Przejdź do głównej zawartości

Minimalista z szóstką dzieci

Pisałam już kiedyś, że jako osoba bezdzietna nie chcę wypowiadać się na temat aspektów minimalizmu w życiu rodziny z dziećmi. Wczorajsza lektura skłoniła mnie do zmiany zdania. Jednak zanim przejdziemy do meritum małe wprowadzenie.

Jakaż to książka? Książka - to za dużo powiedziane. Książeczka Lea Babauty Minimalizm. Żyj zgodnie z filozofią minimalistyczną, przetłumaczył ją na polski Paweł Kata, wydało w wersji papierowej, audio i cyfrowej wydawnictwo Złote myśli. Nazywam ją książeczką, bo jej przeczytanie nie zajęło mi nawet godziny. Dostałam ją w prezencie od pewnej bardzo życzliwej osoby, więc dlatego też postanowiłam się z nią zapoznać, pomimo tego, że od dawna nie czytam blogów Lea ani jego książek. 


Przeczytanie jej tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie mam już w nich czego szukać. Minimalizm... to przystępnie napisany poradnik, bez wątpienia bardzo przydatny dla osób, które świeżo zafascynowały się pomysłem prostego życia pod znakiem „mini”. Skupia się głównie na praktycznej stronie porządkowania, na kwestiach materialnych. Są to rzeczowe i konkretne porady, proste i skuteczne pomysły obejmujące różne aspekty życia, od urządzenia domu, przez organizację pracy i czasu, podróże, wychowanie dzieci. Godne polecenia początkującym, tym osobom, które dopiero zrozumiały, że przytłacza je nadmiar, że się pogubiły i muszą sobie z tym poradzić.

Ale zbyt wiele w nim mowy o rzeczach. Już wcześniej odnosiłam wrażenie, że Leo Babauta w ramach swojej minimalistycznej przygody nabawił się ostrej obsesji nieposiadania (do tego stopnia, że używają z żoną wspólnej szczoteczki do zębów). Systematycznie i szczegółowo informuje świat o ilości posiadanych/nieposiadanych rzeczy i zawsze podkreśla, czego udało mu się już pozbyć.  

Niby OK., bo przecież ograniczenie posiadania, pozbycie się nadmiaru, to ważny aspekt tego podejścia (no właśnie, podejścia - nie lubię sformułowań takich jak minimalistyczna filozofia czy minimalistyczny styl życia). Jednak im dłużej zastanawiam się nad tym, co jest sednem minimalizmu, tym bardziej jestem przekonana, że jest nim zmiana sposobu myślenia z kategorii posiadania na kategorie bycia i działania. Z trybu mieć w tryb być. I nie tyczy się to tylko kwestii materialnych, ale całości podejścia do życia i ludzi w nim obecnych. Całe nasze postrzegania świata jest zdeteminowane posiadaniem, mieniem. Mam nie tylko dom czy spodnie, mam też męża, przyjaciół, dzieci. Tak, to kwestia form języka, ale używanie danych konstrukcji oraz ich powstanie wynikło przecież z postrzegania. Można przecież powiedzieć: mieszkam w domu, noszę spodnie, jestem żoną, przyjaciółką, matką, siostrą... 

Jednak definiowanie siebie tym, czego się NIE POSIADA, nie różni się wiele od definiowania siebie POSIADANIEM. Dalej poruszamy się w magicznym kręgu MIEĆ. I tak właśnie dzieje się w przypadku Lea. Poza tym wiele pisze o produktywności, o pozbywaniu się tego, co nas rozprasza. „Pamiętaj, że jesteś zajętą i produktywną osobą!” Hmm, nie jest to mój ideał minimalizmu - bycie zajętą i produktywną. Skupioną, tak. Ale nie zawsze zajętą, nie zawsze produktywną. 

Fragment poświęcony dzieciom jest bardzo interesujący, ale to właśnie on mocno mnie poruszył. Oprócz opisu sposobów radzenia sobie z bałaganem, jaki w naturalny sposób tworzą wokół siebie dzieci, z niepotrzebnymi im już rzeczami, z nadmiarem zabawek, z porządkami (i znowu są to proste i sensowne porady), znalazłam taką wypowiedź: każde życie, które wkalkulowuje obecność dzieci, będzie skomplikowane - choćby tylko do pewnego stopnia. Nie uda ci się osiągnąć absolutnie minimalistycznego stylu życia, jeżeli masz dzieci. Sam musiałem dojrzeć do tego, by to zrozumieć. 
Na szczęście nieco dalej Leo pisze również, że dzieci są najlepszym, co spotkało go w życiu, a upraszczając życie, może spędzać z nimi więcej czasu. Uff, aż tak źle z nim jeszcze nie jest...

Co mnie tak zbulwersowało? Twierdzenie, że obecność dzieci w życiu zakłóca jego prostotę i minimalizm. Po osobie, która opiekuje się aż szóstką, nie spodziewałam się takiej wypowiedzi. Mimo wszystko miałam nadzieję, że Leo nie jest tak pochłonięty sztampową wizją minimalizmu, którą z entuzjazmem podchwyciły media: puste wnętrza, biel, czerń, szarość, minimum przedmiotów, jedna para butów, ascetyczny estetyzm. Brak samochodu i komórki. Ewentualnie mały domek na prerii lub pośrodku innego pustkowia.

Moim zdaniem na pytanie, czy szóstka dzieci nie przeszkadza w byciu minimalistą, należałby odpowiadać pytaniem: a dlaczego miałaby przeszkadzać? Co ma piernik do wiatraka?

Niestety, jeśli postrzega się minimalizm jako „styl życia”, który polega na opróżnianiu kuchennego blatu  i ograniczaniu zawartości szafy, jeżdżeniu wszędzie na rowerze lub chodzeniu piechotą, goleniu głowy na zero i niejedzeniu mięsa, dzieci są faktycznie znacznym i nieznośnym utrudnieniem. Ale czy prostota życia naprawdę sprowadza się tylko do porządku w domu, sterylnej czystości, weganizmu i ewentualnego braku samochodu? 

Pomyślałam, że wprawdzie sama mamą nie jestem, ale za to jestem czyimś dzieckiem, wprawdzie dorosłym, ale też przecież ktoś mnie kiedyś wychowywał. Jestem w stanie określić, co minimalista może przekazać swoim dzieciom, czego może je nauczyć. Mnie wychowywali nie-minimaliści. Moi rodzice są zdeklarowanymi, uroczymi i całkowicie nieuleczalnymi „chomikami”, a jednak to właśnie dzięki temu, czego mnie nauczyli w dzieciństwie, co dawali i dają mi do tej pory, stałam się osobą żyjącą prosto i szczęśliwie. To właśnie oni przekazali mi umiłowanie prostoty. Skoro tzw. chomik może wychować minimalistę, w czym problem? Może właśnie o to chodzi, że stan posiadania oraz tłok (lub pustka) na powierzchniach meblowych nie są sednem tego podejścia?

Nie chcę Was na amen zagadać, więc dalszy ciąg nastąpi w kolejnym wpisie. 

Komentarze

  1. Chyba zbyt surowo oceniłaś ten fragment ksiazki Barbuty (i jego samego na tej podstawie). Leo pisze, ze majac dzieci nie mozna byc "minimalista absolutnym", ale skoro dzieci są jednoczesnie "najlepszym, co go w zyciu spotkalo", to widocznie znaczy, że sa w jego zyciu wazniejsze sprawy niż to nieszczesne ograniczanie posiadania - dzieci wlasnie. Inaczej mowiac: LB akceptuje pewien balagan, komplikacje i przyrost przedmiotow w domu dla wyzszego dobra, jakim jest relacja z potomostwem :)

    Z cala reszta obserwacji entuzjastycznie sie zgadzam, zwlaszcza z twierdzeniem, ze w obsesji NIEposiadania przedmiotow te przedmioty i tak nami rządzą. To byla moja pierwsza mysl, gdy po raz pierwszy przeczytalam o minimalizmie (w Gazecie Wyborczej).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maruszko, masz rację co do Babauty, ale krytykuję go nie dlatego, że nie dostrzega tego wyższego dobra - bo wiem, że go dostrzega (i cytując Ciebie: akceptuje pewien balagan, komplikacje i przyrost przedmiotow w domu dla wyzszego dobra). Mam mu jedynie za złe, że tworzy obraz jakiegoś "minimalizmu absolutnego", który opiera się tylko na posiadaniu. A ten obraz bardzo szkodzi społecznemu odbiorowi minimalizmu, sprzyja powstawaniu przekonania, że mimalizm jest tylko dla singli i bezdzietnych par.
      Osoba będąca dla wielu autorytetem powinna sobie zdawać z tego sprawę.

      Usuń
  2. "zmiana sposobu myslenia z kategorii posiadania na kategorie bycia i dzialania" - to podoba mi sie najbardziej: proste, dobitne i trafne. Uwielbiam takie perełki :)
    Co do kwestii dzieci i minimalizmu wstrzymam sie z wypowiedzia do nastepnej czesci....
    Cwicze cierpliwosc ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Krystyna Gerc16 maja 2013 22:55

    Jak ostatnio czynię, tak i teraz napiszę. Dziękuję i czekam na dalszy ciąg. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jednak wrocilam , bo jedna rzecz nie daje mi spokoju. Nie widzisz zaleznosci miedzy tym, ze stalas sie minimalistką, dlatego ze twoi rodzice byli czy sa chomikami? Jest taka zaleznosc?
    Oczywiscie nie chce nikogo urazic, tylko pytam z ciekawosci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moim przypadku jest dokładnie tak jak sugerujesz. Mieszkam z rodzicami, którzy zbierają co się da, a jak się wchodzi do mojego pokoju ma się wrażenie, że albo się wyprowadziłam, albo planuję remont. Przez to moja rodzina wychodzi z założenia, że skoro jest u mnie tyle miejsca to wszystko, czego nie używają (80% ich rzeczy) może leżeć u mnie.

      Usuń
    2. Gabi, ależ oczywiście, że taka zależność (mocna i wyraźna) jest :) I zdaję sobie z niej doskonale sprawę, zawsze miałam tego świadomość. Szerzej omówię tę kwestię w kolejnym wpisie, bo to ciekawe, zabawne, ale też ważne dla kontekstu. Ale nie jest to zależność jednowymiarowa.

      Usuń
    3. Najzabawniejsze jest to, ze nasi rodzice nauczeni ciezkimi czasami komunizmu wola upchac dawno nieuzywana rzecz, bo moze przydac sie na "gorsze" czasy. Szacun dla tych , ktorzy potrafili wyzbyc sie lęku przed "brakiem" i nsuczyli sie rozsadnie podchodzic do ilosci posiadanych rzeczy. Swoja droga ciekawe, jakie bedzie pokolenie dzieci minimalistow, czy wychowaja kolekcjonerow i zbieraczy? ;)))

      Usuń
    4. Jako córka chomików i pod wieloma względami "maksymalistów" mam teorię, że to jest tak jak z sinusoidą Krzyżanowskiego ;) IMO prawdopodobieństwo, że moje ewentualne dziecko uzna mnie i swojego ojca za nieuleczalnych nudziarzy, za to dom dziadków będzie postrzegało jak cudowną wyspę skarbów, a w przyszłości samo przyjmie styl życia pełen radosnego, nieskrępowanego nadmiaru, jest spore. Zniosę to z godnością ;)

      Usuń
  5. Bardzo fajne i moim zdaniem trafna obserwacja. Nie mieć lub nie mieć, ale być, trwać, czuć, przeżywać, doświadczać.

    I tak samo nie chodzi o nazywanie takiego czy innego sposobu życia czy przekonań. Chodzi o to, aby odnaleźć właściwy dla siebie, może także swoich bliskich.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie wiem, czy czytałaś już może bloga szast:
    http://nie-kupuje-tego.blogspot.com/
    Przeprowadziła razem z grupą kilkunastu bodajże rodzin (w większości chyba z małymi dziećmi) roczny mini-eksperyment, z którego wnioski opisała w artykule w Polityce, a planuje ująć to też w nieco szerszej formie. Na bieżąco dzieliła się spostrzeżeniami z wspólniczkami w tym projekcie na blogu i w wątku na forum chusty.info, który śledziłam.
    Wydaje mi się, że dzieci w ogóle mają tendencję do sprowadzania dorosłych na ziemię, kiedy ci trochę "popłyną". W przypadku eksperymentowania z minimalizmem w moim odczuciu dzieci w domu w sposób naturalny zmieniają ten trend z "nie posiadać" na "być razem, zrobić coś wspólnie". Niekoniecznie rezygnować z danego pragnienia, ale zmienić drogę do jego osiągnięcia.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja również nie czytam książek Lea po tym, jak dowiedziałam się o tej wspólnej szczoteczce do zębów (o której Ty także wspominasz). Uważam, że pozbywanie się rzeczy to jedno, ale ustawianie sobie rzeczy w głowie to coś zupełnie innego, coś, do czego minimalizm ma prowadzić. A jedna szczoteczka do zębów na dwie osoby wydaje mi się przekroczeniem jakiejś racjonalnej granicy minimalizowania ilości przedmiotów wokół siebie.

    Pozdrawiam,
    Sylu

    OdpowiedzUsuń
  8. Co do zależności między postawami rodziców a dzieci:
    Nie wiem, czy jestem minimalistką, raczej nie, sądząc po moim mieszkaniu ;-). A może jednak jestem, bo jak zauważyła moja przyjaciółka, będąc u mnie ostatnio, widać że mam inne sprawy niż porządkowanie domu ;-) I to też jest prawda. Ograniczanie stanu posiadania to proces czasochłonny, więc w moim przypadku selekcja rzeczy wybitnie nieprzydatnych czeka na "lepsze czasy". Ale na pewno, z moich osobistych obserwacji wynika, że bardzo często robimy pewne rzeczy podświadomie odreagowując coś tam z domu rodzinnego.
    Ja odreagowuję chaotyczne i spektakularne akcje porządkowo-redukcyjne, jakie miały miejsce w moim domu rodzinnym i z błogością czasem patrzę na swój własny, niekoniecznie twórczy, nieład.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jestem zwolennikiem zdrowej równowagi - dlatego wolę mówić o prostocie (prostym życiu) niż minimalizmie, żeby nie wpadać w dylematy wynikające z czystej definicji minimalizmu. Mając czwórkę dzieci i rodzinę cały czas odkrywamy, że ważniejsze jest wspólne bycie, wychowanie, bycie tu i teraz, radość, doświadczenie. Mam świadomość jak bardzo krótki to czas. Posiadanie dzieci i życie z jednej pensji uczy nas rozsądnego podejścia do strony materialnej, ograniczenie nadmiru, po prostu posiadanie tylko tego, co niezbędne (wszyscy mamy swoje sztoteczni do zębów). Inne nie może być, bo po prostu nas nie stać. Ale te warunki sprawiają, że świadomie kierujemy się w inne rejony życiowego spełnienia niż dostatnie, pełne materilanych zdobyczy, życie. Uważam, że życie z dziećmi i liczna rodzina nie stoi w opozycji do dobrowolnej prostoty, ale nie chodzi tu o przedmioty (tych będzie w rodzinie z konieczności więcej niż u minimalisty-singla), lecz ogólny stosunek do tego, co ważne, co się w życiu liczy. Mógłbym tak długo... Mi też od dawna coś zgrzyta w postach Babauty... Pozdrawiam Konrad

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no, miałem na myśli szczoteczki ((((:

      Usuń
  10. Mam dwójkę dzieci i początkowe zainteresownie minimalizmem. I nie wiem jak przedmówczynie ale gdy dorasta się jako matka do minimalizmu to przekazanie idei dzieciom aby zrozumiały (moje dzieci nie są małe) i zaakceptowały pewne zmiany zachodzące w domu nie jest łatwe. Dzieci, kochają swoje rzeczy, przywiązują się do nich, dają im one poczucie bezpieczeńswa. Rezygnacja z TV? na rzecz wyjścia z rodzicami lub innego spędzania wolnego czasu? nierealne. Nastolatki mają już własny system wartości i my jako rodzice musimy też go szanować, niekoniecznie się z nim zgadzać ale dzieci też nie muszą zgadzać się z naszym. Możemy tylko "świecić przykładem"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A propos swiecenia przykladem to nie wiem czy to tak dziala z minimalizmem i dziecmi. W kazdym razie u mnie w rodzinie nie bardzo. Starsze dziecko wprawilo kiedys w oslupienie pania ze sklepu papierniczo-zabawkowego mowiac, ze ”to mi juz wystarczy”. (Kupowalam jej na zapas ksiazeczki kolorowanki i z zadaniami na dlugie zimowe wieczory. Na zapas dlatego, ze mieszkajac poza cywilizacja dostep do tego typu rzeczy byl ograniczony, w miescie bywalismy rzadko) Pani w sklepie miala oczyna slupkach i powiedziala, ze takiego dziecka jeszcze nie widziala, i ze przewaznie jest swiadkiem zupelnie innych scen. Drugie dziecko (1,5 roku mlodsze) uwielbia zbieractwo, koraliki, sznurki, kokardki i papieki. Wszystkie te duperele zbiera i uklada i nie mozna naprawde wyrzucic szyszeczki bez placzu. Oczywiscie czynie to dyskretnie i tak.
      Natomiast jestem przekonana, ze z dziecmi przychodzi na swiat problem rzeczy i ciaglego nad nimi myslenia, przeorganizowywania, przekladania i zdobywanie (kupno-szybko, wymiany-czas i energia).
      Szybko zmieniaja sie ich porzeby i ciagle trzeba na nie reagowac. To jest meczace, jak dla mnie, bardzo. To zajmowanie sie rzeczami. Nie stworzy im sie np. bazy ubran „klasycznej i na lata”.
      Ja mam wrazenie ,ze proste podejscie mam w krwi. Przeprowadzki od mlodosci, z plecakiem, nauczyly mnie nie obrastac. Nie pamietam jakiego przelomu zasadniczego, zebym musiala odgruzowywac i wyrzucac jakos generalnie.
      Dzieci tez musza miec wiecej miejsca-mieszkanie, jak sie mieszka poza cywilizacja samochod jest niebedny itd.
      I jeszcze jedna rzecz. Bedac z dziecmi w domu mialam czas tworzenia z nimi roznych plastycznych rzeczy, i bardzo to lubilam, one tez. Ale to znow problem, ze te wszystkie kartony i pudelka i papierki sie naprawde przydaja, i to sie gromadzi-zorganizowanie, ale jednak. Czas spedzany w lesie super, ale zawalony kamyczkami przedpokoj to drugie. No i sie dzieci nauczyly, ze WSZYTSKO mozna jako wykorzystac. Naprawde padlam ofiara wlasnej pomyslowosci tworczej. Teraz same robia teatrzyki i kolaze. A ja sie ciesze z nimi. Dzieki nim odkrylam tez lepsze strony siebie, „siedzac” w domu dokonczylam jeden etap edukacji, nauczylam sie jezyka, zrobilam prawo jazdy. Ale to potem. Na poczatku bylm tak wycienczona fizycznie, ze na zadne rozmyslania o niczym innycm, oprocz tego, zeby przezyc nie mialam sily i czasu. Amen. Pozdrawiam wszytskich serdecznie
      Maria Zaborska

      Usuń
    2. Uważam siebie za postępową minimalistkę ( to znaczy taką, która nie odlicza rzeczy do 100 )
      Mam dwójkę dzieci- minimalistów radykalnych i ideowych !!!!!!! (wiek 25, 17). Oni mówią , że odreagowują to co mieli w domu ( myślą o nadmiarze rzeczy)
      Uważają że my,ich rodzice, odreagowujemy czasy komuny i wiecznego braku rzeczy.
      Ja zawsze tak myślałam o chomikowaniu naszych rodziców!!!!!!!!!! ( odreagowują braki czasów powojennych).
      Kocham to co napisałaś Mario o byciu "ofiarą własnej twórczej pomysłowości". Będąc rodzicem, ciągle jest się narażonym na wątpliwości i rozterki.
      AMEN
      też pozdrawiam
      Jarka

      Usuń
  11. No dokładnie ja tak postrzegam minimalizm. Nie mieć, tylko robić, działać. I moim zdaniem można być szczęśliwym minimalistą posiadając sporo rzeczy, jeśli tylko będą to rzeczy, które nam dają radość, albo są potrzebne. Kiedy poznawałam idee minimalizmu, jak chyba większość zaczynając od wielkiego sprzątania, bardzo mi przeszkadzała duża ilość zabawek i skarbów mojego dziecka, ale wiedziałam, że jak są dla niego ważne, to ich nie ruszam. A teraz mi już to nie przeszkadza (pod warunkiem, że się o zabawki nie potykam). Po prostu w mojej wersji minimalizmu jest miejsce na moje dziecko z całym jego światem, do którego naturalnie zaliczają się też rzeczy dla niego ważne.

    OdpowiedzUsuń
  12. Mojej nastoletniej córce nie tłumaczyłam, o co chodzi w minimalizmie. Zaczęłam wyrzucać, porządkować i zmniejszać meble. Zapytała, czemu mają służyć te zmiany. I po jakimś czasie zastosowała u siebie metodę ograniczania stanu posiadania.
    Coś w stylu - belki w swoim oku nie widać tak dobrze, jak źdźbła w oku bliźniego (np. dziecka).

    OdpowiedzUsuń
  13. We mnie lektura Babauty wzbudzała po krótkiej z nim przygodzie jedynie zniecierpliwienie. Mało tego, że pi#r$@1! w kółko to samo to jeszcze sprawia wrażenie gościa z lekkim kompleksem mesjasza, który próbuje implantować swoją (IMO wypaczoną) ideologię poprzez kontrolę cudzego poczucia winy (np. za posiadanie iPhone'a czy używania osobnych szczoteczek do zębów)
    Ma facet kilka błyskotliwych i urzekających przemyśleń, ale na wspomnienie o nim, mam ochotę zakrzyknąć: "minimalizm - tak, wypaczenia - nie!" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahaha, podpisuje się pod powyższymi słowami:)

      Usuń
    2. A w dodatku tłumaczenie jego książki na język polski jest bardzo słabe. Mam na myśli makaronizmy, interpunkcję, gramatykę (zwłaszcza deklinację rzeczowników) i styl rodem z for internetowych... Też mnie znudziło.

      Usuń
  14. Bardzo dziękuję Wam za reakcje, widzę, że w większości macie podobne spostrzeżenia jak moje - zarówno co do Lea, jak i kwestii minimalizm/prostota a rodzina z dziećmi. Cenne to obserwacje.
    Szczególnie spodobało mi się hasło "minimalizm - tak, wypaczenia - nie!" :)
    Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  15. Minimalizm sprowadzony do pustego blatu zaczął mi być potrzebny właśnie po tym, jak pojawiły się w naszym domu dzieci - to wtedy odczułam potrzebę uporządkowania przestrzeni, która stała się zbyt ciasna dla czterech osób w dwóch pokojach. Do tej pory szukam sposobów, żeby naszą przestrzeń jak najbardziej "uwolnić".

    Natomiast minimalizm, o jakim Ty piszesz Ajko, minimalizm czyli życie proste i sycące samym faktem istnienia (czy dobrze rozumiem?), ten minimalizm przyszedł do mnie sam razem z dziećmi właśnie. To one uczą mnie "bycia tu i teraz". To z nimi odkryłam radość z leżenia na podłodze i machania nogami, z patrzenia przez okno, z siedzenia na trawie, z sycenia się samą obecnością kochanych osób. W tym sensie ja sama nie mogłabym zbliżyć się nawet do minimalizmy, gdyby nie dzieci.

    Każdy ma swoją historię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cyt.:" (...) radość z leżenia na podłodze i machania nogami, z patrzenia przez okno, z siedzenia na trawie, z sycenia się samą obecnością kochanych osób" czułam (i czuję nadal!) już jakieś 20 lat temu. Dziś mam 35 lat, dziecka/dzieci nie mam. Czyżbym posiadła ten "stopień wtajemniczenia" w wew.radość już od tak dawna? Może mam to z natury, a może "wypracowałam"? - takie mnie wzięły wieczorne refleksje .... :)
      Pozdrawiam serdecznie:)
      Zuzia

      Usuń
    2. @Zuzia: Myślę, że bez względu na to, czy to z natury, czy wypracowany - to wielki i fantastyczny dar :)

      Usuń
  16. Podobnie, jak ktoś już wyżej wspomniał, zrozumiałem słowa Babauty w ten sposób, że wielu rzeczy jeszcze chciałby i mógłby się pozbyć, ale nie może, bo są one potrzebne dzieciom.

    To jest trochę jak z celibatem. Dla człowieka, który chciałby się całkowicie poświęcić służbie Bogu i bliźnim, żona i dzieci byłyby - co tu dużo mówić - co najmniej utrudnieniem. Nie trzeba się zresztą uciekać do religii. Podobnie sytuacja wyglądałaby w przypadku zapalonego podróżnika a'la Cejrowski, zapalonego policjanta walczącego z mafią, zapalonego wychowawcy więziennego, zapalonego lekarza, naukowca itp. Mówiąc brzydko: singiel stanowi tylko o sobie i z nikim nie musi się liczyć. Albo ładnie: singiel jest sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Żona i dzieci, czy ktokolwiek inny, z kim się idzie przez życie, zmuszają do spuszczenia z tonu. I właśnie to odczuł na własnej skórze Babauta...

    Ja też to czasem odczuwam. Nie potrzebuję (jako dorosły) piłki plażowej, rolek, klocków itp. Z punktu widzenia dorosłego są to więc graty. Ale z punktu widzenia kochającego ojca są to przedmioty wspomagające prawidłowy rozwój dzieci. Z jednej strony chciałbym być żyć jak w celibacie i mieć jak najmniej, a z drugiej chcę, żeby dzieci spróbowały tego i owego, zanim zdecydują, co jest ich ulubionym sportem.

    Trzeba znaleźć złoty środek, a nie obsesyjnie rezygnować ze wszystkiego. Howgh.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…