Przejdź do głównej zawartości

Odchudzanie po Świętach jest do d...

Chociaż coraz trudniej w to uwierzyć, wiosna jest już niedaleko. W ramach wpuszczenia odrobiny świeżego powietrza na blog dzisiaj publikuję wpis gościnny Dariusza Michalca, którego przedstawiałam Wam już przy okazji zaproszenia na warsztaty Action in MindPomysł na wpis powstał przy okazji naszej niedawnej rozmowy o tym, jak to po Wielkiejnocy wiele osób przypomina sobie o odchudzaniu (z zamiarem wyrzeźbienia sylwetki przed latem i wyjściem na plażę). Oddaję głos Darkowi:

Odchudzanie po Świętach jest do d...

Autor: Dariusz Michalec


Zacznijmy od puenty: To może boleć, ale jeśli po Świętach odczuwasz gwałtowną potrzebę odchudzania, to najprawdopodobniej nie jest to związane ze świątecznym nadużyciem jedzenia. O nie… Sprawa została zawalona dużo wcześniej. Niestety, po prostu, masz nadwagę. Porównaj – ile kilogramów pokarmu Twój organizm wchłoną w świąteczne dni, a ile faktycznie należałoby zgubić. Jest jednak dla Ciebie (i dla mnie) nadzieja i nie wiąże się ona bezpośrednio z przechodzeniem na cudowne diety, zażywaniem  „cudownych” specyfików, substytutów lub suplementów. Nadzieja zaczyna się od lustra, pod warunkiem, że stać Cię będzie na odrobinę otwartości i empatii wobec siebie.  




Stanąłem przed lustrem.* No i? Nic  się nie dzieje. -Czyżby? -No już, ile będę tak stać? -A cóż Ci się tak spieszy? -Wiedziałem, że nic z tego nie wyjdzie. –Czekaj, czekaj, to nie jest czarodziejskie lustro, tylko zwykłe. Cudów nie będzie. Stój i patrz! – Ale to nie jest przyjemne. -Właśnie. Od tego zacznijmy. Na skali od 1 do 10 (gdzie dziesięć oznacza najgorzej), jak bardzo jest Ci przykro patrzyć na siebie? – Wiesz…lubię siebie. Tylko nie mogę wytrzymać tego patrzenia na siebie, w swojej głowie mam inny obraz i on tu trochę nie pasuje. Stąd ta przykrość. – Ile punktów dajesz sobie? – powiedzmy 6. – a co by miało pokazać lustro, żeby to było mniej punktów, a więc mniej przykro? – No sam nie wiem, tu wszystko jest nie tak.


„Wszystko” to „nic” tylko ładnie opakowane. Konkrety proszę. – Jadąc od góry, to na przykład, te bruzdy przynosowe….- a co? W Swoim wyobrażeniu ich nie masz? -No nie. –Tak sobie myślę, a ile ty lat masz chłopcze, w tym swoim wyobrażeniu? – 26 – yhmmm. To nie dziwię się, że Ci bruzdy nie pasują, wtedy ich nie było. Tu właśnie na chwilę się zatrzymajmy…


Pierwsze z czym masz zapewne problem, to brak tolerancji na śmiertelność. Odstawiłeś na bok wiarę, która przez ostatnie 2 tysiące lat dość dobrze wyjaśniała co się z tobą stanie po śmierci, a teraz ważne święta religijne zamieniłeś w liturgię komercji, handlu i konsumpcji. Ciało ulega nieustannej transformacji od narodzin do śmierci, a ty, obserwując objawy, wpadasz w panikę. Zupełnie jak polski napastnik na 15 metrów przed ukraińską bramką 22-go marca 2013. Nie zatrzymasz czasu botoksem, a oddanie się w ręce chirurga tylko przyspieszy proces transformacji, zamieniając cię już za życia w mumię.


Kiedy już minie ten moment, gdy nieszczerze wobec siebie zaprzeczysz, że to nie chodzi o lęk przed śmiercią i umieraniem, zapytasz być może – co z tym robić? W tym wypadku nie ma jednej dobrej rady. Wybacz, ale sam się boję. Regularnie oswajam tę myśl o umieraniu: przywróciłem w sobie wiarę w Boga, porządkuję życie tak, by niezależnie od tego, kiedy życie się skończy, spraw zamkniętych zostawić po sobie więcej niż tych rozgrzebanych, cieszę się chwilą.


- Ale pojechałeś…myślałem, że ty mi tu będziesz przed tym lustrem stare kawałki o samoakceptacji nawijał, a tu z grubej rury…- Ja ci dam samoakceptację, popatrz raczej, co ci tu nad paskiem zwisa. – To już wolałem rozmowę o twarzy z bruzdami. – Tu nie chodzi o to co wolisz, ale jak wyglądasz. Kiedy miałeś  „naście” lat, twoje ciało wyglądało zgodnie z zaprogramowanym genetycznie procesem dojrzewania. Lepiej lub gorzej, ale wyglądałeś tak jak kombinacja DNA rodziców na to pozwalała. Teraz natomiast, w wieku średnim, twoje ciało jest doskonałą  repliką (jeden do jednego) twojego stylu życia. Twoje zamiłowania, pasje, tryb życia odzwierciedlają się w tobie.


Popatrz na siebie!

Twoja twarz: najbardziej dostępny komunikator dla innych ludzi, odzwierciedla Twój stosunek do nich. Przeżywane emocje dzień w dzień ryją swoje ścieżki na twoich ustach, policzkach, powiekach i czole.


Twoje dłonie i ręce: najpowszechniej wykorzystane przez Ciebie narzędzia, odzwierciedlają Twój stosunek do pracy, ale także temperament i rodzaj uprawianego (lub nieuprawianego) rękodzieła.


Spójrz na pozostałe części ciała – to Ciało mówi o twoim stosunku do jedzenia, do sposobów spędzania czasu, do ilości zażywanego co dzień ruchu. To Ciało pokazuje, czy lubisz spacerować, czy latem chronisz się w cieniu, czy czytasz na leżąco. Jak długie godziny męczysz wzrok przed monitorem. To Ciało mówi, czy jesz śniadania, ile kaw wypijasz dziennie, a nawet to, czy gotujesz samodzielnie, czy też jadasz na mieście. To ciało informuje otoczenie o twych zgubnych nawykach, niekonsekwencji, namiętnościach ostatniej nocy i przebytych chorobach. To ciało odzwierciedla w doskonały sposób twoje, pełne naturalnej niedoskonałości, życie. I…

Jak zwykle masz co najmniej dwa wyjścia: zaakceptuj swój wygląd, który jest odzwierciedleniem Twego życia, albo zmień swoje życie.



W tym miejscu właściwie kończy się niniejszy tekst, bo jak pamiętasz, puenta była na początku. Ponieważ jednak nie jestem pewien czy takie umiejscowienie powoduje, że jest ona nadal puentą, dodam jeszcze jedną – tak dla pewności.



Święta Wielkanocne to nie zajączek, śmingus dyngus, sms-y z życzeniami i „Keviny” w telewizji. To Pamiątka wydarzenia  sprzed około 2 tysięcy lat. Gdzie jeden człowiek dał się ukrzyżować dla odkupienia (tak wierzą chrześcijanie) także Twojej winy. Tej winy, że objadałeś się nieprzyzwoicie w Święta również. 

 ……………………………………………………………………..

* Od tego miejsca tekst przechodzi w zapis dialogu, jaki autor przeprowadził z krytykiem wewnętrznym. Ustalenie, kto jest kim, pozostawia się inteligencji czytelnika (przyp. autora)

Komentarze

  1. Dobry tekst. Prowokuje do przemyśleń.

    OdpowiedzUsuń
  2. dziękuję, jestem w wieku średnim, moje ciało powiedziało zmień swoje życie :) posłucham go.

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę powiązane nie z tematem...
    Pani Aniu, czytałam w zakładce "O mnie", że jest Pani z zawodu tłumaczką. Kiedyś była jeszcze wzmianka, że oprowadza Pani turystów po Krakowie.
    Studiowała Pani języki w Krakowie? Sama zastanawiam się nad Filologią germańską na Uniwersytecie Pedagogicznym lub Uniwersytecie Jagiellońskim. Co prawda najbliżej mam Uniwersytet Wrocławski ale coś ciągnie mnie do Krakowa.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Diana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Diano, proszę o kontakt mailowy. Pozdrawiam.

      Usuń
  4. Święta Wielkanocne - na szczęście są jeszcze luzie, którzy pamiętają po co one są, a nie co ludzie z nich robią...
    Świetne podsumowanie: zmiana albo akceptacja, jedyne sposoby na sukces :D
    Dziękuje pani Aniu za tego posta i Wesołych, spokojnych świąt :D

    OdpowiedzUsuń
  5. ;) powiem tak: jak na kategorię "mindset" to ten tekst mnie rozczarował;)

    Ludzkie ciało to także zdolność do odnawiania komórek regeneracji, samouzdrawiania i tak dalej... w tym celu ciało ludzkie do perfekcji opanowało m.in. mechanizm apoptozy... niektóre komórki wymieniane są na nowe co 24 godziny... w czym więc problem? jeśli nie w odpowiednim myśleniu i podejściu, skupieniu uwagi na tym co naprawdę ważne, istotne i strategiczne z punktu widzenia funkcjonowania komórki? No ewentualnie wariant B polegający na znajdowaniu problemów, by w efekcie utknąć w niemożności...

    A co do gościa sprzed dwóch tysięcy lat warto zauważyć, że i owszem dał się ukrzyżować, za jakieś odkupienie czyichś win... ale chyba o wiele istotniejszym jest fakt, ze dnia trzeciego powstał z martwych... i to bez żadnej reanimacji i tym podobnych. Na dodatek cały czas mówił innym by poszli za nim... w jego ślady... nie było mowy o lustrze, akceptacji, nadwadze, trybie życia... zresztą jemu współcześni zarzucali mu, że JADAŁ I PIŁ z grzesznikami i celnikami, ludźmi najgorszego na ówczesne czasy autoramentu... więc raczej higieniczny tryb życia to nie był:) Nic tez nie wspomina o rzekomym porządkowaniu czy rozgrzebywaniu czegokolwiek oraz nie zalecał oswajania się z myśleniem o śmierci. Wręcz przeciwnie, grzebanie umarłych zalecał umarłym za życia;), co zrozumiałe bowiem cmentarze pełne są ludzi poważnych i to na dodatek śmiertelnie poważnych. Za to dużo było o życiu i o tym, że człowiek nie wejdzie do Królestwa jeśli nie stanie się jak dziecko;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robercie, skąd rozczarowanie? Jeśli czujesz się rozczarowany, to oznacza, że czegoś od mojego blogu oczekujesz, że ma on spełniać jakieś określone przez Ciebie kryteria. Jeśli ich nie spełnia, cóż, trudno, to Twoja prywatna sprawa. Dla mnie ważne jest, że spełnia moje oczekiwania.
      Nie ingeruję w treść wpisów gościnnych, które w moim zamyśle mają być przedstawieniem nieco innego od mojego sposobu myślenia, odmianą, innym spojrzeniem.
      Z Dariuszem zgadzam się co do kwestii samej akceptacji zależności między swoim trybem życia i codziennymi wyborami, a widocznymi skutkami tych wyborów. Bo że taka zależność istnieje, nie ma wątpliwości.
      Co nie oznacza, że jestem zwolenniczką jakiejś histerii higieniczno-dietetycznej. Po prostu mam wrażenie, że wiele osób nie chce dostrzegać tej zależności. I oczekuje cudów.
      Apoptoza, zdolność komórki do regeneracji - tak, to wszystko prawda, jak sam piszesz, rzecz w tym, by skupić się na tym, co naprawdę z punktu widzenia funkcjonowania komórki naprawdę ważne.
      Natomiast co do wątków religijnych - o tym będę pisać w kolejnej notce. Dariusz przedstawił swój punkt widzenia, jako praktykującego katolika.
      Ja mam zupełnie inne w tej kwestii podejście, mam poczucie, że czas najwyższy o nim co nieco napisać.
      Pozdrawiam ciepło, A.

      Usuń
  6. ;) nie napisałem, że czuję się rozczarowany ani też nic o tym, że mam jakiekolwiek oczekiwania co do bloga;) napisałem, że tekst mnie rozczarował... czyli jego zawartość, głębia myśli, treści, bogactwo zawartych w nim idei... to nie ma nic wspólnego ani z blogiem, ani z autorem (tekstu czy bloga)... komentarz odnosi się do tekstu, tego konkretnego posta... sądziłem, że takie sformułowanie jest oczywiste...

    skoro jesteśmy już przy temacie wyborów,akceptacji oraz oczekiwań, to raczej nie moje oczekiwania zostały tu zawiedzione. Te oczekiwania to właściwie nie mój standard, wiec mógłbym zapytać dlaczego? ;) Skoro ktoś swój standard określa jako "odkrywanie swojego potencjału i zdobywania siły na wprowadzenie zmian"

    idea kiepskiego samopoczucia na widok własnej podobizny w lustrze, opacznie pojmowana idea śmiertelności (jakoś mnie nie dziwi, ze z wiekiem ludzie staja się coraz wolniejsi i słabsi... no bo komu chce się do tego klubu śmiertelnie poważnych osobników), liturgie jak nie religijne to komercyjno-handlowe albo te elegancko zwane rozwojowymi nad świętą własną podobizną w lustrze i wewnętrznym krytykiem w roli arcykapłana sprawującego mszę ofiarną. Przy tego typu liturgiach nie sposób także pominąć wątku z poczuciem winy ponieważ... życie szkodzi, jedzenie szkodzi, kawa szkodzi, brak ruchu szkodzi, konsumpcjonizm szkodzi, liturgia handlowa w niedzielę palmową szkodzi, media szkodzą, internet szkodzi, styl życia szkodzi... i tak dalej. Zresztą to ulubiona forma kazania krytyka wewnętrznego. Swoją drogą skoro ktoś już dwa tysiące lat temu odkupił te wszystkie winy to można zapytać: po pierwsze dlaczego dalej się ktoś o coś obwinia, po drugie dlaczego dalej to szkodzi;)

    Rzecz jasna to nihil novi. Pytanie tylko czy rzeczywiście chodzi o odkrywanie w sobie i swojej rzeczywistości takiego potencjału. Jeśli tak to nie dziwi mnie fakt, że potrzeba najpierw zdobyć siłę i to na dodatek ogromną, by dokonać jakiejkolwiek zmiany przy tak zdefiniowanym status quo.

    W efekcie wychodzi na to, że jedynym który dotrzymuje standardów jestem ja, który piszę o zdolności regeneracji komórki, mechaniźmie samouzdrawiania, doskonałości ludzkiego ciała i o tym, że ten gościu sprzed dwóch tysięcy lat powstał z martwych dnia trzeciego i nawoływał innych by poszli jego śladem.

    Oczywiście szanuję wybory innych, więc każdy może sobie wybrać, który z w/w potencjałów reprezentuje dla niego większą wartość i wymaga minimalnego zasobu siły by dokonać jakichkolwiek zmian. Życie każdego wygląda dokładnie tak jak wyglądają idee na bazie których je buduje... nie wyłączając z tego własnego wyglądu i odbicia swego wizerunku w lustrze. Klasyczny mindset, ale nie ma się co dziwić skoro panuje powszechna liturgia szkodliwości wszelakich prowadzących do starości i śmierci. O potencjale zmartwychwstania, regeneracji, odnowy, samouzdrawiania nikt nie mówi i nie pisze... co jakoś mnie nie dziwi, bo czym wówczas zajmowałby się ten wewnętrzny krytyk?

    ponieważ jesteśmy już przy takich tematach to można sobie zadać pytanie, dlaczego na swojego wewnętrznego doradcę wybiera się swoje alter ego w postaci wewnętrznego krytyka, który gotów jest przypisywać wszystkim i wszystkiemu wokół wszystko: począwszy od szkodliwość własnego wyglądu na własne samopoczucie, poprzez taką czy inną formę liturgii życia a skończywszy na wiedzy o samopoczuciu innych.

    także podzielam kwestię zależności między trybem życia, codziennymi wyborami i widocznymi skutkami tychże. Jaki skutek może przynieść wybór na swego doradcę wewnętrznego krytyka, który głosi światu radosną nowinę, że odchudzanie po świętach jest do d... przy okazji szeroko uzasadniając dlaczego tak a nie inaczej? jaki skutek może przynieść wybór przypisania komuś uczuć i oczekiwań, których ten ktoś tak naprawdę wcale nie ma?

    Pozdrawiam serdecznie;)
    i życzę miłych i radosnych świat;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, przeinterpretowałam.

      Co do dyskusji na temat tekstu oraz dotrzymywania standardów lub też nie - nie będę jej kontynuować, tu ewentualnie (w moim odczuciu) byłoby miejsce tylko na wypowiedź samego Autora.

      Dziękuję za ten komentarz. Cenię sobie to, że gdy nie zgadzasz się z jakąś opinią tu prezentowaną - moją czy cudzą, zamiast milczenia wybierasz przemyślaną i wyważoną wypowiedź. Potrafisz przedstawić odmienną opinię spokojnie i jasno, konstruktywnie.

      Ja również życzę Ci radosnych Świąt :)

      Usuń
    2. ;) cieszę się, że się rozumiemy;)... gwoli ścisłości nie chodziło mi o to czy mam rację czy nie, o jakiekolwiek nawet standardy i ich dotrzymywanie lub nie... czy cokolwiek innego. Nie w tym rzecz i nie na tym to w moim odczuciu polega.

      Mam nawyk oddzielania idei (myśli, przekonania, zdania, opinii) od osoby, która ją prezentuje. To znacznie ułatwia życie. Poza tym temat "mindsetu" jest mi dość bliski i od lat tym się zajmuję. Innymi słowy mówiąc moim głównym zadaniem jest operowanie na ideach. Dlaczego? Bowiem idea jest najwartościowsza, ona organizuje przestrzeń rzeczywistości i działania człowieka w tej przestrzeni. To doskonale widać na przykładzie idei minimalizmu, która uruchamia na przykład takie procesy i działania jak pozbywanie się zbędnych rzeczy czy ograniczanie konsumpcjonizmu.

      Do czego zmierzam? Bardzo często jest tak, że mamy w głowie przeciwstawne idee (myśli przekonania) dotyczące tej samej rzeczy, sytuacji, zdarzenia, działania i tak dalej). Można to porównać do ładunków elektrycznych, biegunowych o odmiennej polaryzacji, które wzajemnie się odpychają i zwalczają. W efekcie jeśli na poziomie umysłu jest tego zbyt wiele prowadzi to do wewnętrznego chaosu i bałaganu co w życiu i rzeczywistości objawia się na przykład zbyt wieloma pragnieniami: chcemy robić kilka rzeczy na raz, być w kilku miejscach na raz, zaliczyć wszystko, zmienić wszystko i tak dalej. Swoją drogą minimalizm i prostota jest dobrym wyjściem z takiej sytuacji, tego rodzaju wewnętrznego chaosu rodzącego przemęczenie i pomieszanie, prowokującego wewnętrzne konflikty (to dlatego psychologia używa terminu "wewnętrznego krytyka" na określenie w istocie energii idei przeciwnie spolaryzowanej do pragnienia)

      z własnego doświadczenia wiem, że mnie niejednokrotnie wystarczy uporządkowanie tych głównych idei, usunięcie tego spolaryzowania, wewnętrznego ideologicznego konfliktu, by moje życie,moja rzeczywistość niemal natychmiast, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wróciła do stanu harmonii i równowagi, do poczucia szczęścia. niejednokrotnie wystarcza mi właśnie tyle. jeśli pojawia się konieczność działań, to zawsze są one właściwe i zawsze przynoszą dobre i pozytywne efekty, jakby życie samo podpowiadało co, kiedy i jak należy zrobić. I to w zasadzie tyle. bez jakichkolwiek podtekstów i wycieczek interpersonalnych w czyjąkolwiek stronę:)

      Pozdrawiam serdecznie;)

      Usuń
  7. Hm, ale Wielkanoc to jest święto równonocy wiosennej, kiedy kończymy zimę i zaczynamy wiosnę i nowy cykl, i stąd związane z tym jajkowo-śmigusowe obrzędy. Kościół (jak zwykle) wtłoczył swoje klimaty w zafiksowany termin i sposób świętowania. A tekst, cóż, odbiega od ajkowych in minus i tyle, przypomina jakieś księżę połajanki dla niesfornych owieczek. Zmiana zawsze ma sens, ale zaczynanie od samobiczowania się za dotychczasowe działania na jakimś polu sukcesu raczej nie wróży...

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo mi się ten wpis podoba. Prawda jest taka, że wiele osób koncentruje się na swojej cielesności, z której są niezadowoleni i to im przeszkadza w poradzeniu sobie z problemami psychiki, a także z wkroczeniem na jakąkolwiek ścieżkę dla ducha. Ciało może blokować całą resztę, a starożytna maksyma "w zdrowym ciele zdrowy duch" nie jest bezsensowna i ma głębszy sens. Swoje ciało widzimy codziennie w lustrze (i nie tylko), więc trudno o nim zapomnieć. Przypomina nam o sobie stale też na inne sposoby, na przykład bólem lub zmęczeniem, głodem, poczuciem zimna. Kultura masowa skoncentrowana jest na ciele, więc tym trudniej o nim zapomnieć. Tak, człowiek duchowy powinien zapomnieć o ciele i oddać się sprawom ducha (piękna idea!), ale żeby dojść do tego etapu (bycia uduchowionym człowiekiem) być może musi jakoś albo zaakceptować swoją cielesność, albo o niej zapomnieć. To błędne koło, z którego trudno się wyrwać. Ale nie jest to niemożliwe, z tym, że czasem to długa i ciężka praca - kolejne pojęcie bardzo "nielubiane" przez dzisiejszy świat.
    Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To co piszesz przypomina mi trochę to co czytałam kiedyś o AŻ- polecam gorąco dla osób, które mają problemy z zajadaniem emocji.
      Osoby, które po prostu zaniedbały się zapraszam na blog o odchudzaniu mojej koleżanki: srodkiodchudzajace.com.pl Mi ona pomogła.

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…