Przejdź do głównej zawartości

„Kobiety ceni się za urodę, mężczyzn za cień od rzęs długich

Wenus z Willendorfu
... a poetów za to, że w słowie kryją ptactwo wzruszeń seledynowych”. Tak pisała Halina Poświatowska. Przez długi czas bardzo buntowałam się przeciwko temu, że my, kobiety, jesteśmy tak często oceniane głównie na podstawie naszego wyglądu, a dopiero w drugiej kolejności w kategoriach zalet charakteru i inteligencji. Irytowało mnie to, że pięknej kobiecie wybacza się nawet głupotę, pustotę i wredotę. A brzydkiej przypisuje wszelkie możliwe wady, także wyimaginowane. 

Jednak buntowanie się nie zmieni tego faktu. Ludzie zwracają uwagę na wygląd innych, oceniają ich na jego podstawie, a podświadomie przypisują ładnym osobom pozytywne cechy (np. dobroć, inteligencję). Wprawdzie w bajkach dla dzieci znajdziemy przykłady pięknych i złych wiedźm lub królowych, lecz o wiele częściej występują w nich śliczne i dobre panienki, księżniczki i wróżki. Programowanie od dzieciństwa? A może odzwierciedlenie odwiecznych przyzwyczajeń do klasyfikowania ludzi według takiego właśnie klucza?

Możemy się na takie podejście zżymać, irytować, ale ludzkiej natury przecież nie uda się nam zmienić. Prezydent Obama został ostatnio bardzo ostro skrytykowany przez amerykańskie środowiska feministyczne za skomplementowanie pani prokurator generalnej stanu Kalifornia za urodę. Uznano to za przejaw seksizmu i wielkie faux pas. Polityczna poprawność w USA zakazuje tego rodzaju komentarzy, ale nie może nikogo odzwyczaić od postrzegania świata w taki właśnie sposób. 

Ładnym osobom bywa w życiu łatwiej. Zwłaszcza paniom. Chociaż uroda na pewno nie zastąpi inteligencji ani przymiotów charakteru, a nawet najpiekniejsza zołza pozostanie nadal zołzą, której wredota i tak prędzej czy później wyjdzie na jaw, jednak dobra i mądra brzydula zwykle będzie miała o wiele bardziej „pod górkę” niż jej ładniejsze koleżanki. 

Z brzydotą wewnętrzną niewiele da się zrobić, z tą zewnętrzną na szczęście całkiem sporo. Niewiele spotkałam do tej pory naprawdę brzydkich fizycznie kobiet (brzydkich psychicznie o wiele więcej), natomiast często spotykam takie, które same robią sobie krzywdę niewłaściwie dobranym kolorem włosów, fryzurą, nadmiernym lub tandetnym makijażem, przypadkowym strojem, brakiem znajomości swojego typu urody i sylwetki lub pomysłu na siebie, czasem zaś pomysł jest, ale zdecydowanie nietrafiony. Też należałam do tego klubu, popełniając właściwie wszystkie możliwe urodowe grzechy, począwszy od noszenia workowatych ubrań w celu zamaskowania mankamentów sylwetki, przez spalanie skóry na solarium i plaży, pokrywanie buźki solidną warstwą tynku, ubiory nie zawsze dostosowane do okoliczności, niebotyczne obcasy, a kończąc na uporczywym farbowaniu się na platynowy blond, całkowicie wbrew naturze.

Fizyczne cechy i umiejętność ich wydobycia czy stosownej oprawy to jedno, lecz samoocena to zupełnie inne sprawa.
Na podstawie obserwacji wnioskuję, że najwięcej krzywdy robimy sobie, nie akceptując swoich ciał, tocząc z nim ciągłą walkę, wmawiając sobie rozmaite wady, ułomności, nieproporcjonalności i inne nieforemności. Nie do wiary wręcz, jak wiele kobiet nie lubi na siebie patrzeć w lustrze, a każde przejrzenie się w nim skutkuje wyliczaniem defektów. Na hasło POLUB SIEBIE reagują mniej więcej tak: nie mogę polubić siebie, bo jestem za gruba, za chuda, za niska, za wysoka, mam nieładne zęby, tyłek, za mały/za duży biust, za krótkie rzęsy, zbyt widoczne pory, wypryski, kręcone włosy, proste włosy.... Niepotrzebne skreślić. 

Inne mówią: czuję się piękna, gdy przeglądam się w oczach mojego męża, chłopaka, narzeczonego. Czuję się piękna, gdy mój synek mów: mamusiu, jesteś śliczna jak obrazek.
Niby dobrze, ale nie do końca. Gdy zabraknie (z rozmaitych względów) tych kochających i zachwyconych oczu, co wtedy? Przestaniesz czuć się piękna, bo nikt nie będzie Ci o tym mówił? A gdy mąż zmieni zdanie i przestanie uważać Cię za superlaskę? Gdy przytyjesz, postarzejesz się lub zachorujesz, a on nie będzie umiał zaakceptować zmian w Twoim ciele? Bywa przecież i tak, w tym niebajkowym świecie. W prawdziwym życiu, w odróżnieniu od świata hollywoodzkich produkcji, mężczyznie zdarza się stracić pociąg do kobiety, która przytyła po ciąży albo straciła pierś czy włosy w wyniku choroby. Powiecie, że gdy naprawdę kocha, to taka sytuacja się nie wydarzy. Może, ale co zrobisz, jeśli jednak Ci się przytrafi?

Uwierz w to, że jesteś piękna niezależnie od tego, ile masz lat, ile ważysz, ile mierzysz, jak długie czy krótkie masz nogi lub włosy, ile zmarszczek czy piegów masz na twarzy. Jeśli poczujesz się dobrze w swoim ciele, będziesz czuć się jak bogini nawet rozczochrana i nieumalowana zaraz po przebudzeniu albo spocona i usmarowana brudem po przekopaniu ogródka. Z 30 kilogramami na plusie, z rozstępami i celulitem jak powierzchnia Księżyca.

Ale czy akceptowanie siebie oznacza, że nie możesz chcieć czegoś w swoim ciele zmienić? Zapytała mnie kiedyś Czytelniczka, czy to się nie kłóci? Lubi siebie, ale chciałaby schudnąć parę kilogramów i ujędrnić niektóre partie.

Moim zdaniem to się nie wyklucza. Lubię swoje ciało niezależnie od jego rozmiarów czy stanu skóry, tak jak lubię swoich przyjaciół bez względu na ich wygląd czy zadbanie lub też jego brak. Jednak gdy przyjaciel chudnie lub zmienia fryzurę na bardziej twarzową, cieszę się z tego, bo wiem, że on czuje się z tym lepiej.

Wspomnianej Czytelniczce zaproponowałam porównanie ciała do domu/mieszkania. Powiedzmy, że dostałaś w prezencie dom. Nie miałaś wpływu na jego rozmiary, wygląd, styl architektoniczny, układ pomieszczeń. Cieszysz się z tego prezentu, dobrze Ci się w nim mieszka. Ale przecież nawet najbardziej lubiany dom potrzebuje czasem remontu bądź przeróbki, dostosowania do potrzeb właściciela. Tyle, że nie zrobisz z małego drewnianego domku wielkiej willi z basenem, nie przerobisz kawalerki na loft ani na odwrót.
Dzięki przemyślanemu remontowi lub modernizacji bedzie Ci się mieszkać jeszcze wygodniej, przeróbki na siłę i wbrew logice są tylko stratą czasu i energii.

Popatrz więc na siebie przyjaznym okiem, nie bądź sobie wrogiem tej wiosny!

Komentarze

  1. Aniu, większość babskich pisemek powinna być zasilona takimi tekstami, zdecydowanie mniej byłoby wtedy zakompleksionych i wiecznie niezadowolonych z siebie kobiet;) Bardzo ciekawie prezentuje się cykl Twoich wpisów poświęconych urodzie, zuchwale proszę o więcej :) Serdeczności :)
    Ela

    OdpowiedzUsuń
  2. mądre słowa! Takie pozytywne teksty, to nawet mi się lepiej czytuje :) ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  3. "Z brzydotą wewnętrzną niewiele da się zrobić, z tą zewnętrzną na szczęście całkiem sporo." OJ! Zupełnie się z tym nie zgadzam. I z jednym, i z drugim można zrobić wiele. Od czego praca nad sobą? :) Można skończyć z ponuractwem, plotkami, wybuchowością, malkontenctwem, zrzędzeniem, nadmierną nieśmiałością, lękami. Tak samo jak z ciałem - metodą drobnych kroków, rozglądaniem się za odpowiednimi dla siebie technikami lub pomocą.
    I oczywiście - tak samo jak z ciałem - najpierw trzeba określić, w czym problem. ;) Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jeszcze dodam - piękno wewnętrzne może być skuteczniejsze niż jakikolwiek krem. ;)

      Usuń
    2. To prawda! Zgadzam sie z Toba ;)
      Poza tym, jest cos takiego jak wewnętrzna charyzma, taka siła przyciągania, ktora dziala niezaleznie od tego, czy osoba jest wg jakiegos kanonu ładna czy brzydka. Ale charyzmy chyba nie da sie nauczyc: albo ją sie ma, albo nie. Inna kwestia, ze czasem trzeba uwierzyc, ze ja sie ma ;))
      Ajka, ty ją masz, jak juz cos napiszesz , to chętnych do przexzytania jest wiele. I to jest piękne! :))
      Pozdrawiam

      Usuń
    3. Myślę, że charyzma może być darem wrodzonym, ale może też być cechą rozwijaną. Wynika, jak mi się intuicyjnie wydaje, między innymi z poczucia własnej wartości, stosunku do siebie i świata - a to są sprawy, nad którymi można (a nawet powinno się) pracować. Hm?
      Zgadzam się, że Ajka ma charyzmę i dar słowa! Wpisy czyta się jednym tchem.

      Usuń
  4. Książka, książka! Napisz koniecznie, kupię od razu!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak znowu pokochać siebie ? Czy jestem "piękna" ?
    Zdeformowana pierś po operacji, brak włosów już po pierwszej
    chemii,a pozostały jeszcze 3 cykle.Zawsze chciałam schudnąć i chudnę, bo organizm zatruty. Mimo wszystko cieszę się
    życiem, czekam ma wiosnę,a tekst podnoszący na duchu.A. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do Ciebie tez przyjdzie wiosna :)
      Daj jej troche czasu ale na pewno przyjdzie.
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Teraz jest Ci niewesoło, ale jak pisze Gabi, jeszcze zaświeci słońce. Choroba to bardzo ciężkie doświadczenie, na pewno w takich chwilach trudno doszukać się w sobie piękna, ale z drugiej strony to też czas, gdy nawiązuje się inny i głębszy kontakt ze swoim ciałem. Niełatwy, bolesny, ale bliski.
      Trzymaj się ciepło, życzę wiosny i przypływu wiosennej energii, aby udało się przegnać choróbsko!

      Usuń
  6. Masz rację, pisząc o brzydocie wewnętrznej. Z resztą zawsze można coś zrobić, zmienić.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie również wydaje się, że z brzydotą wewnętrzną można coś zrobić, jest tylko jeden warunek - uświadomienie sobie problemu. Nie wiem jak inne czytelniczki, ale z moich doświadczeń wynika, że osoby, które swoja brzydotą wewnętrzną rażą otoczenie same wydają się nie zdawać sobie z niej sprawy, a nawet mieć o sobie bardzo wybujałe mniemanie. Moja mądra mama powtarza zawsze, że w przypadku takich osób trzeba się po prostu zachowywać jak przyzwoity człowiek i mieć nadzieję, że kiedyś coś dotrze do takiego brzydkiego wewnętrznie osobnika....

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeszcze raz się wpiszę, bo przeczytałam kiedyś w książce, która nazywa się bodajże "Przetrwają tylko najpiękniejsi", że to sama ewolucja zmierza w stronę "wypiękniania się" gatunku ludzkiego na zasadzie, że uroda=zdrowie=płodność i zdrowe potomstwo. Ewolucja nie przewidziała jednak, że ją hi, hi, przechytrzymy. Jednak niemowlęta wyraźnie odróżnają "ładne" i "brzydkie" twarze. Mamy to więc na wyposażeniu, czyli w genach. Uroda to odpowiednie proporcje, tak twarzy i sylwetki jak budynku. Dlaczego więc ciekawią nas twarze odrobinę nieproporcjonalne, a idealne wydają się nudne? Zjawiskowo piękna aktorka dostanie bardziej zdefinowane role niż np. Katarzyna Herman, która potrafi być jaka chce.
    Znałam kiedyś przepiekną kobietą, która była piękna dopóki się nie ruszała i odzywała. Głos miała jak popiół, bez energii i wyrazu i takie też ruchy. Znałam też dziewczynę bajecznie zgrabną, która z kolei poruszała się z wdziękiem słonia. To zresztą było dość interesujące. To co nazywany urokiem, wdziękiem ma więc ogromne znaczenie i jest częściowo do nauczenia się. A te osoby wewnętrznie brzydkie, wręcz toksyczne? Są niewątpliwie nieszczęśliwe. Żeby chcieć się zmienić, trzeba dostrzec swój problem, a to boli. Coś o tym wiem...

    Babanka

    OdpowiedzUsuń
  9. i jeszcze dopisek: "miłość do siebie jest romansem na całe życie" genialnie zauważył Oscar Wilde w swojej sztuce Idealny Mąż. Polecam zabawny i uroczy film na kanawie tej sztuki, pod takim samym tytułem.
    Babanka

    OdpowiedzUsuń
  10. ;) może jednak prościej byłoby sprowadzić tę kwestię do "poczucia własnej atrakcyjności", zamiast dzielić to na opakowanie i zawartość opakowania. Ostatecznie wszyscy wiemy, że piękne opakowanie niekoniecznie musi skrywać równie atrakcyjną zawartość... ostatecznie bywa również, że nie najlepszy design opakowania może skrywać zawartość o niezwykle interesującym potencjale. Oceniać książkę po okładce czy też nie? Tak podobno prościej i łatwiej... czyli minimalistycznie;) Krzywe drzewo nie reprezentuje dla stolarza żadnej wartości, ponieważ nie wytnie z niego żadnej prostej deski i nie zrobi stołu ani krzesła... za to dla artysty krzywe drzewo jest inspiracją do stworzenia oryginalnego dzieła sztuki. w życiu obowiązują dwie postawy: akceptacji albo odrzucenia... a stereotyp i uprzedzenie są specyficzną formą odrzucenia. Na pytanie: "dlaczego pragniesz zmian?" bardzo wielu ludzi odpowiada: "ponieważ nie jestem zadowolony/-a z... (i tu każdy może sobie sobie wpisać co chce;) Skoro w miejscu, w którym aktualnie się ktoś znajduje jest to, co jest, i to coś wzbudza niezadowolenie, to nie pozostaje nic innego jak znaleźć się w nowym miejscu, w którym istnieje to, czego się chce. Mówiąc cały czas o miejscu, w którym ktoś się znajduje nie sposób jednak dotrzeć do tego nowego miejsca.

    OdpowiedzUsuń
  11. Dziękuję Wam serdecznie za wszystkie komentarze.

    W kwestii brzydoty wewnętrznej - moim zdaniem można z nią coś zrobić tylko wtedy, gdy ma się jej świadomość, a zazwyczaj takie osoby nie zdają sobie z tego sprawy, a wręcz przeciwnie, uważają, że to z całą resztą świata jest "coś nie tak".

    @Robert: "tak, ale też i nie", że zacytuję Skippera ;-) Może dla Ciebie tak jest prościej, dla mnie nie do końca. Używamy innych sposobów obrazowania, ja piszę z poziomu swojego doświadczenia i postrzegania, Ty swojego. Nie jest to pierwszy raz, gdy mam wrażenie, że mówimy o sprawach bliskich, ale jednak innymi słowami. I dobrze. Ty wolisz nie dzielić na opakowanie i zawartość, mi wygodniej jest patrzeć po swojemu. Chociaż wolę widzieć ciało, umysł i ducha jako części całości, wzajemnie na siebie oddziałujące.
    Widzisz, specjalnie nie użyłam określenia "atrakcyjność", bo słowo to ma silne konotacje, których w tym kontekście chciałam uniknąć. Ono nie jest niewłaściwe, tylko może nakierować myślenie w innym kierunku.
    Atrakcyjnym jest się dla kogoś lub pod jakimś względem. Dodatkowo często atrakcyjność kojarzy się z seksualnością. A mi zupełnie nie o te rejestry chodzi. Atrakcyjny może być kredyt albo działka, oferta. Albo obiekt pożądania.
    Ten wpis miał być wpisem o akceptacji siebie w kontekście typowo kobiecym. Nie jestem mężczyzną, mogę się więc mylić, ale według moich obserwacji panowie bardzo rzadko mają problemy z zaakceptowaniem siebie (ciała) ze względu na kolor włosów, proporcje sylwetki czy obwód łydki, dajmy na to. Co nie oznacza, że im się to nigdy nie zdarza.
    Kobiety natomiast często zadręczają się z powodu cech, których zasadniczo zmienić się nie da, albo też zmiana wymagałaby interwencji chirurga i sporych nakładów finansowych.
    Może trudno w to uwierzyć, ale kobieta nie zawsze ma potrzebę czuć się atrakcyjną dla innych, ale zawsze ma potrzebę czuć się piękną. A to naprawdę nie jest jedno i to samo.
    Ten wpis nie jest o zmianie, może raczej o stanie przed nią. O zaakceptowaniu tego, że jest się krzywym drzewem powykręcanym od wiatru lub prostą deską, idealną na blat stołu. O dostrzeżeniu piękna w ciele takim ono jest, wynikającym z jego wyjątkowości, niepowtarzalnośći. Z tym trzeba się pogodzić, dostrzec to piękno, a dopiero wtedy można zacząć zastanawiać się, co dalej.

    Ostatnie Twoje stwierdzenie słuszne, jak najbardziej, ale z mojego punktu widzenia zbyt ogólnikowe. Gdybym była osobą, która ma poczucie, że utknęła w miejscu i nie może się z niego wydostać, nie wystarczyłoby mi hasło: to przejdź w inne miejsce.
    Jak mam przejść, skoro utknęłam?
    Osoba, która utknęła, zwykle ma wrażenie, że aby się wydostać potrzebuje wielkiego nakładu sił, szarpie się, szamoce, tym samym blokując się coraz bardziej, a jednocześnie tracąc siły. Złorzeczy, że uwięzła przez nieuwagę, obwinia siebie i innych. Czasem jeszcze ma żal, że nikt jej nie pomaga się wydostać.
    Tymczasem gdyby odetchnęła parę razy głębiej i wykonała jeden mały ruch, znalazła by się w tym wspomnianym "nowym miejscu".
    Ale to już temat na osobny wpis, dziękuję więc za inspirację :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ;) może to jednak nie do końca jest tak, że atrakcyjność ma jakieś tam konotacje (szczególnie seksualne). Chyba żeby sprowadzić ją do poziomu atrakcyjności fizycznej. To tak naprawdę kwestia wyboru jakiego dokonujemy na poziomie umysłu. A wybór moim zdaniem ma każdy i jest on stosunkowy prosty: albo można coś wartościować, albo podejść do czegoś jak do kształtowania postawy. W tym wypadku wartościowanie rzeczywiście może mieć określone i nieprzyjemne dla kogoś konotacje. Natomiast jeśli popatrzymy na poczucie własnej atrakcyjności jak na postawę, którą możemy sami kształtować otrzymamy coś zupełnie innego. W takiej postawie zawiera się i piękno i dbałość o ciało i akceptacja. Jedno nie wyklucza drugiego. Wręcz przeciwnie jest pewnego rodzaju logiczną konsekwencją.

      Nie uważam by trzeba było rozdzielać ducha od umysłu i ciała. jak najbardziej stanowi to jedność. A ponieważ bez wyjątku elementem każdej postawy jest zdolność postrzegania, więc nic nie stoi na przeszkodzie by dostrzec coś atrakcyjnego w którymś z tych segmentów i rozwijać to (stąd moja metafora drzewa;)

      I tu dochodzimy do tego czym jest akceptacja. Może to kogoś rozczarować, ale większość mężczyzn ma dokładnie ten sam problem ze swoim ciałem co kobiety: proszę popatrzeć na Pana Berlusconiego czy M.Jacksona oraz na tych wszystkich pakujących anaboliki, odżywki, suplementy i wyciskających tony na siłowni. To ten sam problem co u kobiet tylko w męskim wydaniu;)
      Mylnie próbuje nam się powiedzieć, że akceptacja powinna być godzeniem się z tym, czego nie sposób na przykład zmienić. I tu nawiążę do zmiany miejsca. Tak jak w lesie rosną grzyby jadalne i niejadalne, tak podobnie jest w życiu. Więc warto o tym pamiętać, zważywszy, że nikt w sposób celowy i świadomy nie zbiera tych trujących i nie raczy zupą z nich ani siebie ani innych. Tak kwestia dotyczy strumienia świadomości: możemy wybrać czy chcemy by płynął do nas strumień dobra czy strumień zła (tak najogólniej mówiąc). Wobec powyższego logiczną konsekwencją wyboru jest to na co zwracamy uwagę, na czym się koncentrujemy i co dostajemy. Wobec powyższego jeśli wybieramy strumień dobra to przynosi on nam same dobre i pozytywne rzeczy, emocje, myśli, doświadczenia... jeśli jednak jest inaczej: mamy problemy, doświadczamy negatywnych emocji, musimy się z czymś zmagać, przytrafiają nam się złe doświadczenia i przytrafiają nam się rzeczy, których nie chcemy, oznacza to, że wybraliśmy coś innego i z pewnością nie jest to strumień dobra, a w naszym koszyku zbyt wiele jest trujących grzybów. Przy takiej konfiguracji akceptacja wygląda jak próba zjedzenia zupy z muchomorów sromotnikowych: delikwent wie, ze to trujące i mu szkodzi, ale mimo wszystko robi dobra minę do złej gry i stara się zjeść to na raty by nie otruć się na amen;)

      Usuń
    2. Przepraszam Robercie, lecz w Twoich dwóch komentarzach widzę pewne sprzeczności.
      Może dla mnie prostego człowieka piszesz zbyt wyszukanym językiem, i ja sam nie potrafię pojąć Twoich wypowiedzi.
      Jednakże piszesz, że stolarz z krzywego drzewa nic nie jest wstanie zrobić a artysta tak, znów w drugim komentarzu piszesz iż: "więc nic nie stoi na przeszkodzie by dostrzec coś atrakcyjnego w którymś z tych segmentów i rozwijać to (stąd moja metafora drzewa;)". To przepraszam, że nie rozumiem lecz czy ten sam stolarz nie może w tym krzywym drzewie dostrzec coś atrakcyjnego. ?To jedna z moich niezrozumiałych kwestii.

      Piszesz Bardzo wyszukanym językiem, przepraszam że ośmielę się poprosić, lecz napisz mi jaśniej i krócej co masz na myśli?.

      Pozdrawiam Bartosz.

      Usuń
    3. Robercie, nadal nie przekonałeś mnie do "atrakcyjności", każdy używa takich określeń, jakie mu odpowiadają najbardziej.

      Natomiast dołączę się do głosu Bartka, jaśniej proszę. Wyjaśnij mi proszę, co takiego toksycznego jest w akceptacji. Bo zastosowałeś jakiś skrót myślowy, którego rozszyfrować nie potrafię.
      Proszę, nie pisz bezosobowo "Mylnie próbuje nam się powiedzieć, że akceptacja powinna być godzeniem się z tym, czego nie sposób na przykład zmienić". Napisz: Ajka myli się, twierdząc, że ...
      Może się mylę, może po prostu mam inne podejście.
      Dla mnie akceptacja oznacza przyjęcie tego, że nie mogę czegoś zmienić (np. swojego wzrostu), po to, by dłużej się nad tym nie zastanawiać, nie zatrzymywać, bo niczemu to nie służy, a za to zająć się rozwijaniem/podkreślaniem/uwypuklaniem tych cech, w których dostrzegam wspomnianą przez Ciebie atrakcyjność. Gdzie tu trucizna i sromotniki? Jakoś nie czuję się otrutym na amen delikwentem ani nawet takim tylko lekko oczadziałym ;-)

      Przytoczone przez Ciebie przykłady mężczyzn, dbających przesadnie o swoją fizyczność, nie są adekwatne w kontekście tego wpisu, bo nie mówimy tu o przesadzie, o tym, do czego prowadzi nadmierne zapamiętanie się w poprawianiu natury.

      Usuń
    4. @Bartosz: nie uważam bym pisał wyszukanym jerzykiem;) W swoich wypowiedziach użyłem sporej liczby metafor i porównań, co było związane z potrzebą szybkiego napisania komentarza. Taki sposób charakterystyczny jest dla tych, którzy używają prawej półkuli mózgowej, ponieważ wiąże się to z odwołaniem do wyobraźni (symbol, metafora), postrzeganiem problemu jako całości (tzw gestalt) czy intuicyjnym postrzeganiem rozwiązań... (to tylko niektóre aspekty;). Wobec powyższego dla osób, które generalnie preferują myślenie analityczne, sekwencyjną logikę step by step, może to być niezrozumiałe.

      Jeśli jesteś zainteresowany wyjaśnieniami jakich oczekujesz, to zapraszam do kontaktu mailowego.

      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    5. @Ajka:

      "Robercie, nadal nie przekonałeś mnie do "atrakcyjności", każdy używa takich określeń, jakie mu odpowiadają najbardziej." Nie przypominam sobie bym deklarował bądź sugerował jakąkolwiek chęć przekonania kogokolwiek do czegokolwiek. Ale z drugiej strony cieszę się, że tak to odebrałaś, ponieważ wyjaśnia to pewną moją wątpliwość;) Swoją drogą ostatnią rzeczą jakiej bym pragnął jest to by kogokolwiek przekonywać do czegokolwiek. Wolę być szczęśliwy a przywilej posiadania racji i przekonywania do niej kogokolwiek pozostawiam innym:)

      "Proszę, nie pisz bezosobowo (...). Napisz: Ajka myli się, twierdząc, że ..." Nie mam absolutnie jakichkolwiek podstaw i żadnych dowodów by napisać coś takiego. Widzę, że po raz kolejny są mi przypisywane jakieś zamiary czy intencje, które nawet przez głowę mi nie przeszły. A priori zakładam, że bez wyjątku każdy autor ma prawo do różnych form "licentia poetica". Zezwala na to strefa autora, gdzie może w dowolny sposób, w dowolnej osobie i przy użyciu dowolnych słów przedstawić określony temat. Sadziłem także, że odbiorcę w ramach strefy czytelnika stać na coś więcej niż ohy i ahy, że ta strefa służy właśnie prezentacji odmienności będącej wyrazem różnorodności, która wzbogaca... stąd mój brak tzw. interpersonalnych wycieczek, o czym wspominałem przy okazji innego komentarza.

      Do tej pory uważałem, że ten blog i jego autor są jednymi z nielicznych w blogosferze, którzy mają i potrafią zaoferować ten standard. Najwyraźniej moja ocena okazała się być zbyt na wyrost;)

      Oczywiście nie jest to moja moja przestrzeń, więc jak najbardziej zamierzam respektować obowiązujące tu zasady i nie łamać ich. Dziękując za sprowadzenie mojej opinii do właściwych proporcji i rozmiarów, jak również możliwość napisania tutaj kilku komentarzy, życzę powodzenia w dalszej działalności.

      Pozdrawiam.

      Usuń
    6. Robercie, skoro wątpliwości wyjaśnione, pozostaje mi tylko życzyć Ci powodzenia we wszelkich przedsięwzięciach. Dziękuję za wkład w rozwój bloga i wnikliwe komentarze. Pozdrawiam.

      Usuń
  12. A propos piękna wewnętrznego i zewnętrznego.
    Moim zdaniem jeśli nie ma piękna wewnętrznego, to o zewnętrznym nie może być mowy. Nie potrafię wyjaśnić, na czym to polega, ale np. jeszcze nigdy nie spotkałam głupiej, a jednocześnie autentycznie pięknej kobiety. Podobnie jak nie spotkałam głupiego i zarazem zniewalająco przystojnego faceta. To się moim zdaniem wyklucza, to jakoś... widać na twarzy. Mogę u takiej osoby zauważyć ładne "komponenty" ;) - proporcjonalne rysy twarzy, dobrą figurę/fryzurę itp., ale nigdy powiem że jest piękna, bo czegoś mi będzie brakowało... nie wiem, czego, to coś bardzo nieuchwytnego. Coś w spojrzeniu, mimika?
    Emi

    OdpowiedzUsuń
  13. Dziękuję Ajko za tak Przepiękny wpis i Cudowny komentarz. Tak spokojnie to opisałaś. Sam jako mężczyzna mam z tym czasem problem. Raz jest lepiej a raz gorzej. Cóż poradzić trzeba to za akceptować. Ja szukam i staram się dostrzec te piękno w sobie. Czasem się udaje.

    Oczekuję na dalsze wpisy tego rodzaju. I nie mam zamiaru w żadnym wypadku pisać iż już tego zbyt wiele.:))
    Kiedyś wpisy na ten temat czytałem, lecz nie zagłębiałem się zbytnio. Poprzedni i ten daje do myślenia. Oczekuję na więcej. Jestem ciekaw do jakich wniosków mnie doprowadzą.

    Porównanie swojego Ciała do domu czy mieszkania. Bombowo ujęte. I do jak wielu aspektów naszego życia mogę teraz wykorzystać te porównanie.

    Dziękuję. Czekam na jeszcze, bo czuć malizną jak to mawiał mój śp. dziadek.

    Pozdrawiam Bartosz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój dziadek też tak mawia! :)
      Ajko,ja także bardzo Ci dziękuję za ten wpis. Doskonale ujęłaś tę delikatną zależność "być atrakcyjnym - być pięknym". Atrakcyjna? Ponoć jestem dla swojego Męża :) Ale na co dzień wolę się czuć piękną, bo atrakcyjność może zmęczyć ;) I gdzieś tam jednak zgadzam się z przedmówcami: że to najczęściej charyzma, wdzięk, ton głosu, sposób uśmiechania się, a nie same rysy twarzy są tym, co działa jak magnes.
      Ostatnio dużo się dzieje w moim codziennym życiu i po okresie wielomiesięcznego roztrząsania swoich wad i zalet (także cielesnych),strojów i fryzur, obserwacji pełnych uroku ludzi na ulicach i w tramwajach dociera do mnie, że wystarczy przestać się nad takimi rzeczami zastanawiać, zacząć robić coś ciekawego - poczucie radości zacznie stawać się poczuciem pewności siebie, a to z kolei niepostrzeżenie wpłynie na to, że lubimy siebie - nawet jak rozczochrani wyciągamy z szafy przypadkowe rzeczy i biegniemy na autobus :)
      Ściskam i proszę o więcej!
      K.

      Usuń
  14. Ha, u mnie w rodzinie też używa się tego zwrotu.
    Kamo, cieszę się, że nie tylko dla mnie to rozróżnienie ma znaczenie.

    Tak, całkowicie się zgadzam - radość, zajęcie się czymś ciekawym, a potem coraz bardziej lubi się siebie. I wtedy jest o wiele łatwiej, nawet wtedy, gdy nie ma się czasu porządnie uczesać :)

    Pozdrawiam ciepło Was wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
  15. ha, wpis jak dla mnie ;) Jako że naprawdę jestem brzydką kobietą, myślę ostatnio dużo (za dużo) na ten temat i dochodzę do wniosku że:
    1. to nie jest fair i mówiąc szczerze po prostu boli
    2. przeczytałam kiedyś wspaniałomyślną wypowiedź jakiegoś pana, że jeżeli dziewczyna naprawdę nadrabia charakterem, to dla niego wcale nie musi być taka ładna. No ok, ale co jeśli nie nadrabia? miało być bez uogólnień, to będzie ;) czyli mówiąc wprost, mój charakter nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ot, gotuję, pracuję, czytuję pudelka i głupie gazety, nie jestem specjalnie szalona ani odważna, lubię mieć porządek w domu. Gdybym była ładna, pewnie znalazł by się na to wszystko amator
    3. z drugiej jednak strony, spotkałam przykre konsekwencja małżeństw zawieranych na takich podstawach. Ona śliczna, on zakochany, ale po jakimś czasie okazuje się że on jej wcale nie znał, jej charakter go nic nie obchodził. Widzę na bliskim przykładzie, jakie to jest przykre.
    4. (ostatni) dbam o siebie, ale też się buntuję - farba co 2 tygodnie, kosmetyczka co 2 tygodnie, wieczna dieta, fitness, drogie środki żeby ukryć kaprysy natury, a i tak efekt tych wysiłków nie powala na kolana... ale cóz robić ;)
    Przepraszam ża niski poziom moich słów, nie jestem w stanie myśleć o tym bardziej filozoficznie. Dzięki za ten wpis :) (i za tekst do TS bo tam znalazłam adres bloga)
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  16. porównanie ciała do mieszkania - genialne! muszę to zapamiętac i sobie powtarzać.
    fantastyczny wpis :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…