Przejdź do głównej zawartości

Offline dla higieny

Pisałam ostatnio o zachwycie możliwościami, jakie daje nam technologia, o tym, jak cieszy mnie korzystanie z tak zwanych zdobyczy cywilizacji, takich jak internet czy telefon komórkowy. Jednocześnie wspominałam, że fascynacja cudami techniki, jeśli nie jest kontrolowana, może przerodzić się w nałóg, w uzależnienie. 

Was, Czytelników Prostego blogu, raczej przed takimi zagrożeniami nie trzeba ostrzegać, z tego co wiem. Ja sama nie obawiam się również o to, że któregoś dnia zabraknie mi wspomnianego w komentarzach do poprzedniego wpisu dystansu i umiaru. Wątpię, bym miała uzależnić się od telefonu komórkowego, komputera czy jakiegokolwiek innego urządzenia. 

Jednak im więcej, im częściej korzystam z rozmaitych urządzeń elektronicznych, tym bardziej staram się  stosować pewne zasady higieny umysłowej. Takie informatyczno-komunikacyjne BHP. 

Podstawową zasadą cyfrowego BHP jest zachowanie umiejętności życia i bycia OFFLINE. 


Ze względu na pracę sporą część dnia spędzam przy komputerze. Na dodatek praca tłumacza tekstów użytkowych (a takie przede wszystkim tłumaczę) często wymaga wyszukiwania rozmaitych informacji w internecie. Gdy nie pracuję, korzystam też z telefonu z dostępem do sieci, by móc sprawdzać skrzynkę pocztową. Współpracuję z firmą, która daje mi bardzo ciekawe i przyzwoicie płatne zlecenia, lecz często wymaga szybkiej decyzji. Nie chodzi o natychmiastowe wykonanie tłumaczenia, tylko o obejrzenie go i reakcję. Biorę czy nie biorę? Jeśli wyjadę poza miasto, a do skrzynki zajrzę łaskawie dopiero wieczorem, może się okazać, że fajne zlecenie przejął już ktoś inny. Na samo wykonanie go mogę dostać sporo czasu, lecz zareagować na ofertę warto w miarę szybko. 

Prócz tego korzystam z innych aplikacji i możliwości, jakie daje smartfon, nie tylko z dostępu do skrzynki mailowej i wyszukiwarki. Czasem z nawigacji, często z kalendarza, podręcznego notatnika, mam nawet licznik rzędów do robótek ręcznych (wspominałam, że lubię robić na drutach). W wolnych chwilach lubię zagrać z telefonem w jakąś grę logiczną, jak Othello czy tryktrak, to świetne ćwiczenie dla umysłu. Używam też telefonu do słuchania empetrójek podczas podróży. 
Aplikacja bankowa pozwala mi sprawdzić stan konta w dowolnym czasie i miejscu lub zrobić przelew w razie potrzeby. Mam też miniprogramik do zarządzania budżetem, w którym zapisuję i planuję wydatki, mogę też je dzięki niemu porównywać i analizować. 
Dzięki Jak dojadę? podczas pobytu w Warszawie swobodnie poruszałam się po nieznanym mieście, a nawet jego obrzeżach. Na miejscu, w Krakowie, gdzie często korzystam z komunikacji zbiorowej, Transportoid umożliwia wyszukiwanie najlepszych połączeń z dowolnego miejsca w mieście. 

I czytnik książek. Mój dobry przyjaciel. Ale to temat na osobny wpis. 

Wydaje się, że sporo jest techniki w moim życiu, chociaż na pewno w moim otoczeniu są osoby, które korzystają z niej w o wiele większym stopniu. Są też takie, które nie używają jej prawie wcale. 

Czy jestem od niej uzależniona? Nie, bo nadal potrafię funkcjonować bez niej. Gdybym teraz nagle została pozbawiona telefonu, komputera, dostępu do internetu, czytnika książek, nie znaczy, to, że nie mogłabym pracować ani normalnie żyć. Byłoby trudniej, to prawda, ale nie zatraciłam umiejętności, w których lubię wyręczać się elektroniką. Oprócz nawigacji w telefonie lubię mieć przy sobie papierowy plan czy mapę i częściej/szybciej znajduję dzięki nim drogę niż za pomocą GPS. Do tłumaczenia wystarczy mi kartka papieru, ołówek i słownik. Bardzo lubię e-booki, lecz z przyjemnością spędzę wieczór z pięknie wydaną książką drukowaną. W ulubione gry grywam z Siostrą na tradycyjnej planszy z pionkami, a nie tylko sam na sam z telefonikiem. Muzyki w domu częściej słucham z płyt niż z plików MP3. Ze znajomymi spotykamy się w realu, by wypić jak najbardziej realne wino, a Facebook traktujemy tylko czasami jako skrzynkę kontaktową. Przecież przyjemniej jest zadzwonić zamiast pisać do siebie na fejsie. A najprzyjemniej jest spędzić czas z bliskimi osobami na rozmowie twarzą w twarz. Uściskać przyjaciela. 

Od czasu do czasu lubię wyjść z domu bez telefonu. Przez cały weekend nie zaglądać do internetu ani nie sprawdzać wiadomości. Podczas wyjazdów wakacyjnych bywam całkowicie offline. Odcięcie się od sieci i elektroniki jest bardzo potrzebne. Dla higieny umysłu, dla odpoczynku od elektronicznych bodźców. Chociażby po to, by przypomnieć sobie, że wszystkie te wynalazki, chociaż pożyteczne, nie są nam niezbędne do życia. Ułatwiają go. Moje na pewno. Pozwalają mi na mobilność, rozszerzają możliwości pracy. Ale nie należy zapominać, że, jak wspomniała Tofalaria, świat poza netem jest dużo ciekawszy. 

Kończę więc, czas zabrać się za przygotowanie w pełni namacalnego i zupełnie pozbawionego elementów elektronicznych obiadu!

Popularne posty z tego bloga

Minimalizm na Nowy Rok - postanowienia

Nie podejmuję noworocznych postanowień, mówiłam już o tym wielokrotnie. Wolę wprowadzać zmiany wtedy, gdy czuję się do nich gotowa, w dowolnym momencie roku. Nie czekam ze swoimi osobistymi zobowiązaniami do poniedziałku czy pierwszego dnia miesiąca. Od dawna uważam, że początek stycznia jest nienajlepszym momentem na takie działania, bo to czas zimowej ciemnicy, często depresyjnej aury i innych nieprzyjemnych okoliczności. Nie znaczy to jednak, że nie kibicuję osobom, które podejmują noworoczne próby zmiany nawyków. Zawsze warto pracować nad sobą i ulepszaniem swojej codzienności.  Oto więc kilka moich propozycji na plan zmian/postanowienia noworoczne. Oczywiście można je wykorzystać także w innym czasie, ale można też wdrożyć je, czyniąc użytek z energii, jaką daje ten symboliczny nowy początek, jakim jest pierwszy dzień roku.  Ważna uwaga na początek: moim zdaniem lepiej jest nie stawiać sobie zbyt ambitnych celów i wprowadzać jednocześnie ostrych restrykcji w wielu dziedz

Ajka Minimalistka - kolejny rozdział

Zgodnie z zapowiedzią rozpoczynam kolejny rozdział. Prosty blog - czyli to miejsce, niestety nie odpowiada już moim potrzebom. To znaczy nie odpowiada mi ta platforma, na której go piszę, blogspot. Jej niedostosowanie do moich obecnych wymagań nie tłumaczy oczywiście rzadkiej publikacji tekstów w ostatnich latach, ale prawdą jest, że na pewno nie pomagało w pisaniu. Nie ma co jednak szukać wymówek czy wytłumaczeń.  Prosty blog pozostaje tutaj, nie znika. Wiem, że są wśród Was osoby, które wciąż lubią wracać do starych wpisów. Jednak od teraz nowe treści będę publikować w nowym miejscu, do którego serdecznie Was zapraszam. Moje nowe blogowe gospodarstwo nazywa się Ajka Minimalistka i znajdziecie go pod tym adresem . Będą się tam pojawiać nie tylko wpisy, ale również w osobnej zakładce można znaleźć wszystkie odcinki podcastu, który nagrywam od kilku miesięcy.  Zapraszam, do poczytania, posłuchania i zobaczenia! 

Uniform minimalistki

Temat osobistego uniformu obracam w głowie już od kilku lat, co najmniej. Jednak jeszcze do niedawna nie czułam się gotowa na to, by ostatecznie zdefiniować go dla siebie. Owszem, wiedziałam, że ciągnie mnie w tym kierunku i że coraz bardziej zbliżam się do wprowadzenia go w życie na co dzień. Jednak jeśli obserwowaliście, być może, moje materiały o kolorowej szafie minimalistki na YouTube , w cyklu, w ramach którego zaprezentowałam całą swoją kapsułową garderobę na wszystkie pory roku, mogliście zauważyć, że wprawdzie mój styl i zestawy ubraniowe były już dość wyraziste i powtarzalne, trudno było by nazwać je uniformem.  Tak jednak się złożyło, że w międzyczasie zmieniłam tryb życia poprzez powrót do oprowadzania po Krakowie (już nie tylko po Wawelu, jak było parę lat temu), więc o wiele częściej wychodzę pracować poza dom. Oczywiście wymusiło to dostosowanie zawartości szafy i pewne jej uzupełnienia. A jednocześnie kilka ubrań z niej wywędrowało. Z powodu zużycia, ale też zmian