Przejdź do głównej zawartości

Małe jest piękne (i funkcjonalne)

Po niedawnym wpisie o planowanych zmianach w umeblowaniu mieszkania napisała do mnie pewna sympatyczna stała Czytelniczka. Pozwolę sobie zacytować: jestem właśnie na etapie kupowania mieszkanka (jedynych 34 metrów - kawalerka) (...). Zmagam się z otoczeniem, które nalega bym kupiła większe mieszkanie (no bo kto kupuje kawalerki, a dwa pokoje to wygoda, standard) ja jednak obstaję przy swoim zdaniu, bowiem większe mieszkanie oznaczałoby sporo większy kredyt, a co za tym idzie... niepokój. Cóż mi po sypialni, skoro noce spędzone w niej będą niespokojne ze względu na duże raty kredytu...

Moim zdaniem Czytelniczka ma rację, nie chcąc obciążać się zbyt wysokim kredytem i nie ulegając naciskom otoczenia. To prawda, że małe mieszkania czy domy postrzegane są jako rozwiązania dla niezamożnych, dla osób na dorobku, samotnych, starszych, jako niewygodna konieczność w określonych okolicznościach życiowych. Zgodnie z powszechnym przekonaniem, są etapem przejściowym, tymczasowym. Za wszelką cenę należy dążyć do posiadania jak największej przestrzeni mieszkalnej. Bo małe rzekomo jest niewygodne. Czyżby?


Staje mi przed oczami potężny dom moich znajomych, którzy po kilku latach mieszkania w bloku na pięćdziesięciu paru metrach, postanowili iść na całość i wybudowali sobie niemal pałac. Kosztem olbrzymiego kredytu oczywiście. I co? I ten prawie pałac, wprawdzie wielki, wcale nie jest miejscem, w którym chciałoby się mieszkać i zestarzeć. Cała para poszła w gwizdek, że tak powiem. Niefunkcjonalny, niepraktyczny, nieprzytulny, nieprzemyślany. Trudny do posprzątania. Kusi złodziei, były już próby włamania. 

A tymczasem znam wiele małych mieszkań, kawalerek lub dwupokojowych, a nawet jeden dość kompaktowy dom, które chociaż nie oferują dużej powierzchni, jednak są wygodne, przyjemne, wcale nie ciasne. Klucz do sukcesu? Jak mawiał Zwierzak z Muppetów: „Myśleć, myśleć, myśleć!”. 

Każdą przestrzeń, i tę wielką, i tę malutką, należy urządzać w sposób przemyślany. Dać sobie czas, podpatrywać ciekawe pomysły i nietypowe rozwiązania. Przeanalizować swoje potrzeby, sposoby spędzania czasu. Plany na przyszłość (np. dzieci czy praca w domu). Zacząć od przestudiowania planu mieszkania, pobawić się, rysując możliwe układy umeblowania, czy przekładając powycinane z papieru małe modele mebli. Wiele osób zaczyna urządzanie mieszkania od wizyty w sklepie z meblami. A tymczasem, podobnie jak w przypadku kompletowania garderoby, sklep powinien być ostatnim etapem, zaczynać należy od planowania i dostosowania zakupów do potrzeb.

Z perspektywy dziewięciu już lat mieszkania na niewielkiej przestrzeni mogę z całą stanowczością stwierdzić, że małe mieszkanie nie musi być wyrokiem. Urządzone odpowiednio do potrzeb właścicieli może być nie tylko etapem przejściowym, lecz rozwiązaniem na dłużej. Fakt, nie uniknęliśmy pewnych błędów, jak każdy. Jednak nie było ich wiele, za to udawało się dostosowywać otaczającą przestrzeń do zmieniających się warunków życiowych i wymagań. 

Czy to znaczy, że nie chcielibyśmy dysponować większą przestrzenią? Ależ skąd. Chcielibyśmy, ale nie jest to sprawa pilna. Na razie tu nam wygodnie. Małe mieszkanie ma wiele zalet. Chociażby mniejsze koszty utrzymania. Łatwo utrzymać go w porządku i czystości. Przytulność. 

Może też być jednak koszmarem - gdy jest zatłoczone meblami i przedmiotami, gdy umeblowanie jest niewłaściwie dobrane do rozmiarów wnętrza. Jeśli kolorystyka zamiast optycznie go powiększać, przytłacza i dusi. 

Fajnie jest mieć dużo miejsca. Przestronne mieszkanie, średniej wielkości dom. Nie warto jednak tracić sił, wytężać się ponad miarę, katować potężnym kredytem, odmawiając sobie przez lata wszystkiego, byle tylko spłacić obciążające raty. Myślę, że lepiej jest na pewnym etapie życia pomieszkać w mniejszym lokum, do czasu, aż na tyle okrzepnie się finansowo, by móc przenieść się do czegoś większego. A jeśli ten etap nigdy nie nastąpi (a może tak się stać)? Cóż, jak wspomniałam wcześniej, małe mieszkanie nie musi być wyrokiem. Może być rozsądnym i funkcjonalnym wyborem. Nawet na całe życie.

Następnym razem podzielę się z Wami obserwacjami zebranymi przez te dziewięć lat co do tego, jakimi zasadami kierować się, urządzając małe mieszkania, a przed jakimi błędami lepiej się strzec. 

Komentarze

  1. Ja mieszkam na 23 metrach już 10 lat i jest mi wspaniale i nie zamierzam nic zmieniać. No chyba że przestanę być singlem;) Pozdrawiam minimalistów, Daniel

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy wpis. Właśnie sama stoję przed decyzją o zmianie dotychczasowego mieszkania na większe kosztem znacznych obciążeń kredytowych i dzięki zainteresowaniu minimalizmem na razie udaje się tę decyzję odwlekać w czasie. Z jednej strony świeże spojrzenie na posiadane rzeczy pozwoliło mi zmniejszyć ich ilość, z drugiej większa ostrożność przy kupowaniu spowolniła napływ nowych. I to jest fajne.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Moim zdaniem sensowność celu można ocenić tylko w kontekście potrzeby.
    Oznacza to tyle, że nie jest istotna wielkość, istotna jest potrzeba jaką ma spełniać. Nie ma zatem chyba co walczyć o to, aby było bardzo mało, albo bardzo dużo. Nie tutaj jest miejsce na decyzje.
    Zgadzam się absolutnie z treścią wpisu, że najpierw myślimy i planujemy, a potem decydujemy. Szczególnie przy sprawach które będą się ciągnąć latami (bo choćby kredyt).
    pozdr

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję za ten post i z niecierpliwością czekam na następny:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Najważniejsze jest dostosowanie mieszkania do potrzeb. Mama mojej koleżanki pisała habilitację nocami w kuchni, gdyż w każdym pokoju ktoś spał, a nawet całkiem spory metraż nie dawał możliwości wygospodarowania osobnego pokoju tylko do pracy. Wielu problemów można by uniknąć, gdyby w Polsce istniał rynek wynajmu mieszkań za rozsądną cenę - w miarę powiększania się rodziny lub zmiany potrzeb (praca w domu) wynajmowałoby się po prostu większe, i tyle. Kiedy jednak opcją najbardziej pożądaną jest własne mieszkanie czy dom, trudno się dziwić, że inwestujący w nie obliczają swoje potrzeby "na wyrost", tym bardziej, że operacja: sprzedaż dotychczasowego, mniejszego - kupno większego też do łatwych nie należy. Racjonalne zachowania wymagałyby klarownej, a przede wszystkim stabilnej sytuacji na rynku mieszkaniowym, a tego trudno się jednak spodziewać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Małe i duże to niesamowicie subiektywna kwestia.
    Od pewnego czasu mieszkam w wynajmowanych mieszkaniach w Paryżu i okolicach, gdzie koszty wynajmu są dość przerażające, a na dodatek jest praktycznie niemożliwe wynajęcie mieszkania za więcej, niż 1/3 pensji. Mała pensja znaczy małe mieszkanie, i to takie naprawdę małe małe - na poprzednim, czasowym kontrakcie mieszkałam dwa lata na 16 m2 :)
    O dziwo - było wspaniale. Miałam łóżko na antresoli, co oszczędzało wiele miejsca, rozkładany stolik, przy którym zdarzyło mi się wielokrotnie przyjmować do 2-3 gości, składane krzesła chowane za szafą, mały fotel do czytania książek... W kuchni też miałam wszystko, czego potrzeba, żyłam sobie zupełnie normalnie. Śmiesznie było tylko wyjeżdżać służbowo i stwierdzać, że większość pokoi hotelowych jest większa od całego mojego apartamentu... I po tygodniu pobytu gości, jak bardzo bym ich nie uwielbiała, zaczynałam mieć dość.
    Potem wróciłam do Polski, a potem bardzo niespodziewanie dostałam stałą pracę we Francji. Pierwsze pół roku, kiedy byłam na okresie próbnym, przemieszkałam na 12m2 (tak tak, w tym się zawiera łazienka i wnęka kuchenna!) i to już było trudne do wytrzymania. Jedyny plus, że tak nie lubiłam siedzieć w tym mieszkaniu, że codziennie gdzieś wychodziłam i nad wyraz się rozwinęłam kulturalnie :) A potem, już ze stałym kontraktem w łapie, postanowiłam, że skoro już zarabiam lepiej, to zamieszkam w samym Paryżu, i że ponieważ wynajmuję na parę lat, a nie mam pojęcia, jak mi się s tym czasie życie ułoży (ile czasu będzie we Francji spędzał pracujący w Polsce mąż, czy będziemy mieć dziecko itd) to dwa pokoje chyba będą lepsze. Przy mojej pensji i przy dzielnicach, w które celowałam ze względu na dojazd do pracy, to oznaczało wysokie piętro bez windy albo parter - wybrałam to pierwsze, będzie chociaż trochę ruchu każdego dnia :) Mieszkam teraz na 37m2 (czyli aż trzy razy więcej niż nieznośne mieszkanie i ponad dwa razy więcej, niż to całkiem dobre!) i mam wrażenie, że jakbym miała więcej przestrzeni, to w niczym by mi to nie pomogło, a tylko zwiększyło koszty ogrzewania (mam pojedyncze szyby w oknach, kolejna francuska specjalność).
    Mieszkanie wynajęłam puste, był tylko zlew :) i przez rok je urządzałam dostawiając z wielkim namysłem mebel po meblu. Teraz uwielbiam je do tego stopnia, że bardzo ograniczyłam wieczorne wyjścia, bo najlepiej regeneruję się u siebie w domu (i sama się na siebie złoszczę za to, mieszkam w Paryżu i co tego mam?) Moi koledzy z pracy się ciągle dziwują, jak udało mi się znaleźć takie WIELKIE mieszkanie. Jak przyjeżdża mąż - też bez najmniejszych problemów funkcjonujemy we dwójkę. Za to większość moich polskich znajomych marudzi, że małe, i z mojej perspektywy zupełnie tego pojąć nie mogę...
    Ale czasem taszcząc walizkę po schodach zastanawiam się, czy warto się tak było zabijać o te metry i czy kawalerka w kamienicy z windą nie byłaby jednak lepsza.
    Magda Z :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja mieszkam w kraju , ktory jest zdecydowanie za duzy dla mnie. Zdecydowanie. I poniewaz w pewnym momencie bylismy rodzina 5-osobowa, najtansza wersja w USa bylo zakupienie domu. Duzego domu. Jak ja sie cieszylam na ten dom. Ja nigdy w domu nie mieszkalam, cale zycie w malych krakowskich mieszkaniach. I okazalo sie....ja domow nie lubie. Nie lubie zajmowac sie dachami, scianami, lazienkami, jardami. Niedlugo moje marzenie sie spelni - domu nie bedziemy potrzebowac, przeprowadzimy sie do (pewnie drozszego) malego mieszkania w centrum Waszyngtonu.

    Ja mysle ze tak naprawde to wszystko zalezy co kto lubi...Jestem przekonana ze nasz dom bylby marzeniem dkla kogos innego...A ja mieszczuch....

    OdpowiedzUsuń
  8. Ajko, bardzo Ci dziękuję za możliwość skomentowania;)

    Jestem zupełnie zielona w temacie minimalizmu, ale bardzo mnie interesuje takie podejście do życia. Mam nadzieję, że ten blog będzie mnie mobilizował w walce z rzeczami, którymi jestem kompletnie zasypana!

    A co do wpisu- nie oszukujmy się, niektórzy potrzebują przestrzeni. Posiadając dużą rodzinę z psem, nie wypocznie się w kawalerce... A niektórzy uważają, że małe i ciasne jest bardzo przytulne i funkcjonalne... Wszyscy mają rację:) Należy unikać nadmiaru, a nie ograniczać się do minimum!

    Paulina

    OdpowiedzUsuń
  9. Wolę małe, ale przytulne mieszkanie. Wolę mniejszy kredyt. W sumie najchętniej wynajmowane, wolę. Chciałabym, aby rynek mieszkań wynajmowanych w Polsce był trochę inny.

    OdpowiedzUsuń
  10. Kawalerka jest rozwiązaniem dla zatwardziałego singla i raczej samotnika. Można przecież kupić małe 34 metrowe mieszkanie ale za to 2 pokojowe. Sam takie nabyłem jeszcze za kawalerskich czasów i uważam, że doskonale się stało, że nie wybrałem kawalerki. Koszt był naprawdę niewiele większy od kawalerki, dodatkowe pomieszczenie służyło za sypialnię i gabinet do pracy, bez problemu można było ugościć i przenocować nawet kilka osób. Potem fantastycznie nam się mieszkało we dwoje, troje i dopiero gdy się pojawiła na świecie nasza druga córcia zrobiło nam się naprawdę ciasno pomimo funkcjonalności mieszkania.

    OdpowiedzUsuń
  11. Aniu, dzięki za ten wpis. Fajnie poczytać, ze są tacy, co myślą podobnie. Od 12 lat mieszkamy z mężem w mieszkaniu, które ma 28 m użytkowych. Ponieważ jest to poddasze, metrów podłogi jest trochę więcej, ale podczas zakupu liczą się metry użytkowe. Zakup mieszkania na poddaszu to jest dobry pomysł, żeby trochę "oszukać" metraż. Pod skosami mogą być np. szafki kuchenne, komody, można też postawić rower. W zależności od ukształtowania dachu można zrobić w najwyższym miejscu pawlacz, choć my dzięki zainteresowaniu minimalizmem jeszcze nie musieliśmy uciekać się do tego rozwiązania. Poddasza mają swoje wady, ale to już zależy od jakości wykonania, więc jest bardzo indywidualne. Na pewno jest to opcja warta rozważenia, gdy dysponujemy małą kwotą, a potrzebujemy miejsca żeby jednak cokolwiek przechowywać.
    Dla nas nasze małe mieszkanie jest wystarczające i bardzo wygodne. Kiedy kupowaliśmy, do wyboru było 28 m i obok 35 m - jednak jak zaczęłam rozrysowywać to większe, okazało się zupełnie nieustawne. Większe nie zawsze jest lepsze. ;)
    Na koniec chciałabym podzielić się refleksją na temat meblowania. Wiele osób chciałoby od razu wprowadzić się do mieszkania z kompletem mebli. Moim zdaniem nie jest to dobry pomysł. Warto przez jakiś czas pomieszkać z meblami "zastępczymi" (to mogą być nawet jakieś pożyczone plastikowe stoliki ogrodowe), żeby zobaczyć, jak w praktyce się funkcjonuje na danej przestrzeni, gdzie jest najlepsze miejsce na stół, na kanapę. Gdzie się fajnie siedzi albo śpi. Meblować krok po kroku, nie za dużo naraz. ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. To, że poprzednicy zwracają uwagę na to, że w małym może być całkiem w porządku jest jasne.
    Ale musisz wziąć też pod uwagę praktyczny aspekt finansowy: jeśli kupisz kawalerkę, a za kilka lat zechcesz większe mieszkanie, bo np. rodzina się powiększy, to będziesz mieć jeden kredyt zaciągnięty oraz konieczność zaciągnięcia drugiego kredytu.
    Wtedy przez jakiś czas będziesz musiała spłacać oba kredyty, dopóki nie przeprowadzisz się do większego mieszkania i nie sprzedasz starego mieszkania. Po sprzedaży starego mieszkania będziesz mogła spłacić kredyt, ale to też może się wiązać z opłatami do banku.
    Dodatkowo poniesiesz koszty: nabycia 2 mieszkań i sprzedaży 1 mieszkania (prowizje dla pośredników nieruchomości, opłaty notarialne, telefony, ogłoszenia, wizyty zainteresowanych osób).
    Dlatego rozważ sobie, czy nie będzie bezpieczniej kupić już teraz 2 pokoje, to może być nawet kilka metrów więcej, a więc nie będzie ogromna różnica na cenie (kawalerki mają zwykle wyższe ceny za metr kwadratowy niż mieszkania kilkupokojowe), by uniknąć wyżej wymienionych kosztów, zadań i kredytu.
    Najlepiej przelicz sobie, co się bardziej opłaca.

    OdpowiedzUsuń
  13. Witaj Ajko, witajcie zaglądacze i podczytywacze!
    Zerkam tu chętnie, ciekawie i od dawna, choć na "prostą drogę" sprowadziła mnie chwilami apodyktyczna i nieznośnie logiczna guru - Dominique Loreau. "Sztukę prostoty" nabyłam kiedyś za namową recenzji w Zwierciadle, podczas zimowego pobytu w sanatorium w Sopocie. Miałam tam maciupci pokoik, za oknem którego piętrzyło się morze co chwilę innego koloru, na sobie miałam portki od dresu i polarek i było mi jak w raju. Parę lat już więc staram się upraszczać swoje życie, z rozmysłem, na wielu polach i sprawia mi to przyjemność, niekiedy bardzo intymną. W ostatnio wydanej u nas pracy (Sztuka minimalizmu w codziennym życiu) D.Loreau cytuje książkę Lidii Flem "Jak likwidowałam dom moich rodziców". Jestem właśnie w takiej sytuacji: likwiduję dom moich rodziców i mój zarazem, bo mieszkałam z nimi przez ostatnie 16 lat. Mam 58 lat, tak się złożyło, że nie mam męża ani dzieci, zostałam więc sama w czteropokojowym, piętrowym domu z masą okien do mycia, rachunków do płacenia, śmietnikiem, szambem, remontami, podatkiem itp, itd. I górą rzeczy (już po wywiezieniu dwóch kontenerów przydasi), z którymi nie wiadomo co zrobić. Płakałam z radości gdy wprowadziałam się do tego domu i mogłam ciepłymi wieczorami leżeć na leżaku i gapić się w gwiazdy. Kocham mój ogród i będę za nim ryczeć jak bóbr, ale uwierzcie, o niczym tak nie marzę jak o tym aby nie musieć już odsnieżać o świcie i podlewać w upał. W każdym razie nie w tej skali. Marzę o mieszkanku jakie kiedyś miałam (34m) i stole pod oknem w kuchni.
    Cała przyroda, którą tak uwielbiam należy do mnie za darmo i nie muszę mieć jej hektara na własność. Naprawdę dobrze czujemy się tylko w rzeczach, mieszkaniach i domach na miarę naszych prawdziwych, czyli skromnych potrzeb, a nie ambicji i marzeń. To banał, ale w życiu są pewne tylko zmiany i lubi nas ono, oj lubi, zaskakiwać. A wtedy bierze się tłumoczek pod pachę i wije nowe gniazdko. Za mną kilka bardzo trudnych lat, ale jestem wdzięczna losowi za szansę urządzenia sobie swojego nowego (jeszcze nie wiem gdzie) lokum i nowego życia. Czuję się jak bym przechodziała wylinkę i bardzo się z tego cieszę! Nie kupię kompletu nowych mebli. Wezmę kilka wysłużonych i zasłużonych i znajdę im odpowiednie miejsce i zastosowanie. Tym co eksperymentują właśnie z organizowaniem przestrzeni wokół siebie polecam metodę kartonową. Sklejamy taśmą sporo pudeł i z tych klocków "budujemy" sobie meble na próbę. Jest to też pyszna zabawa.
    Serdecznie pozdrawiam - Babanka

    OdpowiedzUsuń
  14. Ajko Gratuluję jak zawsze rewelacyjnego wpisu.
    W swoim życiu mieszkałem w wielu miejscach, od dużych domów po malutkie kawalerki. Życie pozwoliło mi sprawdzić każde warunki. Mogę dzięki temu powiedzieć-że małe jest piękne, wygodniejsze, tańsze, przytulniejsze itp. Mieszkanie w domu to ciągle coś. Wszystko na wielką skalę od remontów, przez ogrzewanie, sprzątanie, meblowanie. Kilku pokojowe mieszkanie w bloku już troszkę lepiej lecz to dalej nie to samo. Miałem okazje w ostatnim czasie mieszkać w kawalerce 19m2 z czego największa była łazienka. Kawalerka była na poddaszu tak jak Tofalaria opisuje były miejsca na wstawienie mebli pod skosami. Co za tym idzie metraż był większy.
    W życiu tak dobrze się nie czułem. Przytulność tego miejsca sprawiała, że chciało się tam przebywać. Sprzątanie zajmowało dużo mniej czasu niż w domu. Do ogrzania wystarczył jeden grzejnik, do oświetlenia jedna lampa.;)

    Ktoś powie, że przesadzam. Szczególnym przypadkiem była znajoma, która tak była "napalona" na dom iż nie chciała słuchać jakie są mankamenty. Teraz niestety przyznała mi rację. Tylko cóż z tego skoro jest kredyt na 30lat.

    Przerobiłem wszystkie aspekty. Gdy na pomalowanie dużego pokoju czy jak kto woli salonu w domu potrzeba 15l farby. W małym mieszkaniu tylko 2,5. Wymierna oszczędność, czasu pieniędzy itd. Takie przykłady można mnożyć.

    Zdaję sobie sprawę, iż ile osób tyle opinii, sam przerobiłem to na własnej skórze. Nie chcę wracać do zamartwiania się a to o dach, śmieci, opał, bezpieczeństwo, odśnieżanie, koszenie, przycinanie, itd...

    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
  15. Jeśli małe wydaje się ciasne, bo jest zagracone meblami i zachomikowanymi przydasiami, to jak najbardziej może stać się wystarczająco przestronne. Natomiast kiedy w rodzinie przybywa ludzi i te ludzie trochę podrosną to małe robi się po prostu za małe i żadne sztuczki nie wygenerują dodatkowej sypialni czy też spokojnego miejsca do odrabiania lekcji. Uwaga o nieudanym dużym domu oznacza tylko tyle, że myśleć przy urządzeniu przestrzeni trzeba zarówno przy 20 jak i 120 metrach.

    OdpowiedzUsuń
  16. Gdy środki są ograniczone warto kupić kawalerkę ale nie całkiem małą czyli taką gdzie można wydzielić sypialnię.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…