Przejdź do głównej zawartości

Gdy kucharka odstaje od miski

Nadal pracuję intensywnie nad książką, więc aby blog całkiem nie zardzewiał, przenoszę kolejne wpisy z likwidowanego blogu kulinarnego, tym razem rodzinny przepis na buchty:

Mam dwa ulubione kulinarne określenia z gatunku enigmatycznych i przerażających początkujących kucharzy: „dodać wody, ile zabierze” oraz „wyrabiać, aż zacznie odstawać od ręki i od miski”. Przestają one być takie straszne, gdy nabierze się doświadczenia i wie, jak owo „zabieranie” i „odstawanie” mają w praktyce wyglądać, ale dla debiutanta mogą być źródłem sporego stresu.

Takie mam właśnie doświadczenia z przepisem, którym dzielę się dzisiaj - buchty drożdżowe.
Gdy stawiałam swoje pierwsze kroki jako świeżo upieczona gospodyni domowa, a po rodzinie mojego Ukochanego zaczęły krążyć plotki, że „Wujek tak schudł, bo Ciocia nie potrafi gotować” ;-), bardzo zależało mi na wykazaniu się kuchennymi talentami. Przepis na buchty dostałam od Mamy, z szacownego pożółkłego zeszytu z przepisami i wycinkami. Mama powiedziała, że dam radę.

Fakt, przepis sam w sobie nie wydawał się skomplikowany. Jednak gdy zabrałam się do wyrabiania ciasta, natknęłam się na owo zagadkowo brzmiące polecenie: „wyrabiać, aż zacznie odstawać od ręki i od miski”. Tak też uczyniłam. Nie miałam jednak bladego pojęcia, co to „odstawanie” naprawdę oznacza. Czy ciasto ma się w ogóle nie przyklejać do miski? Czy tylko trochę? W obawie, że wypiek się nie uda, wyrabiałam w pocie czoła przez bitą godzinę!!! W końcu rozbolała mnie dłoń, stwierdziłam więc, że trudno, najwyżej będzie zakalec.

Nie zdziwi Was pewnie, gdy napiszę, że tak delikatnego i jedwabistego ciasta drożdżowego nie udało mi się już nigdy później upiec... Nie miałam już więcej zapału na godzinne wyrabianie ciasta.
Jedno jest pewne, zbyt długie wyrabianie ciastu drożdżowemu nie może zaszkodzić.

Wy oczywiście nie musicie wyrabiać go tak długo, ale im dłużej, tym bułeczki będą delikatniejsze. W oryginalnym przepisie figuruje biała mąka, ja do takich wypieków używam jednak ostatnio „Pełnoziarnistej” firmy Lubella. Co do jej rzekomej pełnoziarnistości mam pewne wątpliwości (do rymu nawet), bo jest dość jasna, a producent nie podaje niestety na opakowaniu ani w swojej witrynie internetowej informacji, jaki to typ. Na pewno jest jaśniejsza od mąki graham. Używam ją zamiast pszennej chlebowej w przepisach na chleb, a także we wszystkich przepisach opartych na białej mące, nie zmieniając proporcji. Daleko jej do razowej, ale sprawdza się świetnie, wypieki wyrastają jak marzenie i są bardzo smaczne.

Buchty w tym wydaniu są bardzo mało słodkie, świetne jako pieczywo śniadaniowe, np. do twarożku, masła, dżemu, miodu czy powidła. Można oczywiście nadziać je przed pieczeniem konfiturą lub powidłem, ja jednak wolę wersję bez nadzienia, tak, by każdy mógł sam sobie wybrać dodatki.
Cały urok tego wypieku polega na jego formie, bułeczki wyrastając, zrastają się i tworzą jakby jedno ciasto. Wyglądają jak plaster miodu, lecz potem łatwo się rozdzielają.


Lekko pełnoziarniste buchty

500 g mąki pszennej (białej lub Lubelli pełnoziarnistej)
7 g suszonych drożdży (lub 30 g świeżych)
4 żółtka
1 jajo
250 ml mleka (użyłam sojowego)
80 g masła
100 g fruktozy (lub cukru)
szczypta soli,
łyżeczka esencji waniliowej (domowej roboty, przepis tutaj)
opcjonalnie: drobno otarta skórka z cytryny

Do formowania bułeczek dodatkowo 50 g masła.

Mleko podgrzać z masłem do roztopienia tłuszczu. Ostudzić, aż będzie lekko ciepłe (letnie). 
Żółtka i jajo utrzeć z fruktozą. Dodać do nich mąkę wymieszaną z suszonymi drożdżami, mleko z rozpuszczonym masłem, esencję waniliową (oraz ewentualnie startą skórkę cytrynową), szczyptę soli. 

(Jeżeli używamy świeżych drożdży, należy najpierw przygotować z nich rozczyn, rozcierając je z łyżeczką fruktozy lub cukru i niewielką ilością ciepłego mleka. Rozczyn dodajemy na tym samym etapie, na którym dodaje się suszone drożdże).

Wyrabiać, aż ciasto zacznie odstawać od miski i od ręki ;-) Przełożyć do miski lekko posmarowanej olejem, przykryć ściereczką, odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na około godzinę. 

Okrągłą tortownicę (moja ma średnicę 25 cm) wyłożyć papierem do pieczenia. Gdy chcę uzyskać mniejsze buchty, piekę je w prostokątnej blasze o wym. 24 x 28 cm. 
Rozpuścić 50 g masła. Dłonie moczyć w tłuszczu i formować z ciasta kule wielkości pączka, układać blisko obok siebie. Piekarnik rozgrzać do temp. 180 stopni, buchty przykryte ściereczką odstawić do wyrośnięcia na czas nagrzewania się pieca. 


Wstawić blachę do rozgrzanego piekarnika, piec buchty około 35 do 40 minut. Można sprawdzić drewnianym patyczkiem, czy się upiekły.
Podawać po ostygnięciu, ciasto drożdżowe na ciepło podobno jest niezdrowe ;-)






Komentarze

  1. Ajko Twój blog nie zardzewieje:)
    Czekam ze spokojem na Twoją publikację, a póki co czytam tak przepis i dochodzę do wniosku, że przy Tobie to ja może odkryje jakiś nowy talent kulinarny w sobie.
    Mam czasem takie dziwne zapędy kulinarne, ostatnio uczę się przygotowywać sushi. Z racji braku doświadczenia słabo wychodzi, lecz jaka satysfakcja. Mi także pierwsze sushi wyszło lepiej niż kolejne, podobnie jak u Ciebie z wyrabianiem ciasta.

    Spokojnego pisania.
    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…