Przejdź do głównej zawartości

Prokrastynacja, czyli nie chce mi się

Tłumaczyłam ostatnio tekst o oszczędzaniu, między innymi na emeryturę, ale poruszał też kwestie prokrastynacji i odroczonej nagrody. Ciekawe to było, przyznaję. Szukając materiałów i słownictwa, zaczęłam zastanawiać się nad prokrastynacją właśnie. 
Ładne słowo z łacińskim rodowodem. Brzmi elegancko i wyszukanie. Kojarzy się z czymś wysumblimowanym. A tymczasem to stylowy sposób na określanie nawyku, który wcale stylowy ani elegancki nie jest. 


Zacytujmy Wikipedię:

Prokrastynacja lub zwlekanie (z łacprocrastinatio – odroczenie, zwłoka) – w psychologii patologiczna tendencja do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniająca się w różnych dziedzinach życia. Prokrastynacja najczęściej pozostaje nierozpoznana, dopiero niedawno uznano, że jest ona zaburzeniem psychicznym. Osoby nią dotknięte – prokrastynatorzy – odczuwają trudności z zabraniem się do pracy i w związku z tym odkładają jej wykonanie, zwłaszcza wtedy, gdy nie spodziewają się natychmiastowych efektów. Osoby patologicznie zwlekające z rozpoczęciem pewnych czynności uważa się zazwyczaj za leni i przypisuje im brak silnej woli i ambicji.
Nieco rozśmieszyła mnie ta napuszona definicja podobnie jak sugerowane możliwe przyczyny: od perfekcjonizmu przez postawę zwlekającą po pięć lęków (przed porażką, przed sukcesem, przed bezradnością, przed izolacją i przed intymnością). Na koniec podano możliwe metody leczenia (które podobno jest trudne, ale możliwe. Uff...). Terapia u specjalisty lub samoleczenie przez zmuszanie się do pracy i stopniowe przezwyciężanie trudności, jaką dla prokrastynatorów przedstawia konkretne działanie”. 

Bardzo to wszystko mądre, ale czy nie wydaje się mocno wydumane? Nie jestem psychologiem, ale tak na zdrowy rozsądek wydaje mi się, że patologiczne przypadki prokrastynacji na pewno będą wymagały terapii z pomocą specjalisty, a może i grupy wsparcia, jednak większość osób, które można by określić mianem prokrastynatora, nie wymaga fachowej interwencji ani nie cierpi rozmaitych wyszukanych lęków. Zwyczajnie prozaicznie nie chce im się czegoś zrobić. 

Na przykład rozliczyć podatku. Ciekawe, że większość obywateli składa zeznanie podatkowe przed samym terminem (czyli w ostatnich dniach kwietnia). Komplet dokumentów ma się zazwyczaj o wiele wcześniej. Jednak nikt nie lubi wypełniać PIT-u. Jeśli ktoś lubi, ręka do góry. Nie jest to szczególnie przyjemne ani eskcytujące. Powiedzmy, że perspektywa ewentualnego zwrotu nadpłaty podatku może nieco osłodzić ten proces, ale nawet to czasem nie wystarcza, by się do niego zabrać. 

Naturalne, prawda? Nasze życie pełne jest czynności, które wykonać z takich czy innych powodów trzeba, ale człowiek z natury jest istotą leniwą i unika wysiłku, gdy tylko to możliwe. Co samo w sobie jest logiczne, cała przyroda opiera się na tej samej zasadzie. Nie wydatkować energii bardziej niż to konieczne. 

Dlatego tak często ludzie odwlekają wykonanie różnych zadań czy załatwienie spraw tak, jak to tylko możliwe. Na ostatnią chwilę, na jutro, na pojutrze. Co masz zrobić dzisiaj, zrób pojutrze, będziesz mieć dwa dni wolnego, jak głosi popularne powiedzenie.

Jedni radzą sobie z tym lepiej, inny nie radzą sobie wcale (i właśnie tym osobom zapewne przydałaby się pomoc terapeuty). 
Co jednak zrobić, jeśli nie jest się przypadkiem ekstremalnym, tylko po prostu ma się nawyk odkładania wszystkiego na potem? Czy odpuścić sobie, tłumacząc, że to zaburzenie psychiczne o eleganckiej nazwie? Czy też spróbować wspomnianego powyżej samoleczenia? 

Moim zdaniem u większości „notorycznych zwlekaczy” mamy do czynienia nie z zaburzeniem, a z brakiem dyscypliny wewnętrznej (nazywanym potocznie „słabą silną wolą”). Nie da się ukryć, że słowo „dyscyplina” ma bardzo złą prasę. Kojarzy się z rygorem, bacikiem, cierpieniem i niewygodą. 

Dyscyplinę można narzucić komuś z zewnątrz: strachem, krzykiem, przymusem. Taka dyscyplina bywa mocno nieskuteczna, a jej efekty są nietrwałe. Budzi frustrację, bo wynika z lęku przed karą. Zostanie odrzucona przy pierwszej stosownej okazji.

Natomiast dyscyplina, która płynie z nas samych, z wewnętrznego przekonania o konieczności czy słuszności wykonania pewnych czynności w określonym czasie, jest o wiele bardziej skuteczna, a nie budzi strachu ani frustracji. Nie jest źródłem stresu. Jak ją wypracować? 

Małymi krokami, stopniowo pokonując trudności (jak zresztą sugeruje Wiki). 

Zacząć od wyjaśnienia sobie, co zyskamy, nie odkładając danego zadania na później. Na przykład szybszy zwrot podatku. Brak stresu związanego z oddaniem zlecenia w ostatniej chwili (nie będę musiała siedzieć po nocach, żeby skończyć zamówione tłumaczenie w terminie). Przyjemność przebywania w czystym pomieszczeniu (gdy nie chce się posprzątać). 

Pracować nad drobnymi nawykami. Na przykład zawsze odkładać rzeczy na miejsce. Sprzątać kuchnię zaraz po przygotowaniu posiłku, zmywać naczynia po jedzeniu. Rozładować zmywarkę zaraz po zakończeniu mycia, rozwieszać pranie po opróżnieniu pralki. Czyścić buty po powrocie do domu. 

Miałam taki niechlujny zwyczaj: wyprane ubrania po zdjęciu z suszarki lądowały na stercie w sypialni na jednym z mebli. Nie chciało mi się ich segregować od razu i wkładać do szaf i szuflad. W efekcie ta wielka sterta rosła, przeszkadzając i szpecąc wnętrze. Odkładałam segregację w nieskończoność, tłumacząc sobie oczywiście, że nie mam czasu albo jestem zbyt zmęczona. 
Bardzo mnie to irytowało, okropna góra wymiętych ubrań i męcząca świadomość, że coś z tym praniem w końcu trzeba będzie zrobić.
Pewnego dnia postanowiłam z skończyć z wymiętolonymi górami. I zaczęłam segregować pranie zaraz po wysuszeniu. Zajmuje to raptem parę minut i nie jest wcale nieprzyjemne. Za to schludny wygląd sypialni - bezcenny. Coś, co z czasem urosło do rangi zadania ponad siły, okazało się być drobną, niezajmującą wiele czasu ani niewymagającą dużego wysiłku czynnością. 

Najlepszym sposobem na prokrastynację jest wypracowanie sobie nowych nawyków. Wprowadzenie dyscypliny do swojego życia. Najpierw to co trzeba zrobić, potem to, co sprawia przyjemność. Na przykład: nie będę mogła przeglądać ulubionych stron internetowych zanim nie skończę pewnej partii pracy. Wyznaczać sobie wewnętrzne terminy, rozpisywać zadania w kalendarzu. Zrobię to dziś, nie jutro. Teraz, nie potem. 

Na początku może być ciężko. Dyscypliny nie buduje się w pięć minut. Ale z każdym małym sukcesem nabiera się wiary w siebie i pewnego rozpędu. Przekonania, że skoro udało mi się zerwać z drobnym nawykiem, dam sobie radę i grubszą rybą. Jeśli nauczyłam się odkładać rzeczy na swoje miejsce, to i zeznanie podatkowe złożę przed terminem. 

Kluczowym krokiem okazało się zrozumienie, że zanim podejmie się dane działanie, nadaje się mu negatywne cechy. Myśli się o tym, że będzie nudno, że trzeba będzie się wysilić. Ale gdy wreszcie zabieramy się do realizacji odwlekanego zadania, zdajemy sobie sprawę, że nie jest wcale tak nieprzyjemnie. Zawyczaj zajmuje nam to mniej czasu niż się spodziewaliśmy, wcale nie boli, a po zakończeniu czujemy ulgę, że mamy to już z głowy. Diabeł nie taki straszny...

Na odpowiedzi na prokrastynację najlepiej wypracować sobie codzienną rutynę. Nasze życie pełne jest czynności, które wykonywać trzeba, chyba że chcemy zarosnąć brudem, przymierać głodem i przepaść w bałaganie. Praca, porządki, higiena, formalności, sprawy urzędowe i administracyjne... Jeśli włączy się je wszystkie w pewien plan, realizowany rutynowo, nie trzeba się już nad nimi zastanawiać ani szukać w sobie woli ich wykonania. Wstajesz rano i realizujesz plan, punkt po punkcie, bez żadnego „potem, pojutrze”. Dodatkową korzyścią będzie fakt, że układając sobie taki plan, możesz też wyeliminować z niego czynności zbędne, rozłożyć równomiernie obowiązki na wszystkich domowników, uwzględnić czas i miejsce na przyjemności, odpoczynek, rozrywkę. 

Niektórzy mawiają, że rutyna, dyscyplina i porządek są nudne. Też tak kiedyś uważałam, ale na własnej skórze przekonałam się, że nic bardziej mylnego. Nudny jest brak urozmaicenia, ale o urozmaicenie też można zadbać w ramach planu. Tak rozkładać zadania, by uniknąć znużenia. Dbać o różnorodność w każdej dziedzinie życia.

A dzięki rutynie, dyscyplinie i porządkowi można zajść naprawdę daleko. Dają siłę i spokój, pewność siebie i świadomość swoich możliwości.

Komentarze

  1. Jest nawet taki ładny film na youtube "Procrastination" Tales Of Mere Existence" co doskonale opisuje tą przypadłość. Dziękuję za wpis, zabieram się do roboty:)

    OdpowiedzUsuń
  2. TAk rutyna i przyzwyczajenia sa podstawa. Np nie cierpie szorowania prysznica, co i tak trzeba robic co jakis czas. Jakies dwa lata temu znajoma (gospodarna Slazaczka) powiedzial bedac u mnie z wizyta, ze po kazdym prysznicu wystarczy zebrac wode sciagaczka , a potem wytrzec wszystko do sucha sciereczka z mikrofibry... Poczatkowo nie wzielam tego zbyt powaznie, ale cos mnie podkusilo i sprobowalam przez miesiac.
    I to dziala. Doszlam do wprawy w wycieraniu i zabiara mi to nie wiecej niz minute. No a wieksze szorowanie w kacikach kabiny raz na rok. Po prostu nie ma juz potrzeby cotygodniowego znielubianego szorowania. A o nawyku wycierania juz nawet nie mysle. Tylko gdy od czasu do czasu ktos z gosci zapyta jak ja to robie, ze mam taki czysty prysznic, usmiecham sie tajemniczo i wyjasniam co robie.
    TAkich nawykow warto miec jak najwiecej, zeby nie zawracac sobie glowy tym czego sie nie lubi. Wtedy nie bedzie powodu do prokrastynacji.
    Znam tylko jeden typ zachowan, gdy prokrastynacja pomaga. W duzych firmach, czy instytucjach pracownicy czesto dostaja mnostwo priorytetowych zadan. Na niektore warto "nie rzucac sie" od razu, bo za dzien czy dwa trzeba cos znow poprawic albo zmienic. No ale tu chodzi juz bardziej o swiadoma selekcje i niepoddawanie sie presji, wiec to moze juz nie prokrastynacja :)
    Milego dnia,
    wlasnie ide zdjac suche pranie z suszarki i bede je segregowac , ukladac, prasowac. :))
    Nika

    OdpowiedzUsuń
  3. "Bardzo to wszystko mądre, ale czy nie wydaje się mocno wydumane?" - to zależy czy mówimy o prokrastynacji (czyli prawdziwym problemie psychologicznym) czy zwykłym lenistwie, bo ja bym jednak te dwie rzeczy odróżniał.

    "jednak większość osób, które można by określić mianem prokrastynatora, nie wymaga fachowej interwencji ani nie cierpi rozmaitych wyszukanych lęków." - więc NIE MOŻNA ich określić mianem prokrastynatorów :) co najwyżej można tak zażartować (co i ja czasem robię, ale to nie jest prokrastynacja).

    Co innego kiedy ktoś wie, że robiąc coś poprawi swoją sytuację, boi się, że jeśli zaraz tego nie zrobi, to nie zdąży... a nie robi mimo tego - wtedy odkładanie na później staje się prawdziwym problemem i to jest prokrastynacja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Bardzo to wszystko mądre, ale czy nie wydaje się mocno wydumane?" - to zależy czy mówimy o prokrastynacji (czyli prawdziwym problemie psychologicznym) czy zwykłym lenistwie, bo ja bym jednak te dwie rzeczy odróżniał." - w pełni się z Tobą zgadzam wendigo. Wielu ludzi swoje lenistwo po prostu tuszuje różnego rodzaju wyimaginowanymi problemami, przeciwnościami itp., podczas gdy przypadłość prokrastynacji jest na prawdę oparta na problemach jakimi są wymienione w artykule lęki, których przeciętny człowiek nie jest raczej sobie w stanie zwizualizować.

      Pomimo wszystko uważam, że w obu przypadkach świetnie sprawdza się metoda małych kroków, czyli rozkładania celu głównego na mniejsze etapy, dokumentowanie postępów oraz drobne nagradzanie się za wykonanie poszczególnych zadań.

      Usuń
    2. Wendigo, świetnie to podsumowałeś, zgadzam się z Tobą.
      Prokrastynacja - ten termin zarezerwowany jest dla ludzi z prawdziwym problemem psychologicznym (do których i ja się, niestety, zaliczam).
      Trzeba bardzo uważać i poruszać się w tym temacie ostrożnie, żeby kogoś nie dotknąć niedelikatnością i próbą wyśmiania "wydumanych problemów". Ja ze swojej strony dodam, że prokrastynacja jest mechanizmem obronnym... i że potrzeba długich lat psychoterapii, czasami leków... by pozbyć się problemu. I już nie o samą prokrastynację mi chodzi, ale o zaburzenia lękowe, z którymi wciąż muszę walczyć i o które absolutnie się nie prosiłam.

      To w ogóle ciekawy kontekst - minimalizm w nerwicy lękowej :) Obecnie próbuję oczyszczać swoje otoczenie ze zbędnych przedmiotów, ale jednocześnie czuję ogromny lęk przed przyszłością - słynne chomikowskie "a bo to się może przydać na gorsze czasy" jest dla mnie nie byle wyzwaniem :)

      Serdeczne pozdrowienia dla Ajki i czytelników :)

      Usuń
  4. Myślę, że czasami dobrze zastanowić się nad powodami zwlekania. Być może jakaś część w nas jest zmęczona i potrzebuje po prostu wypoczynku, a my tego nie akceptujemy. Chcemy iść dalej, osiągać nasze cele, ale właśnie ta nieakceptowana przez nas część nieświadomie nas blokuje. Fajny artykuł na ten tamat napisała Joanna Boj na swoim blogu: http://www.pozaschematy.pl/2013/02/25/prokrastynacja/
    Pozdrowienia!
    Majlin

    OdpowiedzUsuń
  5. Ajko, czytałaś "Siłę nawyku"? Jeśli nie to polecam, autor pisze właśnie o trenowaniu siły woli jak mięśnia, stopniowo, metodą małych kroków. Tak jak piszesz, jeśli się ten "mięsień" wyćwiczy, to będzie sprawnie pracował przy podejmowaniu wyzwań ze wszystkich, nawet pozornie zupełnie ze sobą niezwiązanych obszarów. Widzę po sobie, że to działa, w obie strony - rozleniwienie w jednej dziedzinie życia płynnie rozlewa się na inne, na szczęście wzięcie się za siebie działa tak samo, nawet jeśli zacznie się od czegoś tak banalnego jak to pranie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak jak już wspominałam w jednym z komentarzy na Pani profilu na facebooku, z przyjaciółką pisałyśmy pracę o prokrastynacji. I co ciekawe - też żyłam w błędnym przekonaniu, że większość obywateli oddaje PITy kilka dni przed terminem. Postanowiłam to zweryfikować i jak się okazało, Polacy oddają PITy najczęściej w marcu (50%), lutym (25%), w kwietniu (19%)- dane z 2012r, z poprzedniego roku są podobne. Stop generalizacji! A to było tak w ramach ciekawostki. ;)
    Co do walki z prokrastynacją, najważniejsza jest wewnętrzna motywacja, pomyślenie o korzyściach ze zrealizowanego zadania, czy negatywnych konsekwencji, jakie mogą nas spotkać. Grunt to podzielić sobie zadania na mniejsze części i postarać się skupić przez 5 min na zadaniu - by uniknąć rozpraszania w tym czasie przez różne bodźce. Tak, wiem - łątwiej powiedzieć, niż zrealizować. Polecam wypowiedź prof. Zimbardo - http://www.youtube.com/watch?v=LgVVRN6Xq24
    Dziękuję za ten tekst. Bardzo serdecznie pozdrawiam. Julka ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. ekhm, ekhm, pit wypełniam zdecydowanie wcześniej niż w kwietniu ;-)

    ale z kolei, pisanie (tak, tak nadal się męczę) mgr, idzie mi strasznie opornie.

    a nie mam problemów z praniem ;-)))

    OdpowiedzUsuń
  8. Lubię wypełniać pity ;) (i robię to na długo przed terminem)
    A teraz wrócę do niemieckiego, zła na siebie, że zostawiłam na ostatnią chwilę i posiedzę do nocy.

    OdpowiedzUsuń
  9. O prokrastynacji usłyszałem jakiś czas temu w pracy, gdy pewien znajomy opowiadał jakież to piękne wytłumaczenie na lenistwo. Zgodzę się, że mogą być to przypadki potrzebujące naprawdę pomocy medycznej. Ja sam do tego tematu nie podchodziłem nigdy w sposób konkretny. Mnie bardziej interesuje moje przekładanie spraw na później.
    Uważam tak samo jak inni, iż potrzebna jest metoda małych kroczków do przezwyciężenia tego wszystkiego. 
    Sam mam jeden niezawodny sposób, który mi bardzo pomaga w sytuacji gdy nie mam ochoty na zrobienie czegoś ważnego. Przywołuję sobie myśl w głowie mówiącą o uczuciu jakie pojawia się w chwili wykonania tego zadania. Uczucie zadowolenia z siebie, uczucie uporania się z problemem, i co najważniejsze: myśl która już nie będzie mnie dręczyć, że muszę coś wykonać a przekładam to na później i później.

    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
  10. Ciekawy wpis i dobre zalecenia jak unikać prokrastynacji. Ja stosuję metodę małych kroczków i w większości przypadków się udaje. Takie pranie przykładowo: mam w szafie pojemnik na rzeczy do prasowania a to co nie wymaga prasowania rozkładam do szaf. Jak pojemnik na prasowanie się wypełnia to prasuję.

    A w kwestii PIT-ów to ja bardzo lubię je wypełniać i robię to od razu jak zbiorę wszystkie dokumenty :)

    OdpowiedzUsuń
  11. A ja tam lubię wszystko odwlekać. :P Jak nie poskładam prania i pójdę postrzelać z łuku to świat się nie zawali a ja będę robić to co lubię. :) Pranie poskładam jak się deska zacznie uginać albo ubrania zaczną spadać. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie twierdzę, że pranie składam z przyjemnością.
      jest to jedna z czynności, których robić bardzo NIE lubię.
      zgrzytam zębami na samą myśl.
      jednak się zmuszam, bo taki widoczny bałagan, sterta rzeczy, drażniłaby mnie bardziej.

      Usuń
  12. Czytałam sporo o prokrastynacji. Nie jest ona wynikiem lenistwa, lecz perfekcjonizmu. Sama jej często doświadczam, kiedy muszę coś zrobić, ale mam obawy, że nie zrobię tego najlepiej jak potrafię. Wtedy zadanie odkładam w nieskończoność czekając na więcej czasu, więcej siły, więcej energii etc. Niestety wymówka zawsze się znajdzie, a deadline coraz bliżej. W końcu nie dotrzymuję terminu i lepiej by było, jakbym zrobiła cokolwiek. Pułapka perfekcyjności.

    OdpowiedzUsuń
  13. Z terminem "prokrastynacja" spotkałam się kilka lat temu, mało mnie obeszło, potem sama się zdiagnozowałam jako prokrastynująca, ale szybko mi przeszło. Definicja jest jak dla mnie trochę wydumana i stworzona na potrzeby czasów. Wchodziłam często na fora/wątki skupiające osoby z tą przypadłością, czytałam posty, niektóre bardzo motywujące, wspierające i teraz wiem, że sporo osób tam piszących ma problemy z depresją, zaburzeniami odżywiania, fobią społeczną. Absolutnie nie chcę deprecjonować problemu, bo jeśli się nad nim nie pracuje, to narasta i porywa w pułapkę, podsuwa kolejne wymówki, jak ominąć to, co nieuniknione. Trzeba wielkiej pracy nad sobą, ale prawda jest taka, że 99% społeczeństwa prokrastynuje, bo w życiu każdego są rzeczy, które robimy bez przyjemności, a które są konieczne i nie da się ich uniknąć. Ale czyż nie potrzebujemy tej pracy nad każdą wadą?
    Pozdrawiam,
    Mag.

    OdpowiedzUsuń
  14. A ja mam za mało ciuchów, zarówno swoich jak i dzieci, żeby sobie pozwolić na "prokrastynację" w kwestii segregowania i prasowania krótko po wyschnięciu prania:) Wprawdzie minimalistką bym siebie nie nazwała, ale zaczynam upraszczać, między innymi po mniej lub bardziej regularnych wizytach tutaj:)
    dziękuję za tego bloga, pozdrawiam,
    Sara

    OdpowiedzUsuń
  15. Definicja z wikipedii jest trochę przerażająca. Jakby to była jakaś choroba. :O Szczerze mówiąc nie zgadzam się z takim podejściem. Nawet niespecjalnie interesuje mnie definicja, ale bardziej to, co mogę zrobić z tą prokrastynacją. I na szczęście są też strony tworzone przez ludzi z podobnym podejściem: http://michalpasterski.pl/2013/06/prokrastynacja/
    Po przeczytaniu tego artykuły okazało się, że proponowany sposób na prokrastynację na mnie działa! A z tego co wiem, to autor nawet nie jest psychologiem...

    Pozdrowienia dla pseudonaukowców, którzy tworzą takie chore teorie...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…