Przejdź do głównej zawartości

Mamo, gdy będę duża, zostanę świnką morską!


Gdy zastanawiałam się nad tym, co minimalista/osoba żyjąca prostym życiem mogłaby przekazać swoim dzieciom, przyszło mi do głowy, że należałby raczej zacząć od tego, czego dorośli mogą nauczyć się od dzieci. Sporo jest przecież takich cech i zachowań, które są całkowicie naturalne w dzieciństwie, a z czasem i wpływem otoczenia łatwo się je traci. 

W komentarzu Synafia napisała tak: minimalizm czyli życie proste i sycące samym faktem istnienia (czy dobrze rozumiem?), ten minimalizm przyszedł do mnie sam razem z dziećmi właśnie. To one uczą mnie bycia tu i teraz. To z nimi odkryłam radość z leżenia na podłodze i machania nogami, z patrzenia przez okno, z siedzenia na trawie, z sycenia się samą obecnością kochanych osób. W tym sensie ja sama nie mogłabym zbliżyć się nawet do minimalizmu, gdyby nie dzieci.


Niektóre osoby dopiero w wyniku doświadczenia rodzicielstwa dostrzegają, że można patrzeć na życie i świat inaczej. Nigdy wcześniej nie przyszło im do głowy, że mogłyby na przykład gapić się na biedronkę gramolącą się po liściu, cieszyć samym faktem, że siedzi się na ławeczce w słońcu, a obok siedzi ktoś dla Ciebie ważny, albo śpiewać w niebogłosy tylko dlatego, że po prostu masz na to ochotę. 
To dzieci pokazują im, że tak można i że jest to ... fajne. Nie głupie, nie śmieszne, nie niepoważne, tylko normalne. 

Czego jeszcze można nauczyć się od mniejszych ludzi? Na przykład szczerości i otwartości serca. Spontaniczności. Całkowitego skupienia na aktualnie wykonywanej czynności (w czym wydatnie pomaga lekko wysunięty język, jak wiadomo...). Kreatywności, robienia „czegoś z niczego”. Niegraniczonej wyobraźni. 
A także tego, że najlepsze są proste przyjemności i proste zabawy. Lody na patyku, truskawki, chleb z masłem... Najfajniejsze zabawki to przedmioty codziennego użytku (miska albo pokrywki od garnków) albo pudło, które może stać się samolotem (zajrzyjcie do Konrada, zobaczycie tam prawdziwe cuda z kartonowych pudeł!).

Zadałam sobie też pytanie, co ze swoich „okołominimalistycznych/prostotowych” doświadczeń, wniosków i obserwacji chciałabym przekazać swojemu dziecku, gdybym została mamą? Wbrew pozorom wcale nie chciałabym go nauczyć liczenia zabawek...

Przede wszystkim chciałabym, aby wiedziało, że najważniejsze jest poznanie siebie, swoich upodobań, możliwości, marzeń, zdolności i potrzeb, ale też ograniczeń. Dopóki nie znasz siebie, jesteś podatnym narzędziem w rękach innych. Łatwo można Ci wmówić, że musisz coś mieć, musisz coś zrobić, musisz żyć w taki czy inny sposób, według wyobrażeń i potrzeb innych ludzi. 

Chciałabym, aby bardziej ceniło ludzi, emocje i wrażenia od przedmiotów i dóbr materialnych. By nie bało się miłości, bliskości, nie próbowało przed nią uciekać. Aby radością było dla niego przebywanie z rodziną i przyjaciółmi, a nie samotne stukanie palcem w tablecik gdzieś w kącie. Aby traktowało rzeczy jako narzędzia, a nie fetysze i złote bożki. 

Chciałabym go nauczyć zdrowego stosunku do konsumpcji. Zrozumienia, że jest ona częścią naszego życia, ale nie powinna być jego treścią ani celem. Staje się szkodliwa, gdy konsumujemy ponad miarę, ponad potrzebę. Gdy konsumujemy, nie zważając na skutki:  dla siebie, dla środowiska, dla finansów, dla zdrowia, dla innych. 
Musiałoby więc nauczyć się odróżniać potrzebę od zachcianki. Rozumieć, że potrzeby zaspokajać trzeba, zachcianki można, gdy ma się takie możliwości i nikomu nie wyrządza to szkody. Ze świadomością, że to tylko kaprys, nie konieczność.

Porządku, sprzątania po sobie, odkładania rzeczy po użyciu na ich miejsce. Tego, że należy mieć miejsce na każdą rzecz, a każda rzecz powinna znajdować się na swoim miejscu. Gdy tak nie jest, powstaje bałagan.

Dyscypliny - nie tej, która jest łamaniem woli, wymuszonym strachem i siłą, ale tej, która jest ukierunkowaniem woli, a zdobywa się ją cierpliwym i konsekwentnym ćwiczeniem, służącym poznaniu i zbudowaniu własnej siły. 

Umiaru we wszystkim. Ale też umiaru w życiu z umiarem. Tego, że raz na jakiś czas trzeba przesadzić, nawet bardzo, żeby nie zapomnieć, że jest się człowiekiem, a skłonność do przesady jest rzeczą ludzką.

Chciałabym, aby umiało gospodarować swoim czasem i pieniędzmi. By umiało oszczędzać, planować zakupy, zarządzać swoimi finansami. By wiedziało, że zakupy to konieczność, nie sposób na rozrywkę i spędzanie wolnego czasu, odstresowanie czy zagłuszenie swoich prawdziwych potrzeb.

Na pewno nauczyłabym go dzielić się. Wszystkim - sobą, swoimi myślami, swoim czasem, zdolnościami. Jedzeniem, smakołykami. Rzeczami. By potrafiło bez żalu oddać swój posiłek głodnemu, a zabawkę dziecku, które jest smutne. 

Czy walczyłabym z chomikowaniem? Pewnie tak, chociaż ze świadomością, że nie ma to większego sensu. Zacytuję tu inny komentarz, napisany przez Czytelniczkę Emi:

Jako córka chomików i pod wieloma względami "maksymalistów" mam teorię, że to jest tak jak z sinusoidą Krzyżanowskiego ;) IMO prawdopodobieństwo, że moje ewentualne dziecko uzna mnie i swojego ojca za nieuleczalnych nudziarzy, za to dom dziadków będzie postrzegało jak cudowną wyspę skarbów, a w przyszłości samo przyjmie styl życia pełen radosnego, nieskrępowanego nadmiaru, jest spore. Zniosę to z godnością ;)”.

Podsumowując, co moim zdaniem jest najważniejsze w wychowaniu dzieci, czy się jest minimalistą, czy nie? Miłość, czas i uwaga. 
Dzieci nie potrzebują, byśmy kupowali im coraz droższe zabawki i markowe ubrania, chociaż często się tego domagają, gdy widzą je u rówieśników. Myślę, że jednak warto im wytłumaczyć, że ceną za drogie rzeczy będzie częstsza nieobecność rodziców w domu. 
Niestety, to sami dorośli uczą dzieci materializmu, one przecież się z nim nie rodzą. 

Dzieci potrzebują nas - naszej uwagi, naszego towarzystwa, czasu, rozmów z nami. Potrzebują mieć w nas oparcie. Potrzebują, by rodzina robiła różne rzeczy razem - jadła, bawiła się, uczyła, poznawała świat. 

Powiecie, że łatwo mi się pisze, bo sama nie mam dzieci, to mogę się wymądrzać. I macie rację... 
Znam jednak wiele przykładów prawdziwych rodzin, w których hołduje się takim zasadom - i wiem, że tak można. Nie zawsze są to rodziny pełne i „typowe”, ale łączy je jedno. Radość z bycia rodziną, nieważne, czy dwu-, trzy- lub sześcioosobową. Nie są bogaci, nie opływają w dostatki. Ale mają największy skarb - siebie nawzajem. 

Popularne posty z tego bloga

Uniform minimalistki

Temat osobistego uniformu obracam w głowie już od kilku lat, co najmniej. Jednak jeszcze do niedawna nie czułam się gotowa na to, by ostatecznie zdefiniować go dla siebie. Owszem, wiedziałam, że ciągnie mnie w tym kierunku i że coraz bardziej zbliżam się do wprowadzenia go w życie na co dzień. Jednak jeśli obserwowaliście, być może, moje materiały o kolorowej szafie minimalistki na YouTube, w cyklu, w ramach którego zaprezentowałam całą swoją kapsułową garderobę na wszystkie pory roku, mogliście zauważyć, że wprawdzie mój styl i zestawy ubraniowe były już dość wyraziste i powtarzalne, trudno było by nazwać je uniformem. 
Tak jednak się złożyło, że w międzyczasie zmieniłam tryb życia poprzez powrót do oprowadzania po Krakowie (już nie tylko po Wawelu, jak było parę lat temu), więc o wiele częściej wychodzę pracować poza dom. Oczywiście wymusiło to dostosowanie zawartości szafy i pewne jej uzupełnienia. A jednocześnie kilka ubrań z niej wywędrowało. Z powodu zużycia, ale też zmian w mo…

Minimalizm na Nowy Rok - postanowienia

Nie podejmuję noworocznych postanowień, mówiłam już o tym wielokrotnie. Wolę wprowadzać zmiany wtedy, gdy czuję się do nich gotowa, w dowolnym momencie roku. Nie czekam ze swoimi osobistymi zobowiązaniami do poniedziałku czy pierwszego dnia miesiąca. Od dawna uważam, że początek stycznia jest nienajlepszym momentem na takie działania, bo to czas zimowej ciemnicy, często depresyjnej aury i innych nieprzyjemnych okoliczności. Nie znaczy to jednak, że nie kibicuję osobom, które podejmują noworoczne próby zmiany nawyków. Zawsze warto pracować nad sobą i ulepszaniem swojej codzienności. 
Oto więc kilka moich propozycji na plan zmian/postanowienia noworoczne. Oczywiście można je wykorzystać także w innym czasie, ale można też wdrożyć je, czyniąc użytek z energii, jaką daje ten symboliczny nowy początek, jakim jest pierwszy dzień roku. 
Ważna uwaga na początek: moim zdaniem lepiej jest nie stawiać sobie zbyt ambitnych celów i wprowadzać jednocześnie ostrych restrykcji w wielu dziedzinach ży…

Metoda Konmari to nie minimalizm

Wpis jest uzupełnieniem materiału wideo zamieszczonego w serwisie YouTube, który można obejrzeć tutaj: 

Książkę Magia sprzątania Marie Kondo przeczytałam cztery lata temu, o moich wrażeniach możecie przeczytać we wpisie pod tym samym tytułem. Odebrałam ją pozytywnie, ale samej metody nigdy nie stosowałam, bo nie miałam takiej potrzeby, o czym zresztą pisałam w tamtej recenzji. Na dobre w głowie z tej lektury pozostała mi jej myśl przewodnia: poszukiwanie radości w rzeczach i eliminowanie zbędnych przedmiotów w oparciu o kryterium: co chcę zostawić, zamiast stosowanego zwykle przez minimalistów: czego nie potrzebuję i czego chcę się pozbyć. Książki szybko się pozbyłam i nie myślałam o niej więcej.
Dopiero niedawno, gdy coraz częściej docierały do mnie opinie na temat wyprodukowanego przez Netflix serialu Sprzątanie z Marie Kondo(dostępny z polskimi napisami), pomyślałam, że warto byłoby sobie wyrobić własne zdanie na temat tej serii programów, nawet jeśli sama metoda sprzątania Konmari…