Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z luty, 2013

Odnowa na przednówku

Z wielu powodów uważam zwyczaj podejmowania noworocznych postanowień za bezsensowny. Na podstawie własnych doświadczeń, ale też obserwacji bliźnich. 
Tak się składa, że w naszej strefie klimatycznej pierwszy dzień nowego roku wypada w samym środku zimy. I na dodatek w okresie, gdy dni są bardzo krótkie i wszystkim brakuje światła. Nawet osoby z natury pogodne i optymistycznie nastawione do życia (np. ja) oraz lubiące zimę nie tryskają wtedy nadmiarem energii i chęci do działania. Trudno się wstaje rano, do wszelkiego wysiłku trzeba się mocno przekonywać. Próby wprowadzania zmian w takich okolicznościach w większości przypadków spełzają na niczym. Pozostaje tylko niesmak, że znowu nie dało się rady.

Zgoda na bylejakość

Bylejakość mnie wkurza. 
W pierwszej kolejności ta materialna, dotykalna. Sprzęty rozpadające się przy pierwszym użyciu, ubrania z dziurami już w sklepie, krzywo uszyte, niedbale zaprojektowane, jeszcze bardziej niestarannie wykonane.
Bylejakość myślenia, widoczna na każdym kroku. Polityków, którzy decyzje podejmują między lansowaniem się na tweeterze i FB a kolejnym bizneslanczem. Na szybko, na odwal się, byle jakoś było. Byle do wyborów. Urzędników z klapkami na oczach. Lekarzy, odhaczających kolejnych pacjentów z listy, następny proszę.
Bylejakość języka, bełkotliwa wymowa, błędy uważane za normę. Tylko nudziarze dbają o poprawność i interpunkcję.
Bylejakość relacji, które zaledwie się podtrzymuje. Komu by się chciało dawać z siebie więcej? Coraz częściej ograniczają się one do esemesa dwa razy do roku, na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Albo zdawkowe a co tam u was słychać? Odpowiedzi nikt nie słucha. 
Bylejakość jedzenia, bylejakość doznań. Ma być dużo, mocno, głośno, nie musi b…

Narzędzia

Często w rozmowach na tematy okołominimalistyczne pojawia się wątek licytacji „a ja nie mam”. Podkreśla się fakt posiadania lub nieposiadania określonych przedmiotów. Samochodu, telewizora, smartfonu, łóżka, czytnika książek elektronicznych, suszarki do włosów, zmywarki. Sofy albo innego sprzętu domowego. Samej nieraz mi się to zdarzyło. 
Tak, jakby to było bardzo ważne. 
Rzeczy, przedmioty, sprzęty - to wszystko narzędzia. Niektóre są przydatne, inne zbędne. Niektóre są przydatne dla jednej osoby, ale dla drugiej nie. 
Cała heca z minimalizmem moim zdaniem polega na tym, by dojść do tego etapu, gdy zna się siebie na tyle dobrze, by wiedzieć, gdzie przebiega nasza osobista granica między nadmiarem, w sam raz, a brakiem. Gdy, jak określa to Robert Rypień, „rzeczy po prostu są, i służą nam”. Nie my im, warto podkreślić. 
Czasem, czytając wypowiedzi niektórych minimalistów, mam wrażenie, że boją się rzeczy. Pozbyli się ich, ale nadal się boją. Są przekonani, że robią im one jakąś strasz…

Ordnung muss sein

Pytanie na dzisiaj: jak pogodzić pragnienie rozwijania zainteresowań lub pasji z niechęcią do obrastania w nadmiar rzeczy? 
Odpowiedź jest banalnie prosta. Włączyć rozsądek, zachować porządek.
Dotyczy to wszystkich etapów, począwszy od początkowego, gdy właśnie odkryliśmy dla siebie jakąś nową dziedzinę aktywności i wydaje się nam, że możemy się w nią mocno wciągnąć. Porwani entuzjazmem neofity zaczynamy kompletować sprzęt, materiały, gadżety, nie wiedząc jeszcze, czy naprawdę potrzebujemy tych wszystkich akcesoriów ani też, czy za, dajmy na to, pół roku, nadal będziemy równie rozentuzjazmowani jak dzisiaj.

Zamiast lukru

W ramach wprowadzania nowych świeckich tradycji, podobnie jak w zeszłoroczne Walentynki, częstuję Was dzisiaj wierszem Haliny Poświatowskiej. Zamiast czekoladek i różowych lizaków.
jeszcze nie wspominałam o miłości miłość tak ona jedna nie podlega upływowi czasu trwa -  jeśli jest - jest wieczna a jeśli jej nie ma
klepsydry oceanów toczą ziarna piasku księżyc nieustannie odmienia złotą twarz pociemniałym światem ciągnie ogromny wiatr
Nie ma zmiłowania nie ma odkupienia nie ma nas nie ma nie ma
Halina Poświatowska, z tomu jeszcze jedno wspomnienie (1968 r.)

Co nas kręci, co nas podnieca

Dzięki uporczywemu lansowaniu minimalistów jako ludzi, którzy nie posiadają, utarło się przekonanie, że muszą być oni także pozbawieni zainteresowań. Usłyszałam nawet kiedyś, że ewentualnie można sobie znaleźć takie hobby, które nie będzie wymagało zbyt wiele sprzętu. Powiedzmy, że gra na flecie tak, ale na perskusji już nie. Żeby nie robić tłoku na słynnej liście 100 przedmiotów. 
Bzdury to straszne. Nieraz rozmawialiśmy już o tym, że takie myślenie z minimalizmem niewiele ma wspólnego. Nie w tym rzecz, ile ma się rzeczy. 
Zanim przejdziemy do rozmowy o materialnych aspektach uprawiania hobby, zastanówmy się nad tym, dlaczego w ogóle warto mieć zainteresowania.

Nieznośny urok nowości

Kup nowy lepszy model! Nowość, musisz to mieć! Wypróbuj nasz nowy produkt! Czy wciąż używasz starego xxx? Wymień go na nowy fantastyczny rewelacyjny yyy! 
Obsesja nowości, pielęgnowana przez producentów i projektantów z uporem godnym lepszej sprawy. Całe rzesze dobrze opłacanych specjalistów pracują w pocie czołach w laboratoriach i pracowniach na całym świecie nad nowymi produktami albo nad ulepszaniem już istniejących. Cele tych wysiłków są różne: utrzymanie uwagi starych klientów i przyciągnięcie nowych, potencjalnych, wyprzedzenie konkurencji, zwiększenie sprzedaży i zysków. Chociaż właściwie sprowadzają się do jednego: nie przestawać zarabiać i zarabiać coraz więcej. 
Trzeba ciągle tworzyć nowe mody, świeże trendy, zmieniać kierunek tendencji. Grunt, by konsument jak najszybciej znudził się znanym i wypróbowanym produktem i zapragnął innego. Musi wciąż mieć potrzebę odmiany. Moda, z samej swojej natury ulotna, powinna szybko przeminąć, by ustąpić miejsca swej atrakcyjniejszej w ocz…

Zrób sobie Action in Mind!

... jeśli mieszkasz w Krakowie lub masz możliwość i ochotę przyjechać do naszego zasnutego smogiem miasta. 
Dzisiejszy wpis jest rodzajem reklamy. Powiedzmy. Takiej typowej reklamy na Prostym blogu raczej nie zobaczycie jeszcze przez długi czas, a może nigdy. No chyba, że ktoś przyjdzie do mnie z bardzo dużym workiem pieniędzy ;-) I wtedy się złamię. Albo nie.
Nie o to chodzi, że mam cokolwiek przeciwko reklamie na blogach czy w internecie jako takim. Jednak zakładam, że skoro mnie samej reklama w sieci jest co najmniej obojętna (a częściej bywa irytująca), to i moim Czytelnikom do niczego potrzebna nie jest. Rozumiem, że niektórzy blogerzy chcą sobie w ten sposób dorobić co nieco, OK. Ja na razie nie mam takiej potrzeby i oby tak pozostało.