zwolnionych obrotach, w miłym towarzystwie. Leniwa sobota lub niedziela, snucie się w piżamach i szlafrokach do południa, albo i dłużej, wspólne przygotowywanie śniadania w porze bliższej obiadowej. Albo wieczór na kanapie, pod kocem, z herbatą lub winem, oglądanie niezbyt ambitnych, ale za to zabawnych filmów. 

W mojej opinii z takiego lenistwa nie należy rezygnować ani też nie ma co go u siebie zwalczać. To nie zgnuśnienie i rozmemłanie, tylko czas odpoczynku, rozluźnienia, radości. I fajnie jest, gdy potrafi się zachować równowagę pomiędzy aktywnością a jej brakiem. 

Macie jakieś ulubione formy słodkiego nicnierobienia?

Popularne posty z tego bloga

Uniform minimalistki

Temat osobistego uniformu obracam w głowie już od kilku lat, co najmniej. Jednak jeszcze do niedawna nie czułam się gotowa na to, by ostatecznie zdefiniować go dla siebie. Owszem, wiedziałam, że ciągnie mnie w tym kierunku i że coraz bardziej zbliżam się do wprowadzenia go w życie na co dzień. Jednak jeśli obserwowaliście, być może, moje materiały o kolorowej szafie minimalistki na YouTube, w cyklu, w ramach którego zaprezentowałam całą swoją kapsułową garderobę na wszystkie pory roku, mogliście zauważyć, że wprawdzie mój styl i zestawy ubraniowe były już dość wyraziste i powtarzalne, trudno było by nazwać je uniformem. 
Tak jednak się złożyło, że w międzyczasie zmieniłam tryb życia poprzez powrót do oprowadzania po Krakowie (już nie tylko po Wawelu, jak było parę lat temu), więc o wiele częściej wychodzę pracować poza dom. Oczywiście wymusiło to dostosowanie zawartości szafy i pewne jej uzupełnienia. A jednocześnie kilka ubrań z niej wywędrowało. Z powodu zużycia, ale też zmian w mo…

Minimalizm na Nowy Rok - postanowienia

Nie podejmuję noworocznych postanowień, mówiłam już o tym wielokrotnie. Wolę wprowadzać zmiany wtedy, gdy czuję się do nich gotowa, w dowolnym momencie roku. Nie czekam ze swoimi osobistymi zobowiązaniami do poniedziałku czy pierwszego dnia miesiąca. Od dawna uważam, że początek stycznia jest nienajlepszym momentem na takie działania, bo to czas zimowej ciemnicy, często depresyjnej aury i innych nieprzyjemnych okoliczności. Nie znaczy to jednak, że nie kibicuję osobom, które podejmują noworoczne próby zmiany nawyków. Zawsze warto pracować nad sobą i ulepszaniem swojej codzienności. 
Oto więc kilka moich propozycji na plan zmian/postanowienia noworoczne. Oczywiście można je wykorzystać także w innym czasie, ale można też wdrożyć je, czyniąc użytek z energii, jaką daje ten symboliczny nowy początek, jakim jest pierwszy dzień roku. 
Ważna uwaga na początek: moim zdaniem lepiej jest nie stawiać sobie zbyt ambitnych celów i wprowadzać jednocześnie ostrych restrykcji w wielu dziedzinach ży…

Dziesięć lat z minimalizmem

Za długo mnie tutaj, na blogu, nie było. Powodów ku temu było wiele, nie będę po raz kolejny się tłumaczyć. Jeśli czytasz te słowa, prawdopodobnie chociaż trochę mnie lubisz, więc po prostu przepraszam cię za tę ciszę. Trudno wrócić po tak długiej przerwie, ale jest tylko jeden sposób, by tę trudność przełamać. Usiąść i napisać. 
Mija 10 lat od mojego pierwszego zetknięcia się z koncepcją minimalizmu. Nie sądziłam wtedy, że dekadę później będę go nadal stosować. Co więcej, nawet nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek poczuję się minimalistką. Od tamtego czasu bardzo wiele w moim życiu się zmieniło. Właściwie pod każdym względem na lepsze. Jeśli śledzisz mojego bloga lub kanał, znasz już dobrze historię tych zmian, nie będę więc tym razem opowiadać tej historii po raz kolejny. 
Nie zastanawiam się, co będzie za kolejne 10 lat. Jaka będę, gdzie i jak będę żyć? Tego nie wie nikt. Być może nie będzie mnie już wśród żywych. Tego też nie wiadomo. Nie ma to zresztą żadnego znaczenia dla teg…