Przejdź do głównej zawartości

Zgoda na bylejakość

Bylejakość mnie wkurza. 

W pierwszej kolejności ta materialna, dotykalna. Sprzęty rozpadające się przy pierwszym użyciu, ubrania z dziurami już w sklepie, krzywo uszyte, niedbale zaprojektowane, jeszcze bardziej niestarannie wykonane.

Bylejakość myślenia, widoczna na każdym kroku. Polityków, którzy decyzje podejmują między lansowaniem się na tweeterze i FB a kolejnym bizneslanczem. Na szybko, na odwal się, byle jakoś było. Byle do wyborów. Urzędników z klapkami na oczach. Lekarzy, odhaczających kolejnych pacjentów z listy, następny proszę.

Bylejakość języka, bełkotliwa wymowa, błędy uważane za normę. Tylko nudziarze dbają o poprawność i interpunkcję.

Bylejakość relacji, które zaledwie się podtrzymuje. Komu by się chciało dawać z siebie więcej? Coraz częściej ograniczają się one do esemesa dwa razy do roku, na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Albo zdawkowe a co tam u was słychać? Odpowiedzi nikt nie słucha. 

Bylejakość jedzenia, bylejakość doznań. Ma być dużo, mocno, głośno, nie musi być dobrze, zdrowo, porządnie i jak trzeba.

W moim mikroświecie nie ma zgody na bylejakość. Cokolwiek robię, robię najlepiej jak potrafię. Z całej siły, z pełnym przekonaniem. 

Gdybym miała żyć byle jak, wolałabym nie istnieć wcale. 

Komentarze

  1. Podpisuję się pod tym, w stu procentach. Pozdrawiam
    Karolina

    OdpowiedzUsuń
  2. Podpisuję się pod tym obiema rękami. Ponadto, o ile wysoką jakość łatwo można egzekwować od samego siebie, o tyle uzyskanie jej z zewnątrz bywa pracą, stresem i wkładem czasowym, zwłaszcza w dziedzinie usług.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojej! Jak ja nie znoszę bylejakości...brrr. Kiedy ją widzę, prawie mam jakieś dolegliwości fizyczne.

    OdpowiedzUsuń
  4. No, ja to od dawna powtarzam! ;-)
    Ale jeśli już mówimy o bylejakości językowej... to pamiętajmy o tym, że nie piszemy "smsa" ale "SMS-a" lub (potocznie, ale poprawnie) "esemesa".

    OdpowiedzUsuń
  5. Też stosuje tą zasadę, albo robić coś z przekonaniem, albo wcale.
    To taka ogólna zasada, bo przecież nie da się cały czas robić wszystkiego na 100%. I chyba nie o to w tym chodzi.
    Mi osobiście wystarcza te 80% :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Bo w gruncie rzeczy ta bylejakość i wszelkiej maści przeciętność jest przecież na każdym kroku akceptowana, a na niektórych wręcz wymagana i pochwalana. W większości wyłamamywanie się ze standardowego schematu jest źle postrzegane i często po prostu określane mianem dziwactwa. Znakiem czasu jest chyba sukcesywne równanie ambicji do dolnych zakresów. Wystarczy spojrzeć na szkoły i programy kształcenia, porównując te dzisiejsze z tymi sprzed kilkunastu lat. Wymaga się coraz mniej, bo takie działanie jest łatwiejsze i daje powierzchownie tylko lepsze wyniki. I super, że w takiej szarzejącej rzeczywistości znajdują się takie jednostki, które w żaden sposób nie godzą się na pokrycie taką właśnie barwą, a przyozdabiają według własnej ambitnej wizji :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Godzenie się na bylejakość i zgoda, by stała się normą jest według mnie brakiem szacunku wobec siebie i innych. To takie "rozmienianie się" na drobne. Tu również zasada "mniej znaczy więcej" jest w pełni uzasadniona.
    Np lepiej mieć jedną czy dwie torebki, ale dobrej jakości i ulubione (uwaga dobrej jakości nie oznacza koniecznie drogie i markowe), aniżeli piętnaście rozpadających się po miesiącu torebek kupowanych impulsywnie na jakichś wyprzedażach.
    Przykładów można dać bez liku i w wielu dziedzinach, nie tylko materialnych.
    Mnie również bylejakość irytuje, żeby nie powiedzieć, że po prostu mierzi.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dobrze napisane. Nie lubię malkontencić i krytykować, ale zrobię wyjątek. Kiedy jadę do miasta widzę setki dziewczyn z rozpadającymi się torebkami, w poprzecieranych, brudnych butach, w zmechaconych czapkach... Smutno to wygląda. Nasze mamy miały tylko parę sukienek na krzyż, a tak dobrze wyglądały.

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo ładnie ujęłaś to w słowa:) Mam podobnie - wkurza mnie bylejakość na każdym kroku, od źle uszytych ubrań i koszmarnej jakości sprzętów po bylejakie relacje międzyludzkie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Podpisuje sie pod tym takze jak najbardziej.
    Wkurza mnie bylejakosc, denerwuje sie ze ten swiat zmierza niestety coraz bardziej w tym kierunku pomimo staran... nielicznych. Najgorsze jest to ze nasze dzieci na to patrza i wychowuja sie posrod tego wszystkiego...:(

    OdpowiedzUsuń
  11. Dokładnie! Ma być jakość, a nie jakoś...

    OdpowiedzUsuń
  12. bo jakość przeszła w ilość.
    ps. Najbardziej w bylejakości kontaktów międzyludzkich lubię zwrot "zdzwonimy się"

    OdpowiedzUsuń
  13. Jest jeszcze nic nie mówiące "będziemy w kontakcie" ;-)
    Tofalaria, poczułam wyrzut sumienia ;-). Bo jakoś nie umiem w naturalny, odruchowy sposób dbać na co dzień o to, jak się ubieram i mam tendencję do noszenia ciągle tego samego, póki nie odmówi posłuszeństwa na całej linii. Ale to też dlatego, że nie umiem się rozstawać z rzeczami, które lubię i jestem im w stanie wybaczyć jakieś tam drobne przetarcia ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pelasiu, nie do końca o to mi chodziło. Raczej o kupowanie byle jakich rzeczy, które już w sklepie nie wróżą nic dobrego. Nie chciałam nikogo urazić tą opinią. Sama chodziłam na przykład w liceum w dżinsach przetartych na kolanach. Naturalne tkaniny, skórzane buty, prawdziwe srebro - starzeją się "ładnie", w duchu wabi-sabi. :)

      Usuń
  14. Bylejakość jest przyrodnią siostrą luzu. A bycie na luzie jest przecież postawą cenioną, czyż nie? W ten sposób zaciera się dosyć cienka granica pomiędzy swobodą czy nawet pewną nonszalancją w sposobie bycia, a bylejakością i lekceważeniem (innych, ale również i siebie). Przypuszczam, że wiele osób byłoby zdziwionych, gdyby postawiono im zarzut, że zachowują się "byle jak".

    OdpowiedzUsuń
  15. I ja się pod tymi słowami podpisuję:))

    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
  16. Zgadzam się w 100%. Otacza nas z każdej strony i łatwo jej ulec! A rzucanego raz za razem "musimy się w końcu spotkać" też nie znoszę!

    OdpowiedzUsuń
  17. I jeszcze "odezwij się, jak będziesz mieć czas".

    OdpowiedzUsuń
  18. Dziękuję Wam wszystkim za komentarze, widzę, że bylejakość drażni wiele osób. To pociesza, im na więcej, tym większe szanse na ograniczanie jej wszechobecności.

    OdpowiedzUsuń
  19. U mnie nie ma zgody na bylejakość, niekiedy wkurza, fakt, ale zależy jaka, niektórą puszczam mimo oczu/ uszu jest tyle powodów do denerwowania, że jeden mniej to zawsze coś. :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…

Zanim nazwiesz prezesa idiotą...

Za sobą mam wielkie ufff. Westchnienie ulgi, bo we wtorek zakończyłam megazlecenie, o którym pisałam ostatnio. Ponad dwa miesiące bardzo intensywnej pracy umysłowej. Przyznaję, że teraz jestem nieco sflaczała intelektualnie i jeszcze niegotowa na większy wysiłek. Na razie wysypiam się, nadrabiam zaległości domowe i towarzyskie, odpoczywam. Leniuchuję bez wyrzutów sumienia. Wracam do równowagi.
Pomyślałam, że oprócz minicyklu o szczęściu równolegle poopowiadam Wam trochę o tym, jak wygląda życie osoby pracującej na własny rachunek, bo często o to pytacie. Dzięki internetowi i możliwościom pracy zdalnej coraz więcej osób może brać pod uwagę takie rozwiązanie. A jest ono na pewno bardzo kuszące. Obiecuje wolność, niezależność. Więcej czasu wolnego, mniej stresu. Brak szefa nad sobą, brak konieczności dzielenia miejsca pracy z ludźmi, których obecność nie zawsze jest nam miła. 
Temat to bardzo szeroki, więc na jednym wpisie się na pewno nie skończy. Mam wrażenie, że istnieje sporo fałszy…