Przejdź do głównej zawartości

Niematerialne wymiary nadmiaru - konkurs

Pisałam Wam pewien czas temu, że zmęczyło mnie czytanie blogu Lea Babauty oraz książek Dominique Loreau. Wobec tego mogę pozbyć się już tych ostatnich.

Po namyśle stwierdziłam, że zostawię sobie na razie dwie z nich: Sztukę prostoty oraz niedawno wydaną Sztukę minimalizmu w codziennym życiu. Za jakiś czas zajrzę do nich z przyjemnością, bo zawierają sporo ciekawych spostrzeżeń i trafnych uwag, inspirujące cytaty. Chyba że... nie zatęsknię za nimi, wtedy nic nie będzie stało na przeszkodzie, by pozbyć się również ich.

I tu rodzi się szansa dla osób, które chciałyby przeczytać pozostałe dwie, mowa o Sztuce umiaru i Sztuce planowania. Zapraszam do minikonkursu. Autorzy dwóch najciekawszych komentarzy pod tym wpisem otrzymają wspomniane pozycje z mojej biblioteczki. 


A czego mają dotyczyć komentarze? Skoro tyle ostatnio mówi się o materialnych aspektach minimalizmu, na przekór mediom pomówmy o całej reszcie. Czyli o tym, w jakich dziedzinach, oprócz pozbywania się przedmiotów, udało się Wam jeszcze zastosować to podejście, czym się to objawia, jakie były czy są tego efekty? Gdzie dostrzegliście nadmiar w swoim życiu? Albo gdzie go jeszcze dostrzegacie, a nie wiecie, jak sobie z nim poradzić. 

Porozmawiajmy o innych niż materialne wymiarach prostoty, mówiąc w skrócie.

Najciekawsze wypowiedzi wybiorę spośród komentarzy zamieszczonych pod niniejszym wpisem od dzisiaj do niedzieli 6 stycznia włącznie. Autorzy wybranych komentarzy otrzymają książki Dominique Loreau Sztuka umiaru i Sztuka planowania. Proszę na końcu komentarza umieścić w nawiasie literę (p), jak planowanie, lub (u), jak umiar, jako sygnał, która z nagród by Was bardziej interesowała. W przypadku braku takiego znaku uznam, że autor lub autorka z chęcią przyjmie którąkolwiek z nagród. 

Zapraszam do wypowiedzi!

Komentarze

  1. (p)Inny niż materialny wymiar prostoty to umiejętność aktywnego słuchania innych ludzi, dawanie im szans na wypowiadanie się.
    Rozumne słuchanie a nie paplanie i nadmiar w słownictwie (bez potrzeby) to również wymiar prostego, wyrafinowanego życia.
    Rozmawianie i opowiadanie w sposób prosty, inteligentny to właśnie jest inny wymiar minimalizmu niematerialnego.
    mam nadzieję, że przedstawiłam swoją myśl w sposób zrozumiały.
    pozdrawiam
    K.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdy otaczają nas ludzie, którzy nie rozwijają się a my chcemy inaczej. Gdy rozmowy są prostackie zamiast proste. Gdy spotykając się z kimś ciekawym nie potrafimy powiedzieć zdania na temat. I wiemy o tym. Nadszedł czas na Rozwój. Nauka, poznawanie, wybieranie tych ludzi, którzy nie marnują naszego czasu. Dla mnie właśnie szacunek dla mojego czasu i niemarnowanie możliwości umysłu to niematerialny wymiar prostoty. Trzeba myśleć. (P)

    OdpowiedzUsuń
  3. Od jakiegoś czasu wprowadzam w mojej rodzinie prostotę w jedzeniu. Wcześniej chciałam stworzyć niesamowite danie z niesamowicie wielkiej ilości składników, pomijając fakt wielkości porcji, która do małych nie należała. Teraz jemy małe porcje smacznych dań, które tworze z kilku składników. Widzę w tym same korzyści. Mało składników, więc można zainwestować w składniki dobrej jakości, dzięki temu jemy zdrowo. Mniej czasu spędzonego w kuchni za to więcej z rodziną. Kocham gotowanie, ale bardziej kocham moją rodzinę. Wszyscy są szczęśliwi.
    Pozdrawiam
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaprowadzanie porządku w kontaktach towarzyskich było zadaniem niewdzięcznym, bo wymagało sporych nakładów delikatności i uprzejmości w obyciu z ludźmi, ale i odwagi. Z łatwością przyszło mi wykonanie czystek personalnych na portalach społecznościowych, gdzie gromadziłam tłumnie znajomych, a raczej osoby znane z imienia i nazwiska. Wiele mówi się w dzisiejszych czasach o potrzebie „wyrabiania sobie kontaktów” i uzyskiwaniu korzyści na płaszczyźnie zawodowej (a co za tym idzie – finansowej) dzięki znajomościom, więc musiałam przemyśleć swój samobójczy krok, żeby przypadkiem nie zamknąć sobie wszystkich furtek na przyszłość, dlatego przemianowałam swój profil na ściśle prywatny, gdzie kontaktuję się wyłącznie z zaprzyjaźnionymi osobami, dzieląc się fragmentami książek, drobnymi przemyśleniami i muzyką. Od tej pory wizyty u dziecka Zuckerberga stały się przyjemniejsze, a moja klawiatura odzyskała swobodę ekspresji. Więcej trudności przysporzyło mi wyjaśnianie rodzinie, dlaczego nie chcę uczestniczyć w spotkaniach z dalszym kuzynostwem i wujostwem, z którymi nie utrzymuję nawet kontaktu korespondencyjnego i telefonicznego, co jest kluczowym dowodem zaniku, a konkretniej – braku więzi. Pozbyłam się ponad setki wirtualnych figurantów na wirtualnych liście kontaktów, wolny czas staram się spędzać z ludźmi, których towarzystwo mnie cieszy i inspiruje. Przełożyłam punkt ciężkości z ilości na jakość i jest mi z tym lżej na sercu. Odkryłam, że potrzebuję niewielu ludzi, żeby odczuwać radość ze spotkania z nimi.
    (p)

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj. Odzywam się po raz pierwszy, choć od dłuższego czasu tu zaglądam. Dziękuję za ciekawy temat do rozważań i atrakcyjną zachętę do przedstawienia rezultatu swoich przemyśleń :)
    Jestem na samym początku minimalistycznej drogi - wciąż jeszcze niepewna, czy dobrze rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi; przytłoczona nadmiarem różnie rozumianym. W audycji była mowa o tym, że minimalizm zaczyna się od rzeczy, ich ograniczenia - to w dużej mierze nadal przede mną. Coś mi się już jednak udało osiągnąć - ograniczenia w planowaniu. Przestałam mnożyć pomysły i projekty hobbystyczne, które wcześniej przytłaczały mnie tak, że traciłam niemal radość z ich realizacji, bo albo poświęcałam się im, zaniedbując obowiązki, albo zupełnie odsuwałam, co rodziło frustrację w związku z niezrealizowanymi planami. A co przede mną? Nie wiem, jak zabrać się za dietę informacyjną, nie ryzykując, że zupełnie pogubię się w bieżącym świecie. Chcę zamienić bierne zainteresowanie sportem na aktywność sportową. I może ujmując to bardziej ogólnie - ograniczyć teoretyzowanie i rozdzielania włosa na czworo na rzecz działania i szybszego podejmowania decyzji.

    OdpowiedzUsuń
  6. Porządkując przestrzeń wokół siebie, zauważyłam, że na podobnej zasadzie można uporządkować i odgracić swój czas, zostawiając go więcej dla samego siebie. Moim problemem były spisane bądź tkwiące w głowie listy rzeczy do zrobienia. Jakaś rzecz widniała na liście lub męczyła moją głowę od roku, czyli przez rok pozostawała niezrobiona, a ja mogłam z nią niezrobioną żyć. Prosty wniosek: podobne sprawy można wykreślić z listy, tak jak minimalista pozbywa się rzeczy nieużywanych np. przez rok. Warto przyjrzeć się też drobnym czynnościom. Po co przeznaczać dużo czasu na przetwarzanie żywności, skoro można ją zjeść w prostszej i zdrowszej postaci? Niezmiennie będą mnie zadziwiać kobiety prasujące wszystko, kiedy tylko część rzeczy wymaga prasowania.
    Z czasem nauczyłam się sensowniej planować każdy dzień. Mam dużo zapału, chęci, pragnień, planów, ale 'zapisywanie' ich wszystkich na jeden dzień i kładzenie się co wieczór z poczuciem winy powoduje co najwyżej nerwicę. Trzeba pogodzić się z tym, że doba nie jest z gumy i zacząć odpowiednio ją planować. Dwa-trzy duże zadania na dzień. Tylko tyle, ile realnie zdołam zrobić.
    Nagle zauważasz, że uwolniłeś się od drobiazgów, pożerajacych ci czas i robisz to, o czym zawsze marzyłeś. Nie dajesz się rozpraszać. Ponadto mając coraz lepiej i realniej uporządkowany czas, można znaleźć pół godziny na spokojną kawę w czystej kuchni. I można żyć zdrowiej - zwyczajnie się wysypiać. Polecam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ogrom przedmiotów, bodźców, uczuć, a wszystko jakieś takie... niewybredne, niedoskonałe, pierwsze z brzegu, kupione lub zrobione pod wpływem chwili. Prócz nadmiaru doskwierała mi bylejakość. Byle gdzie, byle co, byle jak. Byle do piątku. Za dużo tego wszystkiego. Postanowiłam więc uprościć i zamiast na ilości, skupić się na jakości.
    Zrozumieć, że mniej znaczy więcej.
    I tak:
    Produkty spożywcze. Kupuję mniej, ale z wyższej półki. Delektuję się smakiem poszczególnych produktów.
    Gotowanie. Koniec z makaronem/ryżem z gotowym sosem. Chcę poczuć każdy składnik i wiedzieć, co wrzucam do garnka.
    Relacje międzyludzkie. Z nimi jak z roślinami - suche pędy trzeba obciąć, a o pozostałe przy życiu mocno dbać.
    Informacje. Czułam się przytłoczona! Ograniczyłam kanały dostępu, zostały tylko te najbardziej wartościowe i obiektywne.
    Jest lepiej.
    Mniej naprawdę znaczy więcej!
    Pozdrawiam,
    hypatia

    OdpowiedzUsuń
  8. Gdy ktoś mnie pyta czym jest dla mnie minimalizm odpowiadam tak zwyczajnie po kobiecemu ze jest jak idealnie skrojona, szyta na miarę mała czarna-ponadczasowa, pasująca na każdą okazję, niezastąpiona w sytuacjach wyjatkowych (kryzysowych)pasujaca zarówno na co dzień jak i od swięta,wydobywajaca i podkreslajaca zalety noszącej ją kobiety. Każda taka suknia potrzebuje dobrego projektanta-a któż byłby najlepszy jeśli nie sama właścicielka? Minimalizm to indywidualna sprawa każdego z nas dla jedych jej wyznacznikiem bedzie 100 dla drugich 1000 przedmiotów a dla jeszcze innych to cale liczenie zupelnie nie bedzie mialo sensu. Minimalizm powinien być własnie na miarę:-)i robię wszystko żeby w moim przypadku taki wlasnie był;-)

    pozdrawiam serdecznie Kasia M (p)

    OdpowiedzUsuń
  9. Minimalizm sklania mnie przy kazdej decyzji, oczekiwaniu czy pragnieniu do ciaglego pytania siebie czego tak naprawde chce i co jest dla mnie w zyciu wazne. I daje mi przestrzen (ta rzeczywiata jak i ta w umysle) oraz czas abym mogla sobie na te pytania odpowiedziec.
    :)
    elli

    OdpowiedzUsuń
  10. Jako początkująca minimalistka próbuję przede wszystkim zaprowadzić porządek w mojej głowie, w której, cytując Fisza, panuje czasem (pardon my french) „burdel jak w damskiej torebce”. Oprócz tego, że nie angażuję się w zbyt wiele projektów, nie napoczynam rzeczy, o których wiem, że ich nie skończę czy ćwiczeń uważności, staram się również zmienić sposób, w jaki konsumuję kulturę:
    zamiast iść na ilość, stawiam na jakość. Na przykład zamiast 5 bzdurnych książek napisanych przez autorów, o których za 30 lat nikt nie będzie pamiętał, postanowiłam się zabrać w końcu za „Hrabiego Monte Christo”, którego (o ironio!) nigdy nie miałam czasu przeczytać. To samo z filmami: nie oglądam filmów, które mają mniej niż 7,5 punktów na stronie IMDB, a także staram się oglądać obrazy, które są pewnego rodzaju wydarzeniami kulturalnymi. Bardzo pomaga mi w tym robienie list książek i filmów do obejrzenia. Co prawda moja lista książek ostatnio rozrosła się do 130 pozycji, a moje plany czytelnicze sięgają końca 2015 roku (tak, jest to nieminimalistyczne i tak, mnie też to przeraża) to jednak zanim zacznę czytać każdą książkę, stawiam sobie kilka pytań „Czy muszę to czytać? Co ta lektura wniesie do mojego życia?” Czasami okazuje się, że wybrałam książkę bo spodobała mi się okładka. Albo opis. Albo polecił mi to ktoś, na czyim guście literackim zawiodłam się nie raz.
    Zdaję sobie sprawę, że takie zamykanie się na bodźce może być dość szokujące (5 lat temu coś takiego w głowie mi by się nie mieściło!), jednak zauważyłam, że takie odgórne eliminowanie filmów i książek działa na mnie oczyszczająco i, co tu dużo mówić, sprawia mi dużo radości. Nie mówiąc już o tym, że mam czas na kulturę, która naprawdę mi odpowiada!

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja nie na temat :)
    O tym, czym dla mainstreamu jest minimalizm. Nie wiem, śmiać się, załamać ręce?
    http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/reportaze/1532671,1,z-zycia-polskich-minimalistow.read

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aadku, widziałam, czytałam. Nie przejmować się :)

      Usuń
  12. Mój kolejny etap minimalizmu jest powiązany z jedzeniem.Podchodzę do tego tematu bardzo poważnie.Od paru miesięcy nie ruszam niczego co posiada cukry proste,czy zawiera w sobie chemię.Początkowo rozeznanie,gdzie/jak kupować dobrej jakości jedzenie ,wymagało sporej ilości czasu.Zdobycie wiedzy na temat dobrego odżywiania również.No i silna wola..-początkowo była to walka ze sobą.

    Teraz paradoksalnie dużo mniej myślę o jedzeniu.Jem dwa posiłki dziennie(tak ,wiem współczesna dietetyka radzi inaczej...czy warto w to wierzyć niech każdy sam sobie odpowie). Nie odczuwam wilczego głodu,jak kiedyś.
    Ograniczyłam użycie kosmetyków,bo większość nie jest mi już w ogóle potrzebna.Idąc do sklepu ,nie tracę całego dnia na szukanie tego idealnego ubrania ,bo i tak teraz większość leży dobrze.
    Ale przede wszystkim czuję się wolna.Znajomi często się dziwią,czemu się katuję i siedzę przy nich ,gdy pałaszują ciastka.A te ciastka są dla mnie ,jak powietrze.

    I tym właśnie jest dla mnie minimalizm.Wolnością:)
    Wolnością od nałogów ,od stereotypów ,od ...

    (p)

    OdpowiedzUsuń
  13. To pytanie zaowocowało u mnie dość rozległymi spostrzeżeniami, ale mam nadzieję, że uda mi się je streścić :)
    Minimalizm jest dla mnie, w największym ogóle, szacunkiem wobec samej siebie. Zaczyna się faktycznie od rzeczy, ale namysł nad rzeczami prowadzi do czegoś więcej; rzeczy są tylko emanacją tego, co zachodzi w głowie.
    Po pierwsze - mówienie. Koncentracja na doborze słów, szukanie nowych sposobów wyrażenia swoich myśli - wbrew pośpiesznemu wypowiadaniu słów-śmieci, przerywników, wulgaryzmów, "spoko-loków". Dbałość języka, która jest przejawem szacunku - do rozmówcy i do samej siebie. Prostota i piękno wypowiedzi.
    Po drugie - mój czas. Czas, który jest tylko słuchaniem muzyki, tylko głaskaniem kota, tylko zatopieniem się w lekturze, spowolnieniem, rozmową. Czas, który jest pracą, czas nietrwoniony na pozorny relaks. Celebrowanie posiłków - ich przygotowywania (które uwielbiam!) i spożywania (które także uwielbiam, szczególnie w dobrym towarzystwie :)).
    To prowadzi do trzeciej kwestii - relacji. Rezygnacja z relacji, które nie są pozytywne, które frustrują, nie rozwijają, niszczą pozytywne myśli na rzecz tych nielicznych - pozytywnych, pełnych energii i inspiracji. Znów - z ilości w jakość :)
    Ostatnia kwestia, dla mnie chyba najtrudniejsza, ale też najważniejsza, nad którą wciąż pracuję. Zdecydowałam się na szacunek wobec siebie - przejawia się on w tym, że nie dobieram przypadkowych ubrań lub innych rzeczy, którymi się otaczam. Wybieram przedmioty, bo mają być wyjątkowe dla mnie. Celebruję swój czas, bo jest ważny. Zwracam uwagę na to, jak mówię - bo szanuję rozmówców i siebie samą. Dbam o to, by moje relacje z ludźmi były dobre - nie muszą być liczne, ale dobre jakościowo: znów z szacunku dla przyjaciół i dla siebie. Dbam o to, czym odżywiam swój organizm. Jestem pełna uwagi dla siebie i tego, kim jestem.
    Dla osoby, która walczy z wieloma kompleksami to niesamowite i wspaniałe odkrycie - nagle okazuje się, że człowiek, o którym nie myślało się najlepiej, czyli ja sama, jest dla siebie pełen szacunku. Musi więc coś być we mnie dobrego, skoro tak o siebie dbam i tak szanuję.
    Umiar i prostota, który rozpoczął się od tego, że otworzyłam szafę i powiedziałam "dość tego", był początkiem poznawania siebie na nowo jako osoby. Tego nie można przecenić :)

    (u)

    OdpowiedzUsuń
  14. cz1.

    Kilka moich przemyslen na temat minimalizmu zwiazanego z planowaniem czasu.
    Staram sie byc zorganizowany i planowac swoje dzialania - stad powstaja listy to do dotyczace spraw biezacych, ale rowniez listy filmow do obejrzenia, ksiazek do przeczytania itp.
    Dodatkowo zastanawialem sie jak powinien wygladac moj idealny dzien czyli ile czasu powinienem minimum poswiecic na rodzine, rozrywke, sport, prace, spanie itp. NIe liczac rzeczy z list "to do" wychodzilo mi jakies 32-34 h zajec dziennie. Wpadlem zatem na pomysl, aby czesc zajec zrownoleglic czyli czas spedzony z corka polaczyc ze spacerem, jazde na rowerze z muzyka, czas spedzony z zona z ogladniem filmow na rzutniku itp. Udalo sie zmiescic w dobe.
    Po czasie jednak zastanawialem sie czy do konca o to chodzi. To co mnie meczylo to duza liczba zadan. I elementy ktory mialy byc przyjemnosciami/rozrywka stawaly sie kolejnymi zadaniami, ktore powinienem zrobic - bledne kolo - nie polecam.
    Otoz klucz w moim odczuciu jest w tym co wpisujemy na nasze listy to do i co sobie narzucamy do zrobienia. Wpisanie pozycji na liste jest proste i czesto nie zastanawiamy sie nad celem/koniecznością tego zadania a pozniej martwimy sie ze mamy jeszcze tyle pozycji i na nic nie mamy czasu. Po wpisaniu na liste czesto jest juz za pozno zeby zastanawiac sie nad tym czy musimy to zrobic - jak jest wpisane to czesto jest to dla nas jak rozkaz a jak czego nie zrobimy to czujemy sie winni.
    Podobnie a moze jeszcze gorzej jest z naszym rozwojem i planami np. pewnego dnia wpadamy na pomysl i wpisujemy na liste naszego rozwoju dodatkowe studia lub np. doktorat. Idea bardzo sluszna tylko powinnismy sie zastanowic nad celem tego dzialania - po co to robimy - jezeli chcemy i potrzebujemy rozwoju lub jest to nam potrzebne do pracy to ok. Ale jezeli chcemy i nie wiemy dlaczego, albo wydaje nam sie, ze powinnismy to zrobic bo kolega tez idzie, wtedy warto sie zastanowic biorac tez pod uwage koszty - zarowno te finansowe jak i czasowe.

    Zatem podobnie jak przed kupowaniem przedmiotow powinnismy zapytac siebie czy potrzebujemy tego czy jest to tylko nasza zachcianka, podobnie w przypadku planowania zadan powinnismy uswiadomic sobie czy zadanie jest konieczne czy tez jest to nasza chwilowa zachcianka albo wydaje nam sie ze tak wypada / ze tak powinnismy zrobic.

    Czy latwno to zmienic - nie wiem - ja sie staram ale i ciezko z tym idzie - listy rozne sa a i pozycje znajduja sie takie ktore bardziej wiaza sie z podejsciem "dobrze byloby zrobic", "trzeba to zrobic, zeby bylo cos kompletne/skonczone/uporzadkowane" a w praktyce nie sa to pozycje must to do. Nie sa ale mecza ze cos nie jest idealne, skonczone, perfekcyjne itp.

    OdpowiedzUsuń
  15. cz 2 (musze sie chyba jeszcze ograniczyc w pisaniu skoro nawet w jednym komentarzu nie moge sie zmiescic ;)):

    Tutaj dobra rade nie tylko jezeli chodzi o minimalizm - jezeli jakis projekt stracil uzasadnienie biznesowe lub nasze prywatne to mimo, ze stracilismy na niego czas i jakies pieniadze to czesto warto go odpuscic i zostawic, zeby nie inwestowac wiecej naszego czasu i pieniedzy. Wiem, ze jest to trudne, ale udalo mi sie to zrealizowac w kilku czasochlonnych projektach (serwisy internetowe) i jak najbadziej nie zaluje tego, gdyz wiem, ze zaoszczedzilem sporo czasu a ew. zwrot finansowy bylby w tym przypadku minimalny i nie adekwatny do poswieconego czasu.

    Kolejnym problemem, ktory wielu z nas moze dotknac po usunieciu niepotrzebnych zadan jest luka i czas wolny, ktory w tej luce powstaje. Jezeli ktos przed dlugi czas jest nastawiony na prace, realizacje zadan to trudno mu sie odnalezc w bezczynnosci - czuje sie winny, ze nic nie robi, meczy go ta nuda, wiec wymysla kolejne zadania ktore powoduja ze znalazl znowu cel. To problem, z ktorym rowniez walcze.

    Na koniec powroce do przedmiotow, ale troche w innym kontekscie. Po 2 latach udalo mi sie ograniczyc wiekszosc z posiadanych przedmiotow - sukces :). Pozostal jednak obszar, ktory wiąże się z kolekcjonerstwem sztuki - piekne wartosciowe przedmioty, z ktorymi trudno sie rozstac oraz z drugiej strony trudno mi przestac je nabywac (choc udalo sie ograniczych). Z jednej strony jest to polowanie na cos pieknego, no ale przyznaje ze nie jest to potrzeba tylko zachcianka. Staram sie tlumaczyc, ze jest to forma alternatywnego inwestowanie (i w praktyce wartosc tych przedmiotow rosnie), ale z drugiej strony ich katalogowanie, opisywanie, porzadkowanie, przechowywanie meczy podobnie jak innych przedmiotow. Radosc jest glownie w momencie ustrzelenia -> zakupienia przedmiotu i swiadomosci, ze ma sie kolekcje/zbior a nie wiaze sie z tym co sie z tymi przedmiotami pozniej robi (katalogowanie, opisywanie, porzadkowanie, przechowywanie) - ta czesc meczy tak jak posiadanie innych niepotrzebnych przedmiotow.

    Wracajac do list to do - na 2013 rok :( - jest tam pozycja -15kg. Takze chetnie zapoznam sie z ksiazka Sztuka umiaru - prosze jednak w przypadku ew. "wygranej" o wskazanie osoby, ktora byla rowniez zainteresowana ta ksiazke wtedy po przeczytaniu przesle ksiazke kolejnej osobie (duzy plus to odzwyczajenie sie od ksiazek - udalo mi sie pozbyc z biblioteki prawie 1000 pozycji, wpadl przy tym w moje posiadanie Kindle, z ktorego jestem naprawde zadowolony).

    OdpowiedzUsuń
  16. Minimalizujemy materialne aspekty naszego życia, nieważne znajomości, zbędne zajęcia, niepotrzebne nam gadżety, sterty ciuszków i kurzołapy. To wszystko prawda i wciąż piszemy o tym, co jeszcze możemy zminimalizować w swoim otoczeniu. Ale pomyślmy, co możemy maksymalizować, czego potrzebujemy w nadmiarze...Potrzebujemy rodziny-kochanej najbardziej na świecie. Potrzebujemy przyjaciół, takich, jak z muszkieterów, gdzie jeden za wszystkich, wszyscy za jednego...Rodzina i przyjaciele, to nasze największe bogactwo. Jakże nieograniczone zasoby mogą być także naszym udziałem: piękna poezja, trzepot skrzydeł białej mewy, smak dobrego szampana i pachnącej latem truskawki. Na wyciągnięcie ręki mamy tysiące książek na bibliotecznych półkach, czekaja na nas najpiękniejsze melodie świata i cudowne filmy. Mamy ciepło słońca i blask księżyca, mamy pieszczotę morskich fal i zapierające dech w piersiach piękno gór...Mamy tak wiele doznań, tak wiele nas cudów otacza, że nie potrzeba obrastać przedmiotami. Eliminujmy wszystko to, co przesłania nam ten idealny, piękny świat. Odgradzajmy się od fałszu, plotek, od zła i brudu. Wyłuskujmy perełki miłych chwil i cudowności życia, które już same w sobie jest naszym najpiękniejszym darem od losu.

    OdpowiedzUsuń
  17. ;) ja tak poza konkursem;) ponieważ z zasady nie biorę udziału w jakichkolwiek formach noszących znamiona rywalizacji czy konkurencji;) a poza tym pierwsze trzy pozycje D.Loreau ma i znam (nie czytałem tylko ostatniej-Sztuki minimalizmu) ...ale temat ciekawy więc skrobnę od siebie kilka słów

    Dla mnie to przede wszystkim mindset - sposób myślenia o sobie, świecie, życiu, szczęściu, itd... nieustanne dorabianie się własnego, osobistego sposobu myślenia. Myślenia niezależnego. To zasadnicza różnica wobec tego co było kiedyś, czyli myślenia nadwartościowego, gdzie dominującą ideą była praca, efektywność, produktywność, pieniądze, sukces, oraz najogólniej rozumiane bycie dla innych (nie wyłączając z tego bliskich i rodziny)... i rzecz jasna związanej z tym strony materialnej. Wtedy faktycznie to było bardzo ubogie życie.

    Jak zmiany wniosła zmiana mojego sposobu myślenia?

    1. nie ma jakiejś dominującej idei, której podporządkowana byłaby cała reszta i wszystkie pozostałe aspekty życia
    2. zamiast planów, celów i listy zadań wyznaczanie kierunków
    3. zamiast ogromu działań, spontaniczne i naturalne działania wynikające z chwili, podszeptu intuicji
    4. zasadnicza jakościowa zmiana: zamiast logiki i racjonalizowania zwracanie uwagi własne uczucia, przeczucia, intuicyjne wyczucie rzeczywistości
    5. jakościowa zmiana dot. wiedzy: zamiast wiedzy z książek, wiedza płynąca z obserwacji własnej rzeczywistości, ale także własnych odczuć i tego, czego doświadczam
    6. zamiast budowania wizerunku, tworzenie określonej postawy
    7. zwracanie uwagi na detal i szczegół jako istotny element jakości
    8. życie w zgodzie z naturą, czyli najważniejszy mechanizm jakim jest selekcja w oparciu o cechy (przymioty)
    9. własne standardy jakości
    10. sztuka pokory rozumianej jako forma nie tylko szacunku ale także swoistego ćwiczenia dyscypliny

    Reszta z reguły dzieje się sama;) nie potrzeba aż tak wielu działań by zmienić swoje życie i swoją rzeczywistość;)

    to co zbędne odpada samo: jak na przykład niepotrzebne czy zużyte rzeczy, bezsensowne działania i ich nadmiar, ubogie relacje z "nadwartosciowymi", brak czasu, stres, nuda... itd...

    za to pojawia się coś zupełnie innego: głębia chwili, głębia przeżycia, radość i przyjemność czerpane z chwili, z życia, z tu i teraz, radość z korzystania z rzeczy zamiast ich posiadania, zamiast budowania relacji, większa otwartość na budowanie głębokich, wielopoziomowych więzi, radość i przyjemność płynąca z samego faktu wykonywania jakiegoś działania... po prostu kompletnie inny świat, zupełnie nowa rzeczywistość...



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. zamiast pospolitej powierzchowności czy płytkości - doświadczanie głębi i esencjonalności chwili, rzeczy, przedmiotów, działań, kontaktów międzyludzkich itd... i to chyba jest ta najcenniejsza niematerialna wartość prostoty i minimalizmu wg mnie;)

      Usuń
  18. Dla mnie prostota (wolę to określenie niż minimalizm, które często jest błędnie sprowadzane li tylko do wymiaru materialnego) to przede wszystkim radość samego istnienia. Wdzięczność do wszechświata, że jestem tu i teraz, że żyję. Tak zwyczajnie i po prostu. Wyjście z tego punktu, z uświadomienia sobie, jak niesamowitą sprawą jest każdy kolejny dzień zmienia optykę widzenia rzeczywistości. I reszta sama się upraszcza.
    Pozdrawiam Cię serdecznie.
    (U)

    OdpowiedzUsuń
  19. Świadomość tego co dla mnie ważne. Czyli pierwszy kawałek motta minimalistow, nad którym popularyzujące artykuły przeskakują, koncetrując się na licytacji w dół o liczbę rzeczy. Z tej świadomości wypływają decyzje i działania, zmierzające do dbania i starania się o to, co ważne, oraz eliminacji tego co nieważne - czy to rzeczy, czy zadań. Jak kompas Jacka Sparrowa ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja jestem raczej początkującym sympatykiem minimalizmu, ale postaram się odnieść do tematu :)
    Jestem człowiekiem zainteresowanym życiem w ogóle, z chęcią przeczytałbym każdą gazetę, która wpadnie mi w ręce, nie mówiąc już o książkach, obejrzałbym prawie każdy program w telewizji... O internecie i tym wszystkim co można tutaj znaleźć nawet nie wspominając - tyle jest np. forów dyskusyjnych, które "muszę" codziennie odwiedzić bo coś mogłoby mnie ominąć... I te wszystkie blogi o interesujących tematach.
    Do tego wszystkiego uwielbiam tworzyć różnego rodzaju rękodzieło a to także bardzo szeroka dziedzina i ilekroć natrafiłem na coś nowego interesującego, znów miałem poczucie że "muszę" tego spróbować.
    Na dłuższą metę jednak życie z tak wieloma "muszę" wiszącymi nad głową bardziej męczy niż daje przyjemność. Stosik gazet, które "muszę" przeczytać bo mamy przyjaciółka nam przeniosła, non-stop lecące w tv i oczywiście wszystkie ciekawe programy (zwłaszcza jak już lecą) ani blogi, owszem ciekawe, chociaż szczerze mówiąc czasem irytujące nie dają przyjemności a bardziej presję i brak czasu.
    Zacząłem od gazet, jeśli na okładce nie znajdę czegoś co NAPRAWDĘ by mnie zainteresowało, nie przeglądam. Bo czy naprawdę muszę wiedzieć z kim w tym tygodniu miała romans Doda czy inna celebrytka? ;) a czytałem takie rzeczy kiedy już zaczynałem przeglądać gazetę.
    Interesujące książki nadal dopisuję do listy "do przeczytania", lecz teraz traktują ję jako listę "do przeczytania gdy będę miał na to ochotę" zamiast: "do przeczytania, bo MUSZĘ je przeczytać". Tak samo jest z rękodziełem - już nie muszę zrobić tego czy tamtego, a mogę jeśli skończą mi się pomysły na to czym zajmowałem się dotychczas.
    Z telewizją nie wymyśliłem nic odkrywczego - przeglądam program i oglądam jedynie to co mnie interesuje najbardziej. A w internecie - uszczupliłem listę obserwowanych blogów, a i na forach okazało się, że nic mnie nie omija tylko dlatego, że przeglądam je co kilka dni zamiast codziennie :)
    Wiele z tych rzeczy tak naprawdę nie wymaga konkretnego działania - wystarczy zmienić swoje podejście czy nastawienie, zamiast "muszę", pomyśleć: "mogę, gdy będę miał na to ochotę" i tego się trzymać bez poczucia winy.
    O to przecież chodzi aby czerpać przyjemność z naszych zainteresowań, a nie by komplikowały nam życie czy wprowadzały dodatkową presję. Dziś, gdy mam ochotę, to po prostu odpoczywam, śpię dodatkową godzinę w ciągu dnia lub medytuję. I nie mam z tego powodu poczucia winy, że jeszcze "muszę" zrobić tyle innych rzeczy ;)
    (u)

    OdpowiedzUsuń
  21. Z wielką przyjemnością przeczytałam wszystkie komentarze. Ile osób - tyle opinii.
    Wydaje mi się, że poszukiwanie prostoty sprowadza się do odkrycia własnych wartości, odnalezienie siebie i swoich pragnień w każdym wymiarze - materialnym, planowym, rozwojowym, spędzania czasu wolnego itd.

    OdpowiedzUsuń
  22. Sylwester. Wybiła północ. Nastąpił czas odliczania do dziesięciu i otwierania szampana. Czas składania życzeń. Słyszę jak zaprzyjaźnione małżeństwo składa sobie życzenia, życząc sobie więcej pieniędzy, rzeczy i czasu. Spojrzałam na męża zastanawiając się, czego mu życzyć. Spojrzał na mnie i powiedział: my wiemy czego chcemy i wszystko, co nam potrzebne to już mamy, więcej nam nie potrzeba. Tak widzę niematerialny wymiar prostoty, wyrażający się w dostrzeżeniu i docenieniu tego, co najważniejsze i naistotniejsze. Rzeczy są dodatkiem, ułatwiającym lub utrudniającym egzystencję. Nie są celem i sensem w samym sobie. (p) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Ja poza konkursem, bo po przeczytaniu Sztuki prostoty nie jestem ciekawa następnych.

    Czy podwójne nazwisko nie jest sprzeczne z ideą minimalizmu? Bo z dążeniem do prostoty i ładu na pewno. Podobnie zresztą jak zmiana nazwiska na mężowskie. Czy miałyście takie sytuacje, w których fakt posiadania nazwiska męża do czegoś się Wam przydał?

    Bo bałagan w papierach może być spory. Pół biedy, jeśli dokumenty zawierają numer PESEL. Ale dyplomy, certyfikaty ukończenia kursów raczej tego numeru nie mają. A jeśli któraś zmieniała stan cywilny parę razy, to galimatias może być spory.

    Znajoma kończyła studia pielęgniarskie we Francji i wszystkie dokumenty, zaświadczenia z odbytych praktyk, również dyplom ma wystawiony na nazwisko rodowe. Takie przepisy. Moim zdaniem bardzo sensowne.

    W 99 roku wchodził w użycie program do rozliczeń z ZUSem. Program nie akceptował znaku myślnika w nazwisku - trzeba było poprawić dane kadrowe wszystkich pań o podwójnym nazwisku! Po paru latach stworzono nową, lepszą wersję tego programu opartą na bazie danych. Archiwalne dane dość prosto wczytywało się do nowego programu. Ale przez te parę lat cześć kobiet zmieniła stan cywilny, a przy okazji nazwisko. I znów ... parę lat x 12 formularzy RCA w roku x kilkadziesiąt nazwisko do poprawy!

    Kochane minimalistki - nie zmieniajcie nazwiska wychodząc za mąż! Oszczędzicie tym sporo kłopotów i pieniędzy sobie i innym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Too late ;) Zmieniłam, bo mężowskie krótsze. I już :)

      Usuń
    2. Staruszko, moim zdaniem strofowanie nieznanej Ci osobiście osoby co do jej wyboru nazwiska jest niezbyt miłe. Zawsze tak robisz? Nie życzę sobie takich uwag.

      Zapewne masz słuszne intencje, jednak do tej pory nigdy mi taki zestaw nazwisk żadnych kłopotów nie przyniósł.
      Nikt się nie skarżył ani nie narzekał na koszty i jakieś komplikacje.

      Zmiana nazwiska przez kobietę po zamążpójściu to jej osobista decyzja. Każda z nas ma inne motywy. Ja lubię i cenię oba człony swojego nazwiska, dlaczego postanowiłam połączyć nazwisko rodowe z nazwiskiem męża, nie będę się tłumaczyć publicznie, bo to prywatna sprawa.

      I ani prostota, ani ład, ani minimalizm nie mają tu nic do rzeczy.

      Usuń
  24. Ogromną przyjemność sprawiliście mi tymi komentarzami. Chociaż dotyczą różnych spraw, łączy je wspólna nić, ten sam duch. Każde z Was skupiało się na nieco innym aspekcie minimalizmu, ale łączy te wypowiedzi pewien spokój, równowaga, radość.

    Ciężko będzie dokonać wyboru, ale trzeba będzie. Dam sobie trochę czasu, dzisiaj wieczorem napiszę Wam, co postanowiłam,

    Dziękuję serdecznie za tak piękne i obszerne komentarze!

    OdpowiedzUsuń
  25. Polecam mój blog www.blogminimalisty.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…