Przejdź do głównej zawartości

Co nas kręci, co nas podnieca

Dzięki uporczywemu lansowaniu minimalistów jako ludzi, którzy nie posiadają, utarło się przekonanie, że muszą być oni także pozbawieni zainteresowań. Usłyszałam nawet kiedyś, że ewentualnie można sobie znaleźć takie hobby, które nie będzie wymagało zbyt wiele sprzętu. Powiedzmy, że gra na flecie tak, ale na perskusji już nie. Żeby nie robić tłoku na słynnej liście 100 przedmiotów. 

Bzdury to straszne. Nieraz rozmawialiśmy już o tym, że takie myślenie z minimalizmem niewiele ma wspólnego. Nie w tym rzecz, ile ma się rzeczy. 

Zanim przejdziemy do rozmowy o materialnych aspektach uprawiania hobby, zastanówmy się nad tym, dlaczego w ogóle warto mieć zainteresowania.
Być może wielu z Was dziwi takie pytanie. Do niedawna ja również byłam przekonana, że nie ma o czym mówić, przecież każdy ma jakieś hobby. Powinien mieć, prawda? A jednak coraz częściej spotykam ludzi, których nic nie interesuje i nic im się nie chce. Jedno z moich ulubionych pytań: ojej, a chce Ci się to robić? Mnie by się nie chciało...

Dla równowagi znam też mnóstwo osób, które nie zadają takich durnych pytań, lubią robić różne fajne rzeczy, mają zainteresowania rozmaite, a czasem nawet pasje. I błysk w oku, gdy zaczynają o nich opowiadać. 

Można być biernym konsumentem rzeczywistości. Kupować gotowe plastikowe doznania w czteropaku. Niczym się zbytnio nie ekscytować, by nie tracić cennej energii. Nie interesować nadmiernie światem, żeby tylko się nie zmęczyć i nie zasapać. Nie próbować niczego zgłębiać, niczego nowego się nie uczyć. Nie robić niczego własnoręcznie, skoro wszystko, naprawdę wszystko można kupić. Można. W efekcie dostaje sie mdłe, bezbarwne, pozbawione zapachu życie spod sztancy. Niewiele różniące się od życia Kowalskiego z sąsiedniego domu, coraz mniej różniące się nawet od życia Johna Doe'a zza oceanu. 

Ludzie bez zainteresowań są nudni. Szybko kończą się im tematy do rozmowy. Praca, dzieci, zakupy, seriale, nowy Bond czy inny dr House. I tyle. Ewentualnie można bliźnim tyłki obsmarowywać. Ulubione zajęcie w wolnym czasie? Strzyżenie trawnika. Albo gra na konsoli. 

A przecież liczba możliwych sposobów spędzania wolnego czasu, wyrażania siebie, pogłębiania wiedzy, rozwoju umiejętności wydaje się nieskończona. Nazywamy je zainteresowaniami, hobby, pasją (chociaż to słowo bywa nadużywane, nie każde hobby musi zaraz być pasją), ale mówiąc ogólnie, chodzi o różne rodzaje aktywności wykonywanej dla przyjemności, z ciekawości lub potrzeby tworzenia. Dla ułatwienia podzieliłabym je na dwa rodzaje: odtwórcze, służące pogłębieniu wiedzy, poznaniu jakiegoś wycinka rzeczywistości, historii czy dziedziny nauki oraz kreatywne, służące tworzeniu. Chociaż często te dwa aspekty się łączą, na przykład w ogrodnictwie - gdzie poznaje się botanikę, przyrodę, zasady komponowania krajobrazu, ale jednocześnie wykorzystuje pracę własnych rąk i rozwija twórczy potencjał.

Moim zdaniem nieważne jest, co cię kręci. Istotne jest, by znaleźć to swoje COŚ. Ogrodnictwo, kolekcjonerstwo, wszelkiego rodzaju formy rękodzieła, majsterkowania, gotowanie, fotografia... A może podróże, turystyka górska? Wszelkie formy sportu, poznawane nie tylko z pozycji kibica, ale aktywnie uprawiane. Może poznawanie biografii sławnych ludzi, może studiowanie historii, a może odkrywanie zapomnianych przepisów kuchni regionalnej? Może sztuka, muzyka, kinematografia? Wybierz, co zechcesz, ważne, żeby poczuć ten dreszcz, tę radość tworzenia i poznawania. Nauczyć się wyrażać siebie, w taki czy inny sposób. 

Wszystkie te rodzaje aktywności nadają życiu barwy, decydują o Twojej wyjątkowości. Każdy z nas ma jakieś talent albo szczególny pociąg do jakiegoś rodzaju zajęcia. Jeśli już wiesz, co przynosi radość właśnie Tobie, świetnie, ciesz się tym, zaangażuj się w rozwijanie tej aktywności całym sercem. Jeśli wciąż jeszcze nie wiesz, co to jest, szukaj, szukaj niestrudzenie, aż znajdziesz to, co Cię kręci, to, co Cię podnieca...

Natomiast o materialnych kwestiach związanych z rozwijaniem zainteresowań będzie mowa już wkrótce. 

Komentarze

  1. Ciekawym aspektem jest jeszcze relacja hobby/praca zawodowa. Ostatnio odbyliśmy burzliwą dyskusje na ten temat z jedną koleżanką, która szuka pracy. Uważa, że praca jest tylko do zarabiania pieniędzy i nie chce, by była jakkolwiek związana z jej zainteresowaniami. Trudno nam było się z tym zgodzić. Moim zdaniem, jeśli ktoś ma prawdziwą pasję, to nawet z najdziwniejszego hobby potrafi zrobić biznes. Czy on w ogóle "chodzi do pracy"? ;) Podesłał mi ostatnio kolega linka http://pfollansbee.wordpress.com/ - gość robi meble siekierą i dłutem, z kawałków drewna. Opadła mi szczęka. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. a ja akurat lubię oddzielać pracę od hobby.

    nie, żebym traktowała pracę tylko i wyłącznie jako pańszczyznę, orkę na ugorze ;-)
    lubię swoją pracę, uważam, że też powinna mieć coś wspólnego z pasją, ale jedynie w części.

    lubię tę myśl, że zamykam popołudniu drzwi do pracy, a otwieram sobie okno na coś nowego ;-)

    fakt, że można przekuć hobby w biznes, przyznaję, rozważałam taką opcję swego czasu,
    ale jednak na dłuższą metę (póki co) wolę mieć jasny podział między pracą a przyjemnością.

    poza tym, znam siebie, i wiem, że mam bardzo słabą silną wolę, i nie umiałabym pracować w domu.

    i tak zupełnie z innej strony: gra na flecie jest wbrew pozorom mało minimalistyczna.
    fakt, można posiadać taki mały hohner.owski kieszonkowy flecik, zawsze jednak pozostaje kwestia NUT ;-) które bywają mało kieszonkowe.

    a tu moja obecna, naprawdę bardzo bardzo okrojona do minimum kolekcja....
    brakuje: prostego sopranowego, prostego altowego, prostego tenorowego, drugiego prostego piccolo (niestety zgubiłam), brakuje flażoletu (a właściwie flażoletów dwóch- bo metalowego oraz z bambusa) i xaphoona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. doprecyzuję: brakuje, bo już tę część zbioru instrumentów oddałam ;-)

      Usuń
    2. Nie ma nut na te kindle i inne? ;)

      Usuń
    3. @tofalaria jestem dumną NIE posiadaczką kindla ;-)
      i wcale nie zamierzam mieć tej zabawki.

      Usuń
    4. Ja też nie. Ale może to by minimalizowało stosy nut. ;) Jeszcze można grać ze słuchu.

      Usuń
    5. można grać ze słuchu, a i owszem, ale ja jestem takim leniem, że lubię z nut.
      przyznaję, nie myślałam o kindlu w tym kontekście, i nawet nie wiem, czy byłby odpowiednio wygodny.

      nie no,aż tak wielkich stosów nut nie mam. ;-)

      problem był jeszcze do niedawna za to z ilośćią instrumentów, ale to dało się opanować.

      Usuń
  3. wstęp jak zwykle trafiony...oj jak mi się podoba ta obserwacja "jej, a chce Ci się to robić? Mnie by się nie chciało..." świat jest taki ciekawy, szkoda że my malujemy go nudnymi kredkami;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj jak ja się często spotykam z pytanio-zdziwieniem "że tobie się chce". A co ma się nie chcieć? Istnieje tylko pytanie co z minimalistycznym podejściem do życia jak ktoś ma za dużo hobby? Fotografia, haftowanie, ogród, szycie a do tego sport? i nie chodzi tu o posiadanie rzeczy potrzebnych do uprawiania hobby ale czy to jest jeszcze minimalizm?

    Co do połączenia pasji z pracą zarobkową to chyba jest to ideałem aby pasja przynosiła dochód a osoba która ją ma mogła się jej poświęcić w całości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale dlaczego posiadanie kilku zainteresowań czy pasji, to już nie jest minimalizm?

      pasje rozwijają, inspirują.
      to, że ma się mało rzeczy, nie znaczy, że potem się siedzi i gapi w ścianę.

      jak dla mnie: minimalizm to czasem mniej pracy zarobkowej,
      bo mniej materialnych potrzeb- dzięki czemu mam czas i miejsce na coś,
      co sprawia mi przyjemność. jak choćby ten nieszczęsny haft ;-)

      Usuń
  5. Ja zawsze miewam problem kiedy muszę coś wpisać w rubrykę zainteresowań, właśnie przez to, że dziedzinę tę utożsamiam z jakąś wielką pasją lub dawnym znaczeniem słowa studiować - analizować, dogłębnie poznawać. Myślę sobie "lubię podróżować, wspinać się po górach, gotować, dobre: kino, muzykę, książkę, ale żeby od razu zainteresowanie? Nie, nie, nie... Tylko jak nie to, to co?" ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jesli ktos moze polaczyc pasje z praca zarobkowa, to jest to wyjscie optymalne, bo nigdy sie nie bedzie nudzil i z radoscia bedzie pracowal. Jesli niestety nie mozna tych dwoch rzeczy polaczyc, to rzeczywiscie najlepiej jest wyraznie rozdzielic sprawy zawodowe od zainteresowan.
    Pytania typu chceci sie? skad ty masz tyle energii? kiedy ty to wszystko robisz? wywoluja u mnie czasem ciebn irytacji. Kiedy zaczelam pisac bloga pewna osoba (powinowata) zapytala mnie kiedy ty masz na to czas? dla kogo to ma byc? i w ogole po co? w podtekscie byla wrecz nagana.... Nie mialam ochoty usprawiedliwiac sie ani tlumaczyc jak z jakiegos wystepku... Ta bowiem osoba nie ma zadnych, ale to zadnych zainteresowan i po prostu nadajemy na innych falach.
    Do powyzszego wpisu dodalabym tylko, ze zainteresowania takze ewoluuja. To co nas pasjonuje w wieku lat np 25ciu nie bedzie juz moze w kregu naszych zainteresowan 15 lat pozniej. I to jest najciekawsze, to fakt ze ciagle to najciekawsze moze byc jeszcze do odkrycia.
    Pozdrawiam
    Nika

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie różne poszukiwania spokoju i prostoty w życiu zaprowadziły do Twojego bloga (nie tylko, ale Twój wydał mi się najbardziej "ludzki i życiowy" z tych bardziej popularnych blogów o minimalizmie i dlatego tu zaglądam regularnie). I to plus kilka jeszcze innych inspirujących rozmów, głównie na forum, znalazłam sobie nowe hobby, które mam nadzieję przerodzi się w pasję, ba, nawet wróciłam do dawnych pasji, które ciągle odkładałam, bo przecież nie mam czasu. I dziwię się tylko sobie, że tak długo mogłam sobie wmawiać, że ja tego czasu nie mam, bo to fakt, że nie mam go dużo, ale tak przynajmniej czuję, że żyję.
    A połączenie pasji z pracą - to by było wyjście idealne, mam nadzieję, że uda mi się do tego dojść, do równowagi w tym temacie. Tylko mam jedną dużą wątpliwość: czy konieczność zarabiania (i nie mówię tu o jakichś "kokosach", ale np. zarobieniu na ZUS, podatki i jeszcze życie) na tej pasji w obecnych warunkach (sytuacji na rynku) nie zabije radości z pasji. No chyba że się jest twórcą rangi Picassa, dajmy na to.

    OdpowiedzUsuń
  8. Odniosłem się do Twojego wpisu na moim blogu. ps. Zawsze czekam na Twój nowy post. :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziękuję Wam wszystkim za ciekawe komentarze. O związkach między zainteresowaniami a pracą oraz o tym, kiedy można stwierdzić, że ma się za dużo hobby, napiszę wkrótce. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak byłem młody do pasją było zbieractwo chęć posiadania, teraz to raczej są doznania.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…

Zanim nazwiesz prezesa idiotą...

Za sobą mam wielkie ufff. Westchnienie ulgi, bo we wtorek zakończyłam megazlecenie, o którym pisałam ostatnio. Ponad dwa miesiące bardzo intensywnej pracy umysłowej. Przyznaję, że teraz jestem nieco sflaczała intelektualnie i jeszcze niegotowa na większy wysiłek. Na razie wysypiam się, nadrabiam zaległości domowe i towarzyskie, odpoczywam. Leniuchuję bez wyrzutów sumienia. Wracam do równowagi.
Pomyślałam, że oprócz minicyklu o szczęściu równolegle poopowiadam Wam trochę o tym, jak wygląda życie osoby pracującej na własny rachunek, bo często o to pytacie. Dzięki internetowi i możliwościom pracy zdalnej coraz więcej osób może brać pod uwagę takie rozwiązanie. A jest ono na pewno bardzo kuszące. Obiecuje wolność, niezależność. Więcej czasu wolnego, mniej stresu. Brak szefa nad sobą, brak konieczności dzielenia miejsca pracy z ludźmi, których obecność nie zawsze jest nam miła. 
Temat to bardzo szeroki, więc na jednym wpisie się na pewno nie skończy. Mam wrażenie, że istnieje sporo fałszy…