Przejdź do głównej zawartości

Domowe spa i salon piękności

Rozmawiałyśmy ostatnio z koleżankami na temat samodzielnego dbania o urodę. Zastanawiałyśmy się nad tym, jakie zabiegi jesteśmy zrobić same w domu, a kiedy musimy korzystać z pomocy fachowców. Jedna z dziewcząt przytoczyła przykład swojej znajomej, starszej już pani, która od lat samodzielnie się strzyże i farbuje włosy, z doskonałym efektem. I zawsze wygląda nienagannie. Wspomniała także o innej koleżance, która z kolei nauczyła się utrzymywać w nienagannej formie tzw. boba, fryzurę, która wymaga częstej interwencji fryzjera. 

Okazało się, że poziom naszej urodowej samodzielności jest różny. Niektóre dziewczyny farbują włosy w domu, same robią sobie manikiur i pedikiur, peelingi i maseczki, regulują brwi i oczyszczają cerę. Inne zaś wolą oddać się w ręce profesjonalistów i nie wyobrażają sobie, by miały nauczyć się podcinać nawet grzywkę czy nadawać kształt brwiom.

Zastanawiałam się, na ile jestem samodzielna w tej dziedzinie.

Doświadczenia mam w tej kwestii bardzo rozmaite. 
Przez całe lata miałam najprostszą fryzurę na świecie - długie włosy bez grzywki, ostrzyżone jak od linijki. Pomoc fryzjera nie była więc potrzebna, bo strzygła mnie Mama. Potem, gdy wreszcie zdecydowałam się na krótką fryzurę, zaczęłam regularnie chodzić do fryzologa (jak mawia pewna znajoma) i od tego czasu właściwie nie zmieniam salonu, mam zaufanie do tych pań, które są bardzo solidnymi rzemieślnikami, nie tytułują się stylistami ani kreatorkami fryzur, nie liczą sobie fortuny za swoje usługi. 

Ale za to z koloryzacją zdarzało się eksperymentować w warunkach domowych. Co przypłaciłam spaleniem połowy włosów. Było to w czasach, gdy bardzo chciałam zostać platynową blondynką. I gdy wreszcie udało się znaleźć idealny odcień platyny, jednocześnie nastąpiła katastrofa. Skończyło się obcięciem na krótko oraz dożywotnim zrażeniem się do domowego farbowania. Ale za to blond był piękny jak ta lala. W końcu zaakceptowałam jednak swój naturalny kolor włosów i przestałam marzyć o byciu blondyną. Na szczęście.

Wciąż jednak nie wyobrażam sobie, bym miała sama się strzyc. Wolę oddać się w ręce osoby, która ma za sobą lata doświadczenia, pewną rękę, wprawne oko i w krótkim czasie uzyska żądany efekt. Zapewne mogłabym się tego nauczyć, jednak obawiam się, że zbytnio by mnie to stresowało, a mając dłuższe włosy, nie muszę ich często podcinać, więc nie są to jakieś wielkie wydatki. 

No właśnie, wydatki. Większość zabiegów kosmetycznych to kosztowna sprawa. Bardzo lubię chodzić do kosmetyczki czy na profesjonalny manikiur i pedikiur. To bardzo przyjemne doznania, gdy można oddać się na pewien czas pod opiekę innej osoby, która masuje, smaruje, wygładza. Bardzo mnie to odpręża, nie raz zdarzało mi się zdrzemnąć podczas zabiegu. Jednak gdyby chcieć poddawać się takim zabiegom regularnie, z kieszeni wypływałyby całkiem spore sumy. Nie wspominając już o czasie, jakiego wymaga wybranie się do salonu piękności.

Z działaniami na włosach wolę już nie eksperymentować, natomiast zupełnie nie widzę przeciwskazań do samodzielnego zajmowania się swoją cerą, brwiami czy dłońmi i stopami. Okazjonalne odwiedziny w salonie kosmetycznym traktuję jako okazję do relaksu, ale przede wszystkim do podpatrywania fachowców. 

Doświadczenia w pracy konsultanki różnych firm kosmetycznych (zaliczyłam i Avon, i Oriflame, a także A.T.W.) dały mi duży dystans do oferty handlowej i świadomość rzeczywistej relacji między ceną a jakością produktu kosmetycznego. Prócz tego moja przyjaciółka pracowała kiedyś przy produkcji w wielkim koncernie, które nazwy nie wymienię. Jej opowiadania o kulisach produkcji oraz o tym, co składa się na wysoką nieraz cenę ekskluzywnych kosmetyków (reklama, marka... i jeszcze raz reklama, dopiero na dalekim końcu składniki aktywne) jeszcze ugruntowały tę nieufność. Przekonanie, że ceny kosmetyków są w większości przypadków znacznie, ale to naprawdę znacznie zawyżone. Podobnie dzieje się zresztą w przypadku wielu produktów przemysłowych. Rzeczywisty koszt produkcji, materiałów, robocizny to zaledwie ułamek finalnej ceny. Po drodze płacimy za reklamę, za markę i skojarzenia, które ona ze sobą niesie, za łańcuch pośredników i dystrybutorów. A także często za marzenia. 
Gdy kupujesz drogi krem, płacisz słono nie za składniki aktywne, lecz za marzenie o byciu tak piękną, jak reklamująca go modelka. Która po pierwsze zapewne sama tego kremu nie używa, po drugie jest maksymalnie wytapetowana mocno kryjącym podkładem i pudrem, a po trzecie nad jej zdjęciem pracował sztab fotografów i edytorów, posiłkując się pomocą komputera, by uzyskać obraz ideału. O kosmetykach i ich reklamie pisała ostatnio Tofalaria, polecam!

Podczas wizyty u kosmetyczki nie sposób nie zastanawiać się, czy w tym miejscu też nie płacę jakiegoś wygórowanego podatku od dążenia do ideału. Płacę wprawdzie częściowo za czas, umiejętności i doświadczenie fachowca, także za produkty, ale cena ta na pewno nie musiałaby być aż tak wysoka. Jeśli jest wysoka, to przede wszystkim dlatego, że kobiety (i mężczyźni często także) są gotowe sporo poświęcić, by mieć poczucie, że dbają o siebie.

Gdy zmęczona nieskutecznością gotowych i przereklamowanych produktów zaczęłam interesować się samodzielnym przygotowywaniem kosmetyków z półproduktów i czytać mądre fora, takie jak Laboratorium Urody i Femineus, z zaskoczeniem odkryłam, że nie dość, że nie straciłam całej skóry z twarzy, to jeszcze mniejszym kosztem udało mi się uzyskać o wiele lepsze efekty, a zaznaczam, że mam bardzo kapryśną i wrażliwą skórę. To doświadczenie dało mi pewność siebie, przekonanie, że aby skutecznie dbać o siebie nie trzeba słono płacić za wizytę u kosmetyczki czy ekskluzywne smarowidła, lecz wystarczy prosta, ale przemyślana pielęgnacja, czytanie składów kosmetyków, całkowite wyłączenie się na reklamy. Poza tym odpoczynek, odpowiednia ilość snu, ruch na powietrzu, urozmaicony jadłospis. Zacytuję tu wspomniany wyżej wpis Uli:

Nikt nie reklamuje ani uśmiechu, ani długiego snu, ani czasu dla siebie, ani zwykłej oliwy do zastosowań kosmetycznych - bo komu miałoby się to opłacać, prawda?

Teraz stosuję w większości gotowe produkty, chociaż nadal posiłkuję się też wybranymi recepturami z Mazideł, ale gdy kupuję tzw. gotowca, wnikliwie czytam jego skład. Im droższy kosmetyk, tym bardziej jestem nieufna. Nie mam ochoty wydawać pieniędzy na czyjąś chciwość. Na szczęście na naszym rynku można już znaleźć produkty, które są naprawdę skuteczne, a nie kosztują góry złota. Jeśli sięgam po drogi specyfik, muszę być całkowicie przekonana, że jest wart swojej ceny. Że nie płacę głównie za reklamę i gażę jakiejś gwiazdy, która użyczyła swojej facjaty w reklamie.

Myślę, że warto nauczyć się jak najbardziej samodzielnie dbać o siebie. Nie chcę zniechęcać nikogo do korzystania z usług kosmetyczek czy manikiurzystek, przecież te osoby też z czegoś muszą żyć i jakoś zarabiać na życie. Jestem jednak przekonana, że nigdy nie zabraknie im klientek. Sama raz na jakiś czas lubię „podarować sobie odrobinę luksusu”, lecz na regularne wizyty w rozmaitych salonach zwyczajnie mnie nie stać. Tym bardziej, że przecież nie są to aż tak trudne zabiegi, żeby nie można się było ich nauczyć. Nie mam w domu specjalistycznego sprzętu, nie jest to jednak żaden problem. Dobry peeling, maseczka, zabieg na ciało nie wymagają nie wiadomo jakich urządzeń, wystarczy tylko trochę czasu. Często produkty, które i tak mamy w domu, czasem w spiżarni, czasem w lodówce. Oleje jadalne, sól, fusy z kawy, płatki owsiane. A dla tych, co wolą mniej naturalne rozwiązania, szeroka oferta gotowych kosmetyków. Do tego olejki eteryczne, świece, może muzyka w tle. 

Także zadbanie o dłonie czy stopy nie jest nie wiadomo jaką filozofią. Chociaż to akurat moja, dosłownie, „pięta achillesowa”, potrafię nimi się zająć, ale brakuje mi systematyczności, w efekcie zwykle nie mogę pochwalić się pięknymi końcówkami”.

Moja łazienka jest niewielka, nie mamy wanny, ale i tak organizuję w niej sobie małe domowe spa. Bardzo jestem ciekawa, jaki jest Wasz stosunek do domowych sposobów dbania o siebie. Chodzicie do kosmetyczki, na jakieś zabiegi? Zdarza się Wam samodzielna produkcja kosmetyków? Potraficie same zadbać o swoją fryzurę (strzyżenie, farbowanie...)? Jak wiele potraficie zrobić same? 

Komentarze

  1. Nigdy nie byłam u kosmetyczki czy w podobnym gabinecie ,sama farbuję włosy,reguluję brwi,i sama jak tylko czas mi na to pozwala robię sobie maseczki i inne kosmetyki z naturalnych i domowych składników..czasem kupię sobie krem Bambino i mi służy i jestem zadowolona i z mojego podejścia do całości i z wyglądu a w tym roku skończę 40 lat...
    Pozdrawiam !! stała czytelniczka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. U kosmetyczki byłam hmm 2 razy jak narazie;) I było to oczyszczanie oraz peeling kawitacyjny i microdermabrazja, których w domu niestety sobie sama nie mam jak zrobić, a które wspaniale działąją na moją skórę. Generalanie wybieram tylko takie zabiegi, do których potrzebny jest sprzęt, wiedza i umiejętności. Chyba by mnie poskręcało gdybym miała sie wybrać do salonu tylko na maseczkę, ale mani, które mogę wykonać równie dobrze sama. Poza tym kosmetyki w salonach kosmetycznych nie zawsze są lepsze, często bazują na parafinie, która tylko szkodzi. Co do fryzjera, to ze ścinaniem już nie chcę eksperymentować hehe, ale farbowanie? Moim zdaniem farby i ich aplikatory są teraz tak skonstruowane, że nie można sobie zrobić nimi większej krzywdy.No chyba, że ktoś się bawi w balejaże, pasemka i inne takie to wtedy lepiej skorzystać z usługi fryzjera. A wybranie odpowiedniego to też niezłe wyzwanie;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Generalnie sie zgadzam, ale pominełaś jeden ważny wątek - niektore kosmetyki wręcz szkodzą!! Dotyczy to zwłaszcza żeli pod prysznic i płynow do kapieli - ladnie pachną i się pienią, ale zawieraja detergenty, ktore wysuszają skórę. Po co? Żebyśmy potem użyły balsamu do ciala, a producent podwojnie na nas zarobił. Podobnie z popularnymi szamponami - wysuszaja skore glowy, ktora w efekcie produkuje wiecej łoju, a wiec czesciej musisz myc glowe -> czesciej kupować nowy szampon. Ponadto szampony wysuszaja wlosy, ale przecież możesz kupić nową wspaniałą odżywkę, ktora rozwiąże problem!

    Dziewczyny, olejek do kąpieli albo olejowe mydło (np. Alterra z Rossmana, 2 pln) i niech spadają balsamy. Idealnego szamponu jeszcze nie znalazłam, ale jestem na tropie ;)

    PS: Na stopy, dlonie, łokcie i kolana polecam oliwke dziecieca (moze byc w żelu Johnson&Johnson, nie rozlewa się) - ogranicza rogowacenie na tyle, że nie trzeba potem bardzo walczyć pumeksem. Codziennie przed snem, połóżcie sobie koło łożka. Jak dodatkowo co pare dni wetrzecie w kolana i lokcie też troche soku z cytryny (mozna wycisnieta wczesniej do herbaty skorke polowki cytryny wykorzystac), to beda jasne i miekkie jak u dziecka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to jako dziecko kolana i łokcie miałam wiecznie w strupach. :D No, poza zimą...
      Spróbowałabym tego olejowego mydła, jak będę w Rossmanie, to zerknę. Na pewno cenowo to dobra alternatywa dla genialnego, lecz niestety kosztownego mydła z Alep.

      Usuń
  4. Osobiście nie byłam i nie mam w planach pójścia do kosmetyczki. Samodzielnie wykonuję pelling (z sody oczyszczonej) czy maseczkę (drożdżową, ponieważ mam cerę tłustą). Samodzielnie wyrywam brwi. Ostatnio nawet zaczęłam zastępować szampon niezastąpioną sodą oczyszczoną (dokładnie rozpuszczona łyżeczka sody w szklance wody). Mam długie, proste blond włosy, łatwo się niszczą, dlatego płukam je naparem z rumanku lub nagietka, który dodatkowo rozjaśnia je, a czasem na końcówki nakładam zwykłą oliwę z oliwek dla wzmocnienia. Osobiście wolę takie, domowe metody. Dzięki temu jestem w stu procentach pewna co nakładam na twarz :) Oczywiście, korzystam z kosmetyków zakupionych w drogerii, jednak dążę do tego, by zminimalizować ich ilość, a także szukam ekologicznych zamienników. Polecam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. W całości popieram takie podejście do pielęgnacji własnego ciała! Od kiedy zaczęłam stosować bardzo prostą (głównie oleje i inne "kuchenne" składniki zamiast różnego rodzaju mleczek, balsamów, kremów itp.) i w gruncie rzeczy tanią pielęgnację (trochę z ciekawości a trochę z oszczędności) w końcu widzę efekty - mniej zaskórników, jednolity kolor cery, nawilżenie. Ostatnio nawet moja przyjaciółka-kosmetyczka pochwaliła moją skórę :)

    Ostatnio pomyślałam, że trochę brakuje mi "luksusu", czegoś specjalnego, ale po prostu jak już odłożę pieniądze to sprawię sobie prawdziwy olejek arganowy albo coś w tym stylu :) a nie "droższy" balsam, który prawie na pewno ma w składzie parafinę a tej bardzo nie lubię.

    Włosy podcinam u fryzjerki bo mam gęste i grube i samodzielne podcięcie byłoby trudne, z zabiegów u kosmetyczki bardzo rzadko korzystam (np. mikrodermabrazja) ale mam takie marzenie by na manikiur i pedikiur oddawać się w ręce profesjonalistki - nie cierpię tego robić ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeden sprawdzony fryzjer co miesiąc podcinanie co dwa farbowanie. Mam cienkie i delikatne włosy nie będę na nich testować. Naturalny kolor jest absolutnie nie do przyjęcia i wyglądam w nim jak zasuszona mysz :)Kosmetyczka - regulacja brwi - po co mam się męczyć i zrobić sobie krzywo jeśli Pani Ania zrobi to w pięć minut i bez boleśnie? A bez regulacji wyglądam jak Bert i Erni z Ulicy Sezamkowej. Krem używam jak sobie przypomnę :( tani. Generalnie gdyby było więcej takich jak ja fryzjerzy może by przeżyli ale kosmetyczki już nie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam :)
    Ja do kosmetyczki chodzę co jakiś czas, zwykle co 3-4 miesiące na zabiegi których nie umiem czy nie można wykonać samej w domu. To prawda, że większość potrzebnych naszej skórze rzeczy(zabiegów) można spokojnie wykonać samej w domu. Ceny zabiegów w gabinetach są wygórowane i często nie adekwatne do efektu.
    Również kiedyś namiętnie rozjaśniałam włosy, ale zawsze u fryzjera, bo bałam się co mogę zastać na mojej głowie robiąc to sama w domu :) Od dłuższego czasu, roku, może dłużej, nie robię z włosami kompletnie nic :) Oczywiście poza myciem i odżywianiem. Słyszę dużo pochlebnych opinii na ich temat, mój facet jest zachwycony ich długością ( do połowy pleców ) a koleżanki pytają czy robiłam modne ostatnio ombre. Ja odpowiadam że to moje blond odrosty tak daleko zaszły :) bo taka jest prawda:)
    Nie muszę oczywiście wspominać o zaoszczędzonych pieniążkach :)
    Podsumowując, uważam że warto dbać o siebie, ale w naturalny sposób i na pewno nie wbrew sobie, swojej naturze.
    Pozdrawiam i życzę udanej niedzieli:)
    Świetny wpis :)
    Ela

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetny wpis, jak każdy:)
    Miałam w swoim życiu fazę na kosmetyczki, peelingi, balsamy, mleczka, krem na cellulit, na piersi, pod oczy, na czubek nosa;) Trafiłam na LU, Wizaz, Mazidła i przeszło. Od jakiegoś czasu stosuję czarne mydło do oczyszczania, frakcję sojową do nawilżania twarzy i żel p/prysznic z Isany - to w kwestii pielęgnacji. W makijażu też bez szaleństw. Za to mam cały arsenał kosmetyków do włosów, a tylko dlatego że usilnie je zapuszczam i znalazłam genialne produkty, z dobrym składem, które mnie w tym przedsięwzięciu mocno wspierają;) Nie chodzę już do kosmetyczek - nie oferują niczego, czego nie mogłabym wykonać sama. Zresztą odnalazłam w sobie chęć i przyjemność w dbaniu o siebie, produktami które odpowiadają mi w stu procentach. Dotarło wreszcie do mnie, że na mój wygląd składają się przede wszystkim: dobra dieta, sen, ruch i zadowolenie z siebie, a właściwie odkrycie swoich potrzeb. Jeżeli chcemy się wybrać do SPA to gorąco polecam, ale darujmy sobie zabiegi w stylu "maseczka na twarz" nazwana "gestem odmładzającym" czy jakieś inne ściemy. W SPA najlepiej wybrać masaż, który cudownie odpręży, zrelaksuje, a czasem odkryje mięśnie, o których istnieniu nie miałyśmy pojęcia:P Kosmetyki to marketing. I tyle.

    Napisałaś Ajko rzecz, po której przeszedł mi dreszcz po plecach: "Płacimy za marzenia" Ja nie chcę za nie płacić. Chcę je w sobie pielęgnować, rozwijać i czekać, aż kiedyś się spełnią. Marketing i reklama to złudne poczucie, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki, przy minimalnym nakładzie wysiłku własnego. Bo tak jest najprościej. Za jedyne 100zł.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak sobie warkocz ucięłam tuż nad karkiem, to się fryzjer przydał. Do reszty owłosienia pożyczam sprzętu od córki. Na twarz masło shea, ałun amonowy zamiast dezodorantu, a z żeli to wybieram pomarańczowy Ziai, bo nie tylko pięklnie pachnie, ale ma w sobie coś tłustego, co zostaje na skórze.
    Szampon bym sobie chciała sama zrobić, ale mnie drażni, że wywar z orzechów piorących się nie pieni.

    OdpowiedzUsuń
  10. Chodzę do fryzjera (włosy długie, proste, niefarbowane, ale samo podcięcie końcówek to dla mnie czarna magia). I raz byłam u wizażystki, w dniu ślubu - wyszło taniej niż zakup zestawu kosmetyków, których użyłabym raz :)
    Co do kosmetyczek, to myślę, że jeśli w ogóle jest sens chodzić, to na zabiegi z użyciem aparatury, której nie można lub nie opłaca się kupić do użytku domowego (jakieś lasery, nakłuwanie itp.) - ale ja kosmetyki "inwazyjnej" ;) nie uznaję, więc nie chodzę. Natomiast ta "klasyczna" oferta salonów kosmetycznych, tzn. maseczki, peelingi, to moim zdaniem zwykły przeżytek w czasach, kiedy wszystkie półprodukty można kupić w sklepie internetowym, nie ruszając się nawet z domu. Za paczkę spiruliny w sklepie z eko żywnością płacę chyba 6 złotych, wystarcza na kilka maseczek. Taka sama maseczka w salonie spa, pod nazwą "dotyk oceanu" czy inne "morskie ukojenie", to od kilkudziesięciu złotych do nawet powyżej setki, w zależności od marki salonu i etykiety na słoiczku z ową spiruliną. Nie, dziękuję... tym bardziej, że w domu mam dodatkowo pewność, że nakładam na twarz samą glinkę/glony/olejek, bez parafin, silikonów, sztucznych aromatów i innych uprzyjemniaczy.
    Tak sobie teoretyzuję, bo u mnie kończy się to tak, że robię zapas półproduktów, a potem zapominam / nie chce mi się ich używać. Ale do kosmetyczki tym bardziej mi się nie chce chodzić ;)
    Natomiast zgodzę się z jedną z poprzedniczek, że zawsze warto wybrać się na masaż. Po dniu w spa (masaż + basen + sauna w różnych wariantach) jestem jak nowo narodzona. I ubolewam nad tym, że w Krakowie nie mamy porządnego spa z basenem...
    Emi

    OdpowiedzUsuń
  11. U kosmetyczki bywam parę razy w roku - zrobić te zabiegi, do których nie mam sprzętu w domu. Co do innych - pedicure robię sama, sporarycznie przejdę się do specjalisty aby "wyrównać poziom". Z manicure to kompletnie inna sprawa - jestem tak niecierpliwa, że zawsze czegoś dotknę zanim lakier wyschnie, więc to ciągłe poprawianie jest wielce frustrujące - wolę aby zajął się tym ktoś inny.
    Co do fryzjera to mam krótkie idealnie proste włosy - samodzielne ścinanie nie wchodzi w grę, bo u mnie widać każdy źle przycięty włosek. A że mam chopla na punkcie fryzury (wynik traumy z dzieciństwa w wykonaniu nożyczek mojej mamy) to daję ich tknąć tylko jednemu fryzjerowi...
    Odnośnie kosmetyków - nigdy nie robiłam własnych, może czas zacząć, jednak kiedy mogę kupić te z Ziaji to nie wiem czy jest sens. Ich krem "ulga" działa na moją skórę lepiej niż kosmetyki za parę stów,ich mydło oliwkowe jest genialne, tak samo płyn micearny, szampon i odżywka...jednak sprawdzę parę porad od dziewczyn piszących powyżej. Zobaczymy co wyjdzie z tych domowych eksperymentów.

    OdpowiedzUsuń
  12. Witaj!

    Jeżeli chodzi o mnie to nie pamiętam, bym kiedykolwiek była u kosmetyczki. Nie ciągnie mnie tam. Cena odstrasza.
    Zacznę od włosów. Nigdy ich nie farbowałam i nie zamierzam. Używam łagodnego szamponu i płukanki z octu winnego, czasami nałożę odżywkę z Alterry, acz wydaje mi się, że moje włosy bez odżywki też dobrze się prezentują. Włosy mam długie, sięgające za łopatki, raczej proste. Używam do nich szczotki z naturalnego włosia. Końcówki podcinam sama co miesiąc,na prosto, sposobem znalezionym na pewnym blogu. Nożyczki kupiłam za 16 zł i jestem z nich zadowolona. :)
    Ciało- nie mam żadnego balsamu czy innych produktów. Używam szczotki do ciała na sucho z naturalnego włosia (tak jak Pani Loreau poleciła). Z tego zabiegu jestem bardzo zadowolona. Jest przyjemny, a skóra po szczotkowaniu miękka.
    Do mycia ciała używam delikatnego mydła.
    Cera? Mam cerę tłustą. Używam samodzielnie robionego toniku z kwasem migdałowym oraz wykonuję co jakiś czas peeling tymże kwasem. Twarz myję delikatnym mydłem. Krem- z Alterry. W przyszłości zamierzam zrobić swój krem.
    Manicure, pedicure - wykonuję w domu. Depilacja- pasta cukrowa. :) Peeling mechaniczny- zmielona kawa i sól. Maseczka- płatki owsiane z miodem (czyli to, co jem każdego dnia).
    Kosmetyki? Mam całą bazę do wykonania trwałego makijażu, jednak na co dzień używam jedynie tuszu do rzęs i ewentualnie podkład.

    Ogólnie- im naturalniej i mniej skomplikowanie, tym lepiej. Taka moja dewiza. Po co sobie życie komplikować...

    Pozdrawiam!
    O.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja jakaś nietowarzyska jestem i wolę większość rzeczy zrobić sobie sama. Mam algi, olejki i rózne bajery. Nawet sobie kupiłam taki laser do twarzy, parę stówek ale i tak taniej niż u kosmetyczki, a to trzeba ileś zabiegów przecież.

    Jeśli chodzi o sprawy fryzjerskie to jednak wolę się oddać w czyjejś ręce.

    OdpowiedzUsuń
  14. nie dajmy sie zwariować. Pamietajmy tez,że kosmetyczka niewiele pomoże jeśli w domu nie bedziemy o siebie dbały.Efekty po takich wizytach w salonie sa krótkotrwałe. Dlatego wazniejsze od gabinetowej pielegnacji jest dbanie o siebie w domu,poswiecenie sobie troche uwagi.DO gabinetu mozna isc gdy czujemy niedosyt towarzystwa:) dobra kosmetyczka to po trochu tez psycholog:) albo " godzinowa" przyjaciólka:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja również staram się dbać o siebie w zgodzie z naturą, bez używania sztucznych kosmetyków. Wychodzi zdrowiej i ekonomiczniej :)
    Podobnie jak Tofalaria, odkryłam kilka lat temu mydło z Aleppo - zaczęłam używać go zamiast szamponu, ale ponieważ jego cena jest bardzo wysoka, wkrótce zamieniłam go na o wiele tańsze polskie mydło naturalne o wdzięcznej nazwie związanej z rogaczem koloru białego :)
    Szampony ze sklepów całkowicie odstawiłam, a ponieważ wcześniej miałam problemy z przetłuszczającymi się włosami, z radością zauważyłam, że naturalne mydła bardzo pomagają w tej kwestii - włosy utrzymują świeżość o wiele dłużej.
    Jednak po kilku latach ich stosowania moje włosy zmatowiały. Miałam tez problem z ich strukturą - nie wiem, jak to wyjaśnić, ale włosy umyte mydłem są jakby otoczone dodatkową, "mydlaną" warstwą, co ma swoje odzwierciedlenie wtedy, gdy czesze się je szczotką - na szczotce zostawiają białe ślady po mydle (mimo że, oczywiście, dokładnie włosy płukałam). Te dwie kwestie - brak połysku włosów oraz białe ślady na szczotce (a więc konieczność codziennego jej mycia), a także trudności w rozczesywaniu włosów sprawiły, że ostatnio wróciłam do szamponów. Teraz jednak jestem w trakcie poszukiwania najlepszego szamponu, takiego, który by łączył zalety mydła naturalnego i szamponu właśnie. Jeśli takiego nie znajdę, będę musiała wrócić do mydła, ponieważ kwestia zmian w przetłuszczaniu się włosów (radykalna poprawa przy myciu głowy mydłem naturalnym) jest nie do przecenienia :)

    Co do innych aspektów dbania o siebie - jest podobnie. Używam oliwki dla dzieci (zamiast balsamów), dezodorant robię sobie sama (składniki to olej kokosowy, soda, mąka ziemniaczana i olejek aromaterapeutyczny dla ładnego zapachu - skuteczność rewelacyjna, acz niestety w przypadku stosowania w większej ilości, pozostawia na ubraniach osad sodowo-mączny;)).
    Co do pielęgnacji twarzy - mydło naturalne do mycia. Jeśli chodzi o nawilżenie twarzy, stosuje wymyślona przez siebie technikę. Twarz nawilżam wilgotnym płatkiem kosmetycznym z odrobiną oliwy z oliwek, a żeby nie było "tłustego filmu" (terminologia z reklam;)), używam chusteczki higienicznej, żeby twarz zmatowić (przyciskam chusteczkę do twarzy, po prostu). Tak nawilżona cera jest dla mnie optymalna, nie potrzebuje niczego innego.

    Co do makijażu, tu mam różne fazy - staram się ostatnio nie malować w ogóle, zwłaszcza że mam uczulenie na kosmetyki kolorowe. Uważam, że najlepszym kosmetykiem jest regularny tryb życia, zdrowe odżywianie i dobry sen. Brzmi jak truizm, ale sama obserwuję, jak drobne grzeszki typu zjedzenie słodyczy czy zbyt długie siedzenie przy komputerze, potrafią wpływać na cerę :)
    Jeśli jednak mam akurat fazę na malowanie się, zawsze staram się to zrobić tak, by raczej makijaż był niemalże niewidoczny.

    Pozdrawiam :)


    OdpowiedzUsuń
  16. Polecam maski z nowozelandzkim miodem z krzewu manuka, który działa antyseptycznie, kojąco, wygładzająco, goi i uspokaja zmiany (więcej o jego właściwościach tutaj: Świat Manuka).). Warto przeprowadzić pełną kurację, najlepiej kilkutygodniową. Cera jak nowa!

    OdpowiedzUsuń
  17. Osobiscie do kosmetyczek nie chodze. Przerzucilam sie na kosmetyki organiczne. Moja cera bardzo sie poprawila po ich uzywaniu ( po kilku mc). Przestala sie przesuszac czy nadmiernie blyszczec, skora ciala jest nawilzona. Kosmetyki te sa drozsze ale mam ich teraz znacznie mniej :)) i bardzo sie z tego faktu ciesze. wczesniej mialam zawalona cala łazienke, czesto kosmetyki lezaly nie uzywane miesiacami po czym ladowaly w koszu :( Obsesyjnie sprawdzam sklady kosmetykow i zywnosci

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja też rzadko chodzę do kosmetyczki. Raczej z powodu braku funduszy aniżeli niechęci. Myślę, że domowa pielęgnacja jest konieczna, ale nie zastąpi dobrych kosmetyków i profesjonalnych zabiegów. Kiedyś robiłam sobie różne maseczki i peelingi, ale wolałaby jednak zasięgnąć profesjonalnej porady i skorzystać z odpowiednio dobranych do mojej skóry kosmetyków. Poza tym czasem chciałabym najzwyczajniej, żeby ktoś się mną zajął :). Wyobrażacie sobie cały dzień w spa... Bajka... Wszyscy wokół ciebie skaczą, masują, robią maseczki, peelingi i różne inne zabiegi. Jak kiedyś odłożę trochę więcej pieniędzy to chętnie wybiorę się do spa. Nawet już jedno sobie upatrzyłam :). Pod Wrocławiem w Uroczysku Siedmiu Stawów jest spa L'Occitane. Miejsce jest czarujące. Myślę, że tak wyglądał by mój wymarzony wypoczynek. Wkoło pełno zieleni, cisza i spokój. Rozmarzyłam się...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…