Przejdź do głównej zawartości

Tak wiele serc ku Tobie biegnie...

W założeniu miał to być długi i przegadany wpis. Miałam Wam szczegółowo opowiedzieć historię swoich poszukiwań religijnych. O tym, jak moi Rodzicie, chociaż sami odeszli od Kościoła, postanowili dać nam jednak możliwość poznania wiary katolickiej, abyśmy miały prawo wyboru. Jak przygotowali nas do sakramentów, nauczyli modlitw i katechizmu. Jak pomimo tego jako nastolatka stwierdziłam, że nie jestem w stanie zaakceptować prawd wiary ani kościelnych dogmatów. 

Nie udało mi się uwierzyć ani w Niepokalne Poczęcie, ani w boską naturę Chrystusa, ani w Trójcę Świętą, ani w zbawienie, ani w wieczne potępienie. Ani w grzech pierworodny. Ani jakiekolwiek wniebowzięcia i wniebowstąpienia. Ani w to, że trzeba było śmierci Chrystusa na krzyżu, aby odkupić grzechy ludzi. Ani w to, że ośmioletnie dzieci muszą spowiadać się, aby mogły być godne przyjąć Boga do swojego serca. Ani w to, że Bóg wymaga nieustannych hołdów i czołobitności, ofiar i poświęceń. Ani w niebo, piekło, czyściec i Sąd Ostateczny. Ani w nieomylność papieża, w świętych i błogosławionych, w cuda i święte wizerunki. Ani w to, że powinnam czuć się winna tylko dlatego, że jestem człowiekiem. 


Miałam zamiar opowiedzieć o tym, jak męczyłam się na nabożeństwach i nudziłam lub irytowałam na lekcjach religii. Jak zadawałam niewygodne pytania księżom i jak oni nie potrafili poradzić sobie z odpowiedziami na nie. 
O tym, jak w końcu dałam sobie spokój  i stwierdziłam, że kiepski ze mnie materiał na katolika. A po latach, że w ogóle nie nadaję się ani na chrześcijankę, ani na wyznawczynię jakiejkolwiek innej religii. Nie i tyle. 

Ale też o tym, że spotykałam i spotykam charyzmatycznych duchownych i ludzi głębokiej wiary, różnych wyznań. I cieszy mnie bardzo, gdy widzę, że dla nich wiara jest wielkim darem i źródłem siły i radości. Nie zazdroszę im jednak, bo niczego mi nie brakuje, chociaż tego akurat szczególnego daru nie otrzymałam. Podziwiam, szanuję, akceptuję, lecz sama do tej wspólnoty należeć nie mam potrzeby ani chęci. To, co dobre dla innych, nie zawsze musi służyć mnie samej. 

Wpis miał być długi i szczegółowy, jak wspomniałam. Ale po zastanowieniu doszłam do wniosku, że szkoda Wam zawracać głowę detalami tej przydługawej historii. Moje stosunki z Bogiem to sprawa prywatna,  intymna, między Nim a mną. Jeśli kiedyś będziecie chcieli o tym posłuchać więcej czy porozmawiać na poważnie, czemu nie? Ale dzisiaj jeszcze nie czas.

Chcę jednak przynajmniej pobieżnie nakreślić kwestię swojego światopoglądu, bo czasem zadajecie mi w mailach pytania o wiarę, czy wierzę, czy praktykuję? A skoro znacie moje poglądy na tyle innych ważnych i poważnych spraw, czemu miałabym wprost nie powiedzieć, jak to z moją wiarą jest? 

Dobrze z nią jest. Mi z nią dobrze jest. Bo, mimo wspomnianych powyżej doświadczeń, wierzę w Boga. Mogłabym być ateistką, lecz nie jestem. Nie całkiem. Umiem wyobrazić sobie życie bez wiary, wiem, że dla mnie nie byłoby ono jakoś szczególnie straszne. Można być dobrym, uczciwym, życzliwym innym ludziom człowiekiem, nie wierząc w Boga czy w życie po śmierci. Brak wiary nie musi oznaczać braku kręgosłupa moralnego, zasad etycznych, szacunku do innych.

Jednak wierzę, w moim odczuciu mocno, głęboko, trwale, ale nie chcę być przypisana do żadnego kościoła ani systemu wiary, bo wszystkie wydają mi się zbytnią komplikacją czegoś, co powinno być bardzo proste. 
Chociaż przyznaję, z wielką radością obserwuję poczynania nowego Papieża, Jego postawę pełną prostoty, skromności, pokory. Wprawdzie szykujące się zmiany w Kościele Katolickim nie uczynią ze mnie córki marnotrawnej, ale taka rewolucja (a raczej powrót do korzeni chrześcijaństwa) na pewno przyniesie wiele dobrego dla całej wspólnoty chrześcijańskiej. 

Cała moja wiara zamyka się w tych zdaniach:

Będziesz miłował Pana Boga twego całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego.

Miłość, to jest moja wiara. Miłość do Boga, nieważne, jak go nazwać (siłą sprawczą, najwyższym duchem, potęgą natury, absolutem), jak go rozumieć. Miłość do bliźniego, miłość do siebie samej. Nic więcej. 

Życzę Wam więc miłości i radości, która z miłości płynie. Każdego dnia, nie tylko od święta. 

Wasza (niecałkiem) niewierna. 


Komentarze

  1. Ajko, jak pięknie to opisałaś.
    Wydaje mi się iż masz sporo odwagi napisać taki tekst w kraju tak mało tolerancyjnym.
    Za to Bardzo Cię Cenię.
    Co do wiary uważam ja sam, iż obojętnie czy wierzymy w boga, budde, mentora, autorytet... Ważne aby czuć się z tym dobrze. Nie odczuwać przymusu postępowania zgodnie z określonymi kanonami danej wiary. Obojętnie jaka by to nie była.
    Podoba mi się w tej kwestii sposób podejścia Japończyków do wiary, wyznania, postępowania. Kultura Japonii nie musi ograniczać się do jednej wiary, jak to ostatnio wyczytałem, dla nich nie problem obchodzić różne święta z różnymi wierzeniami. Nikt nikogo nie krytykuje.
    Nasz kraj niestety jeszcze w wielu regionach nie dorósł do zmiany podejścia.
    Wspominasz o Papieżu. Sam jestem zaciekawiony jego postępowanie i życiem w prostocie. Już wiele słyszałem słów krytyki, że tak nie można, jak to wygląda by poruszać się komunikacją miejską.

    Życie zmienia się niesamowicie, w aspekcie wiary i ja mam wiele wątpliwości na które nie otrzymałem nigdy konkretnej odpowiedzi. Nie zgadzam się z wieloma sprawami i zwyczajami panującymi w kościele katolickim. Zaznaczam, że nikogo nie krytykuje, nie osądzam i sam także nie chciałbym być osądzany.
    Podoba mi się Twój światopogląd, jak również fakt o którym piszesz iż jest to zbyt prywatna, intymna sprawa by o niej szeroko głosić.

    Podziwiam Twoich rodziców, za brak wywierania silnego wpływu na Ciebie w tych sprawach. Oby więcej było takich rodzin w których dziecku daje się wybór. Niesamowite.

    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bartoszu, wydaje mi się, że nie muszę się obawiać Czytelników tego blogu - są tolerancyjni i mają wyważone poglądy.
      Ja także jestem bardzo wdzięczna moim rodzicom za to, że dali mi wybór, nie tylko w tej kwestii. Nie w każdej rodzinie to się zdarza.

      Usuń
  2. Twój tekst - to ja, w 100% zgadzam sie z Tobą w tym, co napisałaś. Monika

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam Ajko! :)
    Ja dla odmiany napiszę, że odkrywam swoją wiarę na nowo.
    Tak jak większość wychowałam się w tradycyjnej katolickiej rodzinie. Moi rodzice są bardzo wierzącymi ludźmi. Nie nauczyli mnie dogmatów, nakazów, zakazów Kościoła. Nauczyli mnie pełnej ufności i wiary a przede wszystkim miłości do drugiego człowieka. Uczyłam się tego od małego, patrząc jak moja Mama oddaje swój jedyny płaszcz zimowy biednemu. Jak Tata w nocy przywozi i rozdaje chleb bezdomnym. Było to dla mnie czasami trudne do zrozumienia, ponieważ sami brykaliśmy się z biedą. Na około gościło kombinatorstwo i szeroko rozumiany "spryt", który gwarantował dostatek. Rodzice nie dość, że nie korzystali z tego, to kazali oddać innym i zabraniali iść ścieżkami na skróty. Zawsze to było dla mnie próbą. Nie wolno nam było oceniać i potępiać kogokolwiek. Tak wyrośliśmy i zaszczepiono w nas ziarenko tej wrażliwości. Skłamałabym gdybym powiedziała, że nie naszły wątpliwości, trudne pytania i bardzo często brak odpowiedzi (logicznej). Wszędzie pokusy,gdzie świat pędzi coraz szybciej wciskając gotowe wzorce i rozwiązania. W pewnym sensie ja zobojętniałam i wessało mnie tzw. "ŻYCIE". Skończyłam dwa kierunki studiów, realizuję się zawodowo, materialnie można powiedzieć jest naprawdę dobrze i zapominam o całej wierze. Dlaczego wróciłam?

    W obecnym czasie siedzę na skraju wersalki na której umiera mój Tata. Po długiej walce z chorobą, rak zwycięża. Kiedy trzęsiesz się jak osika ze strachu na kolejny wynik, kiedy widzisz że nie masz mocy, wpływu i ogarnia cię ludzka bezradność, automatycznie szukasz pocieszenia (i nie znajdujesz go u męża, rodziny, znajomych) zostajesz sama z ABSOLUTEM i wtedy zrozumiałam jak jestem mała. To moje osobiste doświadczenia. Dodatkowo jest mi dane być naocznym świadkiem osobistego dramatu i cierpienia mojego Taty. Mam łaskę rozmowy i dzielenia się wiarą. To są moje najcięższe rekolekcje...
    Dlatego też od dwóch lat unikam jak ognia "walki" na argumenty, logiczne tłumaczenie tez teologii. Bardzo ciężko rozmawia się o Bogu przy zastawionym stole, w cieple domu. Bóg nigdy nie będzie do pojęcia w ziemskim dobrobycie. Bardzo ciężko jest przekazać co czuje się patrząc w oczy umierającego. Co dopiero gdy się samemu ma za chwilę "przekroczyć próg nadziei".
    Co do Kościoła Katolickiego. Jak już wcześniej wspomniałam ja z niego wyrosłam jest to wiara moich ojców. Na pytania o tezy, szukanie dowodów-rozczaruję Was nie znalazłam. W końcu to wiara a nie wiedza. Naukowe doniesienia omijam szerokim łukiem (dla nie których to przypadłość wierzących ;)ale ja wychodzę z złożenia, że rozmawiać o czymś mogę będąc w tym samych stopniu zaawansowania wiedzy. Jeżeli nie... zostaje manipulacja faktami i znowu walka na udawadnianie i obalanie mitów. Może jestem naiwna ale pocieszam się że naiwność to cecha ludzi z natury dobrych :) Grzechy Kościoła, temat rzeka. Ja z największym żalem na to patrzę. Nie akceptuję, nie toleruję i nie przymykam na to oka. Nie wierzę w niemylność księży ,biskupów i hierarchów Kościelnych.
    Szukam wzorców czystych, prostych, o otwartym sercu. Jeżeli ktoś takich nie dostrzeże w Kościele, to jest naprawdę nie dobrze. Jeżeli chodzi o same dogmaty na tle innych religii, to w ramach studiów otarłam się o geografię religii, przejrzałam w olbrzymim skrócie wszystkie najważniejsze religie świata i ich odłamy. W każdej jest za i przeciw. Wierzę że zbawienie jest przez wiarę w jednego Boga. Zbawiają nas uczynki. Nie mam prawa nikogo potępić ale swoim przykładem czynić tak, aby ludzie pytali mnie o Boga (Jan Paweł II). Moi kochani Rodzice przekazali mi swoją wiarę i pokazali tą "praktyczną" stronę katolicyzmu. W brew pozorom to bardzo radosne wyznanie.

    Pozdrawiam wszystkich!
    Jola

    PS.AJKO przeczytałam Twojego bloga od deski do deski, świetny jest :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jolu, widzisz, Ty się odnalazłaś w Kościele, ja nie, nie dlatego, że potrzebuję dowodów na prawdy wiary, lecz dlatego, że nauka Kościoła jest z moim pojmowaniem wiary i świata w znacznym stopniu sprzeczna.
      W domu otrzymałam bardzo dobre wzorce zachowań, nie tych religijnych, lecz moralnych, postaw do naśladowania.

      Tak, w ciężkich chwilach, w obliczu bólu, choroby, śmierci, łatwiej zrozumieć Boga. Gdy było mi trudno w życiu, także szukałam w nim oparcia. Ale nie zgadzam się z tym, że nie da się go pojąć w dobrobycie. Trzeba tylko umieć patrzeć dalej.

      Dziękuję Ci za ciepłe słowa i za podzielenie się swoją historią :)

      Usuń
  4. Bardzo, bardzo potrzebowałam tego wpisu dzisiaj, dokładnie teraz, w momencie kiedy rodzina nadal oczekuje ode mnie chodzenia do kościoła, a ja mam czuć się złym człowiekiem, bo poszukuję, bo chcę być jak najlepsza, ale - bez katolicyzmu. Jestem gdzieś pomiędzy ateizmem a uznaniem, że Bóg nie jest tym, kim przedstawiają go religie. Dawniej myślałam, że odpowiedzią jest ślepy ateizm, bycie zadowolonym z siebie, kompletne nieuznawanie Boga, bo przecież "trzeba być mądrym". Teraz wiem, że prawdziwa mądrość i szczęście to bycie kimś więcej niż tacy ludzie, ale także i to, że trzeba zawsze słuchać siebie i wybierać to, co dla nas jest najlepsze. Według nas samych, nie innych ludzi czy religii.
    Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magdo, myślę, że wiele jest sposobów na bycie "gdzieś pomiędzy ateizmem a religią". I najważniejsze, byś znalazła ten swój, z którym będziesz dobrze się czuła.

      Usuń
  5. Ja tak z innej beczki, wspominałaś czasem o Leo Babauty, wiesz może gdzie można dostać książkę "Przez minimalizm do szczęścia"? Nigdzie nie mogę jej znaleść...

    Wesołych Świąt :)

    Teo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teo, czytywałam głównie jego blogi, tam można pobrać niektóre z jego książek, ale w wersji anglojęzycznej. Nie wiem, gdzie można znaleźć tę, o której piszesz w wersji polskiej. Kiedyś była dostępna przez stronę Pawła Katy...

      Usuń
  6. Wywołałaś Ajko, moja imienniczko, ciekawy temat ... i nieunikniony, bo zadając sobie pytanie jak żyć najlepiej, prostą dróżką zmierzamy do pytania: z Bogiem, czy mimo Boga. Wierzący mają to pytanie z czapki, ale ci co wierzą, że nie wierzą, co watpią itp... muszą sobie na wiele pytań odpowiedzieć.
    Juliusz Słowacki napisał(dokładnie nie zacytuję), że nasz świat przypomina spodnią stronę kilimka, gdzie widać tylko masę supełków, splątanych ściegów i nitek. Wzór idealny i piękny widoczny jest po tej drugiej boskiej stronie. Nie nam rozsupływać te nitki. My mamy KOCHAĆ bliźniego swego jak SIEBIE samego. Tylko tyle i tylko z tego zostaniemy rozliczeni i to nie przez NIEGO, a jak powiedział niedawno papież Franciszek przez samych siebie. Bóg nie potępia, to ty sam siebie potępiasz, powiedział. Ja też wielkie nadzieje wiążę z tym papieżem, tak skromnym i ...ekologicznym. Oby umiał on wytrzepać te haftowane złotem kapy i ornaty z kurzu pychy i zbyt wielu złych czynów i niemądrych słów. Ale ja nie o kościele i pogubionych urzędnikach Pana Boga. Mnie oni są niepotrzebni, z wyjątkiem klilku tych co o Bogu mówią jezykiem poezji jak ks. Twardowski lub filozofii jak ks. Tischner. Też kiedyś myślałam, że wiara jest darem i ubolewałam, że go nie dostałam. Teraz wiem, że w życiu niczego się nie dostaje. Trzeba sobie samemu wziąć to co życie ma do ofiarowania, a nie jest łatwo się w tej ofercie rozeznać. Pewne potrzeby wydają się nam tak irracjonalne, że boimy się w nie zagłębiać. Między Jezusem w samodziałowej kiecce, a medialnym show na placu św. Piotra jest przepaść i nie ma nad nią kładki, tej z obrazka z Aniołem Stróżem. Trzeba sobie samemu wydeptać dróżkę do Pana Boga. Moja wiedzie przez łąki umajone, to pewne. Myślę, że ludzkość podświadomie się nie myli. Skoro jest tyle różnych religii to człowiek jest z natury religijny. Chce wierzyć, choć wiara jest absurdalna. Ma... fantazję wierzyć w to co nieprawdopodobne, co jest cudem, tajemnicą. Nawet jeśli Bóg jest zbiorowym marzeniem ludzkości, o kimś kto by nas przytulił i pocieszył w naszym krótkim życiu, to jest to idea jedynie możliwa, bo tylko miłość ocala. Wszystko jedno czy Bóg nam zesłał swojego syna, czy myśmy Go zaprośli żeby doświadczył naszego życia i śmierci, jest to idea piękna. Wyznając Credo mówimy jednak o zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu. Nigdy się nie dowiemy co się wtedy stało, co wstrząsnęło tak uczniami Jezusa, że zostali jego apostołami. Nie musimy wiedzieć, bo to już nie historia, to EWANGELIA.
    Nie mam potrzeby jej głosić, ale nie ośmielę się negować.

    Alleluja!

    Babanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Babanko, ani nie głoszę, ani nie neguję Ewangelii, bo zawiera wiele wspaniałych słów, historii, idei, wskazówek.
      Jestem jednak zdania, że o potędze i mądrości Boga opowiadają różne księgi, nie tylko chrześcijańskie. A ja zamiast ksiąg wolę "łąki umajone", o których wspominasz, wolę doświadczać Boga przez świat, który stworzył.
      Dziękuję za piękne słowa.

      Usuń
  7. A widzisz...każda droga jest inna. Ja uznaję mojego Boga w Kościele, uwielbiam mojego nowego papieża. W Kościele natomiast najbardziej lubię tę możliwość poszukiwania swojego właśnie miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, właśnie tak, każda jest inna. Dobrze, że możemy o tym rozmawiać i że mamy możliwość samodzielnego wyboru tej drogi.

      Usuń
  8. Bardzo mi się podoba to, co napisałaś.

    A ja bym chciała tylko dodać o grzechu pierworodnym, tak z mojej perspektywy. Otóż we mnie paradoksalnie grzech pierworodny nie powoduje żadnego poczucia winy. Przeciwnie, daje mi wolność - od przymusu bycia doskonałym. Wiem, że jestem tylko człowiekiem i jako człowiek nigdy nie będę całkowicie wolna od słabości. Więc mogę być dla siebie choć trochę wyrozumiała. Dla siebie - i dla innych. Nie muszę się na nich gniewać, kiedy wiem, że tak jak i ja - są tylko ludźmi. Myślę, że o tym właśnie mówi historia Adama i Ewy. I myślę też, że dlatego Chrystus umarł dla nas - nie dlatego, że musiał, ale dlatego, że chciał, bo nas w tej naszej słabości ponad wszystko kochał. I tę naszą słabość chce z nami nosić.

    Tak to widzę ja, z mojej luterańskiej perspektywy. I cieszę się, że mogę się tym z Tobą podzielić.

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Synafio, dziękuję Ci za tę perspektywę. Był taki czas, że zastanawiałam się nad luteranizmem bardzo poważnie. I ostatecznie pozostałam przy swoim byciu poza jakimkolwiek kościołem, ale przyznaję, że gdybym miała szukać miejsca w jakiejś wspólnocie ludzi wierzących, to byłoby jedyne akceptowalne dla mnie rozwiązanie.

      Usuń
  9. Opisałaś wszystko to, co czuję w tej kwestii :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Myślę dokładnie tak jak Ty. I tyle...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…